*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cztery kółka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cztery kółka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2011

Rajd poznański :)

Egzamin na prawko zdawałam prawie dziesięć lat temu w Opolu. Dość szybko poczułam się za kierownicą w miarę pewnie a rodzice nie robili większych problemów, żeby dać mi samochód i na przykład w klasie maturalnej, sama dojeżdżałam na lekcje angielskiego 50 km w jedną stronę. Nie bałam się jeździć i nie boję się do dzisiaj. Prawie :)
Problemem dla mnie jest jeżdżenie… po Poznaniu :) Niektóre moje koleżanki mówią, że nie jest dla nich problemem poruszanie się po mieście, ale na trasę raczej się nie porywają. Ja na odwrót – nie boję się długich dystansów, wyprzedzania ani prędkości powyżej 80 km/h :) Ale jak mam gdzieś dojechać samochodem w Poznaniu, to wybieram komunikację miejską.
Oczywiście jest to także związane ze względami praktycznymi – nie muszę martwić się o parking, o opłatę za niego, o to, że gdzieś jest jednokierunkowa no i nie stoję w korkach – a nawet jeśli to sobie siedzę wygodnie i czytam… Ale w dużej mierze nie jeżdżę po Poznaniu, bo się tego boję :) Opole jednak jest miastem jakieś sześć razy mniejszym, więc kiedy po raz pierwszy prowadziłam samochód w Pyrlandii to myślałam, że zawału serca dostanę :)


Nigdy nie jeżdżę samochodem „w ciemno” w jakieś nowe miejsce – to znaczy, kiedy na przykład kupiłam samochód, to najpierw Franek musiał się ze mną przejechać trasą do pracy i z powrotem. I zawsze tak robimy, gdy mam gdzieś jechać – zwykle jest tak, że on prowadzi a ja siedzę obok, a później ja prowadzę a on siedzi obok pilotuje mnie i zachowuje się jak instruktor jazdy :P Później nie ma już żadnego problemu. Nowej trasy szybko się uczę i nie boję się już zmian pasów ani szalonych rond poznańskich (dla obeznanych – czyt. Rataje)
Ze mną to jest tak, że trasę sobie zawsze obcykam w internecie i na mapach tak, że mam ją w jednym paluszku. I niby wiem jak jechać – w głowie mam GPSa, ale po prostu nie potrafię się wbić w te ulice! Zmiany pasów, kilkupasmowe ronda itd… Co z tego, że wiem jak jechać i gdzie skręcić, skoro nie wiem, w którym miejscu najlepiej zmienić pas, gdzie są bardziej niebezpieczne miejsca i gdzie na co trzeba zwrócić szczególną uwagę? Dlatego zawsze muszę się wcześniej daną trasą przejechać.

Dzisiaj po południu muszę pojechać autem na drugi koniec Poznania -  miejsce gdzie się jeszcze nigdy nie zapuszczałam, bo nie było mi to wcale potrzebne. Wczoraj Franuś się poświęcił – skończył pracę o 20 i pojechał ze mną na rundkę po mieście. Rundka zamieniła się w rundę, bo Franek pokazał mi jeszcze drugą trasę, a potem jeszcze raz obróciliśmy w drugą stronę i wyobraźcie sobie, że tak wczoraj jeździliśmy dwie godziny. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów, bo lało cały czas, do tego było ciemno, więc ledwo widziałam pasy na jezdni, ale obecność Franka działała dość uspokajająco i daliśmy radę :) Myślę, że dzisiaj (zwłaszcza, że będzie jasno i może nie będzie tak padać) sobie już poradzę bez problemu – trzymajcie kciuki.
Franek to się ze mnie czasem śmieje, że niby taki pewny kierowca ze mnie z dziewięcioletnim stażem i ze średnią dziesięciu tysięcy kilometrów rocznie na liczniku, a boję się wjechać do miasta bez wcześniejszego rekonesansu. Ale łatwo mu mówić, skoro on Poznaniak od pokoleń jest, a ja z małego Miasteczka pochodzę i mnogość pasów ruchu potrafi mnie przerazić :) Co z tego, że umiem jeździć, skoro nie znam zbyt dobrze miasta a już w ogóle kiepsko orientuję się w pasach ruchu i nie wiem, na którym się ustawić? :) Ale na szczęście wszystkiego można się nauczyć, a Franek w tej kwestii – muszę mu to przyznać – nigdy nie odmawia i nie marudzi, tylko chętnie poświęca swój czas na to by poprowadzić naukę jazdy po Poznaniu dla Margolki :)
A tak na koniec dodam, że na szczęście mam „obcą” rejestrację :) To mnie ratuje, gdy pomylę pasy, bo kierowcy są bardziej wyrozumiali dla opolskiego kierowcy ;)

