Mój blog i moje kredki. Margolka bez koloryzowania :)
*OGŁOSZENIE*
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
piątek, 26 grudnia 2014
Trochę słodsze święta.
piątek, 28 listopada 2014
Głodująca matka
środa, 12 listopada 2014
Koniec długiego weekendu + dopisek
*** godz 21:50***
Chyba jednak muszę częściej wyjeżdżać. Nie dość, że Franek na moją cześć wypucował całe mieszkanie (nawet rury przeczyścił:P), to jeszcze przygotował romantyczną kolację (oczywiście wersję dietetyczną) przy świecach :)
poniedziałek, 28 lipca 2014
O tym jak się czuję, albo i nie czuję :)
piątek, 18 lipca 2014
Razowy terrorysta z kminkiem
wtorek, 15 lipca 2014
Post kaloryczny*
Ps. A swoją drogą może któregoś dnia się zdziwię, jak się nagle z brzuchem obudzę? :))
piątek, 28 marca 2014
Głośne naleśniki
poniedziałek, 17 marca 2014
Teściowa, kulinaria i pogoda, czyli poniedziałkowy misz-masz
niedziela, 12 sierpnia 2012
Sprawa najwyższej wagi :)
A ponieważ jeść naprawdę lubię, to sobie nie żałuję tych przysmaków :) Zajadam się też warzywami "niewskazanymi" - a więc zielonym groszkiem i bobem. Wspomniane kolorowe kanapeczki z sałatą, pomidorkiem, rzodkiewką i szczypiorkiem też nie zaszkodzą, wszak jedna kromka to zaledwie jakieś 100 kcal (nie używam żadnego smarowidła) - no, ale przecież trudno poprzestać na jednej :)
Później nadchodzi lato, a więc lody, kawy mrożone z bitą śmietaną i inne pyszne desery... A najgorzej jak się człowiek na wakacje wybierze. Dochodzą do tego gofry, fast foody i piwko :) No i arbuzy... pochłaniam je wręcz kilogramami :)
Więc się ani trochę nie dziwię, że w okresie od maja do września przybywa mi kilogramów a oponka rośnie :) A przecież na aerobik chodzę z taką samą częstotliwością - albo częściej. Do tego jeżdżę na rowerze i więcej spaceruję. Ale taka już moja uroda.
Na szczęście nadmiar kilogramów nigdy nie jest szczególnie dokuczliwy. A przynajmniej nie na tyle, żebym musiała z czegoś rezygnować. Wolę korzystać z sezonowych przysmaków a potem trochę zacisnąć pasa - dosłownie :) Zwracam uwagę na to co jem i na kilka tygodni wprowadzam moją sprawdzoną niskokaloryczną dietę. Zazwyczaj w ciągu miesiąca tracę nadwyżkę i gdy staję na wadze, odzyskuję czwóreczkę z przodu. Póki co jeszcze nie musiałam wymieniać garderoby :)
W tym roku jednak postanowiłam się poświęcić :) Co prawda wraz z początkiem wiosny sobie folgowałam, ale po powrocie z nad morza postanowiłam się nieco ograniczyć. Nie żeby sobie czegoś odmawiać, ale jeśli jadłam hot-doga, to nie tego samego dnia, co lody z bitą śmietaną :) Chciałam po prostu, żeby moje wymiary między pierwszą a drugą przymiarką sukni nie uległy zbyt dużym wahaniom. Cóż, nie wzięłam pod uwagę jednego... Tak bardzo bałam się, że przytyję, że w ciągu trzech tygodni schudłam trzy kilogramy - i zapewniam, że nie stosowałam głodówki. Mimo wszystko, nie sądziłam, że to będzie miało aż taki wpływ na moje ciało - byłam przekonana, że jak to zwykle bywa, pozbyłam się tylko trochę wody z organizmu. A jednak suknia okazała się nieco za duża. Krawcowa była trochę zaskoczona, ale jej się nie przyznałam, więc uznała, że pewnie po prostu ostatnim razem (bo już wtedy suknia była lekko za szeroka) za mało materiału zebrała. Biodra i talię zostawiłyśmy w spokoju, bo będzie można to w razie czego regulować wiązaniem, a tylko w biuście jeszcze suknia będzie zwężona.
