*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

Początek i koniec w jednej notce.

Znalazłam w szkicach jeszcze jedną notkę, którą napisałam krótko po tym, jak dowiedziałam się o ciąży.  Pisałam pod wpływem emocji, choć już byłam trochę spokojniejsza. Te notki są dla mnie ważne, bo to niesamowite czytać o tym, jak się czułam i co myślałam wtedy, kiedy Wiking był tylko abstrakcją...

 ***
 Nareszcie przestał mnie boleć brzuch! Do środy codziennie odczuwałam jakieś kłucie w podbrzuszu, szczególnie po południu. Wczoraj mi przeszło i dzisiaj też jak na razie jest ok.
Swoją drogą to niesamowicie, jak zmienia się myślenie :P Do niedzieli nie wiedzieliśmy przecież jeszcze, że Ktoś postanowił sobie u mnie zamieszkać  - a dolegliwości miałam takie same i w ogóle na to nie zwracałam uwagi, poza tym, że mnie irytowały. Jak tylko się dowiedzieliśmy, zaczęłam weryfikować swoje zachowania - nie sprzątam już takim zapałem, w pracy uważam, żeby darować sobie jednak dźwiganie kartonów z 12 butelkami wina i nawet na rowerze jeżdżę wolniej! :P Zupełnie inaczej było jeszcze w sobotę, a przecież Ktoś już sobie siedział na miejscu. (BA! Przecież w ubiegły wtorek wnosiliśmy winem toast za Franka nową pracę!, ech, żebym ja wiedziała, że to moje ostatnie winko na dłuugi czas... nawet mojej Fortuny-Mirabelki nie zdążyłam wypić, ale Franek obiecał, ze ją dla mnie zostawi, bo to edycja limitowana!)
Ale spokojnie, nie dam się zwariować :) To znaczy - teraz trudniej jest mi trochę zignorować ból brzucha i po powrocie do domu z pracy wolę usiąść w pozycji półleżącej zamiast biegać ze szmatą i szorować szafki w kuchni, bo jednak mam świadomość, że przecież nie wiem, czy wszystko jest w porządku i lepiej losu nie kusić. Ale tak poza tym to bardzo pilnuję się, żeby nie tłumaczyć wszystkiego, że "przecież ciąża" i jak nie chce mi się czegoś zrobić to racjonalnie analizuję sytuację, żeby stwierdzić, czy to dlatego, że czuję się senna i osłabiona, czy może po prostu mam lenia :D
I jednak stwierdzam, że mam lenia! I biorę się za robotę. Ale wczoraj jak ten brzuch mnie nie bolał, to zdecydowanie mi się bardziej chciało - i wyprałam, i wyprasowałam, i ugotowałam zupę, i zrobiłam sałatkę, i posprzątałam...
Tak ogólnie rzecz biorąc, to boję się, że wręcz przegnę w drugą stronę :) I będę wymagać od siebie jeszcze więcej, niż zwykle, nie pozwalając sobie na chwilę słabości - bo taki już mam charakter. Zwłaszcza, że Franek za mną teraz cały czas łazi pytając jak się czuję i mówiąc, że tego mi nie wolno, a tamto powinnam :P

A tak serio - stwierdzam, że jednak się da oswoić tę myśl! Szybko mi poszło, prawda? :) Teraz już trochę inaczej o tym myślę. Nadal jestem podekscytowana, ale przestałam myśleć o tym, jaka to rewolucja. Jasne, że tak jest. Ale póki co wszystko jest po staremu, a zmiany będą postępowały stopniowo, więc myślę, że będę miała czas się nad nimi zastanowić.
Teraz mamy już za sobą etap szoku. Co prawda nadal trochę trudno nam uwierzyć, że to się tak po prostu stało :) Chyba nie spodziewaliśmy się, że pójdzie nam tak szybko, ale zdecydowanie już nie jesteśmy tak oszołomieni tą wiadomością.
Podchodzimy do tego spokojnie i oczekujemy z powściągliwą radością :) Oczekujemy na to, co się wydarzy, bo jesteśmy po prostu ciekawi, jak będę wyglądały nasze następne dni, tygodnie i miesiące. Nie zmieniło się jedno - nadal trudno ubrać te uczucia w słowa :)
***
 
Właśnie dzisiaj postanowiłam tę ostatnią wartą utrwalenia notkę wydobyć z archiwum, bo trudno, żebyśmy w tych dniach nie myśleli o tym, co się działo dokładnie rok temu. Każdego dnia niemal co chwilę łapię się na tym, że przypominam sobie, co robiłam rok temu o danej porze albo może raczej, co się ze mną działo, bo za wiele nie robiłam :) Trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu Wikusia nie było z nami, a dzisiaj chodzi po całym domu podrygując sobie w rytm muzyki albo bawiąc się w zamykanie i otwieranie drzwi. Jeszcze bardziej niewiarygodne wydaje mi się, że to jest ten sam Ktoś, o którym wspomniałam 23 maja 2014 roku. Tamten Ktoś nie miał imienia, nie miał twarzy, jeszcze płci nawet nie miał. Wiadomość o jego pojawieniu się była dla mnie szokiem, ale z drugiej strony przez długi czas nie potrafiłam myśleć o nim jak o dziecku. Byłam po prostu w ciąży. Jakoś nie potrafiłam do końca połączyć tego momentu z tym, co miało nastąpić na początku stycznia :) I prawdę mówiąc cały czas jest to dla mnie taka abstrakcja, że nadal trudno mi ogarnąć to umysłem. W tym sensie zdecydowanie wierzę w cud narodzin.

6 stycznia pamiętam doskonale. Za oknem świeciło piękne słońce, niebo było błękitne i w ogóle pogoda była przepięknie zimowa. Przy porannym obchodzie lekarz powiedział, żebym przyszła za chwilę do jego gabinetu i tam dowiedziałam się, że prawdopodobnie będą robić wszystko, żebym tego dnia urodziła. Myślałam sobie, że to dobry dzień. Fajna data, będzie czwarty królewicz. Już widziałam tytuł tej notki oczami wyobraźni ;) Ale z godziny na godzinę mój entuzjazm opadał. Prawdę mówiąc tamtego dnia zaliczyłam poważny kryzys. Do tego stopnia, że aż się popłakałam Frankowi. Miałam wrażenie, że wszyscy dookoła rodzą, tylko nie ja, ja ciągle stoję w miejscu. W dodatku stresował mnie lekarz (bardzo sympatyczny zresztą), który gdy tylko mijał mnie na korytarzu, pytał mnie, czy coś się dzieje i czy coś czuję. Miałam wyrzuty sumienia, że nic się nie dzieje :) Pojęcia nie mam, dlaczego ja tak to przeżywałam, bo przecież wiadomo było, że prędzej, czy później urodzę. Ale wtedy naprawdę czułam się tak, jakby to miało nie nastąpić. Dopiero kiedy poszłam na mszę do kaplicy i zaczęłam się modlić to mi przeszło. Oświeciło mnie wtedy, że przecież muszę być cierpliwa, bo będzie, co ma być. Naprawdę wyszłam odmieniona, miałam już zupełnie inne nastawienie i humor zdecydowanie mi się poprawił. 
I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, kiedy odpuściłam, zaczęło się. Mniej więcej dokładnie o tej porze rok temu odeszły mi wody. Nie jestem pewna, o której, ale było to podczas wieczornego KTG, które miałam podłączane w okolicach godziny 21. Sprawdziłam sobie nawet połączenia z ubiegłego roku i widzę, że o 20:25 rozmawiałam z Frankiem - prawdopodobnie mówiłam mu wtedy dobranoc, bo wiedziałam, że za moment nie będę mogła rozmawiać podłączona pod aparaturę. Następne połączenie jest o 21:03, potem 21:27 i 21:54. Przypuszczam, że kolejno dzwoniłam do Franka, żeby mu powiedzieć, że odeszły mi wody, że czekam na badanie lekarskie i że ma przyjeżdżać, bo jednak rodzę. 
Uwielbiam takie retrospekcje :) Jestem teraz prawie tak samo podekscytowana, jak rok temu, tyle, że wtedy nie spodziewałam się, że tak długo to będzie trwało. Wiecie, co jest najciekawsze? Że wróciłabym do tamtego momentu, nawet pomimo tego koszmarnego bólu. W końcu skoro przeżyłam raz, to przeżyłabym i drugi :) Choć wtedy (i jeszcze parę dni po) wydawało mi się, że to jest po prostu niemożliwe. 

sobota, 28 listopada 2015

Post niezaplanowany.

