*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulotne coś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulotne coś. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 października 2015

O duchach z przeszłości...

Wspominałam ostatnio, że o tym będzie.
Spaceruję sobie z tym Wikusiem w wózku po Miasteczku, rozglądam się i rozmyślam... Miasteczko to jest naprawdę małe miasteczko, nie ma tu za bardzo gdzie chodzić, dwa kroki w prawo, dwa kroki w lewo i już trzeba zawracać. Chodzi się więc cały czas tymi samymi utartymi szlakami. Tymi samymi, którymi chodziło się piętnaście lat temu. A to oznacza, że za każdym rogiem kryją się wspomnienia. Trudno jest mi się im oprzeć, bo tak naprawdę Miasteczko wiąże się dla mnie jedynie ze wspomnieniami. Prawda jest taka, że przestałam tu żyć, kiedy skończyłam 19 lat. Może nawet trochę wcześniej, bo w wieku lat 17 przeprowadziłam się do Przymiasteczka i mieszkałam z wujkiem i dziadkiem, do domu przyjeżdżając tylko na weekendy albo jak miałam problem z matematyką lub fizyką i tata musiał mi wytłumaczyć to i owo ;)
W każdym razie w pewnym momencie przestałam mieć tutaj jakiekolwiek sprawy - przyjeżdżałam do rodziców i tyle. Natomiast we wcześniejszych latach działo się dużo. Ileż to ja kilometrów zrobiłam szlifując miasteczkowe chodniki... Ileż jaj wysiedziałam przesiadując  na ławkach - najczęściej pod oknami obiektów moich westchnień (nie no akurat tylko w jednym przypadku byłam tak jawnie zauroczona :P)... Najciekawsze jest to, że teraz często tych ławek już nawet nie ma, a ja je nadal widzę... 
Są momenty, kiedy niemal widzę również samą siebie jako nastolatkę. To jest jak taka projekcja filmu w muzeum interaktywnym. Wspominam bardzo intensywnie i czasami trudno mi uwierzyć, że od tej margolki, której wyobrażeniowo-wspomnieniowy obraz nakłada mi się na rzeczywistość dzieli mnie cała przepaść doświadczeń i zdarzeń. I znowu wtedy nachodzi mnie takie irracjonalne pragnienie, żeby pobiec do niej jak do dobrej koleżanki i opowiedzieć jej wszystko - jak to będzie i które zmartwienia warto sobie podarować...

Miasteczko bardzo się zmieniło. Brakuje mi co prawda niektórych miejsc, które niegdyś służyły jako kryjówki przed wścibskim okiem wrogów-dorosłych :P, a teraz są zagospodarowane, ale prawda jest taka, że zmieniło się na lepsze, głównie dzięki funduszom europejskim. Moi rodzice, którzy żyją tu na co dzień i nigdy Miasteczka nie polubili (głównie ze względu na małomiasteczkową mentalność, która w tym miejscu jest naprawdę bardzo specyficzna) nie dostrzegają tego tak wyraźnie jak ja, która jestem bardziej obiektywna. Wybudowano nową, ogromną szkołę, dwie, które istniały wcześniej wyremontowano, powstał kompleks rekreacyjno sportowy, osiedle mieszkaniowe zostało odnowione (jestem zachwycona, bo każdy blok jest pomalowany na inny kolor i jest taaak kolorowo)... Park, do którego chodziłyśmy z Juską i Dorotą, kiedy odwiedzały mnie 3 maja (to taka coroczna tradycja była) i siedząc po turecku na trawie popijałyśmy piwko i jadłyśmy lody z kubeczka został odświeżony i powstała tam siłownia pod chmurką... Tak naprawdę zostało jeszcze jedno miejsce do odnowienia, które chyba planowane jest na przyszły plac zabaw, ale na razie niestety okupowane jest przez miasteczkową żulernię (no gdzieś się muszą spotykać, skoro cała reszta miasta została odnowiona i zabezpieczona monitoringiem), choć liczę na to, że za jakiś czas i to się zmieni. 

