*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 lipca 2014

Wspomnienie i fochy.

Dzisiaj przyśnił mi się nasz Roki. To właściwie nie jest jakoś bardzo dziwne, bo wiele razy już o nim śniłam, ale ten dzisiejszy sen był bardzo wyrazisty i dość przejmujący. Byłam w Miasteczku i w pośpiechu pakowałam się, żeby zdążyć na autobus - nie wiem, czy miał mnie zawieźć do Poznania, czy do Warszawy. Rokuś, kręcił mi się pod nogami, ale oprócz tego strasznie chciał się przytulać. Stawał na tylnych łapach, przednimi opierał się na moich kolanach, a łebkiem tulił się do mojego brzucha - tak jak, to zawsze robił. Chwilami też podchodził i wkładał głowę pod moją rękę, żebym go pogłaskała albo trącał mnie łapą i upominał się o pieszczotę.
A ja się spieszyłam - bardzo. Tuliłam go jednak cały czas i było mi bardzo smutno, bo czułam, że to jest ostatni raz, kiedy go widzę. On, jakby nie chciał mnie wypuścić. A ja i tak nie nadążałam i ostatecznie spóźniłam się na ten autobus. Wróciłam do domu, do skaczącego z radości psa. I znowu go tuliłam i głaskałam.. Choć nadal było mi smutno...

Nie pamiętam, jak się ten sen skończył. Kiedy się obudziłam, odczułam ulgę, że to nie w rzeczywistości spóźniłam się na autobus, na który miałam zakupiony już bilet, ale także żal, że Rokiego nie ma. Minął już ponad rok, ale nam cały czas go brakuje. Często go wspominamy, przypominają nam się zabawne albo rozczulające sytuacje z jego udziałem. Dom mimo wszystko jest bez niego pusty, choć jego legowisko już zniknęło (po dobrych kilku miesiącach)... Tęsknię za nim bardzo... Kiedy przyjeżdżamy, nawet Franek głaszcze powietrze, wyobrażając sobie, że to Roki i przypomina sobie, jak ten budził go mokrym nosem i stukaniem merdającym ogonem w szafkę obok łóżka - bo przejście było zbyt ciasne... Mimo wszystko żal. 
Widziałam go ostatni raz na początku czerwca ubiegłego roku - był żwawy, jak zawsze, biegał, skakał, szczekał, wygłupiałam się z nim.. A dwa tygodnie później już go nie było :( Niby dobrze, że się zbyt długo nie męczył, ale to było dla nas ogromne zaskoczenie, że choroba go tak szybko wykończyła. Echhh....

