Wiedziałam, że będzie wesoło
Cały weekend też był fajny – na tyle, że nie miałam nawet chwili, żeby posiedzieć dłużej na blogowisku.

No to od początku:
Do
domu miałam zamiar jechać bezpośrednim pociągiem do Miasteczka, który
był po godzinie 17tej. Ponieważ wiem już mniej więcej, ile czasu
potrzebuję, żeby kupić sobie bilet, ewentualnie coś do jedzenia i
znaleźć się na peronie na tyle wcześniej, żeby zająć sobie w pociągu
jakąś miejscówkę, postanowiłam pojawić się na dworcu godzinę wcześniej.
Kiedy weszłam do holu, poczułam się jak na lotnisku
Gęba mi się od razu uśmiechnęła i rozmawiając przez telefon z mamą
powiedziałam jej: „mamo, to prawda, co mówią w telewizji, tu naprawdę
jest Armagedon”
Ale to był fajny Armagedon, jak dla mnie. Podoba mi się ta atmosfera
na dworcu – pół tysiąca ludzi wpatrzonych z jednej i z drugiej strony na
tablice informacyjne. Na tych tablicach, w rubryce „uwagi” z góry do
dołu opóźnienia. Wszyscy biegają, krzyczą, kolejki do informacji
Podobało mi się.



Spojrzałam
więc sobie na tę tablicę informacyjną i zobaczyłam, że pociąg do
Miasteczka, który miał odjazd po 15tej ma opóźnienie 80 minut. Dawno już
nie jechałam pociągiem, więc nie wiedziałam, że zamontowali u nas
biletomaty. Nie było tam kolejek, więc pomyślałam, że jak tam kupię
bilet to jeszcze w ten pociąg wsiądę! Ale w automacie można było kupić
bilety tylko jednej spółki, więc musiałam się dowiedzieć, która
obsługuje mój pociąg. Tablica przy informacji zasłonięta przez ludzi
stojących w kolejce. Cóż, podleciałam i się tam kulturalnie wbiłam:
„przepraszam, ale ja muszę się dostać do tej żółtej tablicy”, „ależ
proszę bardzo” – odpowiedział mi kulturalny młody chłopak ;)
Z
tablicy dowiedziałam się tyle, że ten po 15tej to pociąg taki sam jak
ten o 17tej. No to telefon do bardziej zorientowanej Juski, która co
prawda nie wiedziała, jaki to jest pociąg o 15tej, ale „na ten o 17tej
można kupić bilet w biletomacie”. W takim razie na ten wcześniejszy
też. Podleciałam do automatu a tu nie ma Miasteczka na liście. Zgłupłam.
Na szczęście za mną stał jakiś miły chłopak i mi pomógł. Już wszystko
się zgadzało, miałam kliknąć „kupuj”, wyciągam swoją stówkę (nigdy nie
mam przy sobie gotówki, chwilę wcześniej wyciągnęłam na wszelki wypadek z
bankomatu), a tu zonk – automat przyjmuje tylko banknoty 10cio i 20to
złotowe
No to biegiem – znowu do bankomatu, slalom między ludźmi i powrót pod
automat. Do odjazdu pięć minut. Zdenerwuję się, jak nie zdążę, bo ten o
17tej będzie pewnie też opóźniony przynajmniej godzinę i zajadę w nocy…
Udało się, kupiłam.

Biegnę
na siódmy peron, taki co to trzeba wyjść w ogóle z dworca, żeby się na
niego dostać (dla Poznaniaków – ten od Dworca Zachodniego). Pociągu ani
widu ani słychu. A na tablicy informacyjnej kierunek Leszno. Ja w inną
stronę… Konsternacja. Ale, ale słyszę: „ding, dong..” Myślę: „może się
czegoś dowiem”. Dowiedziałam się tylko, że „Pociąg osobowy do
Wrześni, planowy odjazd godzina 15:06 został w dniu dzisiejszym
odwołany. Pociąg nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach”.
Ostatnie zdanie wywołało ogólną wesołość wszystkich słuchających
komunikatu :)) W końcu powiedzieli też, że mój pociąg jest wyjątkowo na
peronie czwartym. No to dawaj, bieg z przeszkodami, między ludźmi,
bagażami, po śliskich schodach. Jestem. Zapowiadają właśnie, że pociąg
odjeżdża. Tyle, że jeszcze go nie ma na tym peronie
Okazało się jednak, że wystarczyło zmienić tabliczkę na składzie i już
jest mój pociąg. Wsiadłam szybko, usiadłam i byłam zadowolona. Koło
mnie wsiadły jakieś fajne młode dziewczyny i mogłyśmy się razem śmiać z
tego wszystkiego i cieszyć się jakie to jesteśmy sprytne, że wsiadłyśmy
jeszcze w pociąg o 15tej. Jak się potem okazało, nasza duma z siebie,
była przedwczesna