Łapię się na tym, że spacerując, rozglądam się dookoła, szukając osób, które niegdyś można było zawsze spotkać w poszczególnych miejscach. Wiadomo było gdzie kogo można zazwyczaj znaleźć. Widzę z daleka jakąś grupkę chłopaków i wydaje mi się, że wiem kto tam stoi - rozpoznaję sylwetkę, sposób chodzenia, charakterystyczne gesty.. A potem okazuje się, że to zupełnie obce małolaty... Dokonuję w głowie szybkich obliczeń- mogą mieć teraz 15-17 lat, czyli urodzili się, mniej więcej wtedy, gdy ja tyle miałam - nie ma szans, żebym ich kojarzyła.
Kiedyś znałam wszystkich snujących się po mieście, okupujących ławki, parki i boiska. Teraz są to obce twarze. Skończyły się już nawet czasy, kiedy czasami w rysach twarzy jakiegoś młodzieńca ze zdumieniem dostrzegałam buzię chłopca, którego mgliście przypominałam sobie z podstawówki, z czasów, kiedy byłam w ósmej klasie, a on był pierwszakiem - buzię na tyle słodką, że zwróciłam na nią uwagę i ją zapamiętałam*. Teraz przeżywam niejednokrotnie szok, kiedy widzę, że te "maluszki" mają już swoje rodziny (prawda jest taka, że jeśli młodzież zostaje w Miasteczku, to szybko zakłada rodzinę - jak za czasów naszych rodziców, jeśli ktoś stąd ma 25 lat i nie założył jeszcze rodziny zwykle oznacza, że na co dzień nie mieszka w Miasteczku, tylko wyjechał do większego miasta lub za granicę:).
Rozglądam się za tymi samymi osobami, za którymi rozglądałam się piętnaście lat temu. I dopiero po chwili dociera do mnie, że dla nich czas się nie zatrzymał, podobnie jak dla mnie :) To prawda, że Miasteczko - nawet zmienione - chyba już zawsze pozostanie dla mnie miejscem dzieciństwa i okresu dojrzewania i zawsze będę miała wrażenie, że cofam się w czasie, gdy będę chodzić jego ulicami. Ale inni tutaj żyją - mają swoje rodziny, pracują, robią zakupy, prowadzą takie samo życie, jakie ja prowadziłam najpierw w Poznaniu a teraz w Podwarszawie - a przecież nie chodzę bez celu po mieście, nie wystaję w parkach i przy ławeczkach :) Oni także dorośli. A bardzo często, podobnie jak ja - wyjechali. Miasteczko się zestarzało, bardzo. Ale oczywiście niektórzy zostali - zdziwiona dowiaduję się potem przypadkiem, że na przykład mieszkają w bloku, w którym nigdy nie miałam żadnych znajomych, bo to miejsce kojarzone było jako blok emerytów... Cóż, nastąpiła wymiana pokoleniowa.
Mimo wszystko, rzadko spotykam nawet tych, którzy zostali. Z jednej strony się cieszę, bo chyba niektórych duchów nie chciałabym wywoływać, a przynajmniej wolałabym nie stawać z nimi twarzą w twarz. Z drugiej, cały czas czuję się dziwnie z tym, że dla mnie to jest tylko miasto przeszłości, dla innych - to teraźniejszość i obecne życie... Nie wyobrażam sobie żyć tu na co dzień i chyba dlatego właśnie jestem taka zdziwiona, że dla innych jest to normalne :)
Ostatnio jednak przechodziłam ulicą i nagle usłyszałam, że ktoś bardzo ucieszony woła "cześć margolka!". Odwróciłam się i zobaczyłam szeroko uśmiechniętego duszka przeszłości, o którym napiszę przy kolejnej okazji, bo warto ;)

* Z ogromnym sentymentem wspominam, że kiedy byłam w ósmej klasie, miałam wielbiciela z czwartej :) Prawda jest taka, że to ja go przyuważyłam chyba ze dwa lata wcześniej - mieliśmy czasami dyżury w budynku, gdzie miały lekcje młodsze klasy. Był tam taki jeden sympatyczny rozrabiaka ze śliczną buźką. Nie wiem nawet, czy  nie powiedziałam mu przypadkiem, że jak dorośnie, to będzie z niego przystojniak :P Nie pamiętam jak to się stało, że zyskałam jego sympatię, ale wiem, że on i jego kolega (też fajny) przychodzili później do mnie i mojej koleżanki prawie na każdej przerwie :) Widać było, że wpatrzeni są w nas jak w obrazek, chyba imponowało im to, że mają takie "dorosłe" koleżanki, zwłaszcza, że działałyśmy w samorządzie szkolnym. Wtedy to naprawdę było coś mieć takie znajomości ;) A nam bardzo pochlebiało, że byłyśmy obiektem westchnień takich sympatycznych chłopaczków. Pamiętam, jaki szok przeżyłam parę lat temu, kiedy uświadomiłam sobie, że ten dwudziestolatek, który śmignął właśnie obok mnie na rowerze i to tamten czwartoklasista! Trudno było mi oswoić się z myślą, że on dorósł, podobnie, jak ja ;))

sobota, 26 września 2009

Bo nic...