Miało być dzisiaj zupełnie o czymś innym, ale się temat przesunie, bo mi się na coś innego zebrało :) Przenoszenie mojego archiwum ma się całkiem dobrze, już mi tylko nieco ponad rok został. Dzisiaj przeglądałam sobie notki z kwietnia 2011, a tam - relacja z naszej podróży do Hiszpanii! Oderwać się od tych zdjęć i opowieści nie mogłam! Udzielił mi się nawet nastrój z tamtych notek, zrobiło mi się błogo, ciepło i nostalgicznie. A jednocześnie żałość mnie ścisnęła ogromna, bo sobie pomyślałam, że nieprędko ja sobie Andaluzję odwiedzę, nieprędko... A przecież na zakończenie napisałam, że musi nastąpić kolejny raz. Tymczasem mijają cztery lata i jakoś nam z Hiszpanią nie po drodze było. I w najbliższym czasie raczej nie będzie. Wiem, że podróżowanie z dziećmi to żadne wielkie halo i z niemowlakami normalnie się lata, ale jakoś nie umiem sobie trochę tego wyobrazić z naszym Wikingiem. W samochodzie spoko, ale tam jesteśmy sami, on sobie siedzi w foteliku i zwykle zasypia, a na pokładzie takiego samolotu...? I w ogóle jakoś sobie logistycznie tego nie umiem wyobrazić w naszym wypadku. Wiecie, że generalnie dziecko w niewielu rzeczach mi przeszkadza, ale taka podróż wydaje mi się z dzieckiem naprawdę trudna. A inna sprawa, że wolałabym Wikinga zabrać do Hiszpanii, jak już będzie więcej kumał. Przecież mamy zaproszenie od hiszpańskiej Ani... - może kiedyś się nasze dzieciaki zapoznają? :)
Zresztą, Wiking to jedno, ale jest jeszcze wiele innych powodów, przez które polecieć w bliżej nieokreślonej przyszłości po prostu nie mamy szans! No więc taka tęsknota za tamtym czasem i tamtymi podróżami mnie chwyciła...W dodatku uświadomiłam sobie, że teraz na południe wcale tak łatwo polecieć nie będzie. Cieszyłam się na wieść o tym, że hiszpańska Karolina wróciła do Polski i że zamierza szukać tu pracy (notabene znalazła! w Warszawie - jupi!), ale nie pomyślałam wtedy, że to oznacza, że nie będzie tam do kogo jeździć w odwiedziny! (co z drugiej strony chyba dobrze o mnie świadczy prawda? :P w pierwszej kolejności pomyślałam o bliskości koleżanki, dopiero w drugiej o utracie korzyści :)) Bo Ani też tam już nie ma. Kiedy zaszła w ciążę przeprowadziła się do swojego chłopaka do Madrytu. Do hiszpańskiej stolicy też mam sentyment, ale jednak nie ma to jak Andaluzja. Nie pozostaje mi chyba nic innego jak ciułać grosz do grosza i zbierać wreszcie na jakiś konkretny cel - podróż do południowej Hiszpanii i nocleg w jakimś pensjonacie. Pewnie zajmie nam to tyle lat, że i Wiking już będzie rozumny :)

Póki co jednak ciułać będziemy musieli i tak na coś innego, bo na życie. Zobaczy się, jak to się wszystko ułoży, ale myśl o tym, że za moment będziemy musieli żyć jedynie z pensji Franka i z naszych oszczędności jest mocno stresująca. Trzeba będzie przedsięwziąć jakieś poważne kroki, ale musimy sobie wszystko najpierw poukładać i przemyśleć, zanim będę na ten temat tu pisać. Bo na razie to wiem, że nic nie wiem - i od razu na wszelki wypadek piszę, że nic się za tym nie kryje :) Naprawdę nie mamy żadnych skonkretyzowanych planów, więc nie ma żadnej tajemnicy. W każdym razie... w tych kwietniowych notkach sprzed czterech lat pisałam również o tym, że znalazłam pracę i opisywałam pierwsze dni w niej. Taka byłam podekscytowana i zadowolona! Przypomniały mi się również tamte uczucia i przez chwilę niemal wydawało mi się, że tamte wpisy dotyczą teraźniejszości i że mogę się cieszyć ze znalezionej pracy :) Prawie zapomniałam, że teraz jestem bezrobotna. Jak wiadomo prawie robi wielką różnicę, ale jakimś cudem tamte wpisy pozwoliły mi na to, żebym uwierzyła, że będzie dobrze. Pewnie ta wiara jeszcze mnie ze sto razy opuści w najbliższych dniach, ale na razie cały czas trzymam się tego postanowienia, o którym Wam ostatnio wspomniałam - cieszę się chwilą i doceniam ją! Czasami lekko nie jest, ale staram się na całego!
 

poniedziałek, 2 listopada 2015

By ci żaba buzi dała...


Zastanawiałam się, jak zatytułować tę notkę i nagle przyszło mi do głowy jedno z ulubionych powiedzonek mojego dziadka. A że dzisiaj o dziadku będzie, to tytuł jak znalazł...
Oprócz tego, że 1 listopada jest w naszej rodzinie dniem, kiedy odwiedzamy groby bliskich, jest to także dzień, w którym mój dziadek obchodzi urodziny. Wczoraj skończył 79 lat. 
Trzyma się całkiem dobrze, chociaż może nie jest już w najlepszej kondycji fizycznej. Lata pracy za biurkiem zrobiły swoje. W zasadzie krótko po szkole zatrudnił się w pracy w banku, potem został głównym księgowym, następnie był dyrektorem kilku oddziałów jednego z większych banków w Polsce (przynajmniej w Polsce zachodniej ;)) Z drugiej jednak strony, jego rodzice prowadzili gospodarstwo rolne - mieli krowy, kury, pola i łąki. Więc bardzo często zaraz po pracy, dziadziu przebierał się, wsiadał na rower i jechał pracować na pole. Zresztą nawet dziś wszędzie jeździ na rowerze, więc może nie jest najgorzej z tą kondycją ;)
Dziadek zawsze był z tych, co to rozpieszczają swoje wnuczki :) Pisałam już kiedyś o nim tutaj i wspominałam, jak niemal co tydzień zabierał nas do sklepu, gdzie mogłyśmy wybierać sobie co tylko chciałyśmy ze słodyczy :) To właśnie on zabierał nas zawsze do cyrku i do wesołego miasteczka. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że mój dziadek zawsze miał dwa oblicza - jedno to poważny księgowy zza biurka, ważna osobistość w Przymiasteczku, drugie - wesoły dziadzio, biegający z wnuczkami od karuzeli do karuzeli :) Ale dziadziu jest do dzisiaj bardzo szanowany i lubiany w Przymiasteczku, to jest po prostu tym osoby, która jest bardzo otwarta, sympatyczna, lubi zagadać i ma mnóstwo znajomych. Co chwilę ktoś się mu na ulicy kłania. Wczoraj, kiedy szliśmy całą rodziną na cmentarz, zaczepił go nawet facet niewiele starszy ode mnie i zastanawiam się, skąd mój dziadek ma takich znajomych :D
Wspominałam kiedyś również o tym, że dziadek zawsze lubił się nami chwalić. I pozostało mu to do dziś. Z tym, że teraz chwali się jeszcze wszem i wobec tym, że został pradziadkiem :) (swego czasu w moich "złotych myślach" -wiecie, taki zeszyt, do którego wpisywały się inne osoby - odpowiadając na pytanie "kim chcesz zostać w przyszłości" odpowiedział, że pradziadkiem, cieszę się, że mu się to udało :)) Dumnie prowadzi wózek i kiedy tylko spotka kogoś znajomego opowiada o Wikingu :) Zresztą przyznam, że jestem zaskoczona tym, jakim pradziadkiem się okazał. Pamiętam swojego, który czasami z nami pogadał, opowiedział jakąś historyjkę, ale zwykle kręcił się gdzieś po obejściu i niespecjalnie się chyba nami interesował :) Nie wiem dlaczego, myślałam, że dziadziu też będzie takim pradziadziem z daleka. A tymczasem się zupełnie pomyliłam. Bardzo często do nas przyjeżdża, zachwyca się Wikingiem, bierze go na ręce, zabawia go... Miło popatrzeć :)

