*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o jedzeniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o jedzeniu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 grudnia 2014

Trochę słodsze święta.

Jesteśmy już w Poznaniu. Niestety, nie wiem co się stało, ale internet tutaj pozostawia wiele do życzenia :/ Jak się jutro nie poprawi, to chyba będę musiała sobie zrobić kilkudniowy odwyk, bo niesamowicie mnie irytuje jego tempo i oporność:/

A tymczasem, wreszcie mogę napisać jakieś dobre wieści odnośnie mojej cukrzycy. Wychodzi na to, że dieta wigilijno-świąteczna jak najbardziej mi służy! Fakt, że ten najgorszy cukrzycowy czas minął już parę tygodni temu - chociaż niedawno trochę się rozregulowałam i zaliczyłam kilka niepokojących pomiarów. Niemniej jednak obawiałam się bardzo Wigilii i tego, jak mój organizm to zniesie. A tu miła niespodzianka!

Podczas wieczerzy wigilijnej zjadłam właściwie wszystko to, co zawsze. Może w nieco mniejszych ilościach - ale ja w ogóle już od dłuższego czasu tak bardzo przyzwyczaiłam się do mniejszych porcji, że chyba skurczył mi się żołądek. Odstępstwem od tradycji było to, że wypiłam jeszcze chyba ze trzy szklanki kefiru i wszystko zagryzłam kawałkiem surowej kapusty (to była moja surówka - organizm lepiej trawi glukozę, kiedy dostarcza mu się świeże warzywa oraz produkty białkowo-tłuszczowe). Bardzo się tym najadłam i bałam się, jak będzie wyglądał mój cukier, ale był bardzo dobry!

Wczoraj i dziś po każdym z głównych posiłków to samo! W nagrodę nawet pozwoliłam sobie na coś słodkiego... Nawet dużo (wziąwszy pod uwagę fakt, że nie jadłam słodyczy od dobrych trzech miesięcy) - zjadłam kilka łyżek kutii, dwa ciasteczka (z mąki razowej), pierniczka, odrobinę czekoladowego Mikołaja i dwa cukierki z choinki. Zasłodziłam się. Totalnie się zasłodziłam! Ale miałam też ogromne wyrzuty sumienia, że przesadziłam. Jednak zmierzyłam cukier i... przekroczyłam normę tylko o jeden! Nie wiem, czy tak dobrze wpływają na mnie święta, dom rodzinny, czy może końcówka ciąży sprawia, że jest już po prostu dużo lepiej (a to ostatnie oznaczałoby ogromne szanse na to, że potem moja gospodarka węglowodanowa wróci do normy po porodzie)? Grunt, że jest bardzo dobrze! To jest niesamowite, jak bardzo mi się poprawiło w porównaniu do tego, co było jeszcze półtora miesiąca temu - kiedy to cukier podnosił mi się po normalnych, zdrowych posiłkach. Teraz nadal się bardzo asekuruję, już tak z przyzwyczajenia, a potem jestem zaskoczona, że poziom cukru mam prawie taki, jak na czczo :) Ale cały czas jestem bardzo podejrzliwa i czujna - prawie przed każdym pomiarem się stresuję i czekam, kiedy zobaczę zbyt wysoki poziom cukru... Zobaczymy, jak sytuacja będzie się dalej rozwijała, ale cieszę się, że świąt nie przegłodowałam i nie musiałam tylko wodzić tęsknym wzrokiem za pysznościami. Jak już wspomniałam - nawet po tej trzymiesięcznej przerwie cosik słodkiego skubnęłam i jest mi z tym błogo :)
Ale naprawdę do niejedzenia słodyczy można się przyzwyczaić i można z tym żyć - chociaż oczywiście dużo łatwiej jest, gdy jest to nasz świadomy wybór a nie przymus. Dlatego myślę, że będę starała się tego elementu diety przestrzegać nawet jeśli okaże się, że cukrzycy już nie mam - to jednak dobry nawyk. Nie żebym miała zamiar przestać jeść słodycze, po prostu starałabym się, żeby to było już naprawdę od czasu do czasu i nie jako łatwo dostępna przekąska, a raczej coś w rodzaju wyjątkowego dogodzenia sobie :)
Moim zdaniem dużo trudniej jest zrezygnowanie z innych produktów zawierających węglowodany - nawet złożone. Mam na myśli na przykład makarony, pieczywo, produkty mączne. Jakby nie było są to artykuły, które powinny stanowić podstawę piramidy żywienia i dlatego tak trudno zastąpić je czymś równie sycącym. Dlatego liczę na to, że jeśli ta cukrzyca naprawdę po ciąży ustąpi, to nie będę musiała już aż tak przejmować się tym, żeby nie zjeść na obiad więcej niż jednego dużego ziemniaka. A część nowych - dobrych nawyków żywieniowych przez ten czas tak bardzo weszła mi w krew, że raczej się będę ich trzymać (a nawet będziemy, bo Franek w dużej mierze stosuje tę dietę razem ze mną) i dzięki temu ograniczę ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. W grupie ryzyka będę już zawsze, ale staram się pocieszać tym, że nigdy mój sposób odżywiania się nie był jakiś tragiczny. Owszem, lubiłam zgrzeszyć, lubiłam (lubię nadal) niezdrowe jedzenie, ale mimo wszystko jadałam je sporadycznie, a na co dzień odżywiałam się raczej rozsądnie i przede wszystkim regularnie.

Ale na razie to tylko gdybanie - pozwoliłam sobie na nie podniesiona na duchu tym, co ostatnio powiedział mi lekarz oraz ostatnimi pomiarami. Jak będzie tak naprawdę okaże się - najpierw za jakiś miesiąc, kiedy to już powinnam być po porodzie, a później wczesną wiosną, gdy będę musiała wykonać ponownie test obciążenia glukozą (którego wyniki będą dla mnie niczym wyrok)...
A święta się już skończyły, choć okres świąteczny jeszcze nie :) Jednak w tym roku trochę inaczej do tego podchodzę i nie jest to dla mnie aż tak bardzo przykre. Ale o tym następnym razem - o ile internet mi się nie zbuntuje!


piątek, 28 listopada 2014

Głodująca matka

Notka miała być dzisiaj o czymś innym, chciałam napisać o tym, jak to się Tasiemiec wreszcie ujawnił, ale odechciało mi się, bo znowu nie mam dobrych wiadomości :(
Cieszyłam się, że poziomy glikemii są w miarę dobre i zostałam nawet pochwalona. Myślałam, że modyfikacja diety pomogła. Chociaż przyznam, że miałam złe przeczucia, które starałam się jednak wypierać... Przez dwa tygodnie było naprawdę dobrze, byłam zadowolona, bo po śniadaniu cukier miałam naprawdę niewysoki i jeszcze był zapas. Jeśli po innych posiłkach zdarzały się wartości powyżej normy, to niewiele i zazwyczaj mogłam stwierdzić, z czego ewentualnie to wynikało. W ostatnio to już w ogóle byłam zadowolona, bo zrobiłam eksperyment i mierzyłam cukier po każdym posiłku, więc siedem razy w ciągu dnia i każdy wynik był bardzo dobry! Nawet po jednej kulce sorbetu, nawet po mleku z odrobiną kaszki manny!
Ale od wczoraj coś się popsuło i znowu jest tak sobie. Może to jakaś zła aura albo po prostu fakt, że np. musiałam znowu robić na czczo badanie albo że raz miałam zbyt długą przerwę między posiłkami - nie wiem, zobaczę jak będzie dalej. Jednak to nie to mnie aż tak bardzo martwi.
Robiłam dzisiaj rano badania i popołudniu zadzwonili do mnie z laboratorium z informacją, że mam niedobre wyniki moczu :( (sam fakt, że zadzwonili już był niepokojący, bo przy niegroźnych odchyleniach od normy poprzestają na komentarzu pod badaniem) Występują w nim ciała ketonowe i to na dość wysokim poziomie. Właśnie tego dotyczyły te moje odsuwane na bok złe przeczucia. Obawiałam się, że tak może być.
To oznacza, że mój organizm po prostu głoduje. Ja może nie jestem głodna, ale organizm nie jest dobrze dożywiony. Takie wyniki mogą mieć na przykład osoby z anoreksją lub bulimią - albo ze źle leczoną cukrzycą :( Okazuje się po prostu, że co prawda udało mi się poprzez modyfikację diety zmniejszyć wartości glikemii, bo ograniczyłam (jeszcze bardziej) spożycie węglowodanów, ale wobec tego organizm zaczął czerpać energię z tłuszczy i białka zamiast z glukozy, co nie jest dobre, bo powoduje powstawanie toksycznych substancji :(
Właśnie martwiłam się o to, że jednak tych węglowodanów będzie za mało - jadłam już tylko średnio jedną kromkę chleba raz na dwa dni. Do obiadu porcja kaszy, makaronu razowego, czy brązowego ryżu (ohyda! nie znoszę go!) ważyła jakieś 50g. Poza tym tylko jakiś jeden owoc dziennie, trochę płatków owsianych, pieczywo chrupkie... Nie wyliczałam tego dokładnie, ale wydawało mi się, że zjadam za mało tych wymienników węglowodanowych i to badanie by to potwierdziło. Albo jest po prostu tak, że moja trzustka nie radzi sobie już zupełnie i nie wytwarza wystarczającej ilości insuliny potrzebnej do przetworzenia glukozy na energię. Może jedno i drugie... Nie wiem, bo ekspertem nie jestem, po prostu siłą rzeczy czytam wiele na ten temat i ta wiedza w głowie mi zostaje, bo jest mi potrzebna i stosuję ją w praktyce. We wtorek mam wizytę kontrolną u swojej lekarki, to zobaczę, co mi powie. Poza tym chyba od razu po weekendzie znowu zadzwonię do szpitala, żeby się skonsultować.