***

A cóż tak poza tym? Franek mnie ostatnio denerwuje, bo ciągle jakieś fochy ma. Strasznie mi te jego humory działają na nerwy, bo są naprawdę nieprzewidywalne. Potrafi się obudzić z uśmiechem na ustach, porozmawiać ze mną, pożartować, przytulić - myślę sobie wtedy, że to będzie dobry dzień, a za chwilę jakiś drobiazg, jakaś totalna głupota powoduje, że on się wkurza. A ja też nie jestem taka, że można na mnie warknąć (nawet jeśli to nie jest bezpośrednio na mnie, tylko oberwę rykoszetem) a po mnie to spłynie, tylko też się wtedy wkurzam. Franek wtedy twierdzi, że on się odezwał normalnie, a mnie się wydawało, za to ja jestem niemiła. No i takie błędne koło właśnie, bo oboje jesteśmy impulsywni i temperamentni... Niech sobie gada co chce - ja znam go już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy faktycznie ma jakieś humory. Niestety, on to chyba w genach po mamie przejął, to chyba zupełnie nietypowe u facetów. Nie znoszę tego. Ale nawet nie dlatego, że te jego muchy w nosie mnie tak irytują, tylko dlatego, ze on wcale tych swoich dziwnych zachowań nie dostrzega! Bo ta jego zmienność działa w obie strony. Może być tak, że jestem na niego wściekła z powodu takiego porannego zachowania, a on za chwilę do mnie dzwoni i jakby nigdy nic mówi "cześć myszko". Zupełnie nie pamięta, że się ze mną o coś posprzeczał. Z jednej strony to oczywiście dobrze, bo dzięki temu nasze kłótnie nigdy nie trwają długo, ale z drugiej nie do końca mi to odpowiada. Bo po pierwsze lubię wszystko przegadać - nawet taki drobiazg i zrozumieć po co i dlaczego, a po drugie bywam pamiętliwa i choć nie obrażam się, to jakoś nie potrafię ot tak po prostu zapomnieć, że parę godzin wcześniej burknął na mnie z fochem. A po trzecie to jest tak, że mnie - mimo tej pamiętliwości - złość dość szybko przechodzi i muszę sobie przypominać, że postanowiłam, że będę zła! :P Jakoś mi to wychodzi, ale jak Franek zadzwoni i jest słodki jak miód, (bo dla niego zwykle nie było sprawy) to nie umiem się nadal wkurzać i nici z mojego postanowienia :)
Poza tym wkurzona jestem jeszcze z powodu nadchodzącego weekendu, bo tak się składa, że Franek ma wolne i nie wybieramy się ani do Miasteczka, ani do Poznania. Franek od dawna powtarzał, że chciałby na weekend gdzieś wyskoczyć - ale ciągle mieliśmy weekendy zajęte. Myślałam więc sobie, że może w ten właśnie zrobimy coś wyjątkowego - niekoniecznie nawet musimy jechać gdzieś daleko, ale jednak chętnie bym się wyrwała. Ale z wczorajszej krótkiej rozmowy wynikało, jakby jemu się odwidziało. Jak dzisiaj będzie miał nadal jakieś humory albo jeśli będzie stękał i z tego stękania będzie wynikało, że planów na weekend konkretnych nie mamy to chyba go oleję i sama sobie coś zorganizuję :P Bo przecież nie ma nic gorszego niż brak zorganizowania :))

***
I tak sobie plotę tu ostatnio od rzeczy :) Ilość nigdy  nie świadczy o jakości i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale cóż poradzę na to, że ostatnio tyle różnych rzeczy mi się po głowie tłucze, że zanim pomyślę o czym tym razem napiszę, to notka już jest :P Pal licho, że niezbyt to fascynujące ;)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Wieczór bez planów za to z fochem + dopisek

To się chyba stanie moją tradycją, ale jak zwykle im bliżej końca roku, tym mam gorszy nastrój :/ Nie lubię kurczę tego Sylwestra - już pisałam kilka razy dlaczego. W tym roku nie lubię go przede wszystkim, że jak nigdy nie chce mi się nigdzie wychodzić. Posiedziałabym w domu, obejrzała jakiś film, poczytała książkę, może zrobiła jakieś całoroczne podsumowanie - jak kiedyś, gdy jeszcze byłam dzieckiem. Wtedy to była naprawdę wspaniała noc :)
Ale Franek niestety chyba trochę poddaje się tej presji, która mimo wszystko jest moim zdaniem i nie wyobraża sobie siedzenia w tę noc w domu :/ Umówił się z kolegami. Oczywiście nie sam się umówił, tylko ze mną. Wiecie, że lubię tych kolegów i nie twierdzę, że będzie źle, bo jesteśmy umówieni na granie w gry, a przecież to też lubię. Ale po prostu mi się nie chce i już! Ech :/
Chętnie poszłabym do Doroty, która ma do tej nocy stosunek identyczny co ja i myślę, że razem bawiłybyśmy się naprawdę świetnie nie bawiąc się wcale :) Ale Franek by mi tego chyba nie wybaczył. Swoją drogą ostatnio stwierdziłyśmy z Dorotą, że to wstyd, że jeszcze nikt nie wymyślił (a przynajmniej o tym nie słyszałyśmy) czegoś w rodzaju maratonu fitness w Sylwestra :) Przeszłybyśmy się jak nic. 

Przy okazji tej końcówki roku nachodzą mnie ponure myśli, bo wspominam, jak dokładnie rok temu zajmowaliśmy się szukaniem mieszkania, które chcieliśmy kupić. Oglądaliśmy, porównywaliśmy, wyobrażaliśmy sobie to idealne... Już byliśmy tak blisko. A potem los nam spłatał figla. Niezależnie od wszystkiego dobrego, co mi życie przyniosło, tamtego nie mogę losowi darować :( Ale na podsumowania jeszcze przyjdzie czas - może jutro jakimś cudem mi się uda? :) Więc lepiej nie rozgrzebuję tego jeszcze bardziej.