Na mojego dziadzia zawsze możemy liczyć. Potrafi wszystko - od sklejenia szuflady, poprzez naprawę silnika w samochodzie po zrobienie pierogów. Jeśli chodzi o to ostatnie, to życie go tego nauczyło. W wieku 57 lat został wdowcem. Przez kilka lat jeszcze pracował a potem przeszedł na emeryturę i nauczył się prowadzić gospodarstwo domowe. Gotuje, pierze, sprząta. Wspominałam, że przez jakiś czas z nim mieszkałam. Dziadzio mi nawet śniadania do szkoły przygotowywał, dopóki stanowczo przeciwko temu nie zaprotestowałam :) Musimy już trochę dziadka hamować w tych jego zapędach, bo zapomina czasami, że musi mierzyć siły na zamiary :) Wujek więc przychodzi do niego sprzątać, nie pozwalamy mu już na przykład pomagać we wnoszeniu wózka z Wikingiem na drugie piętro i tak dalej. 
Niemniej jednak mój dziadek jest cały czas bardzo aktywny. Ciągle gdzieś chodzi, ciągle coś załatwia. Jest doskonałą ilustracją słów "wesołe jest życie staruszka" :) Działa w różnych stowarzyszeniach, jeździ na zjazdy, spotyka się ze znajomymi. Kiedy miał 65 lat zrobił prawo jazdy! Chciał być bardziej samodzielny i rzeczywiście na te zjazdy jeździ często sam z kolegami, chociaż na szczęście zdaje już sobie sprawę z tego, że i wzrok i refleks nie ten, więc jeździ bardzo rozsądnie. W sensie - w rozsądnych dawkach (kiedy nie musi, to nie jedzie), nie jeździ po zmroku, nie szarżuje. Teraz już rzadko wybiera się w dalekie trasy, zwykle kursuje tylko na odcinku Przymiasteczko-Miasteczko, a to i tak wtedy, kiedy wujek nie może z nim jechać. 
Franek zawsze powtarza, że gdy będzie na emeryturze, chciałby prowadzić taki tryb życia, jak mój dziadek. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś robi, ciągle się z kimś spotyka. Nie siedzi przed telewizorem i nie ogląda serialu za serialem :) Chociaż i tak telewizji ogląda bardzo dużo, bo cały czas jak nie tenis, to piłka nożna, jak nie piłka nożna to jakiś inny sport. Czasami jakiś program przyrodniczy. W wolnych chwilach dziadziu, jak to zwykle dziadkowie mają w zwyczaju, rozwiązuje krzyżówki. A jak nie zna jakiegoś hasła, to włącza komputer i sprawdza w Google. Jakiś czas temu się dziadziowi zepsuł komputer i musieliśmy na szybko organizować mu jakiś zastępczy, bo on codziennie z internetu korzysta i nie mógł normalnie funkcjonować przy tej awarii (skąd ja to znam :)). Ale już sobie sprawił nowego laptopa i jest w porządku. Teraz bez problemu może sobie obejrzeć jakieś filmiki na youtube (nie byle co, jest kilka tematów, które go interesują), znaleźć jakiś przepis na obiad, przejrzeć jakieś mapy terenów, z których pochodzi, ułożyć sobie system za pomocą którego gra w totka itp. Dziadek lubi też słuchać muzyki - zwykle jest to klasyka. Na MP3 oczywiście ;)

Niestety, czas nie omija dziadzia swoim działaniem. Starzeje się, jak każdy. Ale cieszę się, że nie jest znudzonym życiem, narzekającym staruszkiem. Czasami nawet nam trudno jest pamiętać o tym, że ma już prawie osiemdziesiąt lat. Nadal dzwonimy do niego w wielu sprawach - a to chciałam zapytać o jakiś produkt bankowy (dziadek jeszcze tak zupełnie nie wypadł z obiegu, a kiedy wchodzi do swojego dawnego oddziału wszyscy go obsługują poza kolejnością i mówią do niego "szefie"), a to poradzić się w sprawie lodówki, z której coś cieknie, innym razem dzwoniłam, żeby zapytać, jak zrobił tę fasolkę, która była ostatnio na obiad. W dużej mierze to dzięki dziadziowi miałam takie piękne dzieciństwo, to on nauczył mnie wielu rzeczy, zwłaszcza, kiedy z nim mieszkałam.Wytrzymał ze mną, kiedy byłam niedobrą nastolatką, która się z nim często kłóciła. A on miał do mnie anielską cierpliwość. I choć czasami wkurzał mnie bardzo (bo na coś mi nie pozwalał, bo coś niepotrzebnie komentował, bo oglądał mecz, kiedy ja chciałam oglądać M jak miłość :)), to zawsze był obok, zawsze wspierał, pomagał, odciążał. I mimo wszystko rozpieszczał. Mam nadzieję, że tak pozostanie jeszcze przez długie lata :)

piątek, 30 października 2015

Z cyklu "faceci mojego życia": Marcin-kolega :)*

"Marcin-kolega", bo kiedyś w tym cyklu pisałam już o innym Marcinie, więc żeby się nie pomyliło... :)
Wspominałam ostatnio, że podczas spaceru w Miasteczku spotkałam takiego duszka przeszłości... Dlaczego nie ducha? Bo to takie sympatyczne spotkanie było, a z osobą tą wiążą się raczej tylko miłe wspomnienia :) Ale zawsze kiedy o niej myślę, to do głowy przychodzi mi cała masa refleksji i rozważań, co by było gdyby.

Spotkałam Marcina - mojego kolegę z klasy ze szkoły podstawowej. Z Marcinem to było tak, że od razu w pierwszej klasie małej margolce wpadł w oko (oj tak, ja byłam bardzo kochliwa, zawsze musiałam mieć jakiś obiekt westchnień, a pierwszego narzeczonego miałam w przedszkolu, o!). Przez chwilę uganiałam się za nim, żeby dać mu buzi w policzek. I tak nam mijały przerwy, ja go goniłam, a on uciekał i mieliśmy uciechę :) Oj tak, pamiętam, że Marcin był moją fantazją w tamtym czasie :)) Wysyłałam mu walentynki i zawsze chciałam być obok niego. On oczywiście o tym wiedział i przyjmował moje zaloty z pokorą :D Nie wyśmiewał się ani nic z tych rzeczy, ale też nie sprawiał wrażenia zainteresowanego. Pewnie jeszcze nie dojrzał do poważnego związku wtedy :P

Prawdę mówiąc nie wiem nawet kiedy mi przeszło. To znaczy kiedy mi przeszło to zakochanie (choć myślę, że jakbym poczytała swój pamiętnik z tamtego czasu, to bym wiedziała), bo Marcin moim bardzo dobrym kolegą został już do końca podstawówki. Mieliśmy swoją paczkę, do której oboje należeliśmy i zawsze trzymaliśmy się razem. Marcin po prostu zawsze był obok :) Była z niego złota rączka, więc nigdy nie zapomnę, jak na ZPT robiliśmy jakiś schemat z kabelkami i połączeniami elektrycznymi i trzeba było zrobić tak, żeby żaróweczki świeciły (do dziś to dla mnie czarna magia) i Marcin mi to zrobił, bo ja kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Podziwiałam go, że on tak wie co z czym trzeba połączyć - przecież mieliśmy raptem 12 lat. Z kolei gdy mieliśmy 13, też na ZPT mieliśmy gotowanie i pamiętam, że wraz z Marcinem i jeszcze dwiema osobami byliśmy w grupie, w której robiliśmy obiad - zrobiliśmy mielone z ziemniakami i surówką :) Pamiętam również jakieś wycieczki, zabawy, rozmowy na przerwach - zawsze z Marcinem, (mam nawet zdjęcia, które to dokumentują). I kilkoma innymi osobami oczywiście, ale chodzi o to, że nie było okresu, żebyśmy się przestali kolegować. Nawet na komersie (tak się u nas nazywał "bal" na zakończenie podstawówki) siedzieliśmy przy stoliku razem i nieoficjalnie poszliśmy tam jako para. W sensie nie para zakochanych, tylko jako osoby sobie towarzyszące :)

