*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 grudnia 2015

W grudniu po południu.

Teraz to już naprawdę się po świętach zrobiło i zostało jeszcze tych kilka intrygujących dni przed ostatnim dniem starego i pierwszym nowego roku. Dla mnie są one właśnie takie intrygujące, bo zawsze się wtedy dziwnie czuję :) Różne myśli przechodzą mi przez głowę, nad różnymi kwestiami się zastanawiam, sporo wspominam i analizuję. To są takie dni, które sprawiają, że się człowiek jeszcze jakoś po świętach trzyma, bo ma wrażenie, że to nie koniec świętowania ;) Zazwyczaj dopiero po szóstym stycznia poziom energii powoli spada.

Jakiś czas temu myślałam sobie o tym, że czasami, kiedy mówi się o czymś, na co długo się czeka albo o czym nie wiadomo, kiedy (i czy) się wydarzy, to się mówi "w grudniu po południu!" Przyznam się Wam, że cały ten miesiąc mam w głowie tę frazę! Bo jest grudzień, często popołudniowa pora i ciągle się nic nie dzieje :P Nie wiem dlaczego akurat w tym roku włączył mi się taki tryb rozmyślań o tym, jaka chciałabym być i co chciałabym mieć w przyszłości.
Dotychczas wydawało mi się, że marzenia to coś dla dzieci. Tak, ja wiem, że dorośli mają marzenia, ale ja ich nigdy nie miałam. W dodatku Franek też nie. Mieliśmy plany, oczekiwania, cele. Ale nie marzenia. Marzenia wydawały mi się jakieś takie mało realne, mało konkretne i mało racjonalne. To do mnie nie pasowało. Stwierdziłam więc, że z marzeń się chyba po prostu wyrasta. Nie było mi z tym źle, ani trochę. Ale w tym roku stwierdziłam, że być może do marzeń można potem z powrotem dojrzeć (wiem, że to paradoks, ale taki właśnie miałam tok rozumowania i się nim tutaj dzielę na forum:)) I zaczęłam myśleć, o czym marzę.

Przez tyle lat marzenia nie były mi do niczego potrzebne, więc nie bardzo wiem, skąd mi się wzięły akurat teraz. Może to dlatego, że zaczęłam się trochę obawiać, że to co kiedyś było dla mnie celami i planami jest tak bardzo nierealne, że można to już tylko do sfery marzeń zaliczyć? :) Poza tym często też kiedy miałam jakieś oczekiwania co do swojej przyszłości, to raczej niechętnie o tym mówiłam i nie lubiłam się tym dzielić. Nawet nie na zasadzie zapeszania, po prostu nie chciałam, żeby ktoś za wcześnie mi się w tę moją przyszłość mieszał :) Tym razem mam ochotę się trochę otworzyć. Nie wiem dlaczego, ale idę za głosem serca, skoro ono tak czuje, postanowiłam podzielić się na blogu tym, o czym od pewnego czasu myślę "marzenie".

Są to sprawy, które trudno mi w ogóle umiejscowić w przyszłości - nie wiem, czy jest ona bliższa, czy dalsza, nie wiem kiedy i czy w ogóle. Ale opowiem Wam, czego bym chciała... Chciałabym móc urządzać swoje własne mieszkanie. To znaczy nasze - moje i Franka. Chciałabym, aby było nas na nie stać - na trzypokojowe mieszkanie na jakimś sympatycznym osiedlu nie znajdującym się w Wygwizdowie Małym, ale też nie w Centralnym Centrum. Wystarczyłoby mi jakieś Centralne Ubocze ;) Chciałabym, żeby mieszkanie miało duży balkon i okna przynajmniej na dwie strony świata. Jeszcze nie zdecydowałam, czy miałby to być wschód i zachód, czy może wschód i południe. Marzy mi się, że urządzamy sobie to mieszkanko ze względnym spokojem, a później sielsko sobie w niem mieszkamy :) My, czyli rodzina Frankowskich. Ja, Franek, Wiking. Myślę sobie o jeszcze jakimś jednym potomku (płci obojętnej - naprawdę, już teraz jest mi obojętne, wcale nie musiałaby być dziewczynka) i o psie. Płci raczej męskiej i rasie... hmmm, chyba jednak cocker spaniel, ale nie wiem, czy upieralibyśmy się tylko przy tej opcji.
Marzy mi się, że oboje z Frankiem pracujemy i czujemy się tą pracą usatysfakcjonowani. Lubimy to, co robimy, zarabiamy godnie - czyli bez fajerwerków, ale tak, że można coś odłożyć przy naszym niezbyt hedonistycznym trybie życia, ale jednocześnie nie wypruwamy sobie żył - chcemy przecież mieć jeszcze wystarczająco dużo sił i energii, żeby cieszyć się tym wszystkim co mamy i żeby spędzać czas w towarzystwie rodziny. Po prostu towarzyszy nam umiarkowane zmęczenie - tak jak to bywało dotychczas, raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie do zniesienia. 
Chciałabym, abyśmy tworzyli szczęśliwą i wesołą rodzinę, w której panuje wzajemny szacunek, zrozumienie i miłość. To jest dla mnie najistotniejsze. Abym każdego dnia mogła być wdzięczna za to co, a raczej kogo, mam. Abyśmy się dużo przytulali i jeszcze więcej ze sobą rozmawiali. Ciepło i poczucie bezpieczeństwa emanujące zza progu naszego wymarzonego wcześniej mieszkania. To mi się marzy.
Marzy mi się, że nadal otaczamy się tylko ludźmi, którzy są nam bliscy i życzliwy. Prowadzimy umiarkowanie bujne życie towarzyskie (wystarczy tak, jak teraz), goście od nas nie stronią, widujemy się regularnie z osobami, które są dla nas najważniejsze a czas, który z nimi spędzamy jest dla nas doskonałym i wystarczającym źródłem rozrywki. 
Chciałabym, abyśmy z Frankiem cały czas się kochali i potrafili pokonać razem każdą przeszkodę. Żebyśmy cały czas pamiętali o tym, co jest ważne i że mamy za sobą tyle pięknych lat, a kolejne tak samo piękne są na wyciągnięcie ręki, bo tylko od nas zależy to, jak będą wyglądały. Chciałabym, żebyśmy lubili i chcieli ze sobą rozmawiać i żebyśmy mieli czasami okazję do bycia nawet przez chwilę tylko we dwoje. Bardzo chciałabym, żebyśmy darzyli się szczerą miłością i szacunkiem.
Co jeszcze mi się marzy? Na przykład wyjazd do Hiszpanii, najlepiej na południe, ale niekoniecznie. Mogłoby być nawet całą rodziną. Bardzo marzy mi się zwiedzenie Sankt Petersburga - i to mogłoby być już nawet tylko z Frankiem, na przykład kiedy dzieci na kolonie pojadą :P Albo u dziadków będą. Marzy mi się też Australia albo chociaż Stany Zjednoczone, ale to już jest tak nierealne, że to już chyba nawet nie marzenie, tylko jakaś mrzonka :) Marzy mi się solidny samochód, nie musi być wypasiony, wystarczy, że pomieści nas wszystkich razem z gratami. Marzą mi się coroczne wyjazdy na wakacje - nawet niedaleko, może być w Polsce i częste weekendowe wypady do Miasteczka. Do Poznania też mogłoby być, byle nie zamiast :P
A przede wszystkim marzy mi się, to, co niby jest oczywiste, ale muszę o tym głośno powiedzieć, bo skoro już szczerze, to na całego - a więc marzy mi się, że wszyscy jesteśmy zdrowi i dzięki temu możemy wieść swój żywot w miarę beztrosko. W miarę, bo tak całkiem bez trosk się nie da. Ale wiem, że da się tak, że te troski nie przytłaczają, a są tylko takimi drobnymi śmieciami, które wiatr nawiewa na nasze podwórko (kiedyś o tym pisałam) - bo przecież mam za sobą lata, które takimi właśnie problemami tylko (na szczęście) się odznaczały.