Bardzo mnie to dołuje :( Kurczę, niektóre kobiety objadają się ponad granice wszelkiej przyzwoitości, jedzą niezdrowo, czasami nawet nie rezygnują całkowicie z alkoholu, czy papierosów (w szkole rodzenia była taka jedna, od której po każdej przerwie czuć było fajki :/) a nic im nie dolega i rodzą później zdrowe dzieci. Mnie się zawsze wydawało, że prowadzę zdrowy tryb życia - nie wszystko może było wzorowe, ale naprawdę dbałam o siebie na wielu płaszczyznach. W ciąży to już w ogóle starałam się zrezygnować ze złych nawyków. A i tak teraz cały czas martwię się, czy z dzieckiem będzie wszystko w porządku :( Bardzo boję się, że przez to wszystko - przez to, że mój organizm jest taki nieudolny - coś pójdzie nie tak i będzie miało to wpływ na zdrowie Tasiemca :( I nie mam na to kompletnie żadnego wpływu. Albo inaczej - mój wpływ jest po prostu znikomy, bo cokolwiek bym nie robiła to jest źle.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że skoro poprzednie badanie moczu było czyste od ketonów, skoro wszyscy lekarze powtarzali, że Dzieciak ma się dobrze, skoro nawet ostatnio przybrałam pół kilo na wadze (fakt, że najpierw je straciłam, dochodząc do wagi tylko o 1,4 kg większej niż przed ciążą, ale jednak wyglądało na to, że przestałam chudnąć), to okaże się, że jednak teraz moja dieta jest już taka, jaka być powinna. A tymczasem okazuje się, że nie dość, że nie mogę jeść prawie nic, to to, co teoretycznie mogę, źle na mnie działa :(

Sorry za te smęty na początek weekendu, ale naprawdę nie czuję się dobrze z tym wszystkim. Robię co mogę. Prawdę mówiąc nawet nie podejrzewałam siebie o taką zdolność do poświęceń. Myślę o dziecku i o tym, co dla niego będzie najlepsze a okazuje się, że to za mało i ono wcale nie jest bezpieczne przy takiej matce :/

środa, 12 listopada 2014

Koniec długiego weekendu + dopisek

Od niedzieli jestem w Poznaniu. W zasadzie to niedługo będzie to już stwierdzenie nieaktualne, bo za dwie godziny mam autobus do Warszawy, ale nie zmienia to faktu, że niemal cały długi weekend spędziłam właśnie tutaj. Co ciekawe, bez Franka! :P Franek od soboty codziennie pracował i dopiero dzisiejszy i jutrzejszy dzień ma wolne, w piątek idzie do pracy, a potem znowu wolny weekend. A tymczasem ja w niedzielę rano wsiadłam w Polskiego Busa i przed 14tą byłam na dworcu, skąd odebrali mnie teściowie.
A to wszystko dlatego, że moi rodzice wzięli sobie parę dni urlopu i zarezerwowali w Poznaniu pokój w małym hoteliku, bo chcieli tu spędzić trochę czasu i załapać się na coroczne obchody imienin ulicy Św. Marcin. Oni spali tam, a ja u teściów. Codziennie się spotykaliśmy na obiedzie lub kolacji u teściów i spędzaliśmy większość czasu w tym pięcioosobowym gronie. Byliśmy w kinie, pozałatwialiśmy kilka spraw a wczoraj zaliczyliśmy tę plenerową imprezę na Świętym Marcinie w jeszcze większym gronie, bo dołączył do nas brat Franka z rodziną oraz żona frankowego kuzyna z dziećmi. 
Te dni upłynęły mi w bardzo sympatycznej atmosferze i nawet nie wiem kiedy minęły! Aż mi się trochę nie chce wracać (ale nie mówcie nic Frankowi :P) chociaż moi rodzice już dwie godziny temu wyjechali. Ciekawa jestem, czy się Franek trochę za mną stęsknił :) Rozmawialiśmy codziennie przez telefon i mówił, że mu się nudzi i dziwnie mu beze mnie, ale zobaczymy, czy się dzisiaj na mój widok ucieszy :)) Ja się oczywiście cieszę, że się zobaczymy, ale też uczciwie przyznam, że nie miałam wcale za bardzo czasu, żeby się stęsknić, bo ciągle byłam czymś zaabsorbowana :) Ale ja to zawsze byłam tą stroną mniej tęskniącą :)

Przyznam, że się trochę na początku stresowałam, jak to będzie, gdy będę tu sama musiała walczyć o swoją dietę, bo bałam się braku zrozumienia. Chodzi mi o to, że moja mama doskonale zna "realia cukrzycowe", a kiedy jeszcze ja się nabawiłam tej cukrzycy, to przeczytała na ten temat wszystko, co możliwe, więc w Miasteczku problemów z dietą nie było. Ale moi teściowie nie są specjalnie zaznajomieni z tematem. Tzn. teść od lat leczy się na cukrzycę typu II, ale mam wrażenie, że niestety akurat do diety nie przywiązuje aż takiej wagi i chyba niespecjalnie przestrzega tego, co mu jeść wolno a czego nie. Nie jedzą jakoś szczególnie niezdrowo, ale to bardziej dlatego, że teściowa toczy walkę o utratę kilku kilogramów, ale diety antycukrzycowej raczej nie stosują. Problem z moją cukrzycą polega jeszcze na tym, że nie wszystko, co można jeść "normalnemu" cukrzykowi można jeść również mnie a poza tym mam zupełnie inne normy. Bałam się trochę, że wyjdę na niegrzeczną, kiedy będę ciąglę odmawiała zjedzenia czegoś (bo generalnie w Poznaniu dałam się poznać jako osoba wybredna :P Faktem jest, że od lat żywię się w nieco innym stylu nić teściowie i choć uważam, że teściowa gotuje bardzo dobrze, to nie wszystko mi po prostu smakuje, bo nie przepadam na przykład za mięsem albo gotowaną pietruszką i marchewką, które są nieodzownym składnikiem sałatki jarzynowej teścia :)). Franek już od tygodnia przygotowywał rodziców, zwłaszcza mamę na to, że moje jedzenie będzie bardzo specyficzne w tych dniach i chyba jednak misja została zakończona sukcesem :) Zachowanie teściów spowodowało, że nie czułam się z tym wszystkim aż tak bardzo niekomfortowo i nawet niespecjalnie namawiali mnie do tego, żeby czegoś skosztować, bo przecież "jeden kawałek ciasta nie zaszkodzi" (przy cukrzycy ciążowej takie myślenie jest w zasadzie zabronione kategorycznie) - teść co prawda miał takie ciągotki, ale bardziej skupił się na moim tacie. Ten na szczęście jednak też się pilnował - a poza tym wiedział, że po swojej prawicy ma strażnika w postaci mojej mamy i zawsze na nią zerkał z pytaniem w oczach, czy na daną rzecz może sobie pozwolić, czy nie :P
Ostatecznie wszystko poszło sprawnie i moja dieta nie ucierpiała. Co nie znaczy, że wszystkie wyniki są w normie i dzisiaj byłam w Poznaniu u diabetologa (znowu zawdzięczam to abonamentowi w sieci placówek medycznych) na konsultacji. Potwierdza się, że co lekarz, to inna opinia. Pani doktor powiedziała, że ona jeszcze by się jednak z tą insuliną wstrzymała i zaproponowała mi jeszcze jedną modyfikację śniadaniową - powiedziała, że jeśli i to nie pomoże, to faktycznie będzie trzeba pomyśleć o insulinie, ale żebym się aż tak jej nie obawiała. W każdym razie powiedziała, że po pierwsze, najgorszy okres w cukrzycy ciążowej to 28-31 tydz (rzeczywiście! dokładnie w 28 tygodniu wyniki ze śniadania mi się pogorszyły, bo wcześniej były dobre) i od 32go powinno się to stabilizować (teraz jestem w 31 tyg). A po drugie miała dla mnie bardzo dobrą wiadomość - z tych moich pomiarów wynika, że nie mam insulinooporności, co oznacza, że mój organizm generalnie jednak z insuliną sobie radzi i być może nawet jeśli trzeba będzie zastosować zastrzyki, to na przykład tylko do śniadania.
No nic, zobaczymy, daję sobie jeszcze ten ostatni tydzień, podczas którego zrezygnuję z węglowodanów na pierwsze śniadanie i dopiero przy drugim się nimi poczęstuję. Zobaczymy, co z tego wyniknie... 