środa, 28 lipca 2010

Znaki.

Jakiś czas temu pisałam o moich dojazdach do pracy środkami komunikacji miejskiej (a tak przy okazji: tak się nachwaliłam, że zaraz następnego dnia autobus nie przyjechał :)). Rozpisałam się jak na Margolkę przystało, a proszę sobie wyobrazić, że to jeszcze nie koniec :) Bo mogę napisać co nie co o dojazdach samochodem :)
Ale bez obaw, nie mam zamiaru opisywać trasy kilometr po kilometrze :) Powiem tylko, że jeździ się szybko łatwo i przyjemnie. Ale nie od początku tak było :)

Egzamin na prawo jazdy zdawałam osiem lat temu w Opolu, a więc w mieście sporo mniejszym od Poznania. Dlatego o ile świetnie czuję się na dłuższych trasach i mniejsze miasta nie robią na mnie wrażenia, jazda po Poznaniu zawsze mnie trochę stresuje – to znaczy kiedy nie znam drogi, bo jak już się przejadę nią kilka razy to śmigam jak ta lala :) No i metodę mam taką – zanim gdziekolwiek w Poznaniu się wybiorę sama, najpierw jadę z Frankiem i obserwuję którędy trzeba jechać. A w drugim etapie siadam za kierownicą i jadę tą samą trasą, ale z Frankiem u boku, żeby mógł mi jeszcze co nieco podpowiedzieć – którym pasem jechać, gdzie skręcić, na co uważać. Za trzecim razem już się czuję pewnie. Dotychczas tylko raz się wybrałam w „trasę”, nie przejechawszy jej wcześniej, ale wzięłam sobie Dorotę na wszelki wypadek – tak tylko, żeby siedziała obok :)

Przeprowadziliśmy się w poniedziałek a we wtorki jeżdżę do pracy samochodem. Kilka dni wcześniej Franek pokazał mi, którędy mam jechać, a później jeszcze raz się zdarzyło, że jechaliśmy tą trasą, z tym, że i tym razem Franek siedział za kierownicą, a więc obeszło się bez drugiego etapu. Wszystko wyglądało bardzo łatwo i w ogóle się nie stresowałam.

No i nadszedł wielki dzień :) Wyszłam z domu, odpaliłam Prosiaczka i jadę… Tak jak pamiętałam, a pamiętałam na pewno dobrze! Tu prosto, lekko na ukos i  z podporządkowanej wyjeżdżam na główną, ruchliwą z tramwajami. Ok, wszystko się zgadza. Teraz dojeżdżam do świateł i mam skręcić w lewo a potem to już wiem, bo wyjeżdżam przy rondzie, na które dojeżdżając z poprzedniego mieszkania też wjeżdżałam, tyle że z drugiej strony. No i tak sobie beztrosko jadę, buch, kierunkowskaz w lewo, jadę za kimś i nagle stanęłam zdezorientowana prawie na środku skrzyżowania. Ktoś mi buchnął sygnalizację świetlną! No była, a nie ma! I nie wiem jak jechać dalej! W lewo to się chyba nawet nie da, bo wszyscy prosto jadą… Zgłupiałam totalnie. W takich sytuacja ratuje mnie obca rejestracja, bo wszyscy widzą, że ja nie z Poznania i wybaczają mi nieznajomość trasy :) Nikt nawet nie zatrąbił. Szybko pomyślałam co robić no i zdecydowałam: wracam – kierunkowskaz w prawo i jadę jeszcze raz. 