Taaak, to wszystko - i może jeszcze trochę więcej, tylko teraz szczegółów nie pamiętam - mi się marzy. Chciałabym bardzo to osiągnąć. Chciałabym, aby te moje życzenia dotyczące przyszłości się spełniły i żebym w którymś grudniu po południu mogła powiedzieć - tak, spełniło się, jestem szczęśliwa. I tak już teraz się cieszę, że jeszcze trzy tygodnie temu byłam na etapie marzenia o tym, żeby nie być bezrobotną w roku 2016 i na razie się spełniło, w dodatku dość szybko, więc napawa mnie to optymizmem. Staram się cały czas trzymać tych pozytywnych przeczuć, które wtedy miałam i myśleć, że ze wszystkim sobie poradzę a praca okaże się tak samo przyjemna, jak moje dotychczasowe :)
Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby takie marzenia się spełniły, ale może wystarczy trochę zaczarować rzeczywistość i na przykład wypowiedzieć życzenie w grudniu po południu... ;)
Ech, chciałabym, chciała...

środa, 7 maja 2014

Déjà vu

Na szczęście wczoraj sytuacja została trochę załagodzona. Franek osobiście, z własnej inicjatywy pojechał wyjaśnić oko w oko, bo wiadomo, że tak lepiej, niż telefonicznie i wygląda na to, że wszystko będzie w porządku.
Ja tam uważam, że czasami warto przeprosić "na zapas" - nawet jeśli wina leży nie do końca lub nie tylko po naszej stronie, a jak wiadomo, nieporozumienia polegają na wzajemnym niezrozumieniu, więc trudno powiedzieć, kto kogo nie zrozumiał pierwszy. Dlatego też Franek na wszelki wypadek to "przepraszam" powiedział  i poszedł wyjaśnić swój punkt widzenia, nawet pomimo tego, że go nikt nie wzywał i przynajmniej wyszedł na osobę, która jest w porządku i której zależy. Nie chodzi oczywiście o to, żeby robić z siebie ofiarę losu i chłopca do bicia, ale uważam, że lepiej wygląda, gdy ktoś potrafi się przyznać, że coś poszło nie tak jak powinno i zareagować z wyprzedzeniem. Sam Franek stwierdził, że cieszy się, że poszedł (muszę się pochwalić, że mam w tym swój duży udział, bo go do tego namawiałam - ale że Franka nie da się za żadne skarby namówić na coś, na co nie ma ochoty, to jest to tylko udział a nie wpływ :P), bo przynajmniej jest spokojny, gdy widzi, że nic takiego się nie stało. No i dzisiaj już normalnie w pracy był.
Niewiadoma niewiadomą nadal pozostaje, ale jakoś łatwiej jest czekać, gdy inne sprawy są wględnie wyprostowane. Może jutro czegoś się dowiemy? Ale może nie...

***

A tymczasem chciałam wspomnieć jeszcze o małym, malutkim, symbolicznym wręcz, ale jednak powrocie do dnia naszego ślubu :)
2 maja, z racji pierwszego piątku miesiąca wybrałam się do kościoła na mszę. W Miasteczku jest tylko jedna parafia, ale za to dwa kościoły - Duży i Mały. Niedzielne msze i ważniejsze uroczystości odprawiane są zawsze w Dużym, ale nabożeństwa w tygodniu oraz śluby w Małym (który jest moim zdaniem zresztą dużo ładniejszy). W piątki bywa różnie. Ale akurat w ten piątek msza była w kościele Małym. Franek nie chodzi ze mną co miesiąc na pierwszopiątkową mszę, ale tym razem postanowił to zrobić, a juz szczególnego entuzjazmu nabrał gdy usłyszał, gdzie będzie odprawiana. Chętnie szliśmy do tego miejsca, w którym po raz ostatni byliśmy właśnie 15 września 2012 roku :) Kiedy msza się rozpoczęła, aż się z wrażenia szturchnęliśmy, bo okazało się, że jest koncelebrowana i jednym z księży jest właśnie ten, który udzielał nam ślubu :)
No i mało tego! Okazało się, że msza jest w intencji pewnego małżeństwa, które obchodziło swoją 65 tą (!) rocznicę ślubu, więc nawet krótkie kazanie było w kontekście miłości małżeńskiej i sakramentu małżeństwa. 
Przyjemnie było się pomodlić (oczywiście między innymi o tę sześćdziesiątą piątą rocznicę dla nas, ale to chyba mało realne :P), przypominając sobie tamten ważny dzień. Siedzieliśmy co prawda trochę dalej niż przy samym ołtarzu, ale i tak wspomnienia nas otuliły. Serce rosło :) A kiedy ksiądz już udzielił wiernym błogosławieństwa i skończyła się pieśń na wyjście, organista zagrał Marsz Mendelsona! Wychodziliśmy więc przy jego dźwiękach dokładnie tak, jak wtedy, w dzień naszego ślubu! :) 
Tylko nikt nas nie obsypał grosikami :P No i jedna rzecz mi doskwierała - bo od razu jak weszliśmy do kościoła coś mi wpadło do oka i przeszkadzało mi to aż do samego wieczora. Niemniej jednak i tak wczułam się w magię chwili...
Zwykły zbieg okoliczności, ale miło myśleć, że to jakiś znak. Jeszcze nie wiem czego, ale może czas pokaże :)

wtorek, 21 stycznia 2014

Wróżby jajcarskie i inne zabobony*

* z przymrużeniem oka
Mam wreszcie zdjęcie frankowej wróżby jajcarskiej, więc wrzucam, cobyście wiedziały, na podstawie czego wróżyłyście :)) Spisałyście się rewelacyjnie, wiedziałam, że mogę na Was liczyć w tej kwestii :)
 A tu jeszcze moja panterka:
Podsumowując, chłopek być może nie ma ewidentnej pozycji siedzącej, tak jak tamten zielony, ale nawiązując do tego, co było, przyjmujemy, że ma on coś wspólnego z przyszłą pracą Franka. Zielona Firma w Warszawie jest nie zielona a czerwono- żółta, więc same rozumiecie :)
Pamperek jest może mniej wyszczerzony, ale uśmiecha się, a to najważniejsze. Pędzelek na łepetynie oznacza, że Franek będzie sprawiał, że mój świat będzie cały czas kolorowy. A najwięcej będzie w nim żółtego i niebieskiego - czyli bardzo pozytywnych kolorów kojarzących sie z niebem, słońcem, morzem... Jedynym słowem - latem :) A w ogóle to ten chłopek ma na czole odciśnięte słoneczko, więc może wreszcie zaświeci dla nas słońce?!
Tylko co oznacza to koło ratunkowe?? :)

Kiedy zobaczyłam swoją figurkę, w pierwszej chwili pomyślałam, że to może czarny kot! Na szczęście doczytałam, że to pantera. Czyli będę sprytna, zwinna, szybka i odrobinę drapieżna - żeby walczyć o swoje ;) I ostatecznie spadnę na cztery łapy.