Generalnie to miło, że tak mi wszyscy kibicują w tej mojej diecie - pytają co jadłam i jaki miałam potem poziom cukru. Szczególnie moja mama, Franek i teściowa angażują się w to wszystko. To nawet dość zabawne, kiedy na przykład przychodzi czas, gdy muszę zmierzyć cukier, a wszyscy otaczają mnie wianuszkiem i wpatrują się jak zaklęci w glukometr, a potem wydają z siebie okrzyk ulgi, kiedy jest norma :) A gdy coś jest nie tak, to zastanawiają się, co mogło na to wpłynąć. Po prostu fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym całkiem sama.

*** godz 21:50***
Chyba jednak muszę częściej wyjeżdżać. Nie dość, że Franek na moją cześć wypucował całe mieszkanie (nawet rury przeczyścił:P), to jeszcze przygotował romantyczną kolację (oczywiście wersję dietetyczną) przy świecach :)


poniedziałek, 28 lipca 2014

O tym jak się czuję, albo i nie czuję :)

Na wstępie mała errata do poprzedniej notki - a konkretnie chciałabym zdementować niektóre z powstałych interpretacji odnośnie mojego/naszego sposobu jedzenia :) Po pierwsze takie próbowanie czyjegoś dania sprawdza się  tylko w gronie bliskich mi osób - najczęściej rodziny właśnie lub bardzo dobrych koleżanek - ewentualnie osób, z którymi mam świetny kontakt i czuję się bardzo swobodnie :) Nigdy nie mam ciągotek, żeby zaglądać do talerza osobie, z którą nie czuję się szczególnie związana. Poza tym sama nigdy tego nie proponuję (no, chyba, że Frankowi) raczej takie "próbowanie" samo wychodzi spontanicznie, ani nigdy nie robię tego bez pytania. No i moje "grzebanie" nie polega na wydłubywaniu czegoś z cudzego talerza i robieniu na nim bałaganu ani na wyjadaniu komuś czegokolwiek (zwłaszcza gdy sobie tego nie życzy), a zazwyczaj polega na spróbowaniu kawałka czegoś albo po prostu wymienieniem się talerzem (zazwyczaj po uprzednim umówieniu się, że jemy po połowie :)) No! Lubię, jasność przekazu - nawet w sprawie tak błahej! :)

Jestem zmęczona. Skarżyłam sie Wam jakiś czas temu na sen kiepskiej jakości, ale ostatnio było dużo lepiej - w ostatnich dwóch tygodniach naprawdę się wysypiałam. Ale dzisiejsza noc to było jakieś nieporozumienie. Nie mogłam zasnąć, ułożyć się, a jak już się udało, to śniły mi się głupoty. W sumie spałam tylko cztery godziny i rano obudziłam się z ciężką głową. Cały dzień czułam się nie najlepiej, a jak na złość akurat dziś nie miałam w pracy ani chwili przerwy. Kiedy wróciłam do domu to już się tylko wykąpałam i nie mam zamiaru nic robić. Muszę ugotować zupę i zrobić pranie, ale już przesunę to na jutrzejszy poranek. 
Ogólnie funkcjonuję zupełnie normalnie i wcale nie czuję, żeby fakt, że jestem w ciąży w jakikolwiek sposób miał mi cokolwiek utrudniać, czy uniemożliwiać, ale faktem jest, że chwilami zauważam mniejszą wydolność. Co mnie swoją drogą wkurza :)
Wczoraj na przykład poszliśmy rano do kościoła i w trakcie czytania Ewangelii zasłabłam. Już kiedy wstałam poczułam się nieswojo i stwierdziłam, że jakoś dziwnie nie mam siły. Po chwili zdrętwiały mi kończyny, zatkały mi się uszy, głowa zrobiła się ciężka i miałam ciemno przed oczami. Bałam się, że się przewrócę i będzie sensacja, więc stwierdziłam, że chyba mniejszym złem będzie zwrócenie na siebie uwagi faktem, że usiądę. Tak też zrobiłam i czekałam aż wrócę do siebie. Jeszcze nigdy w życiu nie zemdlałam i nie miałam zamiaru robić tego teraz :P Na szczęście sytuacja została opanowana :) Takie zasłabnięcie zdarzyło mi się tak ze trzy razy w życiu, zwykle bez konkretnego powodu i teraz też tak było. Bo ani nie byłam głodna, ani zmęczona, ani nie było mi gorąco... Widocznie organizm miał jakiegoś chwilowego focha.
Ale jaki Franuś był zatroskany :) Słowo daję, czasami prawie żałuję, że nie potrafię być bardziej w ciąży i udawać, że czuję się gorzej niż jest w rzeczywistości i nie daję się Frankowi wykazać, bo zdecydowanie byłby bardzo opiekuńczy. Ale może i na to jeszcze przyjdzie czas, póki co raczej cieszę się tym, że poza drobnymi dziwnymi stanami, których nawet nie potrafię bezpośrednio z ciążą powiązać, czuję się normalnie.

Wspominałam ostatnio, że czuję się grubo, prawda? :) Nadal mieszczę się we wszystkie ubrania - również spodnie dopinam bez żadnego problemu, ale mam wrażenie, że brzuch trochę mi widać. Osoby wtajemniczone mogą się już czegoś dopatrzyć. A tymczasem mnie się ten brzuch nie podoba ani trochę, bo nie wygląda mi wcale na ciążowy a po prostu na duży! :) Mam wrażenie, że tak samo wyglądam zawsze jak za dużo zjem. Nigdy nie miałam sylwetki idealnej ani za nią szczególnie nie goniłam, ale jestem podobno dość drobnej budowy i miałam jakieś tam swoje granice, których przekraczać nie chciałam, bo wtedy przestawałam się czuć dobrze we własnym ciele, a teraz mam wrażenie, że ta granica jest już mocno nadwerężona. Wiem, że to się pewnie wydaje głupie, ale naprawdę przez to, ze nie czuję się w ciąży, nie umiem tego nadal małego przecież brzucha uznać za coś normalnego, tylko zaraz mi się wydaje, że za dużo zjadłam :P Przybyło mi kilka gramów (może to efekt tych tysięcy kalorii pochłanianych w słoneczniku? :)), ale jeszcze nie przekroczyłam wagi, którą miałam, zanim Tasiemiec się zadomowił. Zastanawiam się, jak odczuję przekroczenie tej magicznej granicy, jaką są 52 kg :) A to pewnie nastąpi już niedługo - no i w zasadzie chyba lepiej, żeby się tak stało. Bo widzicie, z jednej strony czuję się gruba, z drugiej widzę, że ten brzuch jak na ciążowy jest mały i martwię się, czy wszystko jest w porządku, mimo, że każda wizyta u lekarze potwierdza, że tak właśnie jest. Ot, takie dziwadło ze mnie, nie potrafię się zdecydować :P

I ciągle zapominam pić! Tak, właśnie zapominam. Woda stoi na moim biurku cały czas, a ja nie pamiętam o tym, żeby po nią sięgnąć i się napić, bo zwyczajnie pić mi się nie chce. Mam sobie jakieś przypomnienie w komórce ustawić, czy jak? :P Jak Wy to robicie, że pijecie? :))

Wujek pojechał i znowu mi trochę smutno, że zostaliśmy sami. Ale jutro, jak dobrze pójdzie zobaczymy się z Karoliną hiszpańską ;) Przylatuje z Madrytu (tym razem leci przez Zurych:)) i przed odlotem do Gdańska zatrzymuje się jeden dzień w Warszawie. Jedziemy po nią na lotnisko i trochę sobie pogadamy :) 


piątek, 18 lipca 2014

Razowy terrorysta z kminkiem

Powoli udaje mi się wreszcie uporządkować moje linki. Przy okazji - zajrzyjcie na zakładkę "Malują ze mną" i jeśli Was tam nie ma, a powinnyście być, to proszę od razu mi to zgłosić :) A poza tym zapytanie - kto ma dostęp do bloga Nikki? Kto ma, niech da znać w komentarzu, proszę.