Myślę Se, że może pomyliłam gdzieś tam coś tam, zagapiłam się i nie zauważyłam tych świateł.  No i znowu: tu prosto, lekko na ukos i  z podporządkowanej wyjeżdżam na główną, ruchliwą z tramwajami. Dojeżdżam do skrzyżowania a świateł jak nie było tak nie ma. No zrobili mi na złość i w nocy pozmieniali wszystko. Co mam robić? Kierunkowskaz w prawo i trzecie kółeczko. Ale pomyślałam sobie, że jak tak, to ja będę do południa tak dookoła jeździć a do pracy nie dojadę. Obmyśliłam, że ja chyba powinnam się bardziej na lewo kierować. No to jadę: tu prosto, lekko na ukos i  z podporządkowanej wyjeżdżam na główną, ruchliwą z tramwajami.  Ale tym razem nie skręcam w prawo od razu, tylko jadę prosto i potem sobie skręcę. A tu zonk. Bo skrętu w prawo nie ma. Nic to, cóż mam robić? Jadę prosto. I –  hurra – nadłożyłam co prawda spory kawałek, ale przynajmniej wyjechałam gdzieś, gdzie już kiedyś byłam i wiem co dalej. Zamiast po dziesięciu to po trzydziestu minutach z okładem dotarłam do biura. I cały czas rozmyślałam co też się stało?

Uświadomił mnie Franek po południu. Otóż miałam jechać: tu prosto, lekko na ukos i  z podporządkowanej wyjeżdżam na główną, ruchliwą z tramwajami. Ale zaraz potem skręcam w lewo a następnie w prawo. 
Kolejnym razem robię tak, jak kazał Franek. Ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Tym razem skręciłam za szybko :) Ale obeszło się bez krążenia, a na samym nadłożeniu trasy się skończyło. Do trzech razy sztuka się mówi, no więc jadę kolejny raz: tu prosto, lekko na ukos i  z podporządkowanej wyjeżdżam na główną, ruchliwą z tramwajami. W lewo, ale nie w tą pierwszą, tylko w drugą, w prawo i… bingo! Są światła, jest skręt w lewo! Hura, dojechałam. Teraz już wiem – mam jechać tak jak ten znak pokazuje: objazd A2 Świecko, Wrocław. Tablica żółta, rzuca się w oczy, problemu nie będzie. I nie było przez kolejne dwa tygodnie.

Wczoraj sobie jadę, tak jak zwykle: tu prosto, lekko na ukos i  z podporządkowanej wyjeżdżam na główną, ruchliwą z tramwajami. Przy żółtym znaku w lewo… Zaraz! Gdzie żółty znak?! Znowu buchnęli! Cholipa, dojechałam już do tego skrzyżowania, co to na nim światła mi zabrali a znaku nie było! Nosz kurka wodna – znowu kółko i tu prosto… resztę znacie :) 
Tym razem znak naprawdę mi buchnęli, bo objazd się skończył i stoi tam tylko zielony znak, którego nie zauważyłam :)  Ale od piątku będę już zauważać. No chyba niemożliwością jest, żebym znowu pojechała inaczej, wszystkie warianty wyczerpałam :)

Jeśli chodzi o sieć tramwajową i autobusową, mam je w małym paluszku, ale kurczę te wszystkie ronda, skrzyżowania i dwupasmówki poznańskie to mi się mieszają, wszystkie wyglądają tak samo :) Na domiar złego jak wiecie, jestem „daltonistką” jeśli chodzi o odróżnianie prawej strony od lewej… Cóż, grunt, że tak czy inaczej, zawsze gdzieś wyjadę :)

czwartek, 15 lipca 2010

Dojazd.