Dzień miał być dzisiaj inny, bo mieliśmy plan na wieczór - wybieraliśmy się do kina - ja, Franek i jego mama oraz jej koleżanka. Mieliśmy zarezerwowane miejsca przez tę właśnie koleżankę, ale wczoraj dopadła ją migrena i nie wyrobiła się z przygotowaniami sylwestrowymi, więc stwierdziła, że dzisiaj z nami nie idzie. Musieliśmy więc bilety odebrać sami - poszedł Franek. Doszedł na miejsce o 16:20 (seans był o 17tej, a rezerwacja przepada pół godziny przed seansem), ale kolejki były tak długie, że kiedy przyszła jego kolej dokładnie o 16:33 rezerwacji już nie było, a w dodatku pozostały tylko miejsca w pierwszym rzędzie, w którym absolutnie nie chcieliśmy siedzieć. Franek zadzwonił do mnie, żebym w takim razie nie wychodziła (miałam przyjść na ostatnią chwilę, bo jeszcze kończyłam ostatnie rzeczy w pracy). Wkurzyłam się trochę, bo nastawiłam się na to wyjście. Ale wkurzyłam się na sytuację i trochę na kino - bo kiedyś było tak, ze po rezerwacje stało się w osobnej kolejce, a teraz stoi się ze wszystkimi (więc jaki jest sens tych rezerwacji?) a Franek zastosował się do zaleceń i był 10 minut przed wygaśnięciem rezerwacji - przecież nie mógł wiedzieć, że będą kolejki. Ale piszę o tym dlatego, że tak naprawdę nic by się nie stało, gdyby nie to, że mama Franka się na niego obraziła :/ Stwierdziła, że to jego wina i już. Kompletnie tego nie rozumiem :/ Równie dobrze to jest jej wina lub moja - bo nie kazałyśmy mu iść wcześniej albo nawet wczoraj! Albo wina tej koleżanki, bo to przecież ona miała pierwotnie się tym zająć. Ręce mi opadają :( Nie sądziłam, że naprawdę można się o coś takiego obrazić - przecież w gruncie rzeczy nic się nie stało!Do kina można iść jeszcze jutro, pojutrze i za tydzień! Rozumiem, że miała plany i się nastawiła - ale to tak samo jak ja i tak samo jak Franek, któremu zresztą najbardziej na tym filmie zależało.
Franek wrócił do domu sam (bo teściowa dać sobie święty spokój, a on jako drugi obrażalski się obrócił na pięcie i poszedł), teściowa pojechała sobie do swojej mamy i wróciła potem nadal obrażona. Na mnie też ledwo spojrzała, co sprawiło mi sporo przykrości, bo nic jej przecież nie zrobiłam. 
I taki miły wieczór właśnie mam.
Wiecie, że nie narzekam na swoich teściów, a już na teściową złego słowa nie powiem. Ale u mnie w domu nigdy nie było fochów i obrażania się, więc cała ta sytuacja źle na mnie wpływa.
Cóż przynajmniej wiem, po kim Franek jest taki obrażalski :/

*** (dwie godziny później)***
Uczciwie melduję, że teściowej foch przeszedł :) A przynajmniej na mnie, bo Franka nie ma wyszedł gdzieś trzy godziny temu (na chwilę :/:/) i przyszła sobie ze mną pogadać. Od razu lepiej. 
Chociaż teraz to chyba ja będę miała focha na Franka, bo mnie trochę wkurza już tym wyłażeniem ciągłym :)

wtorek, 4 czerwca 2013

Żałoba

Mój ulubiony.


Nie ma i nie będzie :(
Miałam jeszcze nadzieję... Chodziłam po sklepach, rozglądałam się... Mój niepokój rósł, ale się nie poddawałam. Aż dostałam ostateczne potwierdzenie z najpewniejszego źródła "zniknięcie jest definitywne" "względy biznesowe". Bla, bla, bla. Zła jestem!