***
No i znowu będzie o jedzeniu :P Słowo daję, to nie było planowane :) Franek postanowił jakiś czas temu, że będziemy jeść razowe pieczywo. Jak dla mnie razowe pieczywo zazwyczaj jest bleee (naprawdę trudno trafić na smaczne :( ), ale wiem, że zdrowe, więc się godzę z tym reżimem i wcinam tego razowca już drugi tydzień. I w tym tygodniu, słowo daję, zaczął mi ten chleb już rosnąć w gardle. Na samą myśl, że dzisiaj do pracy znowu sobie będę musiała zrobić kanapkę z tego zdrowego, ale charakterystycznego w smaku (ach ten zakwas :)) chleba zrobiło mi się niewyraźnie i postanowiłam, że sobie ten jeden raz pofolguję! I po drodze kupię jakąś dobrą bułeczkę z ziarnem. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Weszłam do piekarni i upewniwszy się, że bułka nie zawiera kminku (tego to już nie znoszę! jak dobrze, że nie mieszkam w Krakowie, moja siostra mówi, że tam bardzo trudno dostać dobry chleb bez kminku!), wzięłam sobie taką ze słonecznikiem. Kiedy już za nią zapłaciłam, stwierdziłam, że podejrzanie ciężka jest.
Zgadnijcie co? RAZOWA! Nosz myślałam, że się rozpłaczę :P A podobno wszędzie sprzedają tylko oszukane, pofarbowane karmelem bułki "z ziarnem". :) Na pocieszenie kupiłam sobie jogurt pityny z  brzoskwinią i marakują w innym sklepie. A bułkę i tak zjadłam. No zdrowa w końcu, nie.... ?
I będę dzisiaj na kolanach błagać Franusia, żeby na ten tydzień odpuścił i żebyśmy kupili jakiś biały chleb! Najlepiej Baltonowski. Franek to taki terrorysta jedzeniowy czasami jest, zwłaszcza, jak mu się włączy tryb zdrowego odżywiania. A już szczególnie-zwłaszcza gdy włączy mu się tryb zdrowego odżywiania ciężarnej żony!  Ale może się nade mną ten raz zlituje :)

A propos kminku, przypomniała mi się taka sytuacja, gdy jechałam kiedyś za czasów licealnych pociągiem na kurs przygotowawczy do egazminów wstępnych na studia do Wrocławia. Za towarzystwo miałam jakichś znajomych ze szkoły - niespecjalnie bliskich, raczej takich "na cześć". Ale że się znaliśmy, to głupio było usiąść z kimś obcym obok. Chłopak częstował jakimiś ciastkami. Rano byłam, więc głodna chętnie skorzystałam. I okazało się, że to nie ciastka tylko takie suchary wojskowe! Takie właśnie obsypane kminkiem na każdym milimetrze. Ugryzłam i stanęło mi w gardle. Ale z grzeczności nie chciałam nic dać po sobie poznać. Tylko zaczęłam myśleć - co ja zrobię z tym sucharem! Przecież go nie zjem! A już na pewno nie wyrzucę na ich oczach! A tu jeszcze jakieś 70 km wspólnej podróży... Trzy pary oczu mnie "pilnowały", więc łatwo nie było, ale wreszcie skorzystałam z jakiegoś chwilowego rozkojarzenia towarzyszy podróży i schowałam suchara do kieszonki sweterka (jak dobrze, że miał kieszonki!). Uff, udało się :)

Pamiętacie, że uwielbiam słonecznik? Niniejszym ogłaszam, że w tym tygodniu otworzyłam sezon i zdziobałam już dwa :) Biedne moje paznokcie. I biedny Franek, który będzie się denerwował, że znowu naśmieciłam :P Ale w sumie na własne życzenie, bo taki niby terrorysta, ale wie, że tak lubię słoneczniki i przywiózł mi dzisiaj dwa ogromne :P

***
A tymczasem znowu weekend! :) Właśnie jedziemy na dworzec po moją siostrę, która przyjeżdża z Polskim Busem z Krakowa. A jutro z samego rana przyjeżdżają moi rodzice. Się cieszymy, bo lubimy, jak ktoś nas odwiedza :)
Miłego weekendu!

wtorek, 15 lipca 2014

Post kaloryczny*

 *jeśli ktoś liczy na przepis na tort z bitą śmietaną, to niestety nie ten kierunek, przepisów w ogóle nie będzie :)

No! To teraz już mogę mówić, że naprawdę jestem w ciąży :P Wczoraj rano miałam po raz pierwszy (i mam nadzieję ostatni) bliskie spotkanie trzeciego stopnia z muszlą klozetową. Może to tak na pożegnanie (według niektórych źródeł oczywiście) tego zupełnie bezobjawowego pierwszego trymestru ? :)
Tasiemcowi zdecydowanie nie posmakował arbuz, którego zjadłam wczoraj na drugie śniadanie. W sumie to bardzo dziwne, że mnie tak nagle dopadło i tak sobie myślę, czy przypadkiem ten arbuz po prostu nie stał za długo w lodówce, a mój żołądek jest teraz mniej tolerancyjny...?

A poza tym w weekend znowu stwierdziłam, że spadła mi waga. W ramach eksperymentu postanowiłam policzyć, ile zjadam kalorii. W sobotę przez cały dzień zjadłam: twarożek z jogurtem, rzodkiewką i pomidorem, resztkę zupy ogórkowej z piątku, rosół z makaronem, kopytka okraszone masełkiem i cebulką, surówkę, arbuza z sałatą, garść chipsów i dwa "michałki". Policzyłam wszystko dokładnie, dwa razy, zaokrąglając do góry. I wiecie, ile wyszło? 1460. Dorzuciłam więc jeszcze tosta z żółtym serem i pomidorem. I tak podobno za mało. Podobno, bo w końcu nie wiem, jakie mam zapotrzebowanie kaloryczne. Jak to zwykle bywa, różne źródła podają różnie. Ostatecznie przyjmuję, że przy moim wzroście, wadze, wieku, wykonywanej pracy i umiarkowanej aktywności fizycznej (ćwiczenia minimum trzy razy w tygodniu, codziennie rower lub marsz do pracy) powinno to być około 1800 kcal. W pierwszym trymestrze podobno dorzucać nic nie trzeba a później od 170 do nawet 500 kalorii.

W normalnych warunkach naprawdę trudno mi przejeść te 1800 - nawet jeśli pozwalam sobie na słodycze, czy dania powszechnie uznane za kaloryczne. W ogóle wydaje mi się, że mój organizm wcale tyle nie potrzebuje, o czym świadczyć może fakt, że nie chudnę przy normalnym odżywianiu się nawet jeśli intensywnie ćwiczę. Ogólnie to mam przechlapane przy odchudzaniu :P No bo ileż można sobie odmówić? Poniżej 1000 kcal dziennie to w ogóle nawet nie należy schodzić, a to jest wcale nie tak dużo więcej, niż jadam normalnie, więc długo trwa, zanim zrzucę ten kilogram lub dwa.