Zdarzyło mi się kilka razy w życiu pomyśleć, że:
 Nic dwa razy się nie zdarza
I nie zdarzy. Z tej przyczyny
Zrodziliśmy się bez wprawy
I pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
Najlepszymi w szkole świata,
Nie będziemy repetować
Żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
Ktoś wymówił przy mnie głośno,
Tak mi było, jakby róża
Przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
Odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
Z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś- a więc musisz minąć.
Miniesz- a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, wpółobjęci,
Spróbujemy szukać zgody,

Choć różnimy się od siebie,
Jak dwie krople czystej wody.
( Wisława Szymborska)

I teraz też tak myślę. Nic… Za trzy godziny spytam Franka, czy naprawdę mnie kocha…

piątek, 25 września 2009

Chemia... cz.III

Fajny ten blog. Można wyrzucić wszystkie myśli z siebie, jakoś je posegregować, ubrać w słowa, popatrzeć na nie jeszcze raz… A w dodatku jeszcze ktoś to czyta i dorzuci swoje trzy grosze :) 
A tak na serio – bardzo pomogło mi to, że mogłam się tu wypisać. Pomogło mi to trochę oczyścić głowę z myśli. Ja z natury jestem analityczna, więc dobrze mi to robi, kiedy tak wszystko sobie od początku do końca i od końca do początku przemyślę.
Wszystko ucichło. Wróciłam do normalnego życia, codziennych spraw i problemów, a po zeszłotygodniowej nocy pozostało tylko miłe wspomnienie. I coś jeszcze. Dzięki temu zdarzeniu, poznałam lepiej samą siebie. I to jest chyba najlepsze co zostało.
Tak naprawdę, od kiedy związałam się z Frankiem nie interesowali mnie inni faceci. Owszem, kolegów miałam sporo, ale na nikogo nie patrzyłam jak na faceta, który mógłby mi się podobać. Taka blokada. Podobna blokada włącza mi się, kiedy poznaję zajętego faceta. Przestaje on dla mnie istnieć. Kiedyś chodziłam na imprezy, żeby kogoś poznać, łudziłam się, że może znajdę tam faceta dla siebie. I tak naprawdę nigdy się do końca nie bawiłam, zawsze zwracałam uwagę na to, żeby w miarę dobrze wyglądać i dobrze się zachowywać. Odkąd byłam z Frankiem na każdej imprezie bawiłam się świetnie, bo szłam tylko w jednym celu – dobrze się bawić. Nie interesowało mnie nic poza tym, żeby się wyszaleć. Dlatego to dziwne, że tak mnie coś do tego DJ’a przyciągnęło. To w zasadzie pozwala mi sądzić, że to było coś wyjątkowego – bo wcześniej się nie zdarzało.
Kiedy zastanawiałam się nad zdradą, lub rozmawiałam z kimś o tym, (mówiąc „zdrada” nie mam na myśli pójścia z kimś do łóżka, ale nawet pocałunek, zbytnie zaangażowanie we flirt, ukradkowe spotkania…) wydawało mi się, że chyba nie byłabym do tego zdolna. Ale tak naprawdę głowy bym sama za siebie nie dała. Nie byłam pewna. Dlatego, ze kiedy wyobrażałam sobie, że spotykam kogoś, kto robi na mnie ogromne wrażenie, wydawało mi się, że może dałabym się ponieść emocjom. Miałam okazję się o tym przekonać. Mimo, że iskry leciały, mimo, że trochę wypiłam, cały czas zachowałam trzeźwość umysłu i ani przez chwilę nie udawałam, że jestem sama i że mam ochotę na flirt.
Teraz już wiem, że rzeczywiście zdradzić bym nie mogła. Czułabym się za bardzo nie w porządku. Ktoś mi zaufał i muszę być lojalna. Nie jest to gwarancją wiecznej miłości. Ale wiem, że gdybym naprawdę zaangażowała się w jakąś znajomość, musiałabym najpierw skończyć związek. Nie mogłabym kłamać, oszukiwać… Wóz albo przewóz. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka, jak to mówią w Anglii. Przy okazji chciałam też dodać, że Franek wie o tej mojej rozmowie z DJ, powiedziałam mu, bo nie jestem w stanie niczego ukrywać. Oczywiście, był zazdrosny, ale ja twierdzę, że skoro będę mówić mu wszystko, to nie będzie miał powodów, żeby mi nie ufać, nawet kiedy zazdrość dochodzi do głosu… Powiedziałam mu większą część, pominęłam tylko fakt, że tyle o tym myślę i że zrobiło na mnie wrażenie to spotkanie, bo uważam, że byłoby mu bardzo przykro, a tego nie chcę.
Nie można się odciąć zupełnie od świata, więc możliwe, że taka fascynacja prędzej czy później każdemu się przydarzy… Ważne, żeby nie stracić wtedy głowy, zapanować nad emocjami, patrzeć nie tylko na chwilę obecną, ale również na konsekwencje każdego słowa i czynu. Trzeba umieć podjąć właściwą decyzję. Mnie się udało.
Cieszę się, że to się zdarzyło. Wiele mnie to nauczyło, a poza tym było bardzo miłe. Przez kilka dni żyłam jak we śnie, bujałam w obłokach, żeby potem spokojnie spłynąć w dół. Nie potłukłam się. I to jest najważniejsze :)
The end.
Ps. A tak między nami… Chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć… Przyjaźń z nim mogłaby być zbyt ryzykowna, ale chciałabym jeszcze mieć okazję do spotkania. Jak wiadomo „nic dwa razy się nie zdarza”, więc na pewno żadne spotkanie z nim nie byłoby już takie magiczne.