Chyba się upiję z żalu.
Tylko czym? :D

czwartek, 9 grudnia 2010

Łoś!

A ten znowu ma focha :/ Normalnie jeszcze trochę i naprawdę uwierzę, że on ma jakiś zespół napięcia przedmiesiączkowego, tyle, że co dwa miesiące. Bo średnio w takich odstępach czasu muszę znosić Frankowe humory.

Zaczęło się wczoraj rano. Tak mi zepsuł nastrój tym swoim obrażalstwem i nerwowością, że postanowiłam, że się do niego nie odezwę dopóki nie przeprosi. Ale, kurka wodna, nie potrafię nie odbierać telefonu. A skoro odebrałam, to i odezwać się musiałam. Pytał tylko co robimy na obiad, więc udzieliłam mu tej informacji wielce urzędowym tonem.A kiedy wróciłam do domu, trudno było mi się obrażać dalej, bo obiad pachniał już, a w moim kapciu znalazłam paczkę żelków. No więc na chwilę mi przeszło. Ale naprawdę na chwilę, bo zaraz po obiedzie Franek poszedł sobie do drugiego pokoju spać. Wstał na chwilę dopiero po ósmej, trochę na mnie powarczał i położył się z powrotem. Przez całą noc nawet mnie nie dotknął (a budziłam się kilka razy, podświadomie chyba czekając na jakieś przytulenie). Raz tak jakby dotknął moich włosów, przez minimalną chwilę zdawało mi się, że może mnie chce pogłaskać, ale to chyba był tylko „przezsenny odruch bezwarunkowy”. A jak wstawał, to nawet nie dał mi buziaka.

Jak mnie wkurza ten łoś! Najgorsze jest to, że nie potrafię tego tak sobie olać. Owszem, nauczyłam się już teraz, że mam do niego nie podchodzić w ogóle, nawet z kijem, jak się tak zachowuje. Siedzę sobie w drugim pokoju, robię swoje, wychodzę na aerobik, potem oglądam „Na wspólnej”… Niby zajmuję się sobą, a jednak nie potrafię się od tego odciąć. Emocjonalnie, gdzieś w środku przeżywam to bardzo, a nawet popłakuję sobie chwilami. Dobra, on się będzie tłumaczył, że zmęczony jest (kolejna prawidłowość – te fochy ma zawsze w okresie, kiedy przez kilka dni ma do pracy na bardzo-bardzo rano i potem odsypia). Ale ja dziękuję bardzo za coś takiego. To niech się prześpi dwie godzinki i niech będzie normalny a nie się wyżywa. Bo nawet jeśli świadomie tego nie robi, to jego foczenie ma wpływ również na mój nastrój. Niestety, nic mi się nie chce robić i niespecjalnie cieszą mnie różne rzeczy, które w innych okolicznościach na pewno sprawiłyby mi radość.

Jutro ma wolne. I coś czuję, że dzisiaj nastąpi cudowne ozdrowienie (bo zapomniałam wspomnieć, że oprócz tego, że zmęczony, to jeszcze przeziębiony) i nagle będzie już bardzo wypoczęty. Przynajmniej na tyle, żeby wypić czteropak piwa. Najlepiej z kumplami :/ Co za łoś! Chciałoby się go olać, ale jakoś nie potrafię :/

środa, 8 października 2008

Walczę ze sobą

No i się zaczęło :) Ten koniec wakacji się zaczął znaczy się :) Coraz mniej czasu na wszystko. Ostatnio roboty mam strasznie dużo w pracy więc siedzę więcej niż osiem godzin, średnio wychodzi mi, że wracam do domu po siedemnastej. No to siadam i czytam. Mam na seminarium prezentację do przygotowania. Co prawda dopiero na 15 listopada, ale muszę najpierw w ogóle poszukać czegoś interesującego. Zresztą ja tak lubię sobie wszystko w czasie rozłożyć. Wypożyczyłam jakąś książkę, przez którą usiłuję przebrnąć. Ciężko się ją czyta, bo angielski w niej jest dość skomplikowany, a temat też raczej ciężki – analiza jednej powieści. Ale jakoś daję radę codziennie przebrnąć przez dwadzieścia stronę hihi:) Na więcej czasu brakuje, bo tu na aerobik lecę, to jeszcze jakąś swoją książkę po polsku przeczytam i takie tam. Jakoś trzeba sobie radzić, skoro czas nie z gumy :) 