Same dobre rzeczy, nieprawdaż? :) Teraz trzeba się tego tylko trzymać.

***
A skoro już w tej sferze jesteśmy... Kojarzycie coś takiego jak "oko proroka"? Dostałam parę lat temu taką pamiątkę od teściowej, która wróciła z wycieczki w Turcji. Nosiłam ją jako breloczek do kluczy. Znałam ten "symbol", choć nie wiedziałam, że ma specjalną nazwę i generalnie nie przywiązywałam do tego żadnej wagi. Ot, taka ozdoba. Wygodna, bo dobrze mi się klucze wyciągało z torebki ciągnąc za to kółeczko :)


I ostatnio kiedy wyciągałam te klucze, to mi upadły na ziemię i pawie oczko (bo tak sobie je w myślach nazwałam) mi się połamało, (czy też stłukło, zwał, jak zwał:)) Żal mi się trochę zrobiło, bo się do niego przywiązałam, a w dodatku to upominek. Ale dopiero po chwili zastanowiłam się, czy to przypadkiem nie jest jakiś symbol. Nie wiem skąd mi to do głowy przyszło akurat wtedy, skoro przez trzy lata się nad tym nigdy nie zastanawiałam? :)
Poszukałam w internecie i znalazłam! O dziwo okazało się, że nosiłam przy sobie talizman :P chroniący przed "złym spojrzeniem", zawiścią, zazdrością, czy nieszczęściem, który ewentualne złe życzenia pod moim adresem odbijał i kierował do nadawcy. Okazało się, że kiedy takie oko proroka pęka, to znaczy, że wypełniło swoje zadanie i ochroniło mnie przed czymś wspomnianym wyżej, o czym nawet mogłam nie mieć pojęcia :D

Tak na serio nie wierzę w takie rzeczy :) Ale stosuję je czasami jako swego rodzaju afirmację. Ubieram coś "na szczęście", zabieram ze sobą coś w tym samym celu, podnoszę się na duchu tym, co napisano w horoskopie (oczywiście "wierzę" tylko w to, co dobre:P) albo odprawiam jakiś mały rytuał (np. przed ważnymi egzaminami spałam z notatkami pod poduszką a na śniadanie jadłam jajko i Snickersa:P) Może nie wierzę w to, że coś faktycznie może mi przynieść szczęście albo że jak coś jest napisane w horoskopie, to na pewno się wydarzy. Ale wierzę w moc swoich własnych myśli i wierzę w to, że pozytywne myśli przyciągają pozytywne wydarzenia. A wokół siebie staram się szukać dowodów potwierdzających to moje pozytywne myślenie :)

Tak czy inaczej, wniosek z tego taki, że teraz to już naprawdę wszystko musi iść dobrze, skoro wszelkie uroki odpędzone a jajcarska wróżba jak zwykle pozytywna. 

wtorek, 24 września 2013

Bawełniana

No to mamy za sobą już pierwszy rok (i kilka dni:)) małżeństwa. Jaki był ten rok? Cóż, na pewno bardzo burzliwy - jeśli chodzi o całe nasze życie. Choć na początku wydawało się, że będzie sielsko i po powrocie z błogiej podróży poślubnej będziemy mogli zająć się wiciem jakiegoś gniazda (czyt. szukaniem mieszkania), wszystko nam się skomplikowało. Jednym słowem stabilizację szlag trafił.
W zasadzie możemy się tylko ogromnie cieszyć, że to w zeszłym roku braliśmy ten ślub :P W tym trudno byłoby sprawnie zaplanować część spraw, skoro przez kilka miesięcy nawet nie mieszkaliśmy razem. W dodatku nie moglibyśmy się cieszyć tym dniem tak, jak to było rok temu, bo bardzo dużo problemów nam się na głowę zwaliło. Poza tym niektórzy nasi goście zostali dotknięci bardzo przykrym wydarzeniem, jaką jest śmierć bliskiej osoby :( Nie mogliby się bawić na naszym weselu - o ile w ogóle by na nie przybyli. A w dodatku wrzesień w tym roku jest brzydki, deszczowy i zimny! :) To tylko dowodzi tego, że wszystko w życiu ma swój czas.
Wracają jednak do tego roku: można powiedzieć, że przeszliśmy prawdziwy chrzest bojowy jeśli chodzi o pierwsze wspólne małżeńskie decyzje i problemy. Wygląda na to, że to jeszcze nie koniec, ale dotychczas spisaliśmy się całkiem nieźle. Cały czas trzymamy się razem :) Przetrwaliśmy nawet trzymiesięczną separację, która okazała się bezbolesna (a nawet wspominam ten czas z lekkim sentymentem :P). 
Miałam kilka okazji, aby przekonać się, że Franek zrobi dla mnie wiele i że najważniejsze jest dla niego, abyśmy byli razem, niezależnie od okoliczności. Dość powiedzieć, że dla mnie (i dla wspólnej przyszłości) zrezygnował z dobrej, lubianej pracy i z miasta, w którym się urodził i w którym przeżył trzydzieści lat. Poza tym, mimo, że w wielu kwestiach mamy różnicę zdań, okazuje się, że ostatecznie stanie za mną murem, broniąc mojej racji przed członkami swojej rodziny na przykład. 
W naszym życiu wiele się po ślubie zmieniło - choć niekoniecznie ze względu na sam ślub. Czy nasz związek się zmienił? Już krótko po uroczystości pisałam, że zmieniło się wiele. Nie da się tego nawet opisać, ale relacja między nami zdecydowanie nabrała jakiegoś innego wymiaru. Głębi, magii... naprawdę trudno to nazwać. 
Zastanawiam się, skąd biorą się te wszystkie opowieści o tym, jak po ślubie wszystko zmienia się na gorsze? U nas jest zupełnie na odwrót. Mam wrażenie, jakbyśmy nigdy się tak nie kochali, jak teraz :) Jakbyśmy nigdy nie byli tak blisko. Nigdy nie byliśmy dla siebie tak ważni, jak od czasu ślubu. Wszystko mamy teraz wspólne - i nie chodzi mi o samochód, czy garnki, a o plany, problemy, oczekiwania, nadzieje... Wspólne podejście do życia :) Przed ślubem niby było tak samo, ale jednak odczuwaliśmy to trochę inaczej. Jednak symbol małżeństwa ma dla nas ogromne znaczenie.
Oczywiście kłócimy się, jak zawsze :) Nie bylibyśmy sobą, gdyby tak nie było :) Ale nasze kłótnie są zdecydowanie inne, niż kiedyś. Nigdy nie są ostateczne :P Możemy się pokłócić o jakiś drobiazg i boczyć się na siebie, ale żadne foczenie się, czy spór nie przesłoni tego co jest najważniejsze. Wiemy, że to chwilowe, więc nadal ustalamy codzienne sprawy i to pozwala nam wrócić do równowagi. Nie ma cichych dni, obrażania się, dzikich awantur :)
Myślę czasami nad tymi wszystkim drobiazgami i prozaicznymi sprawami, które załatwiamy razem, a których nie załatwia się nigdy z nikim innym, bo są zbyt osobiste. Niby błahostki, a jak wiele mówią o relacji między nami. O tym, że nie mamy przed sobą absolutnie żadnych tajemnic, nie ma między nami skrępowania, wstydu, tematów tabu. Wiele jest osób, które są mi bardzo bliskie, które znają mnie od podszewki, wiedzą jaka jestem, znają moje słabości. Ale nie ma na świecie drugiej takiej osoby, która wiedziałaby o mnie tyle, co Franek. Dorota, czy moja mama może są blisko ;), ale to jednak nie to samo. 
Myślę też o tym, jak wiele musieliśmy przejść razem, żeby znaleźć się w tym punkcie. Nie odpuściliśmy nigdy, walczyliśmy o nasz związek, nie poddawaliśmy się nawet w czasie kryzysu i to wszystko bardzo nas zahartowało. Ale najważniejsze jest to, że nasze uczucie rozkwitło z czasem, nie spowszedniało. Nie mogłabym powiedzieć, że tęsknię za naszymi początkami. Bo nie tęsknię :) Uważam, że teraz jest sto razy lepiej. Czuję się bardziej kochana i bardziej zakochana niż na początku.
Nie twierdzę, że jesteśmy parą idealną albo że któreś z nas jest ideałem, ale z mojego punktu widzenia jest idealnie ;) W takim sensie, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby być lepiej i nie chciałabym niczego zmieniać, nawet tych rzeczy, które czasami mnie denerwują. Już kiedyś pisałam, że uważam, że każdy ma inną wizję ideału i że coś, co jest wadliwe dla jednej osoby, według drugiej funkcjonuje bez zarzutu. Mam takie momenty czasami, kiedy przez głowę przebiega mi myśl, jak to możliwe, że jest nam razem tak dobrze i, że nie mogłam trafić lepiej :) 
Kiedyś bałam się, że nigdy jej nie będę miała. Myliłam się, bo mam pewność, że to jest właśnie TA osoba, z którą chcę zawsze dzielić swój los. I absolutnie żadnej wątpliwości.

