*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blisko natury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blisko natury. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

W lasu.

 (Kiedy byłyśmy małe i moja mama pytała się nas gdzie byłyśmy na spacerze z wujkiem, moja siostra odpowiadała "w lasu!")

Tegoroczne grzybobranie nam się niestety nie udało. Potwierdziły się plotki i doniesienia o tym, że na naszym terenie w grzyby nie obrodziło. Oczywiście co poniektórzy wytrawni grzybiarze wiedzieli gdzie szukać i mieli "swoje miejsca" (wiecie, że są osoby, które sobie upatrują jakieś konkretne miejsce w lesie i doglądają o w miesiącach letnich a nawet jeżdżą z wiadrami z wodą i je podlewają! byłam w szoku, gdy się o tym dowiedziałam :)), Ci wrócili nawet z pełnymi wiadrami. Ale my nie aspirujemy do otrzymania tytułu zbieraczy roku, więc zadowoliliśmy się tym marnym łupem, który był naszym udziałem. Mianowicie podgrzybki sztuk siedem :) Dobra, dobra, już się tak nie śmiać :) W tym całym grzybobraniu w naszym wykonaniu i tak nie o pełne wiadra tak naprawdę chodzi, chociaż oczywiście zawsze się z nich cieszymy i jesteśmy z nich dumni :)

W tym roku wybraliśmy się tam gdzie zawsze, ale jednak miesiąc później, bo zwykle jeździliśmy w połowie września. Być może to miało znaczenie, pogoda też chyba grzybiarzom ostatnio nie sprzyja. Ale muszę przyznać, że ten sam las w tym roku wyglądał nieco inaczej niż w latach ubiegłych... Uderzyły mnie dwie rzeczy - po pierwsze absolutna cisza, po drugie więcej przestrzeni.
Bardzo lubię leśne odgłosy w postaci szumiących drzew, opadających liści i igieł, śpiewu ptaków, trzaskających gałęzi. Na grzyby nigdy nie jeżdżę sama, ale zawsze się rozdzielamy i jest moment, kiedy jestem sama. Lubię się wtedy zatrzymać i skupiać swoją uwagę na każdym, najmniejszym szeleście... Uspokaja mnie to, relaksuje a jednocześnie w jakiś sposób ożywia oraz wprowadza w nostalgię. Dokładnie pamiętam, jak w ubiegłym roku, kiedy byłam w ciąży chodziłam sobie od drzewka do drzewka i uważnie nasłuchiwałam. Towarzyszył mi dzięcioł opukujący korę drzew, rozglądałam się za nim, aż w końcu udało mi się go odnaleźć i przez dłuższy czas nawet go śledziłam, dopóki nie uciekł gdzieś poza zasięg mojego wzroku a później i ucha. Spacerowałam sobie nieśpiesznie, raz po raz schylałam się po jakiegoś grzyba i rozmyślałam o tym, czy za rok też uda mi się tu przyjechać. I co w tym czasie będzie robiło moje dziecko...
Dziecko zostało z dziadkami i najpierw się bawiło, potem trochę jęczało, a wreszcie poszło spać ;) A nam udało się pojechać, chociaż przyznaję, że było trochę inaczej. No właśnie, wracając do tego, co napisałam - w lesie było absolutnie cicho! Wiatru nie było, więc nie poruszał gałęziami, nie było słychać ani szumu ani szelestu. Wszystkie ptaki chyba już uciekły do ciepłych krajów albo nie chciało im się dziobów wyściubiać z dziupli, ale słowo daję, że nie słyszałam ani jednego. Było tak cicho, że gdy przystanęłam, to słyszałam kroki mojego wujka lub Franka, którzy zdążyli się już mocno ode mnie oddalić - w poprzednich latach było to niemożliwe. 
Poza tym odnosiłam wrażenie, że część drzew zniknęła i las się przerzedził :) Ale nie chodzi o to, że miała miejsce masowa wycinka,tylko chyba po prostu o tej porze roku roślinność jest uboższa. To jest dość naturalne, ale jakoś wcześniej na to nie zwracałam uwagi i dopiero teraz zauważyłam, że drzewa są gołe, że część wysokich traw zniknęła, z krzewów ostały się jeno patyki...

Inaczej trochę ten las wyglądał, był jednocześnie mniejszy i większy - ale nie potrafię racjonalnie wyjaśnić tego odczucia :) Inaczej też wyglądało to nasze grzybobranie. Przyznaję, że w tym roku od początku mi nie szło i może to przez to, że się wcześniej nasłuchałam, że grzybów nie ma, a jak wiadomo, siła autosugestii jest potężna. Ale rzecz w tym, że szłam, a moje myśli ciągle uciekały w innym kierunku, często niepożądanym przeze mnie. Niektórzy ludzie to potrafią być wkurzający nawet w takim momencie i nawet kiedy wcale nie są mi bliscy :)
Niemniej jednak uznaję ten wypad do lasu za udany. Mimo wszystko było przyjemnie. Nie tak dawno pisałam o tym, jak lubię las i to się nie zmieniło. Nawet mimo tego, że nie znalazłam żadnego grzyba, że mój las był jakby trochę nie mój, to miła to była odskocznia. A to też było ciekawe doświadczenie zobaczyć znajome miejsce w trochę innym (dosłownie) świetle.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Leśny spacer.