A tak poza tym?Z Frankiem się ostatnio mało widzę. Naprawdę koniec wakacji :) W tamtą niedzielę jak poszedł na mecz to słuch o nim zaginął. Nie odzywał się, nie dzwonił, nie pisał. I ja tez postanowiłam, że się nie ugnę i nie będę wydzwaniać i pytać gdzie jest i ile już wypił. No i w nocy wysłał mi smsa, w którym się strasznie podlizywał i przepraszał, że się nie odzywał. W poniedziałek widzieliśmy się tyle, że przyjechałam z pracy a on czekał już na parkingu. Wysiadłam z samochodu, nawet silnika nie wyłączyłam, przekazałam mu tylko dokumenty i on pojechał do pracy. Wczoraj przyszedł wieczorem, ale ponieważ ja miałam książkę, a on był zmęczony po nocce i dniówce, skończyło się na tym, że ja czytałam a on spał.
No a dzisiaj? Miał przyjść do mnie po pracy, czyli po 18. Zadzwonił po 19. Już byłam niezadowolona, bo jeszcze był w pracy i pił piwo. Jedno. Tak powiedział przynajmniej. Agresor już mi się włączył, ale starałam się jeszcze powstrzymać. Powiedział, że już dopija piwo i idzie na autobus i będzie u mnie za jakieś piętnaście minut. To było prawie cztery godziny temu. Oczywiście go nie ma do tej pory. Szlag mnie trafia, bo o u niego normalne, zwłaszcza jak się napije. Pewnie któryś z jego kumpli przyjechał do niego do pracy i dalej gdzieś siedzą na mieście, albo wracając spotkał kolegów i siedzi gdzieś prawie pod moim oknem, ale nie łaska się odezwać. Walczę ze sobą, żeby nie zadzwonić i mu nie wygarnąć. Na razie wygrywam, ale ciężko jest :) Ale staram się wcielić w życie taktykę olewającą, bo na niego bardziej to działa niż moje krzyki. A wściekła jestem na całego. Ale nic staram się mocno… Miłej nocki życzę :)

wtorek, 5 sierpnia 2008

Flochy, doły i sprzątanie


Dziwny dzień dzisiaj. Obudziłam się z fochem, przypomniały mi się czasy jak Franek wstawał razem ze mną i robił mi śniadanie a teraz już ani myśli :/ Fakt, ze stało się tak trochę przeze mnie, bo jak byłam na diecie to wolałam sobie sama robić kanapki, bo on robił zbyt kaloryczne, ale już na diecie nie jestem od dłuższego czasu, a jemu się nie chce wstawać. I powiedziałam mu, co o nim myślę :P Że kiedyś to się starał i mówił, że zawsze będzie mi robił śniadania, a teraz to już mu się starać nie chce. No wiem, że jestem niedobra, ale chyba wstałam lewą nogą. On powiedział, że to moja wina, bo go nie budzę i jak obudzę go następnym razem, to zrobi mi to śniadanie. A jako zadośćuczynienie posprzątał w kuchni kiedy ja robiłam sobie fryz w łazience :P I tak się wychowuje faceta hehe. Zobaczymy tylko czy skutecznie ;)
Z domu wyszłam i tak wkurzona, bo sobie wymyślili jakiś remont torów na mieście i musiałam zapieprzać na inny przystanek dość daleko. Oczywiście przed samym nosem zwiała mi piątka :/ No i dupa, bo jeszcze bardziej się wkurzyłam. W pracy jakoś poszło i nawet nikogo nie zjadłam, tudzież nie zabiłam wzrokiem. Ale jak wracałam to znowu szlag mnie trafił – oczywiście przez ten tramwaj. Wysiadłam na przystanku i dawaj marszobieg do domu, no i oczywiście, jakby inaczej, zaczęło wtedy wiać cholernie. Cały czas wiało, ale wtedy to już wyjątkowo. I jeszcze padać zaczęło. No normalnie przechodziłam przez most i ryczeć mi się chciało, bo byłam zmarznięta i mokra :( Jak już dotarłam do domu to nawet mi się humor poprawił i nawet fajnie się zrobiło. I nie omieszkam podkreślić, że jak tylko zamknęłam za sobą drzwi zobaczyłam, że wiatru ani śladu, deszczu również i jeszcze słońce wyszło. No i czy to nie było mi na złość??
Po obiedzie zrobiłam sobie siestę. Wzięłam książkę i nad nią zasnęłam. Nieraz zdarza mi się drzemać popołudniu, ale nie więcej niż 15 minut. Regeneruję siły i jak się obudzę to jestem rześka. A dzisiaj spałam aż 45 minut. I to było za długo, bo czułam się otumaniona i zdołowana :/ Przyszedł Franek i zastanawialiśmy się co robić, mieliśmy iść do kina, ale jakoś żadnemu z nas się nie chciało. Więc postanowiłam, że muszę posprzątać. Franek zrobił to, czego ja nie znoszę, czyli poodkurzał i pozmywał podłogi. Ja umyłam kuchnię, łazienkę i zrobiłam porządek w każdej szafce i szufladzie jaka mi wpadła pod rękę. I jeszcze naprawiliśmy wreszcie moją deskę do prasowania. Jak zaczęłam sprzątać o 18:30 to teraz dopiero skończyłam. Ale nie powiem, lśni :)
Ale nastrój i tak pozostawia wiele do życzenia. Tragedii nie ma, ale jakoś tak dziwnie jest. Ogólnie mogłabym powiedzieć – dzień satysfakcjonujący, ale chyba nie całkiem udany. Idę spać. Jutro będzie lepiej.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Nafoczona