Później nasze drogi się rozeszły, bo poszliśmy do innych szkół średnich, ale spotykaliśmy się od czasu do czasu. Organizowaliśmy jakieś spotkania w większej grupie na przykład. To był też czas kiedy miałam różne perypetie sercowe z powodu jednego chłopaka (zresztą pisałam tu parę razy o Krzyśku). Przechodziłam też przez swego rodzaju bunt - ale nie przeciw rodzicom, tylko raczej właśnie z powodu złamanego serca. Różne rzeczy wyprawiałam i jak tam patrzę na to z perspektywy czasu, to dziwię się, że Marcin jakoś zawsze był obok mnie w taki dyskretny sposób. Na przykład byłam na jakiejś imprezie i o mało nie zrobiłam jakiejś głupoty. Nie pamiętam nawet co to było, ale pamiętam, że byłam o włos, ale wtedy właśnie Marcin wziął mnie za rękę i wyciągnął z tamtej dyskoteki. Był dla mnie niczym anioł stróż - zawsze pojawiał się wtedy, kiedy trzeba było odprowadzić mnie do domu, dopilnować, żebym nie zrobiła niczego głupiego... Nawet kiedy raz Roki mi uciekł (jak był jeszcze małym szczeniakiem) i pobiegłam za nim przerażona, że się zgubił, przyprowadził go kto? No Marcin oczywiście...
Później mieliśmy jakieś dwa lata przerwy i spotkaliśmy się znowu na jakimś spotkaniu klasowym w okrojonym składzie. Poszliśmy na piwo i wtedy znowu przyszedł mi do głowy jakiś głupi pomysł (ja miałam wiecznie głupie pomysły, naprawdę :P) i znowu to Marcin wybił mi go z głowy. A właściwie nawet nie wybił - właśnie na tym to polegało, że on po prostu jakoś tak to robił, że ja o tym pomyśle zapominałam :)) Od tamtej pory zaczęliśmy się trochę częściej spotykać nawet tylko we dwójkę. Jakiś film na komputerze, oglądanie akwarium (Marcin miał rybki), wyjście do wspólnego kolegi - jakoś tak wyszło, że spędzaliśmy razem czas. Dobrze się czułam w jego towarzystwie.
A potem nagle, ni stąd ni zowąd dostałam od niego smsa, w którym wyznawał, że jest we mnie zakochany i chyba zawsze był, odkąd pamięta. Zdębiałam zupełnie i nie wiedziałam co powiedzieć.  O tym już kiedyś tu na blogu pisałam, więc odsyłam Was do tej notki, w której piszę jeszcze o kartkach walentynkowych, których nadawcę dopiero po latach odkryłam :) W każdym razie zgodnie z prawdą napisałam, że nie pozbierałam się jeszcze po zerwaniu z chłopakiem, który był dla mnie bardzo ważny i trudno mi myśleć o kolejnym związku. Rzeczywiście tak było. Niestety trochę nam się ta znajomość posypała, jak to zwykle w takich wypadkach bywa. Marcin się nie obraził ani nic z tych rzeczy, ale przez chwilę nasze relacje się siłą rzeczy ochłodziły. Jakby nie było zraniłam jego dumę, a i ja sama nie chciałam się z nim spotykać tak, jak do tej pory, bo czułam się niezręcznie traktując go tylko jako bardzo dobrego kolegę. Później wymienialiśmy się jeszcze ciepłymi smsami, więc wiedziałam, że jest ok. Ale kontakt urwał nam się na dobre, kiedy wyjechałam na studia. Od tamtej pory tylko raz na jakiś czas wysłaliśmy sobie znajomość na jakimś portalu społecznościowym. Potem on zaczął pracować w tej samej firmie co moja mama, więc od czasu do czasu przekazywała mi pozdrowienia od niego. Wiedziałam, że związał się w końcu z pewną dziewczyną z Miasteczka.
Ostatni raz rozmawiałam z nim chyba osiem lat temu. Przyjechałam kiedyś na weekend z Poznania i szłam z dworca kolejowego, on jechał samochodem, zatrzymał się i odwiózł mnie do domu. Przez jakiś czas rozmawialiśmy jeszcze w samochodzie...
A potem nie rozmawialiśmy aż do ubiegłego tygodnia. Marcin zawołał mnie a w jego głosie słychać było autentyczną radość z tego spotkania. Ja też się ucieszyłam :) Bardzo. Nie mogliśmy się nagadać. Ja z Wikingiem w wózku, on właśnie był w ferworze przedślubnych przygotowań, bowiem nazajutrz właśnie brał ślub :) Poruszyliśmy chyba wszystkie możliwe tematy, a moglibyśmy jeszcze tak długo, niestety musieliśmy się rozstać i każde z nas musiało wrócić do swojego życia.

Marcin zapewne szybko o tym spotkaniu zapomniał, bo jego myśli zaprzątały ważniejsze sprawy i najpiękniejszy dzień w jego życiu :) Wiecie, że przyszło mi nawet do głowy, żeby przejść się na ślub, ale za późno o tym pomyślałam i nie miałam niestety nic odpowiedniego do ubrania przy sobie (brali ślub w kościele w Przymieście, a ja wtedy tam byłam przecież i wujkowi sprzedałam Wikusia). I niech sobie teraz żyją długo i szczęśliwie, naprawdę życzę Marcinowi szczęścia :) 
Niemniej jednak przyznaję, że we mnie to spotkanie poruszyło jakąś sentymentalną nutę. Zaczęłam wspominać, kojarzyć pewne fakty, analizować różne sytuacje. To skłoniło mnie do snucia wspomnianych wcześniej refleksji pod tytułem "co by było gdyby..." :) Nic strasznego, żadne tam myśli rewolucyjne, ot, po prostu przy okazji takich spotkań tego rodzaju myśli same mi do głowy przychodzą :) Ale podzielę się już z Wami nimi jak tylko Wiking znowu pójdzie spać, bo teraz muszę już kończyć :)

czwartek, 29 października 2015

Powiew beztroski.

Dokładnie rok temu pisałam notkę z krótkim sprawozdaniem z naszych wakacji. Ostatnich takich wakacji. Słowo "ostatnie" spowodowało, że pojawiły się pewne protesty ze strony kilku osób, ale dziś wiem, że nie pomyliłam się . Wtedy mogłam sobie wszystko tylko wyobrażać, ale dzisiaj już mam pewność, że to naprawdę był ostatni urlop w takiej formie i nie ma co udawać, że jest inaczej...

Znowu więc będzie dzisiaj sentymentalnie (chyba cały cykl takich notek się szykuje, bo jeszcze przecież o duchach nie skończyłam :)), bo wspominam te ostatnie dni października 2014 z ogromną nostalgią. Pojechaliśmy z Frankiem do Wisły, po sezonie, ale jednak i tak wakacje mieliśmy jak najbardziej udane. To był cudowny czas i tak naprawdę radość z tamtych chwil zakłócała mi tylko cukrzyca i fakt, że musiałam zastanawiać się, co mogę zjeść na obiad. Dziś tamto wydaje mi się tylko drobnym zmartwieniem i nawet myślę o tym z lekkim rozrzewnieniem...
To był ostatni raz, kiedy byliśmy gdzieś tylko we dwoje. Kiedy mogliśmy myśleć tylko o sobie i nie zastanawiać się nad tym, jak rozplanować wycieczkę, żeby nie było problemu z karmieniem, przewinięciem, spaniem... (to tylko takie przykłady, chodzi o sam fakt). Kiedy w ogóle mogliśmy się skupić tylko na sobie i bliskości między nami. To się już nie powtórzy przez wiele, wiele lat. A przypuszczam, że nawet jak już będziemy urządzać sobie wycieczki na emeryturze, to nie jest wykluczone, że będziemy myśleć o naszym dorosłym dziecku ;) Ale któż to teraz wie? :)