Jak wiadomo, wszystko ma dwie strony. W pierwszych dniach na nowym miejscu oczywiście wszystko mi przeszkadzało i ciągle wydawało mi się, że coś jest nie tak. Ale ze względu na to, że wiedziałam, że jakiś czas, być może kilka najbliższych lat w tym miejscu spędzę, starałam się wyszukiwać jednak pozytywne strony każdej rzeczy, która mnie denerwowała. Najgorzej było z dojazdami do pracy no i dzisiaj o tym właśnie chciałam :) 

Jak wiecie, pracuję w dwóch miejscach u jednego pracodawcy. W miejsce A dojeżdżam dwa razy w tygodniu samochodem, w miejsce B jeżdżę trzy razy w tygodniu komunikacją miejską. Z mojego osiedla samochodem jeździłam około 15 minut do miejsca A, natomiast do miejsca B miałam doskonały dojazd – cztery minuty do przystanku, z którego tramwaj zawoził mnie w 19 minut bezpośrednio na miejsce. Z nowego mieszkania mam zdecydowanie bliżej do miejsca A – teraz ze spokojem dojeżdżam do pracy maksymalnie w 10 minut. Do tego nie ma korków – podczas gdy wracając na poprzednie osiedle bywało, ze pakowałam się w taki jeden od czasu do czasu. Tu za bardzo nie ma gdzie się korkować.
Niestety, z miejscem B nie jest tak łatwo – odległość niby taka sama, ale dojazd dużo gorszy. Owszem, jeżdżą tramwaje, ale musiałabym się przynajmniej raz przesiadać. Ale i tak najgorsze jest to, że do przystanku tramwajowego mam dziesięć minut (może się to komuś wydawać niewiele, jednak w porównaniu z tym jak blisko miałam w poprzednim miejscu zamieszkania, różnica jest kolosalna). Jeździ jeszcze autobus – w zasadzie zaraz spod mojej bramy. Tylko, że z ostatniego przystanku muszę się jeszcze przejść spory kawałek. Latem 10 minut nie przeszkadza, ale zimą… Jakoś tego nie widzę, zwłaszcza, że muszę dwa razy wchodzić i schodzić po schodach – już mam wizję jak minimum raz w tygodniu ląduję na tyłku :P

Tydzień temu po raz pierwszy jechałam do miejsca B z nowego mieszkania. Miałam pojechać autobusem, niestety tak się zdarzyło, że zaspałam (to jest możliwe tylko na nowym miejscu, przecież ja nie umiałam zaspać, nawet jak chciałam! :)), poszłam więc na tramwaj. Dojechałam do pracy po 53, słownie pięćdziesięciu trzech minutach! Byłam załamana. Do przystanku daleko, trzy razy się przesiadałam, do tego wszędzie musiałam czekać. Wierzcie mi, do pracy dotarłam totalnie zrezygnowana. Mimo tego, starałam sama siebie pocieszać, ze nie będzie tak źle, że jakoś sobie poradzę, że za to do miejsca B mam bliżej, więc to się wyrównuje i takie tam. No i jeszcze, że następnym razem spróbuję autobusem. 

Tak też zrobiłam. I muszę powiedzieć, że jestem zadowolona :) Autobus jak na razie zawsze jest punktualny (odpukać ;)), do tego nie jest zatłoczony i zawsze mam w nim miejsce siedzące – co powoduje, że komfort jazdy już jest dużo lepszy niż w tramwaju, którym jeździłam :) Jeździ przez ścisłe centrum, ale rzadko stoi w korkach. A nawet jeśli to przecież siedzę sobie i czytam książkę, więc w czym problem? :) Ostatni przystanek co prawda jest dość daleko od miejsca A, ale wykombinowałam sobie, że wysiadam jeszcze jeden wcześniej i schodzę na tramwaj, bo przystanek jest parę kroków po schodkach dalej :) Tym sposobem ostatecznie wysiadam tam, gdzie wysiadałam do tej pory. Z powrotem w ogóle nie mam takiego problemu, bo zarówno przystanek na którym wsiadam, jak i ten na którym wysiadam mam pod nosem. Jadę trochę dłużej niż kiedyś, ale to tylko jakieś pięć-dziesięć minut – przynajmniej dłużej sobie poczytam :)