Jak już ostatnio wspominałam, Franek dzisiaj i jutro ma wolne. Jako, że jutro mamy z Wikingiem umówioną wizytę w Instytucie Matki i Dziecka, postanowiliśmy dziś zrobić użytek ze wspólnego czasu wolnego. Nieco długo zajęło nam ogarnianie się od rana, Wiking miał stosunkowo długą poranną drzemkę, Franek był trochę nie w sosie (choć twierdzi, że to nieprawda, a tylko miał lekkiego lenia), ale o 13 udało się wyjść z domu.
Całe szczęście do Puszczy Kampinoskiej mamy tak blisko! :) Bo tam właśnie był cel naszej wycieczki. Tak, ja wiem, że dopiero co tam byłam na wakacjach, ale Kampinoski Park Narodowy ma to do siebie, że jest bardzo duży i ma wiele szlaków turystycznych oraz ścieżek edukacyjnych. Z rodzicami byłam w innej części, dziś wybraliśmy miejsce, które znajduje się najbliżej nas - niecałe 20 km. Zapakowaliśmy do samochodu Wikinga oraz jego wózek i pojechaliśmy. Dotarcie na miejsce zajęło nam raptem 20 minut, ale drugie tyle szukaliśmy początku szlaku, choć przejeżdżaliśmy obok ze trzy razy :) Zmyliło nas to, że nie było miejsca na zaparkowanie samochodu, ale jakoś sobie z tym poradziliśmy i wyruszyliśmy. 
Zrobiliśmy sobie dwugodzinny spacer. Bardzo lubię las - ten charakterystyczny zapach mokrej ziemi (mimo, że susza na całego)oraz drzew i specyficzną leśną ciszę - szum liści, opadające igliwie, brzęczące owady, ćwierkające ptaki. I tylko od czasu do czasu jakiś miejski dźwięk z oddali.Wikingowi chyba też się podobało, bo po weekendowym buncie wózkowym, kiedy to chciał jechać na stojąco, dziś siedział bardzo spokojnie. Zresztą przez prawie godzinę spał sobie odurzony leśnym powietrzem.
O siedemnastej byliśmy już z powrotem w domu, usatysfakcjonowani wycieczką. Wiking sobie teraz hasa po całym pokoju i widać, że jest we wspaniałym humorze. Energia go rozpiera i cały czas się cieszy.

Cieszę się bardzo, że tak blisko mamy do puszczy. Niby zawsze to wiedziałam i wiele razy planowaliśmy taki wypad, jak dzisiejszy, ale dotąd się nie złożyło. Dopiero ten wakacyjny wyjazd z rodzicami stanowił impuls do tego, abyśmy w Frankiem też poszukali jakiejś krótkiej trasy.
Bardzo mi się tam podoba - już w lipcu uderzyło nas to, że na szlaku nie było w ogóle ludzi. Być może w weekendy jest inaczej, ale przypuszczam, że tereny są tak rozległe, że rzadko się kogoś spotyka. Dziś też mijaliśmy tylko jedno małżeństwo z dziećmi. Zawsze lubiliśmy z Frankiem spacerować po lesie - na przykład w okolicach Miasteczka. Taka forma spędzania wolnego czasu bardzo nam odpowiada. Jesteśmy o krok od cywilizacji, a jednak już jakby w innym świecie. Niemal zupełnie sami. Możemy spokojnie porozmawiać, porozmyślać. Delektować się bliskością i pięknem przyrody. Taki spacer naprawdę ładuje akumulatory. Już planujemy ponownie odwiedzić to miejsce, zwłaszcza, że przekonaliśmy się, że mamy naprawdę blisko. Zastanawiamy się też, jak tam wszystko wygląda jesienią i zimą. Może będzie dane nam się o tym przekonać...

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W ogrodzie i w puszczy.