środa, 23 września 2009

Chemia...cz.II

Tak się złożyło, że nie miałam wczoraj okazji niczego napisać. Ale może to dobrze, bo miałam kolejny dzień na to, żeby trochę się zdystansować do tego, co się wydarzyło. Miałam też okazję przeczytać wiele Waszych komentarzy, dzięki którym spojrzałam na całą historię z różnych punktów widzenia… W głowie jeszcze nadal  myśli się kłębią, ale to już nie taki mętlik jaki miałam w weekend i w poniedziałek. Wtedy nie myślałam w zasadzie o niczym innym…
Ciągu dalszego historii nie było. Zakończyło się tak, jak to opisałam. Natomiast sam fakt, że tyle o tym myślę, świadczy o tym, że to jeszcze nie koniec. Czuję, że jest jeszcze wiele w tym temacie do powiedzenia.
Myślę, że wiele z Was miało rację, że chodziło o tę fascynację, jakiej nie będzie już między mną a Frankiem. Ta miłość, która przychodzi po czasie, która pojawia się dopiero, kiedy już znamy tak dobrze potrafi być piękna, ale czasami powoduje, że tęsknimy za czymś nowym, za motylami w brzuchu. Niektóre z Was wiedzą o tym doskonale :) Nie oszukujmy się, motyle w brzuchu już nie wrócą, niewiele nowego dowiemy się o partnerze ani my jego niczym nie zaskoczymy. Tu kusiła możliwość flirtu i nowych doświadczeń. Poza tym każdy jest trochę próżny. Ja też. Widziałam, że podobam się DJowi i że patrzy na mnie jak na kogoś niezwykłego. Podobało mi się, że imponowałam mu trochę. Podziwiał mnie za moją niezależność, otwartość, pozytywne podejście. Chciałam go uświadomić, że jestem zołzą i beksą, ale nie uwierzył. Wyidealizował sobie mnie i to było fajne. Fajne było też to, że to ja panowałam nad sytuacją. To ja postawiłam warunki. Ja zdecydowałam o tym, czy i jak długo będziemy rozmawiać. Ja zdecydowałam o tym, gdzie postawię granicę.
Pytacie czy będę mogła o nim zapomnieć.  To chyba łatwiejsze, niż zapomnieć o ponad trzech latach spędzonych z Frankiem. Nie mogłabym zrewolucjonizować swojego życia i rzucić kochanej osoby tylko dlatego, że przez przypadek kogoś poznałam, nawet jeśli to spotkanie wydaje się magiczne. Ale przecież między mną i Frankiem też kiedyś zaiskrzyło, też nie znaliśmy się wcześniej… To też była kwestia chwili. A tym razem… Nie zapominajmy, że poza tą chemią nie wiem, czy cokolwiek by nas łączyło. Rozmawialiśmy, ale takich rozmów w życiu wiele przeprowadziłam. Franek był pierwszy i to on ma do mnie większe prawa – jakkolwiek to nie zabrzmi. A już na pewno ma prawo wymagać ode mnie lojalności i odpowiedzialności za nasz związek. Uważam, że z tego się wywiązałam. Nie bardzo mogłam odpowiadać za to co poczułam, ani za wszystkie myśli, które kłębiły mi się pod kopułą, bo to było trochę mimowolne. Natomiast mogłam odpowiadać za to, co z tym zrobię…
Nie wymieniliśmy się numerem telefonu, nie umówiliśmy się, niczego sobie nie obiecywaliśmy. Kiedy odchodziłam, powiedziałam, że nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy… Ten wieczór był pełen magii. Z każdym kolejnym dniem dystansuję się do tego coraz bardziej i wszystko wydaje mi się snem. I zastanawiam się, czemu to miało służyć? Nie umiem wytłumaczyć tego, co tam zaszło. Nagle poczuliśmy, że jesteśmy z tej samej bajki. Oboje czuliśmy, że gdybyśmy się spotkali w innym czasie, mogłoby być inaczej. Nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego. Być może świat się pomylił. A może Bóg miał po prostu taki plan. To była taka iskra. Czasami wystarczy iskra, by rozpalić wielki płomień… Czasami …. psst… iskierka gaśnie. Nie wykluczam, że to była tylko kwestia magii tej jednej nocy, że ta iskierka już zgasła i nigdy więcej przy spotkaniu z nim nie rozpaliłaby się na nowo. Pewnie nigdy się tego  nie dowiem.
I to nadal jeszcze nie koniec… W końcu skoro było już rozpoznanie sytuacji i jej analiza, czas na wnioski :)
c.d.n…