Starałam się bardzo, czułam ogromną potrzebę opisania tego, co myślę i czuję z okazji naszej pierwszej, bawełnianej* rocznicy. Ale i tak mi nie wyszło :) Nie da się słowami opisać tego, jak się czuję, gdy zasypiam w objęciach męża, gdy planujemy razem weekend, kiedy rozmawiamy o tym, co zjemy na obiad, kiedy ganiamy się po mieszkaniu i wydurniamy, jak wariaci, kiedy przychodzę zmoknięta z pracy, a on czeka przy drzwiach z ręcznikiem i ciepłą herbatą, kiedy oglądamy jakiś program i słysząc coś, patrzymy na siebie, wiedząc bez słowa, o co chodzi i co w danej chwili myśli druga osoba. Myślę, że wiele osób nie wie, że tacy jesteśmy i nie wie, że naprawdę nam ze sobą dobrze. Nie jesteśmy wylewni, zwłaszcza przy innych nie opowiadamy o nas, czasami wręcz sobie żartobliwie dogryzamy w towarzystwie.
A najważniejsze jest niewidoczne dla oka.

*choć niektóre źródła podają, że papierowej :)

niedziela, 24 lutego 2013

Dziwnie

Dziwnie się czuję ostatnio we własnej skórze... Mam wrażenie, że nie jestem sobą. Niby wszystko jest tak, jak dawniej, ale wydaje się jakieś inne i myślę, że to właśnie dlatego, że jakaś część mnie, jakby się oderwała i stanęła z boku, obserwując wszystko z innej perspektywy. Leżę potem wieczorem w łóżku, wpatrując się w sufit i rozmyślam. O tym, że nie czuję się sobą. Coś się zmieniło, ale nie wiem co. 
To nie ma nic wspólnego z moim samopoczuciem. Jest mi dobrze, nastroje miewam takie, jak zawsze - raz jest lepiej, raz gorzej.  Chodzę do pracy, którą lubię tak samo, jak zawsze. Spotykam się ze znajomymi, chodzę na aerobik. Sprzątam, gotuję. Odpoczywam tak, jak lubię. Żyję z Frankiem i jest mi dobrze.
I tylko to poczucie, które chwilami mnie dopada - jakbym stała z boku...
I dziwne jest to, że bywam głodna wieczorami. To mi się wcześniej nie zdarzało.
Może porwali mnie kosmici? :]

środa, 21 listopada 2012

Znak


Czasami miewamy gorsze dni bez powodu. Nie kłócimy się,  nie mamy żadnych cichych dni, ale zdecydowanie odczuwamy, że coś wisi w powietrzu. Nie potrafimy się dogadać, Franek jest mrukliwy, ja płaczliwa. Pogodzić się trudno, bo przecież pokłóceni nie jesteśmy. Normalne rozmowy przeplatają się z nieuzasadnionymi wybuchami albo wzajemnym dokuczaniem sobie pół żartem-pół serio. 
Zdarza się, że taki dzień mamy w niedzielę. Idziemy razem do kościoła na mszę i nagle wszystko mija w momencie, gdy padają słowa "przekażcie sobie znak pokoju". Trudno to wytłumaczyć, ale wtedy jak zwykle podajemy sobie rękę, cmokamy w policzek, uśmiechamy do siebie... I nagle po mszy wszystko jest w porządku i napięcie znika.

Ostatnio te gorsze chwile były wyjątkowo uciążliwe i jeszcze bardziej niż zwykle nie było wiadomo, o co właściwie chodzi. Codziennie o tym rozmawialiśmy i codziennie wracaliśmy do punktu wyjścia. Trudno to nawet opisać - niby wszystko było normalnie, a jednak czułam, jakbyśmy byli daleko od siebie. Wieczorem pojechaliśmy do kościoła. Ostatnio mamy fazę, na "zwiedzanie kościołów" :P - w sensie, że co niedzielę idziemy na mszę w inne miejsce. Wybór jest najczęściej przypadkowy. Tym razem padło na parafię, w której Franek był chrzczony. Po mszy uklęknęliśmy i już mieliśmy wychodzić, gdy usłyszeliśmy znajomą melodię. Chórek zaczął śpiewać "Maryjo, śliczna pani". Jak na komendę usiedliśmy z powrotem i spojrzeliśmy na siebie z porozumiewawczym uśmiechem :)) Siedzieliśmy tak do samego końca, przypominając sobie chwile, gdy szliśmy razem do ołtarza... A potem wyszliśmy uśmiechnięci, Franek mnie objął i powiedział na głos to, o czym cały czas myślałam - to był jakiś znak! :) Parafia pod wezwaniem Frankowego patrona, w której był chrzczony i w dodatku śpiewają "naszą" piosenkę.
Kiedy szliśmy do samochodu, już wiedziałam, że ta niewidzialna bariera między nami zniknęła - zanim jeszcze sam Franek wreszcie przyznał, że nie chodzi tylko o jego zmęczenie albo moje marudzenie, a o coś innego, czego nie da się określić inaczej niż "dziwne" :) Na szczęście to już za nami. Znowu jest normalnie i po prostu miło. Choć zazwyczaj zawsze mamy wszystko przegadane, tym razem nie trzeba było sobie niczego wyjaśniać ani deklarować, wystarczyła chwila duchowego porozumienia i szczypta realizmu magicznego :) 
Być może brzmi absurdalnie, ale dla mnie najważniejsze, że zawsze działa ;)

Ps. Dodam tylko, że nie tyle sam fakt tego, że wspólna msza tak na nas działa jest istotny, a to, że tak niewiele - żeby nie powiedzieć, że nic - czasami trzeba, żeby znowu było fajnie. Na nas akurat tak działa kościół.

piątek, 17 lutego 2012

Móc zatrzymać ten czas.