Jak już wspomniałam, pierwszy tydzień wakacji spędziłam razem z Wikingiem i moimi rodzicami w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Chcieliśmy znaleźć jakieś gospodarstwo agroturystyczne, które będzie się nadawało na pobyt z niemowlakiem i które jednocześnie będzie stosunkowo niedaleko, bo myśleliśmy, że dwa razy w tygodniu trzeba będzie jechać na rehabilitację. 
Znalazłam więc kwaterę niecałe 40 km od Podwarszawia, która spełniała nasze oczekiwania - miała jeden pokój trzyosobowy, ale z dużym łóżkiem, tak, że mogłam spać z Wikingiem. Poza tym było tam też miejsce na wózek, łóżeczko turystyczne, był aneks kuchenny a w łazience oprócz prysznica była wanna, co jest naprawdę rzadko spotykane, a nam bardzo ułatwiło kwestię kąpieli Wikinga. W porównaniu do innych miejsc, o które się pytałam, było tam bardzo tanio - za nas troje plus dziecko zapłaciliśmy tylko 100 zł za dobę. Ta cena początkowo wydawała nam się nieco podejrzana, trochę się z mamą bałyśmy o warunki, ale zdjęcia źle nie wyglądały... Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia - nie wpłacaliśmy żadnej zaliczki ani nic, więc mogliśmy tam pojechać, a jakby się okazało, że coś jest nie tak, to się ewakuować gdzieś indziej.
Jednak nie mamy szczególnie dużych wymagań - najważniejsze jest dla nas, aby było czysto, a tak naprawdę ja zawsze zwracam uwagę na łazienkę. Jeśli jest czysta, schludna, zadbana i w miarę nowoczesna (czyli raczej kafelki i ceramika, a nie linoleum i plastik), to już jest ok. Od razu po przyjeździe więc zlustrowałyśmy łazienkę, która nas w pełni zadowoliła :) Pokój też był w porządku - był wspomniany aneks, lodówka, kilka naczyń, mały telewizor, stół, krzesła, szafa, półeczki i lampki nad łóżkami oraz wystarczająco dużo miejsca, żeby rozstawić łóżeczko dla Wikinga, które służyło nam także za kojec.
Standard nie był powalający, ale rzeczywistość była zgodna z tym, co widzieliśmy na zdjęciach - ot, lata 70-80te powiedzmy :) Ale akurat nam to nie przeszkadzało. Było czysto i to wystarczyło, wyposażenie nie musiało już być dla nas super nowoczesne. 
Pokój był w takiej przybudówce, wychodziło się z niego od razu na podwórko. Tam jedliśmy przy stole ogrodowym większość posiłków i spędzaliśmy większość czasu w ogrodzie na tyłach domu. Ogród był przepiękny - rosło w nim mnóstwo kolorowych kwiatów, na które nie mogłam się napatrzeć.W ramach atrakcji mieliśmy do dyspozycji miejsce na rozpalenie ogniska bądź grilla, niewielki basen i huśtawkę ogrodową, która była świetnym patentem na marudzącego Wikinga :) Uwielbiał się huśtać. Była tam też zjeżdżalnia, piaskownica i trampolina, ale to akurat nie do końca trafiło w naszą kategorię wiekową :)
Jak na gospodarstwo agroturystyczne przystało, po obejściu kręciły się dwa psy, kot i kury. Co chwilę słychać było pianie koguta albo muczenie krów sąsiadów. Było tak, jak powinno być na wsi! Przypomniały mi się wakacje u mojej babci! Tak naprawdę jedynym mankamentem były kurze odchody na podwórku, ale przecież się z tym liczyłam. Jako miastowa pańcia uważałam bardzo, żeby w nic nie wdepnąć, ale generalnie aż tak mi to nie przeszkadzało. Za to kury to było coś, co Wiking lubił najbardziej, chyba nawet bardziej niż huśtawka. Bo kiedy ta zawodziła np. wieczorem tuż przed kąpielą, kiedy Dzieciak najbardziej jęczy, to zawsze można było podejść do kurek, na które Wikuś mógł się gapić i gapić. Zresztą jeśli o dziecko chodzi, to ten kontakt z naturą zdecydowanie przypadł mu do gustu. Lubił, kiedy trawa łaskotała go w nóżki, delikatnie dotykał kwiatów, miętosił trawę i liście. Takie wakacje to był raj dla jego zmysłów. A dla nas możliwość oddania się lenistwu totalnemu, bo naszym jedynym obowiązkiem było doglądanie Wikinga kiedy bawił się sam, bądź zapewnianie mu rozrywki, kiedy nie był samowystarczalny.

Mieliśmy tam również możliwość wykupienia obiadów, co też uczyniliśmy. Obiady kosztowały 17 złotych i składały się z zupy i drugiego dania, czyli tak, jak u nas w domu :) Smakowały zresztą też po domowemu - robiła je sama gospodyni ze swoją mamą. Trochę się obawialiśmy, czy nie będzie za tłusto, bo my w domu jadamy raczej lekko i stosunkowo zdrowo, a tak "po ludziach" to różnie bywa. Zresztą przecież "domowe obiady" często kojarzą się (uważam, że niepotrzebnie) z tłustą zupą zagęszczaną śmietaną z mąką, kopcem ziemniaków i schabowym smażonym na głębokim tłuszczu. A tymczasem to było miłe zaskoczenie. Zupy były raczej lekkie i nawet nie zawsze gotowane na mięsie. Mięso było co drugi dzień i nie tylko smażone a także pieczone i duszone. Oprócz tego gospodyni zrobiła również pierogi (ruskie i z jagodami) oraz naleśniki z serem. Jako dodatek zawsze była jakaś surówka, ogórek kiszony bądź cukinia po obróbce termicznej. Pani pytała nas o preferencje a czasami dorzucała coś "w gratisie" na śniadanie lub kolację - jakieś ogórki albo kawałek świeżo upieczonego ciasta z wiśniami. Naprawdę bardzo sobie te posiłki, jak i samo rozwiązanie chwaliliśmy - bo co to za wakacje, kiedy trzeba się zastanawiać, co zjeść, a potem sterczeć dwie godziny nad garami? :)                                                                                                                        

Jak już wspomniałam, wakacje były ukierunkowane na relaks i lenistwo. Wikingiem zajmowaliśmy się na zmianę (chodziliśmy z nim na huśtawkę, oglądaliśmy kurki, bawiliśmy się klockami bądź po prostu służyliśmy za sprzęt wspinaczkowy lub pilnowaliśmy, żeby Wiking nie szedł tam, gdzie nie wolno), a w czasie wolnym, każde z nas zajmowało się swoimi sprawami - czytaliśmy książki, zajmowaliśmy się obliczeniami (to ja i tata - wszak po kimś to zamiłowanie do buchalterii odziedziczyłam ;)), drzemaliśmy, szydełkowaliśmy (no, to tylko ja) i rozwiązywaliśmy krzyżówki. Tak wyglądała jedna połowa naszego dnia - do lub po obiedzie. Druga połowa to był czas na wycieczki i spacery.

