Co roku przechodzę przez ten sam stres i co roku mam ten
sam problem – jak wykpić się od Wigilii pracowniczej? Zresztą
przypuszczam, że wiele jest osób, które usiłują się jakoś wykręcić od
tej przymusowej integracji.
Najczęściej ludzie po prostu nie mają ochoty udawać. Wiadomo – Wigilia, czas kiedy ludzie mówią ludzkim głosem, wypada się ze wszystkimi kochać, nawet z tą zołzą z biura zza ściany… I z tym przy…pupasem szefa i jeszcze życzenia trzeba by złożyć – szefowi właśnie, chociaż jak tu powiedzieć, że życzymy mu wszystkiego co najgorsze? To są najczęstsze argumenty, z którymi się spotykam, kiedy ktoś tłumaczy, dlaczego nie lubi świątecznych spotkań integracyjnych w pracy… Po prostu nikt nie ma ochoty wysłuchiwać uprzejmych życzeń od osób, o których wie, że na co dzień obrabiają mu tyłek i sami też nie chcą być fałszywi.
Ja też nie lubię tych corocznych spotkań. Ale zupełnie z innego
powodu. Wiecie, że bardzo lubię swoją pracę. Uważam, że mam świetnego
szefa i bardzo dobrze dogaduję się z większością pracowników. Tyle, że
to nie jest moje towarzystwo. Owszem, mam w pracy może pięciu kolegów, z
którymi rozmawiam także o sprawach prywatnych i świetnie się
dogadujemy, ale mimo wszystko- to tylko praca… Siłą rzeczy na takiej
imprezie faceci trzymają się razem a ja nie chcę się wcinać między wódkę
a zakąskę (czasami dosłownie :)), bo nie ukrywajmy, dla wielu jestem po
prostu Kochaną Panią Gosią Z Biura, ale żeby zaraz kumpelą? Najczęściej ludzie po prostu nie mają ochoty udawać. Wiadomo – Wigilia, czas kiedy ludzie mówią ludzkim głosem, wypada się ze wszystkimi kochać, nawet z tą zołzą z biura zza ściany… I z tym przy…pupasem szefa i jeszcze życzenia trzeba by złożyć – szefowi właśnie, chociaż jak tu powiedzieć, że życzymy mu wszystkiego co najgorsze? To są najczęstsze argumenty, z którymi się spotykam, kiedy ktoś tłumaczy, dlaczego nie lubi świątecznych spotkań integracyjnych w pracy… Po prostu nikt nie ma ochoty wysłuchiwać uprzejmych życzeń od osób, o których wie, że na co dzień obrabiają mu tyłek i sami też nie chcą być fałszywi.

W tym roku długo szukałam pretekstu i niestety nic nie przychodziło mi do głowy. Głupio mi było przed szefem, bo wiedziałam, że jakby nie było, on te spotkania robi dla nas – pracowników. Tak naprawdę stresowałam się tą niedzielą już kilka dni wcześniej i męczyła mnie świadomość, że muszę iść – zwłaszcza, że R. zwykle organizuje ją z moim byłym szefem J. a nie miałam ochoty spotykać ani jego, ani pracowników tamtej spółki…
Ostatecznie pojechałam… Chciałam być tylko godzinę – odbębnić i wrócić ostatnim dziennym autobusem do domu. Rację jednak miała mama Franka, która powiedziała, że jak mi się tak bardzo nie chce iść, to na pewno będzie fajnie




Było naprawdę fajnie i myślę, że w przyszłym roku będę szła już na tę Wigilię z mniejszymi oporami… Ale mimo to, zdania nie zmieniłam. Nadal uważam, że to nie jest najlepszy pomysł z tymi spotkaniami… Po prostu nie lubię kiedy ktoś mi organizuje mój wolny czas i kiedy ktoś decyduje z kim będę spędzać wieczór. A tak to trochę odbieram – jako przymus. Pracuję ze świetnymi ludźmi, ale nie są to osoby, z którymi się spotykam także poza pracą i z którymi łączą mnie sprawy inne niż księgowość i gospodarka magazynowa. Może, gdyby było więcej kobitek, inaczej bym na to patrzyła. Podsumowując: cieszę się bardzo, że poszłam na spotkanie tegoroczne, bawiłam się świetnie. Ale nie chciałabym, aby co roku ktoś organizował mi ostatni przedwigilijny niedzielny wieczór