Gdybym miała przeżywać jakiś dzień w nieskończoność i gdybym miała wybór… Jaki byłby to dzień?
Zdumiewająco szybko przyszła mi do głowy odpowiedź na to pytanie – byłby to dzień naszych zaręczyn. I wcale nie dlatego, że spełniło się moje marzenie -  zupełnie nie miałam takich odczuć. Ani nawet nie dlatego, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu – wiele takich pięknych dni już przeżyłam. Właściwie nie potrafię chyba powiedzieć, dlaczego właśnie ten dzień – może po prostu był idealny? :) Przy czym zaznaczam, że wcale nie chodzi o nieskazitelność – przecież nie było słodko od rana, nie wstaliśmy we wspaniałych humorach. Mało brakowało, a nigdzie byśmy nie pojechali, po drodze się posprzeczaliśmy (o totalną drobnostkę, ale my chyba lubimy po prostu się trochę poprztykać), pogoda była beznadziejna przez pół dnia. A jednak pamiętam jak się czułam, gdy już dojechaliśmy na miejsce. Beztroska, radość, szczęście po prostu. A może już coś przeczuwałam? Jeśli tak, to nawet fragment moich przeczuć nie przedostał się do mojej świadomości :) Było ciepło, przyjemnie. Było tak… zwyczajnie :) A potem ta plaża – czułam się wolna. Miałam poczucie, że możemy wszystko, choć poprzestaliśmy na tym, że grzecznie usiedliśmy na kocyku i popijaliśmy winko (to już nie tak grzeczne :)) Jeszcze zanim usłyszałam wiadome pytanie, miałam poczucie, że chcę zatrzymać tę chwilę. Wszystko, co wydarzyło się później, uczyniło ją tylko jeszcze piękniejszą i jeszcze bardziej wartą zapamiętania. Nie chciałam schodzić z plaży. Marzy mi się spędzenie którejś z czerwcowych nocy w Petersburgu. No właśnie, to była taka namiastka białej nocy… Dookoła się ściemniało, zegar wskazywał coraz późniejszą godzinę, a na północy cały czas było jasno. Pięknie. Mogłabym tam spędzić całą noc. Ale musiałam ulec Frankowi, który zdecydowanie twierdził, że nie jest to najbezpieczniejszy pomysł. Ruszyliśmy więc w stronę miasta, a mnie kręciło się w głowie – nie tylko ze względu na wypite wino. Zaczęło docierać do mnie, co się wydarzyło. Zboczyliśmy jeszcze do knajpki na piwo i trafiliśmy na dancing. Muzyka była doskonałym tłem do naszej rozmowy o ilości gości na naszym weselu :) Niestety nic nie trwa wiecznie i musieliśmy wracać. Nie chciałam. A przede wszystkim – nie chciałam, żeby czas płynął dalej. Tuż przed wejściem do naszego domku patrzyłam w czyste niebo pełne gwiazd i myślałam o tym, że chcę zatrzymać ten czas.

Jak wiadomo – żaden dzień się nie powtórzy i nie ma dwóch tych samych nocy. Ale można przynajmniej jeden dzień dwa razy opisać :)

Notkę sponsoruje książka „Siedem razy dziś” autorstwa Lauren Oliver :)

Ps. I tak mi przyszło do głowy, w trakcie pisania – ta piosenka chyba byłaby bardzo adekwatna.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Poszaleli.

To poszaleliśmy z Frankiem w weekend! Oboje mieliśmy wolne, więc całe dwa dni spędziliśmy nie rozstając się ani na moment :) W sobotę od rana wybraliśmy się na zakupy. Świąteczne już. Oboje nie znosimy szukać prezentów na ostatnią chwilę i chwytać byle czego… Staramy się zawsze sprawę wcześniej przemyśleć i ze spokojem chodzić po sklepach – bez paniki, że nie zdążymy. Poza tym, następny wspólny wolny weekend mamy dopiero 17 grudnia, a wtedy będziemy mieli inne przedświąteczne sprawy do załatwienia. Poszło nam dość sprawnie, bo wcześniej mieliśmy już częściowo zaplanowane, co komu kupimy. I tym sposobem, miesiąc przed świętami mamy już prezenty prawie dla wszystkich :) Dla siebie tylko rzecz jasna niczego nie kupowaliśmy, na to przyjdzie jeszcze pora. Zadowoleni jesteśmy bardzo. A podobno Dzień Bez Zakupów był :)
Potem odwiedziliśmy jeszcze Franka babcię, zrobiliśmy zakupy „jedzeniowe” i się wieczór zrobił. Wtedy to dopiero poszaleliśmy. Usiedliśmy razem, zapaliliśmy sobie świeczki, kadzidełka i popijaliśmy winko. Trochę telewizję oglądaliśmy, trochę słuchaliśmy radia, a nawet tańczyliśmy walczyka w środku nocy :) Ale przede wszystkim rozmawialiśmy. I tak nie zauważyliśmy, że się całkiem późno, a raczej całkiem wcześnie już zrobiło :) Naprawdę zaszaleliśmy! Położyliśmy się spać po piątej nad ranem.
W związku z tym w niedzielę byliśmy średnio wypoczęci :) Ani się człowiek nie wyspał porządnie, ani nie był szczególnie rześki po tylu kieliszkach wina. Ale nie żałowaliśmy. Dawno nie spędziliśmy tak przyjemnego wieczoru. Niedziela więc minęła nam bardzo szybko, ale również we własnym tylko towarzystwie.
Zdecydowanie, jeszcze się sobie na pewno nie znudziliśmy:) Nie lubię zarywać nocek, bo nigdy potem nie umiem odespać, ale naprawdę było warto się przekonać po raz kolejny, jak świetnie potrafimy się bawić sami ze sobą. Nie chodzi absolutnie o to, żeby się izolować – wręcz przeciwnie, stosunkowo często spotykamy się ze znajomymi lub rodziną, ale warto właśnie czasami odpuścić. Bywają dni, kiedy mamy ochotę być tylko we dwoje i te do takich należały. Fascynuje mnie to, że można z kimś spędzić bez przerwy kilkadziesiąt godzin i ani się nim nie znudzić, ani się nie irytować z jego powodu. Wiem, że są pary, które zaczynają działać sobie na nerwy w takie dni, czy podczas urlopu – u nas jest zawsze na odwrót, im więcej czasu spędzamy razem, tym lepiej się dogadujemy :)

czwartek, 28 lipca 2011

(Nie)romantyczne refleksje świeżej narzeczonej :)