Spacerowaliśmy po okolicy, robiliśmy piesze wycieczki do sklepu na lody a także wyjeżdżaliśmy na zwiedzanie. Pojechaliśmy na przykład do Żelazowej Woli, gdzie obok dworku (naszym zdaniem niespecjalnie wartego obejrzenia, a już na pewno nie za 20 zł, na szczęście byliśmy tam w środę, gdy wstęp jest bezpłatny) jest przepiękny park, po którym można spacerować i spacerować. Obowiązkowo podjechaliśmy też na jeden z parkingów przy Puszczy Kampinoskiej, skąd ruszyliśmy pieszo szlakiem turystyczno-edukacyjnym w głąb puszczy. Wspaniale się maszerowało, pogoda sprzyjała i brak innych ludzi również :) Byliśmy także w Sochaczewie i choć z możliwych obiektów do zwiedzenia było więcej, poszliśmy zobaczyć tylko odrestaurowane ruiny zamku książąt mazowieckich. Jednak to miasteczko bardzo nas ujęło swoim trudnym do opisania uroczym klimatem. Większość czasu spędziliśmy w kawiarni na rynku racząc się słodkościami (Wiking jabłkiem z marchewką na przykład :P) i popijając je kawą mrożoną oraz kontemplując sielską atmosferę - mimo, że było to środek dnia a wokół toczył się normalny ruch samochodowo-pieszy. Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze pojechać. Podobnie zresztą, jak do puszczy. Być może uda nam się zrobić choć jednodniową wycieczkę, wszak to tak blisko...

Zresztą dzięki tej małej odległości, Franek, który miał środę wolną, przyjechał do nas w dniu moich urodzin, to jest we wtorek popołudniu. Świętowaliśmy trochę przy grillu, a potem gdy najmłodsi i najstarsi poszli spać, poszliśmy posiedzieć trochę we dwójkę na huśtawce . Środę Franek spędził z nami - pojechaliśmy do Żelazowej Woli a później korzystaliśmy z ładnej pogody chlapiąc się chwilę z Wikingiem w basenie i wystawiając się na słońce. Późnym popołudniem Franek musiał nas niestety opuścić.

Podsumowując, to były prawdziwe wakacje! Naprawdę je odczuliśmy - zwłaszcza moi rodzice, bo po przyjeździe do Miasteczka, mimo, że ich urlop jeszcze trwał, było zupełnie inaczej. Mieliśmy sporo różnych spraw do załatwienia, poza tym, jak już pisałam, Wiking się nam troszkę rozchorował, więc ten tydzień minął nam w oka mgnieniu. Ale najważniejsze, że urlop z prawdziwego zdarzenia też jednak był :) A jak z prawdziwego zdarzenia, to i pamiątki musiały być :P Ja sobie kupiłam piórnik... Myślę, że jak zobaczycie zdjęcie, to zrozumiecie, dlaczego nie mogłam się mu oprzeć ;) Franek zawiózł do domu podkładkę pod myszkę w podobnej kolorystyce, a dla Wikinga - choć tak po prawdzie, to dla całej naszej trójki sprawiliśmy sobie płytę, którą się teraz codziennie delektujemy.



Moi rodzice:


Pamiątki :)


czwartek, 30 października 2014

Góry w obrazkach

Obiecałam zdjęcia, więc są :) Najlepsze jest to, że zabrałam aparat i ładowarkę do akumulatorka, a potem się okazało, że zapomniałam o kablu :/ Nie mogliśmy więc naładować baterii, a padła nam zanim jeszcze zdążyliśmy wyjąć aparat (nie mam pojęcia dlaczego). Na szczęście mieliśmy tableta i nim robiliśmy zdjęcia, tylko trochę to trwało zanim się zorientowałam, jak przekopiować je na komputer :)
Oczywiście tradycyjnie buźka będzie blogowa, uprzedzam lojalnie, więc proszę nie marudzić :) W tej kwestii jestem konsekwentna i choć w anonimowość w sieci nie bardzo wierzę, to w ochronę wizerunku już tak :P Ale i tak macie podziwiać piękno przyrody a nie przyglądać się margolce :)
a okazało się, że niestety jestem prawie na każdym zdjęciu, więc nie mam takich typowych pejzaży.
I jakoś nie umiem się zakolegować z żadnym programem do obróbki zdjęć, więc niestety będzie zwyczajnie, jedno po drugim :)

Na początek moja ulubiona rozrywka, czyli wjazd wyciągiem! Gdybym mogła to jeździłabym w te i wewte :P

 I wjechaliśmy...
 

 A później jeszcze trochę pod górkę i już tylko w dół. Zwróćcie uwagę na to, jakiego miałam towarzysza podróży. Franuś mi zorganizował takiego kijaszka, żebym się miała na czym podeprzeć, kiedy czułam, że bolą mnie plecy i muszę je trochę rozciągnąć. O dziwo, pomagał nawet przy samym chodzeniu! Dopiero kiedy zeszliśmy na asfaltówkę, nagle stwierdziłam, że mi przeszkadza.
Taka byłam zakapturzona, bo na szczycie było naprawdę chłodno :) Ale za to można było się powygrzewać na słoneczku.