Rzecz w tym, że przez najbliższe lata nigdzie się na dłużej tylko we dwoje nie wybierzemy. Nie będzie możliwości, żeby na parę dni zapomnieć o dziecku i skupić się tylko na sobie. Z tego powodu tęsknię trochę za tym zeszłorocznym wypoczynkiem, kiedy mimo wszystko człowiek był trochę bardziej beztroski. Jednak poczucie odpowiedzialności za jeszcze jedną osobę - w dodatku tak bezbronną na razie - odciska się zdecydowanie na naszej świadomości. I podświadomości. Tak naprawdę trochę trudno mi to opisać. I myślę, że to dlatego, że paradoksalnie już nie wyobrażam sobie jakby to było bez Wikinga :)
Brak mi trochę tamtych chwil. Kiedy mogliśmy sobie wyjść wieczorem, potrzymać się za rękę w pizzerii, pograć w bilarda, zrobić sobie długą wycieczkę nie zastanawiając się nad tym, żeby zabierać ze sobą akcesoria niezbędne do nakarmienia malucha na przykład. Albo po prostu pograć w karty lub poczytać na ławce w parku ;) Brak mi tego, żeby budzić się samemu i mieć możliwość poleżenia w łóżku i pogapienia się w sufit - nawet jeśli dziś budzę się o tej samej porze, co rok temu, to jednak jest inaczej.
Brak mi tego, ale jednocześnie cieszę się na kolejne lata, kiedy to będziemy wyjeżdżać we trójkę. Na razie Wiking ma za sobą dopiero jedne "prawdziwe" wakacje, kiedy to byliśmy w Kampinosie, ale to też nie były wakacje we trójkę, bo Franek nie miał urlopu. Nie żałujemy jednak, bo wiemy, że najlepsze przyjdzie dopiero, kiedy Wikuś będzie już więcej rozumiał. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy razem spacerować brzegiem morza albo jakąś górską doliną... Kiedy pokażemy Wikingowi jakiś piękny krajobraz albo majestatyczny zamek. Wszystko jeszcze przed nami i naprawdę bardzo się na to cieszę, mimo, że jednocześnie mam w sobie tę tęsknotę za tym co było rok temu. Kiedy próbuję te swoje uczucia jakoś przeanalizować i zracjonalizować stwierdzam, że po prostu w życiu chyba na wszystko po prostu przychodzi czas i tak jak trudno było mi się pożegnać ze studenckim życiem, chociaż jednocześnie już go nie chciałam, tak teraz trudno jest mi tak zupełnie zapomnieć o beztroskich chwilach pierwszych lat małżeńskich. Przy tej okazji muszę powiedzieć, że ogromnie się cieszę, że mieliśmy ten czas dla siebie. Wiem, że niektórzy na dziecko decydują się od razu po ślubie i chociaż absolutnie szanuję ten wybór, to muszę powiedzieć, że nigdy tego nie rozumiałam - a teraz jestem wręcz pewna, że na pewno bym tego nie chciała. Ale podkreślam, że każdy ma swój sposób na życie i najważniejsze jest, żeby czuł się szczęśliwy i spełniony a są przecież pary, dla którego dziecko jest dopełnieniem szczęścia małżeńskiego i ja to szanuję.

Przy okazji tych wspomnieć, włącza mi się projekcja jeszcze jednego filmu z przeszłości. Końcówka października 2012... Wtedy tak podejrzewałam, dziś już jestem pewna- to były wakacje mojego życia! Nasza podróż poślubna na Fuerteventurę była wspaniała. Jeszcze dziś widzę nas siedzących na tarasie w hotelu - Franek w koszuli w kratkę, ja w czerwonej sukience. Sączyliśmy drinki i spoglądaliśmy w stronę oceanu a chłodna bryza rozwiewała nam włosy. Byliśmy szczęśliwi, pełni nadziei na przyszłość i zwyczajnie zadowoleni ze swojego życia. I to wtedy byliśmy chyba najbardziej beztroscy w życiu. Nie wiem, czy tamto uczucie kiedykolwiek wróci... Trochę inaczej poukładało nam się życie od tego, jak je sobie wtedy planowaliśmy, choć nie mogę powiedzieć, że wyszliśmy na tym bardzo źle. A liczę, że będzie jeszcze lepiej. Niemniej jednak do tamtego hotelu i tamtego czasu wróciłabym jeszcze chętniej... :) To była podróż mojego życia, można nawet powiedzieć, że spełnienie moich marzeń, choć chyba nawet nieuświadomionych :) A nawet tego porządnie nie opisałam tu na blogu, bo zbiegło się to z jakimś kryzysem twórczym. Być może jak wrócę do Podwarszawia otworzę na komputerze folder ze zdjęciami z tamtych wakacji i trochę powspominam. Może nawet się tymi wspomnieniami z Wami podzielę.

***
Przełom października i listopada może być jednak pięknym czasem. Zwłaszcza jeśli pogoda dopisuje i jest taka, jak w ostatnich dniach :) 
A dziś dzień szczególny, bo nasza kochana Dorotka obchodzi trzydzieste urodziny :) Jeszcze jej nie wysłałam życzeń, bo zastanawiam się, jak ubrać w słowa to wszystko, co o niej myślę i czego jej życzę. Oczywiście poza jednym wyznaniem, które jest zawsze obowiązkowym przy takich okazjach. W końcu gdyby ona któregoś razu w moje urodziny nie napisała mi, że mnie kocha, to bym się bardzo zaniepokoiła ;))

wtorek, 27 października 2015

O duchach z przeszłości...

Wspominałam ostatnio, że o tym będzie.
Spaceruję sobie z tym Wikusiem w wózku po Miasteczku, rozglądam się i rozmyślam... Miasteczko to jest naprawdę małe miasteczko, nie ma tu za bardzo gdzie chodzić, dwa kroki w prawo, dwa kroki w lewo i już trzeba zawracać. Chodzi się więc cały czas tymi samymi utartymi szlakami. Tymi samymi, którymi chodziło się piętnaście lat temu. A to oznacza, że za każdym rogiem kryją się wspomnienia. Trudno jest mi się im oprzeć, bo tak naprawdę Miasteczko wiąże się dla mnie jedynie ze wspomnieniami. Prawda jest taka, że przestałam tu żyć, kiedy skończyłam 19 lat. Może nawet trochę wcześniej, bo w wieku lat 17 przeprowadziłam się do Przymiasteczka i mieszkałam z wujkiem i dziadkiem, do domu przyjeżdżając tylko na weekendy albo jak miałam problem z matematyką lub fizyką i tata musiał mi wytłumaczyć to i owo ;)
W każdym razie w pewnym momencie przestałam mieć tutaj jakiekolwiek sprawy - przyjeżdżałam do rodziców i tyle. Natomiast we wcześniejszych latach działo się dużo. Ileż to ja kilometrów zrobiłam szlifując miasteczkowe chodniki... Ileż jaj wysiedziałam przesiadując  na ławkach - najczęściej pod oknami obiektów moich westchnień (nie no akurat tylko w jednym przypadku byłam tak jawnie zauroczona :P)... Najciekawsze jest to, że teraz często tych ławek już nawet nie ma, a ja je nadal widzę... 
Są momenty, kiedy niemal widzę również samą siebie jako nastolatkę. To jest jak taka projekcja filmu w muzeum interaktywnym. Wspominam bardzo intensywnie i czasami trudno mi uwierzyć, że od tej margolki, której wyobrażeniowo-wspomnieniowy obraz nakłada mi się na rzeczywistość dzieli mnie cała przepaść doświadczeń i zdarzeń. I znowu wtedy nachodzi mnie takie irracjonalne pragnienie, żeby pobiec do niej jak do dobrej koleżanki i opowiedzieć jej wszystko - jak to będzie i które zmartwienia warto sobie podarować...

Miasteczko bardzo się zmieniło. Brakuje mi co prawda niektórych miejsc, które niegdyś służyły jako kryjówki przed wścibskim okiem wrogów-dorosłych :P, a teraz są zagospodarowane, ale prawda jest taka, że zmieniło się na lepsze, głównie dzięki funduszom europejskim. Moi rodzice, którzy żyją tu na co dzień i nigdy Miasteczka nie polubili (głównie ze względu na małomiasteczkową mentalność, która w tym miejscu jest naprawdę bardzo specyficzna) nie dostrzegają tego tak wyraźnie jak ja, która jestem bardziej obiektywna. Wybudowano nową, ogromną szkołę, dwie, które istniały wcześniej wyremontowano, powstał kompleks rekreacyjno sportowy, osiedle mieszkaniowe zostało odnowione (jestem zachwycona, bo każdy blok jest pomalowany na inny kolor i jest taaak kolorowo)... Park, do którego chodziłyśmy z Juską i Dorotą, kiedy odwiedzały mnie 3 maja (to taka coroczna tradycja była) i siedząc po turecku na trawie popijałyśmy piwko i jadłyśmy lody z kubeczka został odświeżony i powstała tam siłownia pod chmurką... Tak naprawdę zostało jeszcze jedno miejsce do odnowienia, które chyba planowane jest na przyszły plac zabaw, ale na razie niestety okupowane jest przez miasteczkową żulernię (no gdzieś się muszą spotykać, skoro cała reszta miasta została odnowiona i zabezpieczona monitoringiem), choć liczę na to, że za jakiś czas i to się zmieni. 