poniedziałek, 21 września 2009

Chemia... cz.I

Próbuję ubrać w słowa całą tę magię, której doświadczyłam w piątkowy wieczór… Ale trudno to zrobić. Słów wychodzi za dużo lub brzmią nie tak, jak powinny… ale muszę dla samej siebie spróbować to opisać… Na razie tylko fakty. Analiza i interpretacja będzie później…
W piątek w ogóle nie planowałyśmy iść do tego samego klubu, w którym byłam dwa miesiące temu z Frankiem i Dorotą. Czysty przypadek sprawił, że ostatecznie tam wylądowałyśmy. Tańczyłyśmy a kiedy Juzka, z którą byłam, zaczęła gadać z jakimś kolesiem, który się napatoczył, rozejrzałam się po sali. Zauważyłam, że gra ten sam DJ, co ostatnio… Niewiele  myśląc, podeszłam do niego i spytałam, czy mnie pamięta. Strasznie się ucieszył i powiedział, że tak, bo… wniosłam ze sobą taką pozytywną energię…  To mogło się wydawać dziwne, bo ostatnio z nim nawet nie rozmawiałam, prosiłam co najwyżej o kilka piosenek, a w końcu on każdego wieczora poznaje mnóstwo ludzi, dlaczego miałby zapamiętać właśnie mnie? A jednak… nie zdziwiło mnie to… Czułam, że mnie pamięta.
Zawołał mnie do siebie na to podwyższenie, rozmowa nie wychodziła, bo było za głośno, więc tylko siedziałam i obserwowałam jego pracę. Widziałam, że wkłada w to całe serce i że to naprawdę jego pasja… Zafascynowało mnie to i zastanawiałam się, jak on się czuje i co myśli, kiedy tak naprawdę w jego rękach jest powodzenie imprezy – w zależności od tego, czy trafi w gust, ludzie będą się bawili lub nie… Chciałam z nim o tym pogadać, ale ze względu na hałas i to, że jednak był w pracy, rozmowa nie wychodziła. Mnie znudziło się już obserwowanie i powiedziałam, że będę się gdzieś kręcić a jak skończy, możemy pogadać. Sama nie wiem dlaczego, zależało mi na tej rozmowie, ale zależało mi również, żeby nie pomyślał, że go podrywam. Od razu zapowiedziałam, że mam faceta i nie szukam nowego, a on odpowiedział, że pamięta… Nie chciałam upominać się o tę rozmowę i pomyślałam, że jak będzie chciał, to podejdzie. Tak też się stało. Kiedy już miałyśmy wychodzić, on zszedł z „posterunku”, znalazł mnie i usiedliśmy gdzieś z boczku.