W sumie to jestem zadowolona, bo zniknęła moja letnia oponka :) Tylko Franek stęka, że nie lubi jak jestem taka chuda (bez przesady! on chyba chudego nie widział!) i mówi, że jestem "chuda glista".
Przestraszyłam się jednak wczoraj, że jak tak dalej pójdzie to za miesiąc suknia znowu będzie za szeroka a moje obojczyki zbyt wystające (to mi się dzieje zawsze przy 47kg). Zaraz po przymiarce wybrałyśmy się więc z Alą na obiad i deser. Ona z pierwszego zrezygnowała i zaczęła od razu od lodów. Ja zamówiłam sobie sałatkę z kurczakiem i bekonem. Pyszna była! Ale porcja ogromniasta, ledwo ją zmęczyłam i na lody już miejsca nie wystarczyło :( (pocieszyłam się dziś Big Milkiem w czekoladzie) Najadłam się tak bardzo, że do końca dnia już nic nie tknęłam tylko litrami piłam herbatę (zawsze jak się objem, piję herbatę, zazwyczaj czerwoną, bo mam wrażenie, że mnie przepłukuje :P). To by było na tyle jeśli chodzi o pilnowanie obojczyków :)
Jest jednak jedna rzecz, z której w tym roku zrezygnowałam (nie bez bólu :P)... Normalnie o tej porze roku objadam się przecież słonecznikiem! Nad morzem "zdzióbałam" chyba cztery, a potem sobie zabroniłam. Twarda jestem i nie ruszają mnie piękne słoneczniki, które uśmiechają się do mnie z warzywniaków. Chociaż jak sobie pomyślę, że następna okazja dopiero za rok, to ślinka mi cieknie. Ale cóż, człowiek raz tylko bierze ślub, więc jak człowiek chce być na nim piękny, to musi poznać smak wyrzeczenia ;D To się chociaż tego jednego wyrzekę.
Bo już pal licho, że to sam tłuszcz - mogłabym przecież zrezygnować z obiadu :)) Ale przede wszystkim słonecznik oznacza katastrofę dla moich paznokci, które robią się czarne, a od ciągłego szorowania rozdwajają się i łamią. Muszę więc cierpieć do ślubu :) Chociaż Franek powiedział, że może jak będzie miał jakiś wolny dzień to się wybierze na targ i jakiś jeden ładny słonecznik dla mnie wybierze (chyba naprawdę się boi moich żeber i chce mnie utuczyć :P).
Noo, jeden to chyba moim paznokciom aż tak bardzo nie zaszkodzi... :)
piątek, 4 maja 2012
W podróży służbowej
Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)
Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.
Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.
Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)
Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.
Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.
I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)
niedziela, 20 listopada 2011
Szarlotka konta placek z budyniem.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Westchnę sobie po weekendzie.
środa, 24 czerwca 2009
Test ciążowy.
czwartek, 25 grudnia 2008
Wieczerza wigilijna
2. chleb
3. pierogi
4. uszka
5. barszczyk
6. śledź
7. śmietana
8. gołąbki
9. karp smażony
10. karp w galarecie
11. kutia
12. wino
Ponieważ w tym roku nikt nie dostał żadnej gry zespołowej, zabraliśmy się wieczorem za grę z zeszłego roku, czyli Scrabble. Mój tata był niekwestionowanym mistrzem w tej grze. Był, bo uwaga uwaga, uczeń przerósł mistrza. Teraz to ja jestem najlepsza
No i tak sobie spędzam te święta. Oprócz tego pouczyłam się troszkę, odwiedziłam koleżankę, poczytałam, no i bawię się w Gotowe na wszystko