 A tutaj już kolejny dzień, czyli ten w wersji lżejszej "dojeżdżającej", a nie "dochodzącej". Przejechaliśmy się na zaporę na Jeziorze Czerniańskim.

 



 

 Tu mamy skocznię. Byłam niepocieszona, bo wyciąg niestety nie działał.Popatrzyliśmy więc sobie na nią z dołu. Ale przynajmniej będzie pretekst, żeby pojechać jeszcze raz :P

 A taką mieliśmy pogodę:
 


 Wspominałam też, że w wolnych chwilach naszą rozrywką była między innymi gra w bilarda. Udało mi się nawet ze dwa razy wygrać z Frankiem :P A wierzcie mi, że to jest coś! :) Ten to potrafi za jednym zamachem trafić dwiema bilami w łuzę. 
Kurczę, gdybym miała dom i nie miała co robić z kasą, to na pewno kupiłabym sobie taki stół bilardowy :) Bardzo mi się to spodobało.

A na koniec coś z zupełnie innej beczki. Zaliczyliśmy też małe romantyczne wyjście (wszak przecież pisałam we wrześniu, że będziemy jeszcze świętować rocznicę). To zdjęcie zrobiłam pod wpływem chwili. Siedzieliśmy czekając na jedzenie. Trochę sobie rozmawialiśmy. W tym momencie nawet o niczym romantycznym, bo Franek zastanawiał się jaki będzie jego grafik i czy będzie miał wolny weekend 1-2 listopada (dzisiaj się okazało, że tak, hura! o dwa dni dłuższy urlop :)) Ale snując te rozmyślania chwycił mnie za rękę. I tak mówił, i mówił, a ja... przestałam go słuchać (o ja niedobra!) i zaczęłam myśleć o tym, jak to fajnie, że to był z jego strony taki odruch bezwarunkowy. Nie musiał mówić o niczym podniosłym, nie musiał wyznawać mi miłości, bo ten gest znaczył dla mnie dużo więcej. Zerknęłam na te nasze dłonie i zwróciłam uwagę na to, jak ważnym symbolem są dla mnie nasze obrączki. Jak ogromną mają wartość - i wcale nie chodzi o pieniądze. Jak wiele mówi taki kawałek kruszcu na palcu...

 I tym nieco romantycznym akcentem, tak trochę ni z gruszki, ni z pietruszki, kończę tę fotorelację :) Mam nadzieję, że nacieszyłyście oczy pięknymi widokami, bo ja jestem nimi zachwycona!

środa, 2 kwietnia 2014

Parapet Margolki

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam moich podopiecznych. Oto i oni:



Codziennie rano odsłaniam zasłony, później zaglądam za firankę i ku uciesze Franka mówię "Dzień dobry Kwiatuszki!".
Tu taka mała dygresja. Pewnego dnia, a dokładnie 8 marca, kiedy to byłam po tym babskim świętowaniu, obudziłam się rano po jakichś dwóch godzinach snu niespecjalnie rześka. Usiadłam na łóżku i zastanawiałam się, co dalej ze sobą zrobić, gdy nagle usłyszałam, że Franek z kimś rozmawia. Jego telefon leżał przy łóżku, zaintrygowana poszłam więc do drugiego pokoju, a tu Franek za firanką gada z moimi kwiatkami! :D Oto jego sposób na zmobilizowanie mnie :)

Wiecie dobrze, że uwielbiam kwiaty, bo wielokrotnie o tym pisałam. Sama nie wiem dlaczego - być może dlatego, że są kolorowe? :) A może z jakiegoś innego powodu, którego nie do końca jestem świadoma. Ale lubię je bardzo, choć dotychczas wspominałam o tym przy okazji otrzymania jakiegoś kolorowego bukietu, zamieszczając zdjęcie.
A dzisiaj, chciałabym o tym moim lubieniu opowiedzieć w nieco innym kontekście, mianowicie w kontekście mojego parapetu :) Powyższe zdjęcie ukazuje jak się prezentowała "moja wystawka" pod koniec lutego. Już wtedy miałam o tym napisać, ale ciągle coś! (zresztą całe mnóstwo mam takich notek zaplanowanych i nieukończonych w swoich szkicach, ciekawe ile z nich faktycznie ujrzy światło dzienne :))
A od tamtego czasu dużo się zmieniło. 

No to od lewej:


Najpierw jest Echmea. W czasach swej świetności wyglądała tak:

Ale później kwiat zwiądł i z tego co wyczytałam, drugi raz już nie zakwitnie. Za to przy korzeniu wyrasta bardzo dużo młodych roślinek. Zobaczymy, co z nich wyrośnie.