Pewnie nie spodziewałyście się, że można tyle napisać na temat tak prozaiczny i w gruncie rzeczy mało ciekawy, jak dojazd do pracy :P Ale postanowiłam o tym napisać, żeby Wam udowodnić, że ja wcale nie marudzę tak non stop, jak to się może ostatnio wydawać :) Staram się po prostu we wszystkim znaleźć coś pozytywnego. Tak się bałam tych dojazdów, a ostatecznie jest ok – mimo, że kiedyś i tak miałam nieco łatwiej, to jestem zadowolona i skupiam się na tym, co teraz jest lepsze. Obiektywnie mogłabym powiedzieć, że wygodniej miałam z tamtego mieszkania, subiektywnie stwierdzam, że teraz mi się bardziej podoba. Dziwna jestem co? :)
A w ogóle to się nie dziwcie proszę, że ja tak często się odnoszę do tematyki komunikacji miejskiej, bo uwielbiam tę branżę :P Zawsze ją uwielbiałam. Kiedyś chciałam nawet zostać panią „tramwajarką” :P No ale musi mi wystarczyć Osobisty Facet pracujący jako kierowca autobusów :) Lubię jeździć tramwajami i autobusami, nie przeszkadza mi czekanie na przystankach a jak tylko znalazłam jakieś pozytywne strony nowej trasy, to już nic więcej mi w tej kwestii do szczęścia nie potrzeba :)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Dylematy osiołka

Dzisiaj będzie o dylematach osiołka :) Czyli o wyższości samochodu nad pociągiem bądźjej braku :) Wiele osób, kiedy słyszy, że zastanawiam się, czy jechać do domu samochodem, czy pociągiem, puka się wymownie w czoło. Bo wydawałoby się,że w ogóle nie powinno się porównywać tych dwóch środków transportu –zwłaszcza, że wszyscy wiedzą na jakim poziomie jest nasza kolej. Ale ja uważam,że wybór nie zawsze jest taki oczywisty.
Samochód kupiłam jedynie ze względu na to, że dwa razy w tygodniu jeżdżę do biura pod Poznaniem. Kiedy nie miałam auta, musiałam jechać z przesiadkami i do tego jeszcze iść całkiem spory kawałek piechotą. Przy dobrym wietrze trwało to około godziny w jedną stronę. Przemęczyłam się niecały rok i zdecydowałam się na kupno samochodu. Teraz jadę do pracy dokładnie 12 minut. W pozostałe dni tygodnia, pracuję w Poznaniu i wtedy wolę tramwaj, bo wsiadam na przystanku niedaleko domu, niczym się nie przejmuję przez kolejne 20 minut i jeszcze sobie książkę poczytam. Jest taniej a żadne korki i złe warunki pogodowe mi nie straszne.
Pociągiem jeździłam do domu przez cztery lata. Nie lubiłam połączeń z przesiadką, czasami miałam problem z ciężkim bagażem, innym razem musiałam się mocno zwalniać z zajęć czy z pracy, żeby zdążyć na ostatni pociąg, ale nigdy specjalnie nie psioczyłam na fakt, że nie mam samochodu. Za to od kiedy miałam auto, często sobie myślałam, że miło byłoby pojechać pociągiem. I tu dochodzimy do mojego dylematu piątkowego.
Zaletą podróży samochodem jest to, że nie jest się od nikogo i niczego uzależnionym – sama decyduję o tym, kiedy wyjadę i nie muszę się dostosowywać do żadnego rozkładu. Poza tym mogę zabrać ze sobą tyle rzeczy, ile się zmieści, a nie, ile uniosę :)
Z drugiej strony jednak, samochód prowadzę minimum przez trzy godziny i są to trochę godziny stracone. A jak jestem zmęczona, podróż bywa uciążliwa. Czasami naprawdę wolę pojechać trochę dłużej pociągiem, ale za to mieć okazję do tego, żeby sobie poczytać albo się zdrzemnąć. No i pociąg, nawet teraz, kiedy już nie mam zniżki studenckiej, wychodzi taniej o około 25 złotych w jedną stronę. A od kiedy w grudniu zmienił się rozkład jazdy, połączenia są w korzystniejszych dla mnie godzinach i bez przesiadek, nie mam więc dylematu, że trzeba się zwolnić z pracy albo zrezygnować z niedzielnego obiadu.
Wygoda? To jest pojęcie względne :) Bo zależy na jakiej wygodzie akurat człowiekowi zależy – oczywiście, przy niektórych warunkach pogodowych jazda samochodem jest zdecydowanie bardziej komfortowa. Ale za to trzeba być cały czas skoncentrowanym no i siedzi się przez kilka godzin w jednej pozycji. Z drugiej strony czasami pociągiem jest po prostu bezpieczniej.
Jak widać to wcale nie jest takie jednoznaczne, że lepiej jest samochodem albo pociągiem :) Czy teraz rozumiecie, dlaczego się zastanawiałam? :) Wszystko zależy przede wszystkim od okoliczności i zwykle biorę pod uwagę, jakie są warunki pogodowe, ile mam rzeczy do zabrania zesobą, czy jestem bardzo zmęczona, jak bardzo mam ochotę poczytać książkę w podróży i czy zależy mi na czasie.

