Obudziłam się o 5:30. Poleżałam trochę, pokontemplowałam i
poszłam do łazienki. Zjadłam śniadanko i na 6:40 byłam w pracy.
Siedziałam tam do 15:30. Potem przyjechał po mnie Franek i
pozałatwialiśmy na mieście parę spraw związanych z naszym wyjazdem. W
domu byłam o 16:30. Szybki obiad i pół godziny odpoczynku. Pouczyłam
się, a o 18:30 już musiałam wychodzić na Hiszpański na 19 do 20:30.
Prosto z hiszpańskiego pojechałam na aerobic. A potem już tylko szybki
prysznic i oto siedzę sobie w piżamce i się wyciszam. Teraz jeszcze
paciorek i spać, bo jutro od nowa
No i jak tu się potem dziwić, że te dni mijają jak z bicza strzelił??
Ale w zasadzie wolę takie niż takie rozmemłane, kiedy nic nie zrobię… A
teraz już nic mądrzejszego nie wymóżdżę. Dobranoc