Łapię się na tym, że spacerując, rozglądam się dookoła, szukając osób, które niegdyś można było zawsze spotkać w poszczególnych miejscach. Wiadomo było gdzie kogo można zazwyczaj znaleźć. Widzę z daleka jakąś grupkę chłopaków i wydaje mi się, że wiem kto tam stoi - rozpoznaję sylwetkę, sposób chodzenia, charakterystyczne gesty.. A potem okazuje się, że to zupełnie obce małolaty... Dokonuję w głowie szybkich obliczeń- mogą mieć teraz 15-17 lat, czyli urodzili się, mniej więcej wtedy, gdy ja tyle miałam - nie ma szans, żebym ich kojarzyła.
Kiedyś znałam wszystkich snujących się po mieście, okupujących ławki, parki i boiska. Teraz są to obce twarze. Skończyły się już nawet czasy, kiedy czasami w rysach twarzy jakiegoś młodzieńca ze zdumieniem dostrzegałam buzię chłopca, którego mgliście przypominałam sobie z podstawówki, z czasów, kiedy byłam w ósmej klasie, a on był pierwszakiem - buzię na tyle słodką, że zwróciłam na nią uwagę i ją zapamiętałam*. Teraz przeżywam niejednokrotnie szok, kiedy widzę, że te "maluszki" mają już swoje rodziny (prawda jest taka, że jeśli młodzież zostaje w Miasteczku, to szybko zakłada rodzinę - jak za czasów naszych rodziców, jeśli ktoś stąd ma 25 lat i nie założył jeszcze rodziny zwykle oznacza, że na co dzień nie mieszka w Miasteczku, tylko wyjechał do większego miasta lub za granicę:).
Rozglądam się za tymi samymi osobami, za którymi rozglądałam się piętnaście lat temu. I dopiero po chwili dociera do mnie, że dla nich czas się nie zatrzymał, podobnie jak dla mnie :) To prawda, że Miasteczko - nawet zmienione - chyba już zawsze pozostanie dla mnie miejscem dzieciństwa i okresu dojrzewania i zawsze będę miała wrażenie, że cofam się w czasie, gdy będę chodzić jego ulicami. Ale inni tutaj żyją - mają swoje rodziny, pracują, robią zakupy, prowadzą takie samo życie, jakie ja prowadziłam najpierw w Poznaniu a teraz w Podwarszawie - a przecież nie chodzę bez celu po mieście, nie wystaję w parkach i przy ławeczkach :) Oni także dorośli. A bardzo często, podobnie jak ja - wyjechali. Miasteczko się zestarzało, bardzo. Ale oczywiście niektórzy zostali - zdziwiona dowiaduję się potem przypadkiem, że na przykład mieszkają w bloku, w którym nigdy nie miałam żadnych znajomych, bo to miejsce kojarzone było jako blok emerytów... Cóż, nastąpiła wymiana pokoleniowa.
Mimo wszystko, rzadko spotykam nawet tych, którzy zostali. Z jednej strony się cieszę, bo chyba niektórych duchów nie chciałabym wywoływać, a przynajmniej wolałabym nie stawać z nimi twarzą w twarz. Z drugiej, cały czas czuję się dziwnie z tym, że dla mnie to jest tylko miasto przeszłości, dla innych - to teraźniejszość i obecne życie... Nie wyobrażam sobie żyć tu na co dzień i chyba dlatego właśnie jestem taka zdziwiona, że dla innych jest to normalne :)
Ostatnio jednak przechodziłam ulicą i nagle usłyszałam, że ktoś bardzo ucieszony woła "cześć margolka!". Odwróciłam się i zobaczyłam szeroko uśmiechniętego duszka przeszłości, o którym napiszę przy kolejnej okazji, bo warto ;)

* Z ogromnym sentymentem wspominam, że kiedy byłam w ósmej klasie, miałam wielbiciela z czwartej :) Prawda jest taka, że to ja go przyuważyłam chyba ze dwa lata wcześniej - mieliśmy czasami dyżury w budynku, gdzie miały lekcje młodsze klasy. Był tam taki jeden sympatyczny rozrabiaka ze śliczną buźką. Nie wiem nawet, czy  nie powiedziałam mu przypadkiem, że jak dorośnie, to będzie z niego przystojniak :P Nie pamiętam jak to się stało, że zyskałam jego sympatię, ale wiem, że on i jego kolega (też fajny) przychodzili później do mnie i mojej koleżanki prawie na każdej przerwie :) Widać było, że wpatrzeni są w nas jak w obrazek, chyba imponowało im to, że mają takie "dorosłe" koleżanki, zwłaszcza, że działałyśmy w samorządzie szkolnym. Wtedy to naprawdę było coś mieć takie znajomości ;) A nam bardzo pochlebiało, że byłyśmy obiektem westchnień takich sympatycznych chłopaczków. Pamiętam, jaki szok przeżyłam parę lat temu, kiedy uświadomiłam sobie, że ten dwudziestolatek, który śmignął właśnie obok mnie na rowerze i to tamten czwartoklasista! Trudno było mi oswoić się z myślą, że on dorósł, podobnie, jak ja ;))

niedziela, 25 października 2015

Stare kąty w nowym wydaniu.

Ha! Zapobiegliwie położyłam się wczoraj normalnie o 22, bo wiedziałam, że Wiking ma w nosie przestawianie zegarków i fakt, że śpimy godzinę dłużej (godzinę dłużej? A po cholipę? - myśli sobie zapewne moje dziecię, echh, czy on się nie mógł wrodzić w tatusia w tej kwestii? :)) i oczywiście obudził się o 6tej. Również czasu starego. Dzięki temu byłam wyspana, mimo, że zegarek wskazywał godzinę 5 :)

To nie jest tak, że skoro jestem w Miasteczku to mam nagle tyyyle czasu i labę, bo się wszyscy Wikingiem zajmują :) Przez większą część dnia nic się nie zmieniło, bo moi rodzice pracują i mama wraca dopiero po 15, kiedy to pomaga mi znieść wózek i wychodzę na spacer. Rodzice nie rzucili wszystkiego, bo wnuczek przyjechał, tylko prowadzą normalne życie i mają na głowie mnóstwo obowiązków domowych tak, jak dotychczas. W dodatku wcześniej tata był na delegacji i teraz musi nadrabiać zaległości na ogródku, żeby przygotować go przed zimą, więc od razu po pracy każdego popołudnia leci na działkę.  Siostra na co dzień mieszka w Krakowie, więc wpada tylko w weekendy. Wobec tego przez większość czasu i tak to ja się zajmuję Wikingiem, a jeśli chodzi o domowe sprawy to są rzeczy, którymi muszę się zajmować w domu, a których tu robić nie muszę, ale za to doszły inne. Niemniej jednak oczywiście sam fakt, że jestem w Miasteczku działa na mnie pozytywnie. 
Ale przyjeżdżają do nas również co parę dni wujek z dziadkiem i wtedy mam labę :P Mam jakieś dwie godzinki popołudniu, kiedy to dziadzio siedzi w fotelu i rozmawia z Wikingiem, a wujek się z nim bawi, a kiedy zaczyna marudzić w porze przedkąpielowej, nosi go na rękach. Oczywiście bywa, że tę labę wykorzystać muszę na przykład na prasowanie, ale zawsze udaje mi się uszczknąć coś dla siebie z tego wolnego czasu.

Wczoraj za to chyba pierwszy raz od narodzin Wikinga miałam naprawdę luźny dzień! Moi rodzice pojechali w głąb Opolszczyzny, żeby zrobić porządek na grobach moich dziadków przed zbliżającym się Świętem Zmarłych. Miałam do wyboru zostać z Wikingiem albo pojechać do Przymiasteczka. Wybrałam to drugie. Najpierw pojechaliśmy do wujka, który wziął Wikusia w obroty - bawił się z nim klockami, czytał książeczki, pokazywał jak się myje balkon i wiesza pranie (choć to akurat Wiking dobrze zna i jak zwykle wziął się za pomaganie - Wikuś uwielbia wyciągać mokre ubrania z miski :)). Potem przeszliśmy spacerem do dziadka. Tam zjedliśmy obiad i znowu miałam chwilę, żeby trochę sobie posiedzieć przy komputerze i poczytać. A później wujek zabrał Wikinga na ponad dwugodzinny spacer :) O tak, wczoraj sobie trochę odpoczęłam! Kurczę, szkoda, że wujek tak daleko mieszka, bo jako że nie ma swojej rodziny, ma najwięcej wolnego czasu i chętnie zajmowałby się Wikingiem jako dziadko-wujek :) Dla mnie i mojej siostry zresztą przecież też był prawie jak drugi tato :)