Chyba mnie już trochę znacie i wiecie, że byłoby zupełnie nie w moim stylu, gdybym na widok pierścionka zaręczynowego rzuciła się Frankowi na szyję, wyznała mu miłość i popłakała ze wzruszenia? Chociaż prawdę mówiąc Franek się nieco rozczarował, bo myślał, że może jednak troszkę się wzruszę. Nic z tych rzeczy, jestem beksa, owszem, ale łzy są u mnie zarezerwowane na przykre sytuacje, nie płaczę ze szczęścia, ze śmiechu ani ze wzruszenia :) Franek chyba nawet sam był bardziej wzruszony niż ja :))
Kiedy zobaczyłam pierścionek i usłyszałam wiadome pytanie, zaczęłam się śmiać :) Śmiałam się jak głupia i nie chciałam odpowiedzieć :) Ostatecznie dałam odpowiedź jak na Margolkę przystało: „no dooobra” :)
Sceneria była naprawdę piękna, czułam się wspaniale i było mi po prostu ciepło na sercu, jak tak sobie siedzieliśmy razem. Lubię romantyczne sytuacje, ale sama nie umiem ich stwarzać i nie mogłam, no po prostu nie mogłam zachować się romantycznie :) Ale bardzo się cieszę, że Franuś tak to wszystko zaaranżował. W końcu się ściemniło, wino zostało wypite i trzeba było się ruszyć, chociaż zrobiłam to z ciężkim sercem. Zanim zeszliśmy z plaży, oczywiście, jak na Margolkę przystało, omal nie zgubiłam mojego nowego pierścionka! Przez chwilę zrobiło mi się gorąco, a potem – jak już się okazało, że go mam – co zrobiłam? No oczywiście się poryczałam :) Ze stresu chyba, ale tak czy inaczej, miał Franuś i łzy tego wieczoru :) Potem poszliśmy jeszcze na piwko i rozmawialiśmy o ślubie i weselu. Naszym ślubie i weselu ;)
A potem dzień i wieczór się niestety skończyły. Niedziela powitała nas słoneczkiem, poszliśmy do kościoła, a resztę dnia przesiedzieliśmy na plaży. Późnym popołudniem wsiedliśmy do samochodu i obraliśmy kierunek na Poznań. Dojechaliśmy na 23. To był piękny weekend i jestem pewna, że nigdy go nie zapomnę.
Przyznam, że kolejne dni były w jakiś sposób magiczne. Nie umiem tego wytłumaczyć, przecież wiadomo było, że jesteśmy i pewnie będziemy razem i jeden wieczór nie powinien tego zmienić. A jednak oboje mamy wrażenie, że coś się zmieniło między nami. Na lepsze. Nie spodziewałam się tego. Już kiedyś wspominałam, że nie chciałabym, żeby zaręczyny oznaczały tylko zmianę „statusu” z dziewczyny na narzeczoną, ale nie sądziłam, że uczucia mogą tak ewoluować. Nawet nie umiem tego opisać, bo to dla mnie prawdziwa nowość.
Kryzys dopadł mnie wczoraj, nie wiem, może miałam gorszy dzień, w każdym razie miałam wrażenie, że emocje opadają, że czar prysł… Zwierzyłam się z moich smutków Frankowi. Powiedziałam mu, że cieszę się, że się to wszystko wydarzyło, ale z drugiej strony tak mi żal, że nie mogę już czekać na to wydarzenie. Że ono już minęło, a ja nie mogłam go zatrzymać, mimo, ze było tak pięknie. Że już po wszystkim. Franek odpowiedział mi, że wcale nie jest po wszystkim, że nic nie minęło, bo teraz to dopiero wszystko się zaczyna i wszystko jeszcze przed nami…

Podoba mi się to romantyczne wcielenie Franka, nie powiem :) Mój romantyzm jest dość specyficzny – raczej bierny. Lubię go, a z drugiej strony mnie krępuje. Lubię kiedy Franek jest taki, ale nie chciałabym, żeby przesłodził. Sama natomiast jestem dobra tylko w wyobrażaniu sobie nastrojowych chwil. Ufff, jak dobrze, że nie jestem facetem i nie mam dziewczyny, która oczekuje ode mnie gestów niczym z romansu :)
Franuś powiedział, że nie może być ciągle romantyczny, żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, bo wtedy przestanę te gesty dostrzegać.
I ma rację – z romantyzmem jest jak z makijażem, trzeba go zachowywać na specjalne okazje :)

środa, 8 czerwca 2011

Do niczego.

Coś mi kiepsko idzie ten powrót. Ale od kilku dni nie mam na nic siły. Rozchorowałam się, gardło mnie tak boli, że nie jestem w stanie jeść, do tego dochodzi wysoka temperatura (swoją drogą przy takich upałach w ogóle nie wpadłam na to, że mogę mieć gorączkę :)) W pracy więc ledwo siedzę, a po powrocie nic już mi się nie chce i co najwyżej leżę i gapię się w sufit.

Co poza tym? Niby nic się nie zmieniło, a tak naprawdę mam wrażenie, że zmieniło się wszystko. Mam mętlik w głowie i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby moje wewnętrzne rozterki miały wpływ na fizyczne samopoczucie… Wydaje mi się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Aktualnie jestem do niczego niestety.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Andrzejki 2005, czyli Margolka czaruje