No, ale chwilowo wygląda na to, że nie muszę się o to martwić, bo Tasiemiec za mnie odwala brudną robotę :P To z jednej strony całkiem fajnie, że jem jak zwykle lub nawet więcej, a waga spada. Z drugiej mam nadzieję, że się za długo nie utrzyma, bo to chyba raczej nie jest dobre dla Dzieciorka. Na razie się jeszcze nie martwię, bo tydzień temu wyszło, że rośnie w sam raz, zobaczymy, jak wyjdzie w tym miesiącu, bo podobno w czwartym to już powinno coś być widoczne. Cóż, może ja jestem po prostu pusta w środku i Tasiemiec ma dużo miejsca? :))
Eksperyment kontynuuję i na przykład dzisiaj obliczyłam sobie, że do godziny 16 zjem 705 kalorii (tost z dżemem, kanapka, budyń, banan,  rosół z makaronem) a gdzie ja jeszcze znajdę drugie tyle?? Drugie danie mi tego nie załatwi, ani nawet lekka kolacja. 
Wszędzie jest napisane, że w ciąży odchudzanie jest absolutnie zabronione - tylko co ja mam zrobić, jak się wcale nie odchudzam i jem normalnie a nadal tych kalorii jest za mało? :) Przecież nie będę na siłę się opychać, choć to ma swoje pozytywne strony, bo na przykład mogę sobie pozwolić na kebaba albo pizzę bez obaw, że to puste kalorie. Coś czuję, że Tasiemiec będzie umiał je zagospodarować :))

Nie jem więcej niż zazwyczaj, bo po prostu nie mieszczę. Nie chodzę głodna, bo uczucie głodu, gdy się pojawia jest tak dojmujące, że nie mogę go zignorować i zaraz muszę coś przekąsić. Pod tym względem może i jem trochę więcej niż zwykle, ale ogólnie nadal jadam kilka posiłków dziennie tak co 2-3 godziny. Jak już wspomniałam, musiałam dorzucić jeszcze kolację. Wczoraj ze względu na zjedzony o 19tej obiad ją sobie odpuściłam i w nocy byłam głodna :/

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy straciłam 1,5 kg zajadając się lodami, kopytkami, drożdżowym ciastem i kiełbaską z grilla, więc ogólnie nie narzekam :) Zwłaszcza, że w ostatnim miesiącu musiałam zrezygnować z ćwiczeń ze względu na wskazania medyczne. Ale w końcu jednak mój metabolizm chyba musi zwolnić i zacznę przybierać na wadze, choć mam nadzieję, że nie będzie to więcej, niż należy i że zbędny tłuszczyk mi się nie odłoży :)

Ps. A swoją drogą może któregoś dnia się zdziwię, jak się nagle z brzuchem obudzę? :))

piątek, 28 marca 2014

Głośne naleśniki

Franek ostatnio zakochał się w moich naleśnikach. Twierdzi, że bardzo mu ostatnio posmakowały i nigdy takich nie jadł. Prawdę mówiąc nie do końca wiem, co ma na myśli, bo jak dla mnie - naleśniki, jak naleśniki. Nic nadzwyczajnego, mąka, mleko, jajka... To co zawsze :) No, ale rzeczywiście ostatnio jak tylko nie mamy pomysłu na obiad, słyszę: naleśniki!

Dzisiaj też nie mieliśmy drugiego dania zaplanowanego, więc Franek przymilnym tonem poprosił o naleśniki - tak chociaż po dwa! Ostatecznie naleśniki robi się szybko, więc się zgodziłam i wzięłam się za smażenie. Ponieważ bardzo nie lubię, kiedy w całym mieszkaniu unosi się zapach smażonego jedzenia - a zwłaszcza oleju, otworzyłam okno w kuchni, zamknęłam drzwi do sypialni i do dużego pokoju, w którym siedział Franek. Nagle słyszę: "dlaczego zamykasz?? nie zamykaj! ja chcę słyszeć jak robisz, jak słyszę to mi bardziej smakuje!" 
No proszę i już wiemy, dlaczego takie smaczne - bo głośne! :D

***
A tymczasem dzisiaj wieczorem się relaksujemy w towarzystwie. Koleżanka, z którą ostatnio świętowałam Dzień Kobiet oraz jej chłopak zaprosili mnie i Franka na wieczór. Jak to Kasia określiła - wyczaruje z dwóch butelek 0,7 wódki i 2 kg cytryn przepyszną ambrozję.
Będzie się działo...

poniedziałek, 17 marca 2014

Teściowa, kulinaria i pogoda, czyli poniedziałkowy misz-masz


Już jakiś czas temu kombinowałam sobie, że jak pojedziemy w marcu do Poznania (bo statystycznie wychodzi nam, że raz w miesiącu jesteśmy w Poznaniu i raz w Miasteczku), to zaproszę Panią Mamę na jakiś babski wieczór do kawiarni z okazji Dnia Teściowej. Ale  w pierwszy weekend marcowy się nie złożyło i jechaliśmy dopiero teraz - a teraz babski wieczór nie wchodził w grę, bo na sobotę zaplanowana była inna impreza :)
Już wspominałam kiedyś, że w rodzinie Franka - i w ogóle w Poznaniu, imieniny to jest poważna sprawa :) Mają zdecydowanie większe znaczenie niż urodziny. A imieniny mojej teściowej to obowiązkowy punkt marca każdego roku. Więc nasz wspólny wypad przełożyłyśmy a teraz skupiliśmy się z Frankiem na pomocy w przygotowaniach. Początkowo miał pomagać tylko Franek i zrobić "zimną płytę", bo to jego specjalność. Można powiedzieć, że jest zawodowcem, bo sporo takich płyt przygotowywał swego czasu w restauracjach ;) Ale ja się też zaoferowałam. Trochę dlatego, że na piątek i tak nie miałam żadnych konkretnych planów, ale przyznaję, że nie zawsze poznańska kuchnia trafia w mój gust, więc chciałam sobie zagwarantować coś dobrego do jedzenia :P A że teściowa mówiła, że nie ma pomysłu, co jeszcze mogłaby zrobić oprócz tego, co już sobie zaplanowała, zaproponowałam, że zrobię sałatkę z tortellini z żółtym serem i koreczki z tortilli kukurydzianej :) To było dla wszystkich (oprócz Franka rzecz jasna) coś zupełnie nowego, więc można powiedzieć, że odniosłam sukces kulinarny - bo najpierw wszyscy z ciekawości próbowali, a potem chwalili - nie tylko z grzeczności :P Coś mi się wydaje, że sprzedałam swój pomysł - byłam to winna za kilka innych, na przykład na sałatkę z kuskusem, która stała się jedną z moich ulubionych po tym, jak jej raz spróbowałam - właśnie na imieninach teściowej kilka lat temu.
Jak wspomniałam, nie zawsze to, co jest u teściów na stole mi smakuje, ale wynika to bardziej z tego, że jestem dość wybredna oraz mocno przyzwyczajona do konkretnego stylu gotowania, niż z tego, że jest to niesmaczne :) Niemniej jednak nigdy jeszcze nie było tak, żebym nie znalazła dla siebie nic - a jak już trafię na coś, co mi smakuje, staram się o tym głośno mówić, żeby zatrzeć brak ewentualnego entuzjazmu przy próbowaniu czegoś innego :P

W każdym razie, pomimo tego całego mojego przywiązania do kuchni mojego domu rodzinnego, podoba mi się to łączenie smaków wynikające z połączenia dwóch rodzin. W końcu wiele potraw, które znam od dziecka i które są dla mnie tak znajome i tak naturalne, kiedyś były nowością dla mojego taty albo mamy :) Któreś z nich wprowadziło je do naszego menu i pewnie tak samo będzie u nas. Zresztą już jest. Sporo jest dań, których Franek wcześniej nie jadał (choć zazwyczaj znał), bo nie było u niego takiego zwyczaju, a które w moim wykonaniu bardzo mu smakują. Ale i ja nauczyłam się nowych smaków i wiele z nich przypadło mi do gustu. Potem przynajmniej i ja mogę czymś zaskoczyć moją mamę :)

Wracając do sedna - kulinarnie impreza się zdecydowanie udała. Towarzysko również. W tym roku było zdecydowanie mniej dzieci, a przede wszystkim rodziców tychże, więc były one tematem numer jeden tylko na początku. W każdym razie nie zdominowały całego popołudnia i wieczoru - w przeciwieństwie do ubiegłego roku. Być może pamiętacie, że miałam mieszane uczucia po zeszłorocznej imprezie :) Nie nudziłam się więc, bo najpierw zajmowałam się wymyślaniem fryzur dla chrześniaczki Franka a później przeniosłam się do kącika dla dorosłych i trochę z nimi pogawędziłam.