Następna w kolejności jest Gloksynia. Dostałam ją od moich Bachorków na jakiś Dzień Nauczyciela czy inne zakończenie roku. Wygląda niepozornie prawda? A właściwie w ogóle nie wygląda. A to dlatego, że Gloksynia poszła w październiku spać. Nie zajmowałam się nią później w ogóle przez kilka miesięcy aż w lutym po prostu wyjęłam cebulkę, przesadziłam ją do innej doniczki i zaczęłam podlewać. Sprawdzałam codziennie, co u niej słychać. Nic się nie działo. Ale podlewałam nadal. Aż tu nagle, pewnego dnia:


Przypatrzcie się dobrze.Nic? 
A teraz?:

:)) Widać prawda? To się stało w jakiś tydzień! Ach, jak pięknie obserwuje się te zmiany! A jak dobrze pójdzie, to za jakiś czas moja Gloksynia będzie wyglądała tak (to zdjęcie z lipca):


Następne jest Kalanchoe. W lipcu wyglądało tak:


Było to krótko po tym, jak dostałam tę roślinkę od Bachorków (od nich zawsze dostawałam jakieś kwiaty:) To jest chyba jedyna wada naszego aktualnego trybu - już żadnego nie dostanę, chyba, że wirtualnego:))
Bujnie kwitła, ale gdy zaczęła przekwitać, nie spodziewałam się niczego wielkiego. Miałam już Kalanchoe ze dwa razy i nigdy nie zakwitło ponownie. A zazwyczaj ostatecznie marniało. Ale chyba nie tym razem, bo to zdjęcia sprzed tygodnia i z dzisiejszego poranka:


Nie jest może aż tak gęste, jak było, ale kwitnie ładnie i poszło do góry.

Następnie mamy Cyklamen, czy też Fiołka Alpejskiego. To już mój trzeci. Jeden mi usechł, drugi nie przeżył przeprowadzki, no i chyba go przelałam. Ten na razie ma się całkiem dobrze! I oby tak dalej. 
Ten to dopiero kapryśny jest! Ale przynajmniej szybko można się zorientować, że coś mu dolega. Jak leży, to znaczy, że chce mu się pić! Podam mu wody i dosłownie po godzinie już jest w górze!

 


Później jest Filek (tak sobie nazwaliśmy naszego Storczyka, którego dostaliśmy w prezencie ślubnym) Miał piękne, białe kwiaty (dokładnie takie miałam w bukiecie ślubnym), ale później przekwitł. Bałam się, jak na niego wpłynie przeprowadzka, ale okazało się, że ciągle wypuszczał nowe listki. Jedna Orchidea już mi kiedyś zmarniała i nie tylko nie zakwitła, ale nawet jednego listka nie puściła. Dlatego tak się cieszyłam na każde nowe zielone maleństwo, które pojawiało się przy stożku wzrostu. Filek raz oberwał z karnisza, który mi spadł w poprzednim mieszkaniu (pamiętacie?) i dwa liście się lekko uszkodziły (trochę to widać), ale w zasadzie nie miało to większych konsekwencji.
Kiedy zobaczyłam, że roślina wypuszcza nowy pęd oszalałam ze szczęścia. A jeszcze bardziej zwariowałam, gdy zobaczyłam pąki, a później kwiaty!!! Cóż to była za radość! Ale niestety :( Pewnego dnia, po kąpieli chciałam go wynieść z łazienki i trzymając doniczkę tak jakoś niefortunnie wstałam, że uderzyłam łodyżką w umywalkę. Kwiat się ułamał :( Prawie się popłakałam! Jaki żal! Pomyślicie sobie, że głupia jestem, ale mi naprawdę było przykro. 
Włożyłam kwiaty do wody i trochę jeszcze postały, ale jednak to nie to samo. Teraz nie wiem, ile będę musiała czekać na kolejny biały kwiat i czy w ogóle się doczekam :(


Na pocieszenie mam jeszcze Filka Drugiego. Ten to kwitnie jak szalony bez przerwy od lipca! Ciągle wypuszcza nowe kłącza. 



(A w tej małej czerwonej doniczce pomiędzy Filkiem Pierwszym a Drugim jest właśnie przesadzona Echmea)
Po prawej stronie parapetu stoi sobie Fiołek Afrykański. Strasznie kruchy a jednocześnie bardzo zdeterminowany! Kiepsko zniósł przeprowadzkę z Poznania do Podwarszawia. Musiałyśmy go z mamą przesadzić i podczas tej czynności stracił niemal wszystkie listki. Zostało z pięć. Nie sądziłam, że coś z niego wyrośnie. A on nie dość, że zaczął wypuszczać nowe, to jeszcze zakwitł we wrześniu! Ale wtedy musieliśmy się znowu przeprowadził i te kilka kwiatków szybko opadło. Jednak Afrykańczyk się nie poddawał! Przestawiłam go na inne okno a on pracował, pracował, gęstniał, aż nagle puścił kilka fioletowych oczek :)



Tak oto przedstawia się nasza mała rodzinka :) Pewnie sobie myślicie, że oszalałam, że gadam do tych kwiatków i robię im zdjęcia... Ale to jest naprawdę fascynujące tak patrzeć na nie codziennie i widzieć jak się zmieniają. Pokładać w nich nadzieję a później widzieć, że się spełnia! No bo nie wierzyłam, że moja Śpiąca Gloksynia się zazieleni! Ani, że Filek wypuści kwiaty... A tu proszę, zaskoczyli mnie :)

A w ogóle to jest jeszcze Stefanek! Ale o nim to już dokończę następnym razem!





poniedziałek, 8 października 2012

Grzybowo i nie tylko.