piątek, 12 marca 2010

Zapomniał

„Zabiję Cię (…)”
Smsa o takiej treści wysłałam dzisiaj do Franka o 6:31 po tym jak najpierw przez niego zbladłam a potem się zagotowałam ze złości.
Wyszłam sobie z domu jak co dzień do pracy, wstąpiłam do sklepu po świeżą bułeczkę na śniadanie i niemalże podśpiewując sobie ruszyłam w stronę parkingu. Mina mi zrzedła, kiedy zobaczyłam, że miejsce, na którym jeszcze wczoraj widziałam moje auto jest puste. Zrobiło mi się najpierw zimno, potem gorąco a potem nogi się prawie pode mną ugięły.
A potem poczułam się niesamowicie głupio stojąc z kluczykami w ręce i rozglądając się na wszystkie strony – oho, ciemna blondynka zapomniała gdzie samochód zaparkowała – mógłby pomyśleć ktoś, na przykład pan stróż z parkingu strzeżonego…
Spojrzałam na parking obok i zobaczyłam – jest, stoi! A w międzyczasie przypomniałam sobie, ze poprosiłam Franka wczoraj, żeby zerknął tam na elektronikę, bo mi się jakaś kontrolka paliła. Prosiłam go o podociskanie kabelków a nie przeparkowanie samochodu do jasnej Anielki! W tym momencie byłam już wściekła i tym właśnie sposobem wysłałam Frankowi wspomnianego wcześniej smsa, kończącego się słowami „za przestawienie auta”.
Kilka godzin później zadzwonił. Złość mi oczywiście trochę przeszła, ale i tak go ochrzaniłam, że mi nie powiedział, że przestawił samochód i wiecie co mi odpowiedział??
- Trzeba było zapytać.
I w ogóle nie wiedział o co mi chodzi no bo „to już samochodu nie mogę przestawić? Zapomniałem Ci powiedzieć i tyle”
I tyle. Noszzzz… Dziewczyny, co byście sobie pomyślały w pierwszym momencie, gdyby samochód nie stał tam, gdzie go zostawiłyście?? No właśnie… Mnie co prawda po chwili przyszło do głowy, ze Franek mógł go przestawić, ale u nas na osiedlu parkingów jest mnóstwo i gdyby stanął gdzie indziej (a powiedział mi, ze chciał, ale miejsca nie było) to nie zauważyłabym go tak szybko i albo godzinę szukałabym samochodu, albo skończyłoby się telefonem na policję.
Oczywiście najprościej byłoby zadzwonić do niego, ale tak się składa, ze był w pracy i nie  mógłby odebrać. Ehh, ten Franek… zapomniał no… :)))