Ostatecznie większość dnia spędziliśmy wczoraj w mieszkaniu dziadzia i rozmyślałam o tym, jak historia cały czas zatacza koło. To było mieszkanie, po którym pięćdziesiąt lat temu biegała dwójka małych dzieci - moja mama i wujek. Dwie dekady później pojawiły się kolejne - ja i moja siostra. Mam zdjęcia jako kilkumiesięczny berbeć tym pokoju - jak siedzę, bawię się, stawiam pierwsze kroki - po którym wczoraj raczkował Wiking. Dziwne to dla mnie trochę doświadczenie, bo to jedyny dom, który w mojej rodzinie pamięta kilka pokoleń. Wujek wczoraj zniósł z drugiego piętra wózek i Wikinga, a ja schodziłam za nim w kapciach, z kocykiem, następnie otuliłam Wikinga, pomachałam mu i wróciłam do domu. Tak samo zapewne robiła moja mama trzydzieści lat temu - w tym samym miejscu :) Wujek spacerował z Wikusiem w tych samych miejscach, w których przez wiele lat spacerował ze mną i siostrą. Chyba też się już nie może doczekać aż wsadzi Wikinga na rower :P Przymiasteczko jest mi zdecydowanie bliższe jako miejsce niż Miasteczko. Ale spacerując po Miasteczku też czuję, jak dopadają mnie duchy przeszłości - choć nieco innego rodzaju. O tym jednak innym razem, bo Wiking się właśnie powoli budzi ze swojej - jakżeby inaczej - 30 minutowej drzemki*. 
Słowo daję, to dziecko za chwilę będzie potrzebowało nie więcej niż osiem godzin snu na dobę :P - trzymamy się tego, że to przypadłość dzieci inteligentnych. Hmm, ja też zawsze mało spałam. Mogę chyba nieskromnie przyznać, że choć wad mam sporo, to głupota wrodzona nie jest chyba jedną z nich prawda?  O nabytej pogadamy kiedy indziej :D

*notkę napisałam trcohę wcześniej niż została opublikowana

środa, 14 października 2015

Szkoda lata.

Dzisiejszy dzień był zdecydowanie bardziej pogodny niż dwa ostatnie! Już nie było tak szaro i brzydko, wyjrzało słoneczko, zrobiło się trochę cieplej i od razu świat inaczej wygląda ;))
Pojechaliśmy dzisiaj na zajęcia, a potem Wikuś z Frankiem wrócili do domu, a ja miałam coś do załatwienia. Przy okazji miałam swoje wychodne :) Całkiem przyjemnie spędziłam czas, ale muszę Wam powiedzieć, że wróciłam koszmarnie zmęczona! Nie wiem za bardzo czym! Co prawda biegłam jak szalona, żeby zdążyć na kolejkę (spóźniłam się minutę :() ale to chyba i tak nie to... Chyba zmęczyły mnie trochę tłumy w sklepach a później w środkach komunikacji miejskiej, bo wracałam po 17, a więc w godzinach szczytu. Odwykłam chyba od tego. Strach pomyśleć co będzie, jak przyjdzie mi wrócić do pracy... Przecież po powrocie będę chciała jeszcze pobawić się z Wikingiem, zająć się nim, a sił brak i nic się nie chce... No, ale na pewno jakoś przywyknę. (Nadal jeszcze nie poruszamy na blogu tego tematu plis ;)) Na razie szykuje się chyba mała regeneracja, ale o tym za moment.

Dziś będzie krótko o wspomnieniach... Mam wrażenie - a sądząc po tym, co piszecie u siebie, nie jestem w tym jedyna - że tegoroczna jesień jednak zaskoczyła nas niskimi temperaturami i nieprzyjemną aurą. Chyba poprzednie lata trochę nas pod tym względem rozpieściły. Jakoś cały czas jestem zaskoczona nadejściem tych chłodnych dni. Właściwie nie wiem czemu. Może dlatego, że jeszcze końcówka września była piękna i upalna. Że nawet pierwszy weekend października był cieplutki i słoneczny. A potem tak nagle - szast prast i zimno! Ciągle mi się wydaje, że to tak na chwilę, a za moment znowu będziemy się rozbierać do krótkich rękawków :) No ale wiem, że to akurat jest już mało realne. 
Jako że przerzucałam dzisiaj zdjęcia z naszych telefonów na laptopa, zatrzymałam się dłużej przy zdjęciach, które były robione jeszcze całkiem niedawno, a jakby w poprzedniej epoce :) Grzeję się więc dziś w iskierkach wspomnień. Oj, bardzo tęsknię za tym lipcem, sierpniem i wrześniem... Za tymi momentami:
(zrobiłabym taką fajną mozaikę, jak Flo, ale nie umiem, więc nie zrobię :D)


 







sobota, 15 sierpnia 2015

15 sierpnia przez 10 lat



Zastanawiałam się dzisiaj nad tym, co robiłam lub też jak wyglądał 15 sierpnia  (albo jego „okolice”) rok temu. A potem dwa i trzy lata temu… I okazało się, że pamiętam niemal dokładnie środek każdego sierpnia na przestrzeni minionych dziesięciu lat! Nie wiem dlaczego, bo mimo tego, że jest to święto, nie jest ono jakieś bardzo znamienne. Jest to trochę zasługa bloga, bo zauważyłam, że jak coś zapiszę, to potem o tym pamiętam, nawet jeśli nie czytam. 

15 sierpnia 2014 – przyjechali do nas w odwiedziny Wojtek i Aneta z dziećmi, czyli kuzyn Franka z rodziną; ja w piątym miesiącu ledwo zauważalnej ciąży, jeszcze nieświadoma tego, że za cztery dni otrzyma przykrą wiadomość w pracy; bardzo miło spędziliśmy tamten długi weekend; na tę okoliczność zadzwoniłam dzisiaj do Anety i pogadałyśmy sobie przez godzinę

15 sierpnia 2013 – ostatni dzień pracy Franka w Zielonej Firmie w Poznaniu, dlatego też nie mógł do mnie przyjechać, bo już dwa dni później miał przyjechać do Podwarszawia na stałe; ja sama jeszcze w mieszkaniu w Podwarszawie Dalszym, trochę smutna – ale w taki nostalgiczny sposób – zastanawiam się, jak dalej potoczą się nasze losy, co z Franka pracą i myślę o tym, że szkoda Zielonej Firmy…; nagle nachodzi mnie ochota na kanapkę z Subwaya, wsiadam więc na rower, jadę na pierwszą warszawską stację SKMki, wsiadam w pociąg i szukam otwartego lokalu; w międzyczasie wymieniam się smsami z Dortą, która na głowi e ma jakiegoś uciążliwego absztyfikanta

15 sierpnia 2012 – Franek pracuje, więc nigdzie się nie wybieramy, gotuję za to "niedzielny obiad" (jakieś kluski, czy kopytka, aż tak dobrze nie pamiętam), rozmawiamy o ślubnych sprawach, ustalamy kilka kwestii na miesiąc przed wybiciem godziny zero

15 sierpnia 2011 – gościmy u siebie naszych rodziców, trzy tygodnie po zaręczynach ustalamy pierwsze najważniejsze kwestie związane z naszym ślubem i weselem

15 sierpnia 2010 – razem z moim wujkiem, który przyjechał do nas w odwiedziny, zwiedzamy Wielkopolskę

15 sierpnia 2009 – jedziemy (znowu z moim wujkiem) do wrocławskiego zoo

15 sierpnia 2008 – chwilowo osobno, ja w Miasteczku, spędzam miło czas z rodziną, Franek dojeżdża później i wyruszamy w Tatry

15 sierpnia 2007 – tu mam zagwozdkę… tylko tego czasu nie jestem pewna, ale wiem,  że miałam wtedy urlop, byłam w Zakopanem z moim wujkiem i siostrą oraz że byliśmy na weselu, nie pamiętam tylko dokładnych terminów )

15 sierpnia 2006 – jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, spędzamy z Frankiem niemal pół dnia w łóżku i oglądamy bajkę Toy Story, znamy się dopiero niecały miesiąc, ale wydaje nam się, że jest to o wiele dłużej, to były upalne wakacje (może tak samo upalne, jak w tym roku?), które wspominam jako czas na wiecznym kacu :), popołudniami pracowałam, wieczorami i nocami balangowałam, rano próbowałam odsypiać i pozbyć się kaca, tamten dzień też był spędzony w takim klimacie, tyle, ze po południu zamiast do pracy, pojechaliśmy z Frankiem na poznańską Ławicę, nie pamiętam w jakim celu :)