Mieliśmy w tym roku z Mietkiem i Mietkową iść na Andrzejki. Ale umawialiśmy się dawno i od tamtej pory dużo się zmieniło. Ostatecznie sobotniemu wyjściu nie sprzyjała nasza sytuacja finansowa i nastroje. Ale nie ubolewam nad tym. Szczerze, to po prostu nie chciało mi się wychodzić. Ani robić powtórki z zeszłorocznych Andrzejek :P Ale zebrało mi się na wspominki.
Najlepsze Andrzejki na jakich kiedykolwiek byłam miały miejsce cztery lata temu. Spotkałyśmy się wtedy z dziewczynami z mojej ówczesnej grupy na studiach i było po prostu genialnie. To były takie prawdziwe Andrzejki z wróżeniem i czarowaniem :)) Zaczęły się już z samego rana, kiedy to z Pitufiną i Alą jeździłyśmy po całym mieście w poszukiwaniu akcesoriów potrzebnych na wieczorne czarowanie. Nie było problemem zakupienie iluśtam centymetrów czerwonej i zielonej wstążeczki. Żadnych kłopotów nie miałyśmy też z winem, orzechami, świeczkami czy nawet małymi różyczkami. Dało nawet radę pozbierać kilka gałązek wierzbowych. Ale wyobraźcie sobie, że przez pół dnia poszukiwałyśmy obłego kamienia. A właściwie czterech :) Dla każdej po jednym. Taki właśnie obły kamień był niezbędny do jednego z hokus-pokusów jakie odprawiałyśmy. W końcu znalazłyśmy takowe gdzieś nad rzeką. Do dziś nie zapomnę bólu skostniałych rąk, kiedy brodziłyśmy przy rzeczce. Bo listopad 2005 nie był taki łągodniutki jak tegoroczny i przymrozki były całkiem konkretne.
Kiedy już miałyśmy cały ten niezbędnik czarownic wzięłyśmy się za szykowanie sabatu. Wiecie kanapki, chipsy i te sprawy. No i winko. Tu się pojawił pierwszy problem, bo korkociągu na stanie nie było. Zaczęły się więc pielgrzymki po sąsiadach. Bo jakoś przy pierwszym winie nie wpadłyśmy na to, żeby otworzyć od razu pozostałe butelki :) Dzięki temu przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się kto mieszka dookoła :)
Zaczęłyśmy zwyczajnie – od dużego serca i wbijania w nie szpilek, żeby poznać imię naszego przyszłego męża. Trochę śmiechu przy tym było, jako że Ala pisała chyba z dwudziestu Rafałów,bo takowy jej się akurat podobał a Pitufina tyleż samo Łukaszów. No i mi się ten nieszczęsny Łukasz trafił, ale że żadnego Łukasza wtedy nie znałam, zaszachraiłam trochę i obwieściłam wszem i wobec, że ukłułam Szymona, z którym w owym czasie kręciłam ;)
Potem było już bardziej magicznie. Zaklinałyśmy los. Te obłe kamyki miały nam posłużyć jako talizmany, ale najpierw trzeba było je zaczarować.
Zapaliłyśmy czerwone świeczki na cztery strony świata a pomiędzy nimi na kierunkach południowo-wschodnich itd zielone. Każda z nas po kolei wchodziła do koła i trzymała w jednej ręce ten kamień, drugą natomiast miała zapalać po kolei każdą ze świec i zjadając orzecha włoskiego zamoczonego w czerwonym winie, wypowiedzieć życzenie… Życzeń miało być osiem. W tle płynęła nastrojowa muzyka. Nigdy nie zapomnę tego magicznego klimatu. I powiem Wam, że czasami mam wrażenie, że naprawdę od tamtego wieczoru wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze. Choć nie wiem czy to kwestia czarów czy po prostu podejścia :), ale mój obły kamień mam do dziś.
Później zaczęła się prawdziwa zabawa, tańce, hulanki swawole. Byłyśmy już pod wpływem procentów, więc było naprawdę wesoło. A około północy przyszedł czas na kolejne czary. Tym razem musiałyśmy poświęcić nasze włosy, bo każda z nas wiązała pukiel swoich kudłów wstążeczką do kwiatu róży. Później poszłyśmy nad Wartę. Połowę róży trzeba było wrzucić za siebie wypowiadając zaklęcie. Nie pamiętam jakie – coś tam o Wenus na pewno było ;) Drugą połowę zakopałyśmy w ziemi, (tak jak pamiętnego kaktusa :)) a muszę Wam powiedzieć, że to nie lada wyczyn, bo ziemia była zamarznięta :)
Potem wróciłyśmy do domu i zabrałyśmy się za ostatnie czarowanie. Tym razem splatałyśmy wstążeczkę z gałązkami wierzbowymi a następnie trzeba było to przyczepić do świczki, na której wyryte było imię ukochanego. Wcale to nie było łatwe i dobre pół godziny się z tym mocowałyśmy ;) Ela wymiękła. A potem najlepsze - z zapalonymi świeczkami wyszłyśmy na balkon i znowu wypowiadając jakieś życzenia i zaklęcia zwracałyśmy się z nimi w stronę księżyca. To musiał być przekomiczny widok o trzeciej w nocy :P A wierzcie mi, ze parę osób nas widziało. Imprezę zwieńczyłyśmy tradycyjnym laniem wosku.
Po wszystkim odprowadziłyśmy Alę a po drodze każdego napotkanego chłopaka pytałyśmy o imię, bo a nóż, któryś był nam przeznaczony ;) Ale jakoś dziwnie trafiałyśmy na samych Bonifacych, Maurycych i Ksawerych. Hmm, czyżby ktoś sobie z nas jaja robił ?:) W każdym razie Ala się ewakuowała a my wróciłyśmy z powrotem do mnie, gdzie padłyśmy jak kawki.
Na drugi dzień oczom naszym ukazał się najprawdziwszy krajobraz po burzy. Pokój autentycznie wyglądał jak po przejściu huraganu – na samym środku dwie miski z wodą i woskiem. Dookoła pełno liści, gałęzi i płatków róż (które to Dorota znajdowała jeszcze przez jakiś czas w swoim łóźku;)). Na stole poprzewracane kubeczki, rozlane winko a na talerzach resztki chipsów w zastygniętym wosku. Tego się nie da opisać, to trzeba by zobaczyć :) Ale szkód nie było.
Andrzejki okupiłyśmy lekkim kacem i przeziębieniem, które za pewne było skutkiem brodzenia w rzece, nocnych eskapad, tudzież wystawania na balkonie i wycia do księżyca. Trochę trzeba było się wykosztować na te wszystkie akcesoria a z Pitufiną umówiłysmy się, że nigdy się nie przyznamy ile zapłaciłyśmy za 20 cm czerwonej wstążki w jakiejś ekskluzywnej kwiaciarni ;) Ale wspomnienia z imprezy – bezcenne. Do dziś wspominamy tamte Andrzejki z sentymentem jako najlepsze w historii. Taki wieczór się już nie powtórzy. Ale za to wczoraj były u mnie Dorota i Evita i chociaż Andrzeja dopiero dzisiaj już wczoraj zajęłyśmy się wróżeniem i laniem wosku, lub jak to mi się powiedziało ”waniem losku” ;)

sobota, 26 września 2009

Bo nic...

Zdarzyło mi się kilka razy w życiu pomyśleć, że:
 Nic dwa razy się nie zdarza
I nie zdarzy. Z tej przyczyny
Zrodziliśmy się bez wprawy
I pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
Najlepszymi w szkole świata,
Nie będziemy repetować
Żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
Ktoś wymówił przy mnie głośno,
Tak mi było, jakby róża
Przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
Odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
Z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś- a więc musisz minąć.
Miniesz- a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, wpółobjęci,
Spróbujemy szukać zgody,

Choć różnimy się od siebie,
Jak dwie krople czystej wody.
( Wisława Szymborska)

I teraz też tak myślę. Nic… Za trzy godziny spytam Franka, czy naprawdę mnie kocha…