Rozmowa była niesamowita. Na początku, spytałam go o to, jak on patrzy na tych wszystkich ludzi… czy jest to dla niego tylko jakaś masa twarzy, czy jednak obserwuje ich, zastanawia się co tu robią i czy dobrze się bawią… Nie jestem pewna, co mi odpowiedział, bo teraz pamiętam tylko, że powiedział, że czasami zdarza się, że przyjdzie ktoś niezwykły – tak jak ja…, że od początku chciał ze mną porozmawiać, że coś takiego poczuł, że… -  i zaczął plątać się w zeznaniach. Podpowiedziałam mu: „taka chemia co?” „Skąd wiesz, że o to mi chodzi?” spytał… Wiedziałam, bo czułam to samo. I powiedziałam mu o tym. Jednocześnie powtórzyłam, że mam chłopaka, którego kocham i z którym jest mi dobrze… Przyjął to do wiadomości. Rozmawialiśmy dwie godziny. Nie mogliśmy się nadziwić temu, że w ogóle się nie znamy, a rozmawiamy o tym, że moglibyśmy być razem… Bez żadnego skrępowania, bez głupich flirtów, bez owijania w bawełnę. I bez nadziei na to, że skończy się to inaczej, niż się skończyło.
A skończyło się zwyczajnie. Nie było pocałunku, nie było obietnic. Nic się nie wydarzyło, poza tym, że wstaliśmy i uścisnęliśmy się na pożegnanie, a on powiedział: „…i jeszcze pachniesz tak, jak nikt nigdy nie pachniał…” Odpowiedziałam: „Wiem, ale był ktoś przed Tobą…” I poszliśmy każde w swoją stronę.
Uff… Dużo  mnie to kosztowało, więc na razie muszę przerwać… Odetchnąć. Jakkolwiek to zinterpretowałyście, proszę tylko o nieocenianie mnie zbyt pochopnie, bo to jeszcze nie ostatnie słowo…
Ciąg dalszy nastąpi…

piątek, 31 lipca 2009

O poranku.

Wstałam wczoraj, jak zwykle, w okolicach szóstej. Zebrałam się dość sprawnie i pojechałam do pracy. Jak co dzień wchodzę do jednego  z CH, w którym jest nasz lokal, wspinam się ruchomymi schodami, które o tej porze jeszcze nie są ruchome, otwieram wejście do lokalu, zapalam światło i.. nic. Światła nie ma. Zapalam światło w biurze, światła nie ma. Światła nie było w żadnym z pomieszczeń. I co tu teraz zrobić? Siódma godzina, dla mojego szefa to jest środek nocy.  (Serio, zawsze mi powtarza, że nie rozumie jak ja mogę w środku nocy do pracy przyjeżdżać:)) Nie ma do kogo zadzwonić. Nie pozostało mi nic innego jak wycofać się rakiem. Tak też zrobiłam. 

Wyszłam z CH i poczułam charakterystyczny zapach… Zapach poranka w Hiszpanii. Tak właśnie pachniało powietrze, kiedy wychodziłam rano na zajęcia, gdy mieszkałam w Cordobie. Pachniało świeżością, parującą rosą i zapowiedzią upału. Była siódma rano, a słońce było już bardzo wysoko. Pojechałam do najbliższego parku. Park ten zawsze jest pełen ludzi. Człowiek na człowieku, zwłaszcza, że na środku jest wielka fontanna (o tej porze oczywiście była wyłączona), w której można sobie pobrodzić w największy upał. A tym razem było pusto. Mogłam sobie wybrać ławkę. Usiadłam na słońcu, wyciągnęłam książkę i delektowałam się chwilą. 