Pierwszy
sukces – pociąg ruszył. Niestety po dwudziestu minutach zatrzymał się.
Światło się przyciemniło – zły znak. Przyszedł konduktor (bardzo miły
facet! pozdrawiam serdecznie) i powiedział, że „mamy małą awarię, ale
spróbujemy sobie z nią poradzić” Poradzili sobie po około półgodzinie,
ale jako, że w przedziale siedzieli sami fajni ludzie, było wesoło, czas
ten upłynął dość szybko na pogaduszkach i żarcikach. Niestety, daleko
nie ujechaliśmy. Zatrzymaliśmy się a konduktor przyszedł i powiedział:
„Proszę Państwa, teraz stoimy nie z naszej winy, proszę się nie
niepokoić, tory zasypało, ale już człowiek poszedł odśnieżyć”
No to stoimy. Za chwilę patrzymy, a po drugim torze mknie pociąg – prawie pusty. Tabliczka na wagonie oznajmia „Miasteczko”
Oho, to ten po 17tej właśnie nas wyprzedził. Masz nauczkę człowieku – nie próbuj być za cwany



Kiedy
przyszedł konduktor, wszyscy rzucili się na niego z pytaniami, ze jak
to, że dlaczego, że czemu tamten nie czeka, przecież tory zasypane
(dodam, że wszyscy byli raczej rozbawieni, więc nie atakowali go, a po
prostu byli zainteresowani ;)) Konduktor odpowiedział: „bo my jedziemy
szybszym torem, my jesteśmy pociągiem przyspieszonym, a tamten
zatrzymuje się na wszystkich stacjach” :)) Ale potem dodał jeszcze, że
jesteśmy opóźnionym przyspieszonym pociągiem, a żeby inne pociągi nie
miały opóźnienia, to przepuszczają je przed nami, bo przecież my i tak
jesteśmy już ponad dwie godziny do tyłu
Przy okazji dowiedziałam się, że taka jest zawsze filozofia kolei –
opóźnione zostawiać w tyle, żeby kolejne nie miały opóźnienia
– Pamiętajcie na przyszłość, żeby nie próbować być sprytniejszym



Później wyprzedził nas jeszcze jeden pociąg, a potem to już tylko jechaliśmy. I dojechaliśmy do stacji końcowej
Byłam tylko godzinę później, niż gdybym pojechała pociągiem właściwym,
co mnie bardzo usatysfakcjonowało, bo zakładałam wcześniej, ze dojadę
na 22gą przy dobrych wiatrach. Podróż trwała nieco ponad cztery godziny,
a więc całkiem normalnie :)

Poza tym było naprawdę miło
Nie było tych znielubianych przeze mnie „Narzekaczy” Owszem, śmialiśmy
się wszyscy z całej sytuacji, ironizowaliśmy trochę, ale nie było
nikogo, kto byłby obrażony na cały świat. Co najwyżej ponarzekaliśmy
trochę na ten nasz ”spryt”


To mi się zawsze podoba w takich sytuacjach. Ludzie zaczynają się do siebie odzywać, uśmiechać, zacieśniają więzi
Z jedną dziewczyną dojechałam do samego Miasteczka. Spotkałyśmy się
także w pociągu powrotnym i przywitałyśmy się jak stare znajome :)

Niestety,
w niedzielę nie było żadnych przygód. Jedyny incydent jaki odnotowałam
to ten, ze kiedy tata wpakował mnie do przedziału, przyszła pani
konduktor (też bardzo miła!) i powiedziała, żebym sobie poszła do
następnego przedziału, bo w tym wysiadły grzejniki. Co prawda potem
wszyscy marudzili, że grzeją za mocno, więc może dla nich to był rodzaj
przygody, ale kiedy Nowa Koleżanka zapytała, czy nie jest mi za gorąco
(miałam na sobie dwie bluzki i sweter, a kolejny zarzuciłam sobie na
ramiona) odpowiedziałam jej, ze jestem przyzwyczajona, że gdy wszyscy
narzekają na gorąco, mnie jest akurat w sam raz
Wszystkie zdeklarowane „zmarźluchy” przy mnie się chowają. One nie wiedzą co to znaczy marznąć :)

Poza tym było nudno. Nawet przyjechaliśmy punktualnie.
Mówcie
sobie co chcecie, ja tam jestem zadowolona. Wszyscy wiedzą, z jakimi
problemami kolej się boryka zimą. Opóźnienia, odwołane pociągi i
zamarznięta trakcja to nie są sytuacje nadzwyczajne u nas. Dlatego jeśli
ktoś się tego obawiał, to po prostu rezygnował z podróży lub wybierał
inny środek transportu. Ja na szczęście jechałam w większości z
pozytywnymi ludźmi, którzy nastawili się na niedogodności i dzięki temu
zachowali dobry humor

Na koniec powtórzę to, co napisałam w zeszłym roku: ja chcę jeszcze raz