O nie ja protestuję! No i gdzie ten weekend? Już po wszystkim? Tak mi czas szybko leci, że się pozbierać nie mogę. Chyba zbyt intensywnie żyję, mam milion pomysłów na spędzenie wolnego czasu i nigdy mi nie starcza czasu na wykonanie wszystkich założeń. 

Było miło – poza jednym takim zdarzeniem, po którym się „nafoczyłam” na Franka. W każdym razie weekendzie zaczął mi się już w piątek o 17 i byłam tak szczęśliwa z tego powodu, że aż pogubiłam buty:) A tak serio, to biegłam na autobus i kiedy właśnie przebiegałam przez jezdnię na czerwonym świetle spadł mi lewy but.  Trochę to potrwało zanim się pozbierałam, ale na szczęście kierowca widząc, że tak mi się spieszy zaczekał na mnie :) Wieczorkiem wyciągnęłam moją współlokatorkę – lekko skacowaną zresztą – na basen. Jak marudziła, że głowa ją boli, przypomniałam jej, że kiedy ostatnio ja umierałam na drugi dzień po imprezie, argumentowała, że to najlepszy sposób na kaca:)
A w sobotę zrobiliśmy sobie z Franusiem wycieczkę rowerową. Po godzinie miał już dość i marudził, że go zmuszam do takiego wysiłku. No i z całodziennej wycieczki rowerowej jaką mi obiecał ku mojemu niezadowoleniu zrobiła się dwugodzinna. I to jeszcze z przerwą na godzinny odpoczynek na działce jego rodziców. Na osiemnastą oczywiście obowiązkowo musieliśmy być w domu bo co? Bo Euro. Franek stracony dla świata na najbliższe – ile trwa Euro? – cztery tygodnie? 
W niedzielę od rana byłam zwarta i gotowa, bo mój luby obiecał mi ze pójdziemy na Jarmark Świętojański, gdzie NA PEWNO dostanę moje ulubione żelki smerfy. I.. są :) Uwielbiam je. Mniam. Pozostałą część niedzieli spędziłam na rozmrażaniu lodówki, czytaniu i jeździe na rolkach. No i wreszcie nadeszła TA godzina, czyli 20:40. Franek razem ze znajomymi zarezerwował stolik w pubie. Umówiliśmy się na 20:00 i jak tylko dotarliśmy na miejsce. Franek… zapomniał o moim istnieniu. No jak się wkurzyłam!! Oprócz nas były tam jeszcze dwie pary i oczywiście Mietek zatroszczył się żeby zająć miejsce Mietkowej, Jacek siedział obok Karoli, a ten co? Po jakichś 10 minutach dopiero się zorientował, że siedzę w zupełnie innym miejscu. I obraziłam się na niego! Tak właśnie, że tak i nikt mnie nie przekona, że nie miałam do tego prawa. Ja wiem, że mecz, że piłka, że Niemcy, ale do jasnej Anielki! Wypadałoby, żeby zwrócił na mnie od czasu do czasu uwagę! Więcej z  nim nie wychodzę. Koniec kropka. Postanowiłam sobie, że jestem nafoczona i już o! :) I niech sobie nie myśli.