Nie, nie, tym razem nad morze nie wyjeżdżaliśmy :) Wystarczyło do lasu niedaleko Miasteczka! Ale od początku... 

W ubiegłym tygodniu Franek powiedział do mnie: "w weekend mam wolne, co robimy? Jedziemy do Miasteczka?" Bardzo mnie te słowa ucieszyły, bo zdecydowanie planowałam jechać do Miasteczka (bo kolejny wyjazd byłby możliwy dopiero po 28 października, a to dla mnie za długo!) i już się zastanawiałam, jak mam powiedzieć o tym Frankowi :) Bo on do Miasteczka lubi jeździć, ale kiedy ma wolny weekend lubi sobie także posiedzieć w domu (co doskonale rozumiem, bo ja też lubię, tyle, że ja każdy weekend mam wolny). Kiedyś pisałam o tym, że ustaliliśmy, że będziemy do Miasteczka jeździć w jeden z dwóch frankowych wolnych weekendów, ale wiadomo, że w teorii można sobie ustalić wiele, a jak przychodzi co do czego, to praktyka kuleje. Ale nasza nie kuleje jak na razie i oby tak dalej :) Jednak najbardziej podobało mi się to, że Franek sam to zaproponował, dzięki czemu nie miałam poczucia, że cokolwiek na nim wymuszam. Bo on by się na pewno zgodził, żeby jechać ze mną, ale gdyby wyjazd wychodził zawsze z mojej inicjatywy, to bym się zastanawiała nad jego motywacją. A to miłe, że on wie, że to dla mnie ważne, a przede wszystkim, że sam lubi tam jeździć. W ogóle mam wrażenie, że Franek czuje się w Miasteczku coraz swobodniej, co mnie cieszy, bo oczywiście, że wolę jeździć tam z nim, zwłaszcza teraz, jak jesteśmy małżeństwem :) Niby nic się nie zmieniło, ale ten status znaczy naprawdę wiele dla nas. On też stwierdził, że nie będzie mu żona sama jeździła :P Co oczywiście nie oznacza dla mnie totalnego uziemienia, bo różne będą sytuacje i już teraz zanosi się, że na wszystkich świętych będę musiała pojechać sama (a szkoda, bo bardzo chciałam pokazać męża osobom z dalszej rodziny, które nie były na weselu, ale zawiadomienia dostały i z którymi co roku spotykamy się 1 listopada), bo Franek nie dostanie wolnego. Bywa i tak.

Wyjechaliśmy w piątek wieczorem, więc dojechaliśmy tuż przed północą, ale w sobotę już o siódmej się obudziliśmy i zobaczywszy błękitne niebo i piękne słońce postanowiliśmy ostatecznie, że jedziemy! Pojechał jeszcze z nami wujek. Daleko wcale nie musieliśmy jechać - jakieś 15 km, bo lasów ci u nas dostatek, chociaż w pierwszym miejscu było trochę za dużo trawy a za mało mchu, ale drugie miejsce było idealne! Trochę co prawda musieliśmy połazić, ale jak już trafiliśmy na dobre miejsce to dosłownie grzyb na grzybie! Trzy wiadra uzbieraliśmy, więc popołudnie mieliśmy zagospodarowane, bo trzeba było je oczyścić. W dodatku grzyby były naprawdę ładne!

Cieszę się, że udało nam się w tym roku pojechać na grzyby, bo myśleliśmy, że nie damy rady. A ja lubię to chodzenie po lesie i szukanie brązowych kapeluszy (nie mam pojęcia, dlaczego niektórzy na podgrzybki mówią "czarne łebki", przecież one są brązowe!!:)) Gdyby jeszcze nie te pająki... :/ Ale zawsze mam w jednej ręce długiego kija, którym wymachuję kiedy idę, no i uważnie się rozglądam, czy na pewno nie wlezę w żadną sieć. Nie wlazłam :) Ale w lewej ręce mam zakwasy od machania kijem :) A zbieranie to i tak dopiero początek fajnej zabawy, bo później w domu zasiadamy sobie w mniejszym lub większym rodzinnym gronie i czyścimy. No i ten zapach! Najpierw grzybów świeżych a później suszonych. Mmmm :) Tak więc sezon tegoroczny zaliczony :) W ostatniej chwili, ale się liczy.

A wczoraj już wróciliśmy oczywiście do Poznania - przywieźliśmy kolejną porcję prezentów ślubnych. Między innymi lampę, o której wspominałam, kurczę, ale pasuje do naszej wiewióry! To się prezent udał kuzynowi i jego żonie :) Aa, zapomniałam jeszcze, że po drodze zajrzeliśmy na Franowo do Ikei. Jak ja lubię ten sklep! Mogłabym tam chodzić i oglądać, oglądać i chodzić... Kupować rzecz jasna też, ale na szczęście potrafię się opanować zazwyczaj :) Ale wczoraj mieliśmy mało czasu, więc kiedy tylko zwolniłam nieco, żeby popatrzeć na jakąś aranżację, to Franek stwierdził, że jak będziemy się zatrzymywać przy każdych szklankach to będziemy tam nocować :) (kusząca propozycja, ale może innym razem :P) W każdym razie później stwierdził, że musimy kiedyś przyjechać na wycieczkę do Ikei :) I to też jego inicjatywa była. No, trzymam za słowo, bo ja bardzo chętnie :)