poniedziałek, 9 lutego 2009

Biegiem myślę, biegiem śpię :)

Ahh, ciągle w biegu. No naprawdę, co tydzień to gorszy. Pocieszam się tylko, że może po 15, jak już będę miała za sobą tę ostatnią prezentację, wreszcie trochę odsapnę. A tak, nie dość, że muszę przygotowywać prezentację, uczyć się do kolokwium, to jeszcze w pracy też masę roboty :/ A skoro już przy pracy jesteśmy, to się pochwalę, że dostałam podwyżkę :) Tak po prostu, niby kryzys, a mój szef stwierdził, że wystarczająco długo pracuję za tę samą stawkę :) Dowiedziałam sie o tym w piątek – jak znalazł na dobry początek weekendu :) I weekend rzeczywiście był bardzo udany. Tyle, ze minął zbyt szybko – jak zwykle :)
Franka co prawda na autostradzie nie wysadziłam, ale może źle się stało, bo… Zatrzymała nas policja i oczywiście Franuś ma mandacik za przekroczenie prędkości. Na szczęście tylko 100 zł, bo jechał 70 km/h, a nie pędził jak wariat. Szkoda, że tak się trafiło, bo Franek mówił, że widział, że jak mierzyli innych i ktoś miał 65 lub nawet 68 to nie zatrzymywali, widocznie sobie taki limit wyznaczyli, że od 70, a Franuś zwalniał co prawda przy wjeździe na teren zabudowany, ale za słabo, a oni stali zaraz za tabliczką prawie. No cóż trudno… Ja i tak lepsza byłam, bo jak wyjechaliśmy w niedzielę, i byliśmy tak już 30 km od domu zadzwoniła mama. Już wiedziałam, że czegoś zapomniałam… Nie wiem jak to zrobiłam, ale zostawiłam w domu dowód rejestracyjny i OC, no i trzeba było wrócić. Ja to jestem jedna roztrzepana jak jajko na jajecznicę :/ Myślałam, że się Franek na mnie wkurzy, ale tylko powiedział „Słoneczko, a pytałem, czy wszystko zabrałaś” No nic, dobrze, że chociaż mama zauważyła te dokumenty jak byliśmy 30 km od domu a nie 130, bo byłby problem.
Tak więc weekendzik z przygodami. Ale fajny naprawdę. Nawet chwilami miałam okazję trochę zwolnić – na przykład jak poszliśmy na koncert. Był to koncert organizowany przez Straż Pożarną w ramach szkolenia przeciwpożarowego, a występował zespół Łzy. Jeśli chodzi o muzykę, tak naprawdę słucham tylko radia, jak mi się coś spodoba, to po prostu ściągam piosenkę, ale żeby mieć jakiegoś ulubionego wykonawcę to nie bardzo. I ten zespół to jedyny, którego mam wszystkie płyty i którego słucham regularnie :) I jeszcze Franka zaraziłam, więc poszliśmy razem i naprawdę fajnie się bawiliśmy.
Ale po weekendzie zostało już tylko wspomnienie. A teraz czas się zabrać za dalszy ciąg nauki. Staram się do Was wpadać chociażby tak „na wyrywki”, mimo, że nie zawsze komentuję. Ale jestem z Wami myślami i staram się być na bieżąco. A jak już się trochę u mnie uspokoi, to wszystko nadrobię :)