środa, 23 kwietnia 2008

Od czegoś trzeba zacząć :)

No tak... Od czegoś trzeba zacząć. Szata graficzna jeszcze nie taka,jaką bym sobie życzyła, coś mi jeszcze nie gra, no ale może z czasem poprawi się to i owo... Długo już piszę tradycyjny pamiętnik - 15 lat będzie nie długo, więc może czas się unowocześnić ;) Co mi z tego wyjdzie - zobaczymy.

Ogólnie dzień całkiem milusi, szefa dzisiaj w pracy nie było, wyjechał na jakąś konferencję, więc jak to się mówi.... myszy harcują :P Cały dzień cała ekipa przesiadywała u nas w biurze, to kawka, to gadu-gadu i takie tam. Kierownicy się nawet w służbowy strój nie przebrali. A A. zrobiła sobie nawet wagary - jak wyszła na pocztę to już nie wróciła :) Zadzwoniła tylko, żeby powiedzieć, że jest taka suuper pogoda.... (w biurze okna brak) i podziękowała, że ją kryję.

Po pracy spotkałam się z koleżanką. I przegadałyśmy 4 godziny. I kiedy tak gadałyśmy zadzwonił F. Powiedział, że już wraca z pracy (a był tam dopiero od godziny), bo chory jest. Kiedy sama już wracałam do domu, zadzwoniłam, żeby zapytać gdzie jest, okazało się, że w autobusie - dojeżdża do osiedla. Ja już byłam obok przystanku, na którym miałby wysiadać, więc zapytałam czy mam poczekać - nie miałam czekać.
Ale sobie pomyślałam - no poczekam jednak, zrobię mu niespodziankę, coś od rana jakiś humor miał niefajny, więc może go pocieszę i takie tam. Podchodzę do przystanku a tu kolega F. - Marcin. Przywitałam się, pogadaliśmy chwilkę i co się okazało? Otóż F. zadzwonił do Marcina, że wraca z pracy i żeby ten poczekał na niego na przystanku. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że w takim razie to ja idę, bo ja się nie umawiałam, że będę czekać. I spokojniutko odeszłam, chociaż w środku aż się gotowałam ze złości. No co za cholera z niego - to nie mógł mi normalnie po ludzku powiedzieć, żebym nie czekała, bo się z kolegą umówił?? I w ogóle przecież podobno chory jest no to jak to? Trzy razy po telefon sięgałam, żeby coś do niego napisać, ale w końcu się powstrzymałam, bo i tak wiedziałam, że Marcin mu powie, że czekałam. No i nie minęło 20 minut i znowu telefon od F. Zadzwonił chyba po to, żebym go ochrzaniła. Ale ja się nie odzywałam słowem na ten temat, więc sam się zaczął tłumaczyć i już na wszelki wypadek był obrażony. Potem zadzwoniłam jeszcze raz, żeby mu przypomnieć, że przecież jest przeziębiony, i przecież z tego powodu się zwolnił z pracy i niech nie sterczy za długo z kolegami na osiedlu z piwem w łapie. Na to on mi odpowiedział, że idzie zaraz do domu, a że dzisiaj jest mecz to przychodzi do niego Marcin. I Adrian. I Arek.
No to ja już wiem skąd mu się nagle ten kaszel wziął dzisiaj... A niech się tam "kuruje" na tym meczu. Niech się nim koledzy zaopiekują.. Proszę bardzo.
Grrr. Tyle facetów na świecie, a ja akurat sobie musiałam takiego stereotypowego złowić? Co to dla niego piwko, meczyk i koledzy najważniejsi??