Weekend, mimo, że przedłużony minął nam bardzo szybko. Żal mi trochę było wyjeżdżać - to znaczy z jednej strony cieszyłam się, że wracamy, ale z drugiej, ponieważ ostatnio jest mi trochę smutno, szkoda mi było rozstawać się z teściową. Bardzo ją lubię i ona też jest jedną z tych osób, które potrafią mnie podnieść na duchu. Zresztą kiedy wczoraj już wychodziliśmy, znalazła chwilę, żeby ze mną na osobności porozmawiać: gdy teść (który nas odwoził na dworzec) i Franek już wyszli, a ja właśnie podchodziłam do drzwi, to zatrzymała mnie na moment, żeby mnie pocieszyć. Wyczuła po prostu, że nie najlepiej się czuję, bo nie wspominałam o tym ani słowem. Uściskała mnie, powiedziała, że się ułoży, coś podpowiedziała. Miło mi się zrobiło.

Teraz nie zobaczymy się przez dość długi czas, bo do Poznania wybieramy się dopiero na ostatni weekend kwietnia, na urodziny Chrześniaczki i chrzciny jej siostry. No chyba, że teściowie wpadną do nas w międzyczasie. Moi rodzice planują przyjazd w najbliższy weekend :) My z kolei do Miasteczka jedziemy dopiero na święta, można więc powiedzieć, że szykuje nam się dłuższy, bo prawie pięciotygodniowy przysiad w Podwarszawie :) Dotychczas naszym rekordem nieruszania się z miejsca był chyba miesiąc ;) Teraz byle tylko weekendy były ładne, to będziemy sobie urządzać spacery. I już szperam w sieci w poszukiwaniu jakichś ciekawych wydarzeń kulturalnych, a nuż kolejny "Błękitny zamek" się trafi? :)

Z drugiej strony, tak sobie właśnie uświadomiłam: wielkimi krokami zbliża się kwiecień - ten nieszczęsny miesiąc, który jakoś zawsze jest dla mnie płaczliwym i smutnym. Jeśli mnie to dopadnie właśnie wtedy, gdy nie planujemy wyjazdów, to trochę kiepsko :) Muszę więc chyba ten płaczliwy miesiąc przełożyć na kiedy indziej :P
No a dzisiaj wracałam z pracy nareszcie po jasnemu, mimo, że jest poniedziałek i kończyłam o 18 :) Gdybym jechała rowerem to wreszcie nie musiałabym ubierać tej kamizelki w której wyglądam jak roboty drogowe. No ale nie jechałam, bo rano padało. Może będę się tym cieszyć w środę ;)




niedziela, 12 sierpnia 2012

Sprawa najwyższej wagi :)

Mam trochę inaczej niż tak zwany "ogół społeczeństwa" :P, który podobno odkłada sobie tkankę tłuszczową w zimie a wiosną i latem gubi zbędne kilogramy i znowu jest młody i piękny :) Dla mnie najlepszy okres na chudnięcie to zima, za to kiedy nadchodzi wiosna, mogę być pewna, że przybędzie mi paru kilogramów. To trochę paradoksalne, bo przecież wiosną nareszcie mamy świeże warzywa i owoce, możemy pożegnać się więc ze smalcem, pasztetami, zupami z wkładką i tłustymi wędlinami na rzecz pysznych kanapek z sałatą i pomidorem, mizerii oraz fasolki szparagowej. To wszystko prawda. Tyle, że wiosną tyle jest tych pyszności, że jem bez umiaru :) Bo oczywiście, że fasolka szparagowa kaloryczna nie jest, ale przecież najlepiej smakuje z masłem i bułką tartą :) Od jedzenia truskawek człowiek pewnie nie przytyje, ale jak już sobie do nich dorzuci dwie łyżki śmietany kremówki, noo...
A ponieważ jeść naprawdę lubię, to sobie nie żałuję tych przysmaków :) Zajadam się też warzywami "niewskazanymi" - a więc zielonym groszkiem i bobem. Wspomniane kolorowe kanapeczki z sałatą, pomidorkiem, rzodkiewką i szczypiorkiem też nie zaszkodzą, wszak jedna kromka to zaledwie jakieś 100 kcal (nie używam żadnego smarowidła) - no, ale przecież trudno poprzestać na jednej :)
Później nadchodzi lato, a więc lody, kawy mrożone z bitą śmietaną i inne pyszne desery... A najgorzej jak się człowiek na wakacje wybierze. Dochodzą do tego gofry, fast foody i piwko :) No i arbuzy... pochłaniam je wręcz kilogramami :)
Więc się ani trochę nie dziwię, że w okresie od maja do września przybywa mi kilogramów a oponka rośnie :) A przecież na aerobik chodzę z taką samą częstotliwością - albo częściej. Do tego jeżdżę na rowerze i więcej spaceruję. Ale taka już moja uroda.

Na szczęście nadmiar kilogramów nigdy nie jest szczególnie dokuczliwy. A przynajmniej nie na tyle, żebym musiała z czegoś rezygnować. Wolę korzystać z sezonowych przysmaków a potem trochę zacisnąć pasa - dosłownie :) Zwracam uwagę na to co jem i na kilka tygodni wprowadzam moją sprawdzoną niskokaloryczną dietę. Zazwyczaj w ciągu miesiąca tracę nadwyżkę i gdy staję na wadze, odzyskuję czwóreczkę z przodu. Póki co jeszcze nie musiałam wymieniać garderoby :)

W tym roku jednak postanowiłam się poświęcić :) Co prawda wraz z początkiem wiosny sobie folgowałam, ale po powrocie z nad morza postanowiłam się nieco ograniczyć. Nie żeby sobie czegoś odmawiać, ale jeśli jadłam hot-doga, to nie tego samego dnia, co lody z bitą śmietaną :) Chciałam po prostu, żeby moje wymiary między pierwszą a drugą przymiarką sukni nie uległy zbyt dużym wahaniom. Cóż, nie wzięłam pod uwagę jednego... Tak bardzo bałam się, że przytyję, że w ciągu trzech tygodni schudłam trzy kilogramy - i zapewniam, że nie stosowałam głodówki. Mimo wszystko, nie sądziłam, że to będzie miało aż taki wpływ na moje ciało - byłam przekonana, że jak to zwykle bywa, pozbyłam się tylko trochę wody z organizmu. A jednak suknia okazała się nieco za duża. Krawcowa była trochę zaskoczona, ale jej się nie przyznałam, więc uznała, że pewnie po prostu ostatnim razem (bo już wtedy suknia była lekko za szeroka) za mało materiału zebrała. Biodra i talię zostawiłyśmy w spokoju, bo będzie można to w razie czego regulować wiązaniem, a tylko w biuście jeszcze suknia będzie zwężona.

W sumie to jestem zadowolona, bo zniknęła moja letnia oponka :) Tylko Franek stęka, że nie lubi jak jestem taka chuda (bez przesady! on chyba chudego nie widział!) i mówi, że jestem "chuda glista".
Przestraszyłam się jednak wczoraj, że jak tak dalej pójdzie to za miesiąc suknia znowu będzie za szeroka a moje obojczyki zbyt wystające (to mi się dzieje zawsze przy 47kg). Zaraz po przymiarce wybrałyśmy się więc z Alą na obiad i deser. Ona z pierwszego zrezygnowała i zaczęła od razu od lodów. Ja zamówiłam sobie sałatkę z kurczakiem i bekonem. Pyszna była! Ale porcja ogromniasta, ledwo ją zmęczyłam i na lody już miejsca nie wystarczyło :( (pocieszyłam się dziś Big Milkiem w czekoladzie) Najadłam się tak bardzo, że do końca dnia już nic nie tknęłam tylko litrami piłam herbatę (zawsze jak się objem, piję herbatę, zazwyczaj czerwoną, bo mam wrażenie, że mnie przepłukuje :P). To by było na tyle jeśli chodzi o pilnowanie obojczyków :)

Jest jednak jedna rzecz, z której w tym roku zrezygnowałam (nie bez bólu :P)... Normalnie o tej porze roku objadam się przecież słonecznikiem! Nad morzem "zdzióbałam" chyba cztery, a potem sobie zabroniłam. Twarda jestem i nie ruszają mnie piękne słoneczniki, które uśmiechają się do mnie z warzywniaków. Chociaż jak sobie pomyślę, że następna okazja dopiero za rok, to ślinka mi cieknie. Ale cóż, człowiek raz tylko bierze ślub, więc jak człowiek chce być na nim piękny, to musi poznać smak wyrzeczenia ;D To się chociaż tego jednego wyrzekę.
Bo już pal licho, że to sam tłuszcz - mogłabym przecież zrezygnować z obiadu :)) Ale przede wszystkim słonecznik oznacza katastrofę dla moich paznokci, które robią się czarne, a od ciągłego szorowania rozdwajają się i łamią. Muszę więc cierpieć do ślubu :) Chociaż Franek powiedział, że może jak będzie miał jakiś wolny dzień to się wybierze na targ i jakiś jeden ładny słonecznik dla mnie wybierze (chyba naprawdę się boi moich żeber i chce mnie utuczyć :P).
Noo, jeden to chyba moim paznokciom aż tak bardzo nie zaszkodzi... :)

piątek, 4 maja 2012

W podróży służbowej

Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)

Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.

Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.

Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)

Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.

Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.

I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)

niedziela, 20 listopada 2011

Szarlotka konta placek z budyniem.

Swego czasu – gdy ja mieszkałam jeszcze z dziewczynami, a Franek u rodziców, zawsze kiedy wracałam z Miasteczka w niedzielny wieczór Franek zjawiał się choćby na dziesięć minut. Głównym celem jego wizyty (poza przywitaniem się ze mną, chociaż wcale nie jestem pewna, co było ważniejsze :P) była pomoc w rozpakowaniu torby. A konkretniej – torby z wałówką. Zawsze przywoziłam z domu kilka słoików, mrożonki, do tego jeszcze coś z niedzielnego obiadu. Kuchnia mojej mamy Frankowi bardzo odpowiada, więc później zaczęłam wszystkiego dostawać podwójnie – żeby starczyło dla nas dwojga.
Do czasu niestety… Jeszcze na początku, gdy zamieszkaliśmy razem, każda moja wizyta w Miasteczku była „owocna” jeśli chodzi o łupy jedzeniowe. Aż się po kilku miesiącach nieuważnie zdradziłam, że w zasadzie to ja umiem gotować. Wystarczyło, że rodzice parę razy zjedli u nas obiad i nagle wałówka ograniczyła się do rzeczy, których my sami nie robimy – surówki w słoikach, zakiszone ogórki i parę innych specjałów. Ale dania obiadowe niestety się skończyły.
***
Franek w weekend pracował, więc ja pojechałam do Miasteczka. W piątek jeszcze na pożegnanie powiedział mi: „to przywieź dużo jedzenia” :) Co by nie był rozczarowany później, zawczasu uświadomiłam mu, że takie dobre czasy już nie powrócą :)
Doszło już nawet do tego, że jak jestem w Miasteczku to ja sama dla całej rodziny gotuję (kurka wodna, jakbym wiedziała, że im tak posmakuje, to dalej udawałabym, że mam dwie lewe ręce :P). W ten weekend mama zrobiła też klopsa pieczonego z suszonymi śliwkami i boczkiem. Ja się trochę przyglądałam i rzekę: „nie jest to specjalnie skomplikowane, muszę też u siebie zrobić”.. Po chwili się zreflektowałam: „albo lepiej nie, bo następnym razem to już nic nie dostanę :)”
Śmieję się oczywiście z tego wszystkiego i chociaż jedzenie mamy smakuje mi bardzo, to dobrze, że nie musi za długo stać przy garach, żebym ja z głodu nie umarła :) A poza tym – cieszę się, że stanęłam na wysokości zadania i potrafię wykarmić swojego narzeczonego (a on mnie rzecz jasna :)) Kiedyś myślałam, że różnie z tym będzie – ale to temat na osobną notkę.
Jednak wcale źle po weekendowej wizycie nie było. Przyjechałam wczoraj i wypakowałam łupy. Franek w tym czasie stołował się z kolei u swoich rodziców i też mu coś skapnęło. Wyłożyliśmy więc na stół: mój rosół, pieczonego klopsa i szarlotkę oraz Frankowy chleb własnej (znaczy maminej) roboty, suszone grzybki i placek z budyniem. Popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy: mamy tak całkiem o nas nie zapomniały, z głodu nie umrzemy :)

poniedziałek, 14 listopada 2011

Westchnę sobie po weekendzie.

Weekend - jak to weekend - mimo że długi, szybko się skończył. Pozwólcie, że sobie westchnę teraz z żalem, bo fajnie było…
….

No, już ;) Wizyta Miasteczkowych udała się znakomicie, a przede wszystkim strasznie z Frankiem jesteśmy zadowoleni, że nam się jedzenie udało. Przygotowaliśmy zupę cebulową z grzankami oraz pulpeciki na cieście francuskim w sosie śmietanowo-serowym. Wszystkim bardzo smakowało. Nawet chłopakowi mojej siostry, co wcale nie jest tak oczywiste – bo my w rodzinie smak mamy dość podobny, natomiast on jakoś tak zawsze odstaje i nie smakuje mu to, za czym my przepadamy :) Żeby nie było – Franek też tak ma w kilku przypadkach, chociaż do wielu potraw już go przekabaciłam. Ale zachwycali się wszyscy, siostra z dziesięć razy powtórzyła „pycha”, a tata powiedział, że mogłabym coś takiego w Miasteczku zrobić przy następnej okazji. A na deser były owoce maczane w gorącej czekoladzie rozpuszczanej w specjalnym naczyniu. No i rzecz jasna rogale marcińskie.
Kulinarna odsłona wizyty udała się więc znakomicie, ale spacerowa wcale nie była gorsza :) Franek niestety już kolejny rok pracował popołudniu 11 listopada :( Nie wybrał się więc z nami ani na paradę na ulicy Św. Marcin, ani, nad czym ubolewam najbardziej, na pokaz sztucznych ogni, które niezmiennie uwielbiam i zachwycam się nimi przy każdej okazji. Już mu zapowiedziałam, że w przyszłym roku przypilnuję, żeby sobie chociaż dniówkę na ten dzień załatwił, bo do zeszłego roku wieczór 11 listopada był zawsze nasz. Dobrze, że mnie chociaż rodzinka ratuje i mam z kim iść :)
Ale rodzinka w sobotnie południe musiała już się zmyć i zostaliśmy sami. Na szczęście przynajmniej weekend Franuś miał wolny. Się wkurzyłam nawet na niego trochę w sobotę, przyznaję, bo jak wszyscy pojechali, to myślałam, że od razu ze wspólnego wolnego będziemy korzystać, a ten jeszcze postanowił trochę pracę odespać i tak spał do piętnastej. A taaaka ładna pogoda była. Nafoczyłam się więc trochę, ale że Franek potem był bardzo miły i starał się nadrobić stracony czas, to dałam się ugłaskać.
Zaliczyliśmy aż dwa razy kino w ten weekend, bo była promocja i za cztery bilety zapłaciliśmy mniej, niż w normalnych okolicznościach za dwa. Więc najpierw była Contagion – epidemia strachu, a później Służące, które koniecznie chciałam zobaczyć, bo książka mnie zachwyciła. Franek, ku swemu własnemu zdziwieniu, stwierdził, że drugi film był lepszy. Poza tym zajadaliśmy się pizzą, makaronem i sałatkami, obaliliśmy flaszkę wina i kilka piwek. No i kupiłam sobie nareszcie zimowe buty, a dzięki temu, że niedawno sprawiłam sobie też kurtkę na zimę, mam spokój z jakimikolwiek ciuchowo-obuwniczymi zakupami przynajmniej przez pół roku! Prawdę mówiąc, nie przychodzi mi do głowy nic, czego bym potrzebowała :)
Franek za to kupił sobie jakąś planszową grę z tych fantasy, bo on się tym interesuje (ja się nie znam, więc wybaczcie brak szczegółów :)). Kiedy ją wypatrzył pierwszego dnia, wyszliśmy ze sklepu bez niej, ale szkoda mi go bardzo było, bo wiedziałam, że naprawdę chciałby ją mieć. Wróciliśmy dnia następnego, widocznie nie dawała mu spokoju ta gra :) A miło było popatrzeć, jak się cieszy :) Prawie tak, jak ja z nowej torebki z dużą ilością kieszonek. A może nawet bardziej? Usiadł od razu wieczorem i zaczął ją rozgryzać – grę znaczy się, nie torebkę. I powiem Wam, że nawet ja instrukcję zaczęłam czytać i bardzo możliwe, że sobie będziemy grali razem.
Ale dziś znowu mamy poniedziałek i trzeba sie rzucić w wir pracy. Poniedziałki normalnie lubię, ale dzisiaj obniżenie nastroju mnie dopadło i jest mi tak se :)

środa, 24 czerwca 2009

Test ciążowy.