Lubię poranki. Nie powiem, że zawsze wstaję rześka i nigdy nie mam ochoty po prostu przewrócić się na drugą stroną i olać sprawę (zwłaszcza, że nikt mi nie każe wcześnie przychodzić), ale tak naprawdę dochodzę do siebie już po pięciu minutach. I lubię ten zaspany świat o tej porze. Na ulicach nie ma jeszcze korków, ludzi mało. W pracy cisza. Około dziewiątej robi się już zupełnie inaczej. A ja wtedy patrzę na tych śpieszących się ludzi i po cichu się z nich śmieję, bo wiem jak wiele stracili. W dużym mieście jest to szczególnie widoczne, bo tu życie zaczyna później. A ja mam wrażenie, jakbym o tej siódmej rano była razem z niewielką liczbą innych osób, dopuszczona do jakiejś tajemnicy. Wiem, brzmi to śmiesznie, ale przecież ci, którzy zaczynają pracę o dziesiątej rzadko mają okazję zobaczyć jak wyglądają ulice wcześnie rano. Nie usłyszą śpiewu ptaków, bo jest już zagłuszony przez ruch uliczny. Nie poczują zapachu kwiatów, bo kiedy rosa wyparuje, nie będzie on już tak intensywny. Tylko o tej porze słońce ogrzewa skórę w specyficzny sposób – bo promienie są już bardzo ciepłe, ale jednocześnie czuć jeszcze na skórze dotyk chłodnego powietrza…
Tego się nie da nawet opisać, tej magii poranka. Bo później czar pryska. Czasami żałuję, że chodzę do pracy tak wcześnie i nie mam możliwości wyjść do parku o siódmej rano. Na szczęście zdarzają się od czasu do czasu takie awarie, które pozwalają mi na wyjście w teren :)

wtorek, 7 lipca 2009

Zagadka

Przeczytałam ostatnio taką typowo babską książkę z serii „Literatura w spódnicy”. Takie mało wymagające czytadełko. Opowiada o lasce, z którą po dwóch latach związku zerwał  facet.  No i oczywiście bohaterka za wszelką cenę stara się wypełnić pustkę w swoim życiu. Najlepiej nowym facetem. A jednocześnie cały czas wierzy, ze tamten jednak ją kocha i wróci. Skądś to znamy? Typowe, co? :) W każdym razie, dziewczyna umówiła się na kilka randek.Ale nic z nich nie wynikło. Raz koleś nie odpowiadał jej wizualnie i do tego trochę przynudzał. Innym razem niby wszystko ok a jednak czegoś brakowało… I w trakcie czytania pomyślałam sobie, że to bardzo prawdziwe.
Ja to już dawno nie byłam singielką :) a poza tym między jednym a drugim związkiem przerwę miałam tylko półroczną, ale pamiętam trochę jak to jest. Poza tym mam mnóstwo koleżanek bez facetów. I widzę jak jest. A jest dokładnie tak jak w książce.Potencjalnych partnerów wcale nie brakuje. Poszłam na imprezę i już poznałam trzech. Przez Internet kilku następnych. Tu jakiś znajomy koleżanki, kuzyn kolegi… Okazji niby mnóstwo. Parę spotkań. I nic. Nie klei się. No i na czym polega właściwie ta miłość? Od czego zależy to, że chłopak fajny, wizualnie nam odpowiada, szarmancki, inteligentny, ale jakoś chęci nie mamy, żeby traktować go inaczej niż jako dobrego kolegę… A z kolei innego prawie nie znamy, a wystarczy, ze raz spojrzymy w jego oczy i wpadłyśmy jak śliwka w kompot…
Przynajmniej u mnie zawsze tak było. Nigdy nie było tak, że spotykałam się z chłopakiem, rozmawiałam z nim i potem od słowa do słowa zostawaliśmy parą.Przeważnie było tak, że poznaliśmy się, zwykle spędziliśmy trochę czasu razem –i to nawet nie sami, tylko w gronie znajomych, a następnego dnia już byliśmy razem… Szybko? Może, ale potem byliśmy ze sobą bardzo długo, więc po co odwlekać to, co nieuniknione.
Ja wierzę, że zadziałało to „coś”. Oczywiście nikt nie wie co to jest.Może chemia po prostu, jak to się często mówi. Może feromony. Zagadkowa sprawa.Nie wiem co sprawia, że akurat z Frankiem jest mi dobrze. Co sprawiło, że podwóch latach mijania się obojętnie na osiedlu nagle spotkaliśmy się ipoczuliśmy, że to jest to? Przecież nie chodziło tylko o to, że oboje jesteśmywolni. Tak naprawdę nikt nie pomyślałby, że moglibyśmy zwrócić na siebie uwagę,że będziemy do siebie pasować. A jednak.  Może to prawda z tymi połówkami jabłka. Ale ta teoria mnie jednak nie do końca przekonuje, bo wierzę, że można kochać tak samo szczerze kilka razy w życiu. Może ta miłość jest inna, ale tak samo szczera. Chyba najbardziej przemawia do mnie teoria magnetyzmu serc. I podobnie jak Fredro wierzę w bliźniacze dusze (ale nie w miłość od pierwszego wejrzenia). Musi istnieć coś takiego, co sprawia, że między dwiema osobami zaczyna iskrzyć. Co wywołuje motyle w brzuchu i miękkie kolana. A później, powoduje, że nawet bez tych motyli chce się spędzić z tą drugą osobą życie. Przecież zwykle to nie rozsądek o tym decyduje. W ogóle myślę, że gdyby rozum się zaczął za dużo wtrącać, nie byłoby połowy związków.  No chyba, że ktoś mi racjonalnie wytłumaczy o co chodzi w miłości, wtedy rozumowi zwracam honor :)