15 sierpnia 2005 – po raz pierwszy od wielu lat uczestniczę w weselu mojej dalszej kuzynki, w dodatku jest to pierwsze wesele, na które jestem zaproszona oddzielnie, a nie jako dodatek do moich rodziców :), nawet z osobą towarzyszącą, ale takowej nie mam, więc jadę sama; to wesele zapoczątkowało cały cykl wesel, bo od tamtego czasu, aż do dziś, właściwie nie ma roku, w którym nie byłabym PRZYNAJMNIEJ na jednym; mam ich za sobą dziś czternaście, a łącznie z moim piętnaście, na szesnaste (mojej koleżanki z byłej pracy – Kasi), które odbędzie się za dwa tygodnie niestety nie możemy pójść…

Dalej trop mi się urywa. Nie pamiętam. Nic. Kompletnie :) Tak, jakby wcześniej nie było dnia 15 sierpnia :P

Niemal każdy dzień z opisanych wspominam z nostalgią, choć nie zawsze działo się coś ciekawego i wartego uwagi. Ciekawa jestem, jak będę za jakiś czas wspominać ten dzisiejszy, który jest już wybitnie zwyczajny – Franek poszedł do pracy na siódmą (co niestety oznacza, że wróci do domu dopiero przed 17 :(), my z Wikingiem też wstaliśmy, ja zajęłam się swoimi sprawami Dzieciak swoimi :), potem udał się na krótką drzemkę, a o 9:30 postanowiłam, ze wyjdziemy na spacer. To była dobra decyzja, bo na dworze było jeszcze bardzo, choć po półgodzinie było już czuć wysoką temperaturę. Wikuś nie spał, tylko wszystko uważnie obserwował. Ale fajnie chodzi się z nim teraz na spacery! :) W dodatku po powrocie jest tak stęskniony za swoimi zabawkami, że przez dłuższy czas bawi się spokojnie na macie i nawet niespecjalnie wspina się na meble.

Tak, dobrze Wam się wydaje, dzisiaj mam się trochę lepiej. Już wczoraj popołudniu się trochę poprawiło. Nie pojechaliśmy co prawda nigdzie, ale wyszliśmy na spacer. Poszliśmy na lody, a potem Franek mnie przekonał do porcji frytek na późny obiad(doprawdy, przeszłam wczoraj samą siebie jeśli chodzi o zdrowe odżywianie się…, na kolację był melon). Zaliczyliśmy też parkową siłownię na świeżym powietrzu i połowę Harrego Pottera w telewizji. Nawet to nieszczęsne pranie jednak zrobiłam. Dzisiaj więc jest ok, chociaż i tak mam obawy, czy jeszcze mnie za jakiś czas dołek  nie dopadnie, bo ostatnio tak się zdarza.

A co do 15 sierpnia - chciałabym kiedyś zobaczyć na żywo defiladę. Ciekawe, czy mi się to uda...

poniedziałek, 13 lipca 2015

Warkocz czasem pleciony.

Utonęłam we wspomnieniach. Znowu. Z tym właśnie wiąże się przenoszenie archiwum (oraz z tym, że może mi się omsknąć palec i opublikować pod bieżącą datą, więc jeśli znowu zobaczycie jakąś dziwną notkę, to wiedzcie, że to niechcący ;)). Napotykam posty, o których dawno zapomniałam, o których czasami myślałam, że nie powstały. Pamięć ludzka naprawdę bywa zawodna.
Czytam o czasie sprzed sześciu lat - z jednej strony to nie tak dużo, z drugiej mnie i tamtą margolkę dzieli przepaść doświadczeń, zdarzeń, smutków i radości. Niby jetem taka sama, a jednocześnie tak bardzo inna.
Czytam o imprezie sprzed lat, a tymczasem mały Wikuś na podłodze bawi się piłeczką i po chwili domaga się mojej uwagi. Podchodzę więc do niego, przytulam, zagaduję. Choć przyznaję, że myślami jestem trochę gdzieś indziej. Cofnęłam się w czasie. Kiedy tylko widzę, że Wiking stracił zainteresowanie moim nosem i sturlał się z mojego brzucha, żeby podpełznąć do plastikowego kraba, wracam przed komputer i doczytuję, jak skończyła się tamta historia. Wtedy żyłam nią przez tydzień, dziś ledwo pamiętam, że w ogóle miała miejsce. Czytam o porozumieniu dusz i o tym, że komuś pachniałam tak, jak nikt nigdy wcześniej nie pachniał. To musiało być dla mnie ważne. Dlaczego więc dziś już tego nie pamiętałam? Wiking znowu stęka, podchodzę do niego, ale tym razem biorę go na ręce, bo trudno oderwać mi się od lektury tego, co napisałam ja we własnej osobie. Czytam nadal, podczas gdy Wiking gaworzy prosto do mojego ucha przewieszony przez moje ramię (bardzo lubi tak zwisać głową w dół). Dziwię się, kiedy wspomnienia wracają. Tamta notka otworzyła odpowiednie szufladki w mojej głowie i już znowu jestem w poznańskim Al Mirage sześć lat temu. Pamiętam tamten zapach i smak zimnego piwa. Pamiętam noc pełną zawrotów głowy, bolące mięśnie i mętlik dnia kolejnego. Przypomina mi się piosenka, która jeszcze przez długi czas była moją ulubioną i kojarzyła mi się z tamtym klubem, tamtym czasem i tamtą rozrywką. Zaskakuje mnie trafność moich spostrzeżeń z tamtego czasu. Niczego bym nie zmieniła, nie poprawiła. Choć ja się zmieniłam, mój pogląd i odczuwanie emocji w związku z tamtym zdarzeniem już nie. Jestem zdumiona tym, jak dobrze potrafiłam to wszystko opisać, dzięki czemu łatwo było mi się dzisiaj tam przenieść. Wikingowi nudzi się pozycja, sadzam więc go na kolanach, doczytuję końcówkę i komentarze, przez chwilę patrzę na Wikusia usiłującego sięgnąć rączką do klawiatury i niemal zastanawiam się - skąd się wzięło to dziecko? - tak bardzo teraźniejszość splotła się z przeszłością...

Dokonałam wtedy jakichś wyborów być może nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. W zasadzie byłam po prostu lojalna i konsekwentna, ale to przecież też jest jakiś wybór. Choć chciałam i umiałam się zabawić, nie miałam ochoty na szaleństwo ani na całkowite zapomnienie. Dzięki temu właśnie dziś jestem usatysfakcjonowana. Cieszę się jako taką stabilizacją. Choć czasami łapię się na tym, że nagle dziwię się temu, jak się to wszystko potoczyło, bywam znużona, gdybam i myślę sobie, że kiedyś było inaczej, to przynajmniej nie wyrzucam sobie, że czegoś nie zrobiłam, że gdzieś nie zaszalałam, że chciałabym coś nadrobić, wyszumieć się. Nie. Nie chciałabym, ponieważ myślę, że swego czasu, który był na to odpowiednim, robiłam to, co należało - w każdym sensie. A więc tak, uważam, że się wyszalałam, co przeżyłam to moje. Dziś już nie czas na to - co wcale nie znaczy, że gdyby się nadarzyła taka okazja, to bym się nie wybawiła - po prostu wiem, że okoliczności nie sprzyjają, ale nie czuję się przez to stłamszona.
Czas mija, zmienia się nasze życie i zmieniamy się my. Tamten okres i tak nie należał do tego najszczęśliwszego, a jednak dziś wspominam go z rozrzewnieniem i widzę, że nie było tak źle. To daje nadzieję na to, że wszystko mija i teraźniejsze problemy również kiedyś miną.

To jest ten moment, gdy myślę sobie - jak dobrze, że prowadzę bloga! Jak dobrze, że pisałam i piszę o wszystkim, co mi przyszło do głowy. O tym co się dzieje, o tym, co myślę, co jest i czego nie ma. Dzięki temu nie tylko mam dostęp do wydarzeń, które zupełnie wyleciały mi w pamięci, ale także mam pełny obraz siebie. Tylko z dystansu można uczciwie ocenić samego siebie a perspektywa czasowa ten dystans umożliwia. Cieszy mnie, że nadal jestem z siebie zadowolona. Obym za kolejne sześć lat mogła stwierdzić to samo na swój temat. I jeszcze nie mam dość refleksji na temat mojego ówczesnego pisania, choć te już pozostawię na inny czas.