Test zrobiłam w niedzielę. Wynik testu okazał się pozytywny.
Ale spokojnie, test został przeprowadzony na Franku, nie na mnie :) (Nabrała się któraś? :]]]) No to od początku. 

Uwielbiam hot dogi ze stacji benzynowych. Często jak wiem, że będę tankować, specjalnie nic nie jem, żeby sobie tego hot doga zjeść. Jak gdzieś jedziemy w dłuższą podróż to też się zatrzymujemy na konsumpcję. No i ostatnio, jak planowaliśmy podróż na wesele już od kilku dni się napaliłam na pomysł, że przed wyjazdem sobie zjemy po cieplutkim, chrupiącym hot dogu. Ale trochę nie wyszło, bo po pierwsze najedliśmy się na śniadanie, a po drugie wzięliśmy jeszcze coś do jedzenia na drogę. Po trzecie, wiadomo było, że na weselu się najemy. Aż taka pazerna nie jestem, żebym na siłę wciskała w siebie nawet najsmaczniejsze żarełko:) W każdym razie stwierdziliśmy, że co się odwlecze, to nie uciecze i hot dogami uraczymy się w drodze powrotnej. Taki był plan. Z powrotem prowadził Franek, więc przypomniałam mu tylko, że jak już będziemy pod Poznaniem, żeby zjechał na jakąś stację. Ale Franek jedną przegapił. Nic nie mówiłam, bo stwierdziłam, że nie jestem bardzo głodna. Przy drugiej pomyślałam sobie, że nadal głodna nie jestem, więc jak Franek się zorientuje, to zjemy a jak nie to nie będę nic mówić. Zauważył, ale odrobinę za późno, żeby zjechać. Ale powiedział, że zjedzie na następnej. Tak zrobił, ale okazało się, że tam akurat hot dogów nie ma. Przyjęłam to ze spokojem. Ale jak pięć minut później zajechaliśmy do domu, stwierdziłam, że jednak jestem głodna :) Rozpakowaliśmy się, a ja dalej marudziłam, że jestem głodna. W lodówce pusto – wyjedliśmy wszystko przed wyjazdem. Franek chciał mi coś tam przyrządzić z tego co znalazł, ale pogardziłam, bo miałam tak naprawdę ochotę tylko na tego hot doga. Zapytałam,czy chce mu się iść ze mną na stację niedaleko osiedla. Nie chciało mu się .No to poszłam się wykąpać. Była już 22:00, leżałam w łóżku i dalej mu o tym hot dogu smęcę.
W końcu Franek wstał i mówi „Idę!” I zaczął się ubierać. Ale go powstrzymałam, nie będę po nocy jadła przecież ;) Pewnie ze zmęczenia taka marudna byłam :) Ale jakby nie było Franek przeszedł test – jak będę miała zachcianki w ciąży będę mogła na niego liczyć:) W końcu jeśli już teraz jest w stanie mi późnym wieczorem pójść po parówkę w bułce, to co dopiero będzie jak będę w ciąży ;) 
 
A tak nawiasem mówiąc, hotdoga się doczekałam. Franek kupił mi go we wtorek… na śniadanie :) Wstał jeszcze przede mną i przyniósł mi potem siateczkę z hot dogiem i kanapeczką ;)

czwartek, 25 grudnia 2008

Wieczerza wigilijna

To się objadłam ;) Od wczorajszego wieczora oczywiście prawie cały czas coś się je. Same pyszności. Aż się źle czuję dzisiaj, mam nadzieję, że na dłuższą metę takie obżarstwo mi nie zaszkodzi :) Wieczerza wigilijna jest na pewno inna w każdym domu, nie wspominając już o regionach. Ja od dziecka byłam przyzwyczajona do tych samych potraw i ze zdumieniem przyjmowałam fakt, że gdzieś nie jada się podczas Wigilii zupy grzybowej albo pierogów. U nas Wigilia rozpoczyna się (oczywiście pomijam dzielenie się opłatkiem :)) zupą grzybową. Jeśli ktoś chce to z chlebem. To jest jedyny dzień w roku, kiedy jemy zupę z suszonych grzybów. Później mamy przeważnie pierogi z kapustą i grzybami oraz uszka i barszczyk do popicia. Następnie na stół wjeżdżają wigilijne gołąbki – bez mięsa. A potem karp smażony i w galarecie. Poza tym zawsze mamy śledzie. To są pozycje obowiązkowe u nas, bez których dla mnie po prostu nie byłoby Wigilii. Koniec kropka. Zresztą dania te jemy (no może poza barszczem i śledziami) tylko w tym dniu, pewnie dlatego tak bardzo kojarzą mi się ze świętami. Na koniec, na taki jakby deser, zawsze jemy kutię. Nie wiem czy wiecie co to jest: zmielony mak, pszenica, orzechy, rodzynki i miód. My dodajemy jeszcze wody, żeby nie była za słodka. Jada się ją obowiązkowo bardzo zimną. Może nie ma u nas typowych dwunastu dań, ale zawsze sobie tak policzymy, żeby potraw jednak było dwanaście i tym sposobem wczoraj zjadłam:
1. zupa grzybowa
2. chleb
3. pierogi
4. uszka
5. barszczyk
6. śledź
7. śmietana :P
8. gołąbki
9. karp smażony
10. karp w galarecie
11. kutia
12. wino

Jest dwanaście? Jest :PP Co z tego, że troszkę naciągane. No i nie mogę nie wspomnieć o tym, że mamy na stole wigilijnym również „potrawę”, która prawdopodobnie w niewielu domach się na tym stole znajduje. Jest to tak zwana trzynasta potrawa, mianowicie coca cola :PPP Chodzi o to, że podobnie jak większość tych potraw, cola pojawia się u nas tylko na święta :) Na co dzień jej nie pijemy, więc Wigilia bez coca coli to byłaby dziwna jakaś. To taka nasza rodzinna tradycja :) Po wieczerzy idziemy zawsze do drugiego pokoju, gdzie pod choinką czekają na nas prezenty. I najmłodszy w rodzinie te prezenty rozdaje – wypada na moją siostrę. Pies jej pomaga :) Bo on oczywiście też dostaje swój prezent. Później jest czas na nacieszenie się prezentami i swoim towarzystwem. Muszę przyznać, że w tym roku Aniołek (bo u nas pod choinką prezenty zostawia Aniołek) był wyjątkowo hojny. Nie będę się tu wszystkim chwalić, ale dostałam mnóstwo rzeczy, które sprawiły mi ogromną radość – od kosmetyków, po śliczny sweterek, który pasuje na mnie jak ulał (widać, że mama posłużyła Aniołkowi za manekin, bo wszystkie trzy – razem z moją siostrą mamy ten sam rozmiar :)). Poza tym dostałam aż trzy książki, w tym od rodziców Franka (czyli w tym wypadku nie od Aniołka lecz od Gwiazdora:) „Blubry Starego Marycha” – jego tato uparł się, żeby mnie poznańskiej gwary nauczyć :) A od Franusia (to znaczy od Gwiazdora) dostałam bransoletkę, książkę, ulubione żelki i… grę komputerową „Gotowe na wszystko” :) Coś trochę w stylu Simsów. Kochany Franuś.
Ponieważ w tym roku nikt nie dostał żadnej gry zespołowej, zabraliśmy się wieczorem za grę z zeszłego roku, czyli Scrabble. Mój tata był niekwestionowanym mistrzem w tej grze. Był, bo uwaga uwaga, uczeń przerósł mistrza. Teraz to ja jestem najlepsza :) Wczoraj wygrałam dwa razy kiedy graliśmy w czwórkę, a dziś w pojedynku jeden na jednego pokonałam tatę pięćdziesięcioma punktami :D W ostatniej chwili, należy dodać, bo pojedynek był zacięty :)
No i tak sobie spędzam te święta. Oprócz tego pouczyłam się troszkę, odwiedziłam koleżankę, poczytałam, no i bawię się w Gotowe na wszystko :) Cudnie jest. Ale… trochę mi smutno. Nie wiem czemu właściwie, bo jakiś ten smutek niezdefiniowany jest. Doszłam dziś do wniosku, że może… tęsknię za Franusiem? Eh, bo człowiek to taki niewdzięczny jest, zawsze coś mu nie pasuje… :)