piątek, 5 czerwca 2009

Tu i teraz

Często jest tak, że dopiero po jakimś czasie wspominamy przeszłość i myślimy sobie, jak to było fajnie… dopiero wtedy potrafimy coś docenić… A mnie się już wydaje, że jest fajnie. Właśnie tu i teraz czuję się szczęśliwa i za parę lat prawdopodobnie będę tęskniła do tego okresu. Jestem niezależna i młoda (chyba, bo pewnie dla kogoś młodszego dziesięć lat ode mnie to nie bardzo :P) wiele jeszcze przede mną. Jestem dorosła, więc nie muszę się już nikomu podporządkowywać. Z drugiej strony, nie mam jeszcze własnej rodziny, więc mogę być trochę egoistką i myśleć tylko o sobie. Co wcale nie znaczy, że nie myślę o tym, żeby w ciągu najbliższych lat to zmienić, wiem, że na dłuższą metę znudziłby mnie taki stan rzeczy.
Oczywiście całkiem różowo nie jest. Miewam teraz problemy, którymi nie musiałam sobie zawracać głowy parę lat temu. Nie mogę już być taka beztroska jak kiedyś. Mam obowiązki, z których muszę się codziennie wywiązywać. Nie mam wakacji, codziennie muszę wstawać, żeby na siódmą być w pracy. Czasami łapie mnie dołek, bo rodzinę mam daleko i nawet Franek obok mnie to za mało.
Ale życie jest po prostu kolorowe, ma wszystkie odcienie. Od różu bijącego po oczach, przez zieleń i nadzieję na dobre jutro, poprzez pełną emocji czerwień aż po szary smutek i czerń. Ale jestem zadowolona. Nie mam wszystkiego, ale to, co mam, wystarcza mi, żebym czuła się szczęśliwa. Fajna jest ta świadomość, że to dopiero początek. Chociaż wydaje mi się, że w życiu wiele takich początków mamy, a każdy z nich to szansa na to, żeby zacząć od nowa i żeby trochę inaczej ukształtować swój los. Tak naprawdę nie ma znaczenia w jakim wieku jesteśmy. Myślę, że najważniejsze to zaakceptować swój los, lub zmienić go, kiedy go nie akceptujemy. To takie banalne, że sami decydujemy o swoim życiu i szczęściu. Ale prawdziwe. Trochę trwało zanim zrozumiałam, że to prawda. Od kiedy jestem zadowolona z tego co mam, jakoś mi lepiej w tym życiu. Oby mnie to zadowolenie nie opuszczało. I Wam też tego życzę:) Wszystkim.
To mi się na filozofię zebrało:) Taki nastrój… Dzisiaj jestem pozytywnie nastawiona, mam ochotę powiedzieć „chwilo trwaj”! Kto wie, może jutro mnie dołek dopadnie, ale jak tak, to pomyślę o tym jutro ;) Miłego dnia wszystkim życzę.