piątek, 25 września 2009

Chemia... cz.III

Fajny ten blog. Można wyrzucić wszystkie myśli z siebie, jakoś je posegregować, ubrać w słowa, popatrzeć na nie jeszcze raz… A w dodatku jeszcze ktoś to czyta i dorzuci swoje trzy grosze :) 
A tak na serio – bardzo pomogło mi to, że mogłam się tu wypisać. Pomogło mi to trochę oczyścić głowę z myśli. Ja z natury jestem analityczna, więc dobrze mi to robi, kiedy tak wszystko sobie od początku do końca i od końca do początku przemyślę.
Wszystko ucichło. Wróciłam do normalnego życia, codziennych spraw i problemów, a po zeszłotygodniowej nocy pozostało tylko miłe wspomnienie. I coś jeszcze. Dzięki temu zdarzeniu, poznałam lepiej samą siebie. I to jest chyba najlepsze co zostało.
Tak naprawdę, od kiedy związałam się z Frankiem nie interesowali mnie inni faceci. Owszem, kolegów miałam sporo, ale na nikogo nie patrzyłam jak na faceta, który mógłby mi się podobać. Taka blokada. Podobna blokada włącza mi się, kiedy poznaję zajętego faceta. Przestaje on dla mnie istnieć. Kiedyś chodziłam na imprezy, żeby kogoś poznać, łudziłam się, że może znajdę tam faceta dla siebie. I tak naprawdę nigdy się do końca nie bawiłam, zawsze zwracałam uwagę na to, żeby w miarę dobrze wyglądać i dobrze się zachowywać. Odkąd byłam z Frankiem na każdej imprezie bawiłam się świetnie, bo szłam tylko w jednym celu – dobrze się bawić. Nie interesowało mnie nic poza tym, żeby się wyszaleć. Dlatego to dziwne, że tak mnie coś do tego DJ’a przyciągnęło. To w zasadzie pozwala mi sądzić, że to było coś wyjątkowego – bo wcześniej się nie zdarzało.
Kiedy zastanawiałam się nad zdradą, lub rozmawiałam z kimś o tym, (mówiąc „zdrada” nie mam na myśli pójścia z kimś do łóżka, ale nawet pocałunek, zbytnie zaangażowanie we flirt, ukradkowe spotkania…) wydawało mi się, że chyba nie byłabym do tego zdolna. Ale tak naprawdę głowy bym sama za siebie nie dała. Nie byłam pewna. Dlatego, ze kiedy wyobrażałam sobie, że spotykam kogoś, kto robi na mnie ogromne wrażenie, wydawało mi się, że może dałabym się ponieść emocjom. Miałam okazję się o tym przekonać. Mimo, że iskry leciały, mimo, że trochę wypiłam, cały czas zachowałam trzeźwość umysłu i ani przez chwilę nie udawałam, że jestem sama i że mam ochotę na flirt.
Teraz już wiem, że rzeczywiście zdradzić bym nie mogła. Czułabym się za bardzo nie w porządku. Ktoś mi zaufał i muszę być lojalna. Nie jest to gwarancją wiecznej miłości. Ale wiem, że gdybym naprawdę zaangażowała się w jakąś znajomość, musiałabym najpierw skończyć związek. Nie mogłabym kłamać, oszukiwać… Wóz albo przewóz. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka, jak to mówią w Anglii. Przy okazji chciałam też dodać, że Franek wie o tej mojej rozmowie z DJ, powiedziałam mu, bo nie jestem w stanie niczego ukrywać. Oczywiście, był zazdrosny, ale ja twierdzę, że skoro będę mówić mu wszystko, to nie będzie miał powodów, żeby mi nie ufać, nawet kiedy zazdrość dochodzi do głosu… Powiedziałam mu większą część, pominęłam tylko fakt, że tyle o tym myślę i że zrobiło na mnie wrażenie to spotkanie, bo uważam, że byłoby mu bardzo przykro, a tego nie chcę.
Nie można się odciąć zupełnie od świata, więc możliwe, że taka fascynacja prędzej czy później każdemu się przydarzy… Ważne, żeby nie stracić wtedy głowy, zapanować nad emocjami, patrzeć nie tylko na chwilę obecną, ale również na konsekwencje każdego słowa i czynu. Trzeba umieć podjąć właściwą decyzję. Mnie się udało.
Cieszę się, że to się zdarzyło. Wiele mnie to nauczyło, a poza tym było bardzo miłe. Przez kilka dni żyłam jak we śnie, bujałam w obłokach, żeby potem spokojnie spłynąć w dół. Nie potłukłam się. I to jest najważniejsze :)
The end.
Ps. A tak między nami… Chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć… Przyjaźń z nim mogłaby być zbyt ryzykowna, ale chciałabym jeszcze mieć okazję do spotkania. Jak wiadomo „nic dwa razy się nie zdarza”, więc na pewno żadne spotkanie z nim nie byłoby już takie magiczne.

środa, 23 września 2009

Chemia...cz.II

Tak się złożyło, że nie miałam wczoraj okazji niczego napisać. Ale może to dobrze, bo miałam kolejny dzień na to, żeby trochę się zdystansować do tego, co się wydarzyło. Miałam też okazję przeczytać wiele Waszych komentarzy, dzięki którym spojrzałam na całą historię z różnych punktów widzenia… W głowie jeszcze nadal  myśli się kłębią, ale to już nie taki mętlik jaki miałam w weekend i w poniedziałek. Wtedy nie myślałam w zasadzie o niczym innym…
Ciągu dalszego historii nie było. Zakończyło się tak, jak to opisałam. Natomiast sam fakt, że tyle o tym myślę, świadczy o tym, że to jeszcze nie koniec. Czuję, że jest jeszcze wiele w tym temacie do powiedzenia.
Myślę, że wiele z Was miało rację, że chodziło o tę fascynację, jakiej nie będzie już między mną a Frankiem. Ta miłość, która przychodzi po czasie, która pojawia się dopiero, kiedy już znamy tak dobrze potrafi być piękna, ale czasami powoduje, że tęsknimy za czymś nowym, za motylami w brzuchu. Niektóre z Was wiedzą o tym doskonale :) Nie oszukujmy się, motyle w brzuchu już nie wrócą, niewiele nowego dowiemy się o partnerze ani my jego niczym nie zaskoczymy. Tu kusiła możliwość flirtu i nowych doświadczeń. Poza tym każdy jest trochę próżny. Ja też. Widziałam, że podobam się DJowi i że patrzy na mnie jak na kogoś niezwykłego. Podobało mi się, że imponowałam mu trochę. Podziwiał mnie za moją niezależność, otwartość, pozytywne podejście. Chciałam go uświadomić, że jestem zołzą i beksą, ale nie uwierzył. Wyidealizował sobie mnie i to było fajne. Fajne było też to, że to ja panowałam nad sytuacją. To ja postawiłam warunki. Ja zdecydowałam o tym, czy i jak długo będziemy rozmawiać. Ja zdecydowałam o tym, gdzie postawię granicę.
Pytacie czy będę mogła o nim zapomnieć.  To chyba łatwiejsze, niż zapomnieć o ponad trzech latach spędzonych z Frankiem. Nie mogłabym zrewolucjonizować swojego życia i rzucić kochanej osoby tylko dlatego, że przez przypadek kogoś poznałam, nawet jeśli to spotkanie wydaje się magiczne. Ale przecież między mną i Frankiem też kiedyś zaiskrzyło, też nie znaliśmy się wcześniej… To też była kwestia chwili. A tym razem… Nie zapominajmy, że poza tą chemią nie wiem, czy cokolwiek by nas łączyło. Rozmawialiśmy, ale takich rozmów w życiu wiele przeprowadziłam. Franek był pierwszy i to on ma do mnie większe prawa – jakkolwiek to nie zabrzmi. A już na pewno ma prawo wymagać ode mnie lojalności i odpowiedzialności za nasz związek. Uważam, że z tego się wywiązałam. Nie bardzo mogłam odpowiadać za to co poczułam, ani za wszystkie myśli, które kłębiły mi się pod kopułą, bo to było trochę mimowolne. Natomiast mogłam odpowiadać za to, co z tym zrobię…
Nie wymieniliśmy się numerem telefonu, nie umówiliśmy się, niczego sobie nie obiecywaliśmy. Kiedy odchodziłam, powiedziałam, że nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy… Ten wieczór był pełen magii. Z każdym kolejnym dniem dystansuję się do tego coraz bardziej i wszystko wydaje mi się snem. I zastanawiam się, czemu to miało służyć? Nie umiem wytłumaczyć tego, co tam zaszło. Nagle poczuliśmy, że jesteśmy z tej samej bajki. Oboje czuliśmy, że gdybyśmy się spotkali w innym czasie, mogłoby być inaczej. Nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego. Być może świat się pomylił. A może Bóg miał po prostu taki plan. To była taka iskra. Czasami wystarczy iskra, by rozpalić wielki płomień… Czasami …. psst… iskierka gaśnie. Nie wykluczam, że to była tylko kwestia magii tej jednej nocy, że ta iskierka już zgasła i nigdy więcej przy spotkaniu z nim nie rozpaliłaby się na nowo. Pewnie nigdy się tego  nie dowiem.
I to nadal jeszcze nie koniec… W końcu skoro było już rozpoznanie sytuacji i jej analiza, czas na wnioski :)
c.d.n…