A tak w ogóle, jeśli chodzi o wyjazdy do Miasteczka, to ja mam swój interes w tym, żeby Franek jeździł ze mną, bo wtedy prowadzi samochód, a jak wiecie, jest to dla mnie czynność niezmiernie nużąca i cieszę się zawsze, kiedy on jedzie a ja mogę sobie poczytać albo na przykład bloga popisać :) Bo czasami biorę ze sobą kompa (wtedy, gdy jedziemy po ciemku) i piszę w Wordzie notki. I w ogóle lubię z Frankiem samochodem jeździć, bo on tak ma, że jedziemy, jedziemy, a tu ni z tego ni z owego wyskakuje mi z tekstem: "Co Rybo moja kochana, jak ja ciebie kocham, wiesz?" Albo od niedawna: "jak fajnie, że mam taką kochaną żonkę" Nie wiem, dlaczego w samochodzie jest taki wylewny, ale to praktycznie norma, więc nie wnikam, tylko cieszę się takimi wyznaniami ;)

niedziela, 29 lipca 2012

Urlopowe opowieści

Napiszę wreszcie parę słów na temat samego urlopu i pobytu nad morzem, zanim się wszystko całkiem przedawni :)

Oczywiście najbardziej interesowała nas pogoda, ale prognozy nie były dla nas pomyślne, więc choć początkowo zakładaliśmy wyjazd w środę, zdecydowaliśmy się go przesunąć o jeden dzień. I na dobre nam to wyszło, bo przynajmniej kupiliśmy garnitur Frankowi :) W czwartek rano nareszcie wyszło słońce, chociaż w drodze różnie bywało. Wcześniej planowaliśmy noclegi pod namiotem, ale podobnie jak w ubiegłym roku, aura nam nie sprzyjała. Ostatecznie kilka dni przed wyjazdem zadzwoniłam do tego samego miejsca, w którym spaliśmy w zeszłym roku i zarezerwowałam nocleg. Do Grzybowa zajechaliśmy w południe. I od razu zostaliśmy mile zaskoczeni przyjęciem nas przez gospodynię. Rok temu była na początku jakaś gburowata, teraz przez telefon również (właśnie Iza, zapomniałam Cię o tym uprzedzić podczas naszej rozmowy telefonicznej) - a tym razem była bardzo miła i pamiętała nas. Kiedy dowiedziała się, że wkrótce bierzemy ślub pogratulowała nam i zaprosiła na przyszły rok obiecując dobę gratis :)

Ale wracając do samego urlopu - zdążyliśmy się rozpakować i wyszliśmy, żeby przywitać się z morzem, kiedy zaczęło padać :/ I tak padało przez jakiś czas, więc posiedzieliśmy w domku - ja czytałam, Franek spał. Ale po południu niebo sie rozpogodziło, więc wyszliśmy na obiad i spacer. Na wieczór nie mieliśmy żadnych specjalnych planów i ogólnie czuliśmy się trochę zmęczeni, więc poszliśmy szybciej spać, z nadzieją na to, że następny dzień będzie ciepły i słoneczny.
Niestety nie ziściło się - od rana było raczej pochmurno i zdecydowanie zanosiło się na deszcz, więc postanowiliśmy się przejść plażą do Kołobrzegu. To był całkiem dobry pomysł, zwłaszcza, że ostatecznie deszcz nie był bardzo uciążliwy. Wróciliśmy po kilku godzinach i znowu późnym popołudniem pogoda się poprawiła. Jak już wiecie, umożliwiło nam to spędzenie przyjemnego wieczoru na plaży :)

Wiecie również, że od soboty dostałam urodzinowy prezent w postaci słońca! Ponieważ mocno wiało, szybko pobiegliśmy kupić parawan i popędziliśmy na plażę. Spędziliśmy na niej kilka godzin. Popołudnie mieliśmy już zarezerwowane wcześniej, bo przyjechał kuzyn Franka z rodziną. Spędziliśmy razem przyjemny czas, a my ciociowaliśmy i wujkowaliśmy Kubie i Gabrysi :) Nie jest to najgorsza rola, zdecydowanie wolę dzieci, które już coś kumają z tego, co się do nich mówi - a ta dwójka już do tego dojrzała. Kuba nawet na tyle, że opowiadał mi pełnymi zdaniami o tym, jak to koziołek matołek wpadł do wulkanu i pokonał smoko... yyyy smokocoś tam, nie pamiętam :P
A najlepszy numer wywinął, kiedy w niedzielę bawił się z nami w "ciepło-zimno" zakopując moją bransoletkę w piasku. W którymś momencie chował ją dla wujka (Franka). Zakopał ją w jednym miejscu po czym mówi do mnie: "Ciocia to teraz mów wujkowi czy ciepło, czy zimno, a ja idę tam" I gdzieś pobiegł. Nie ma co, potrafi dziecko zorganizować zabawę dorosłym :D

Sobotni wieczór, jak również już wiecie spędziliśmy na plaży obserwując piękny zachód słońca :) A niedziela była pogodna od rana i delektowaliśmy się słońcem prawie do samego wyjazdu. Pozostało nam tylko trochę czasu na obiad i zakup "pamiątek" (ja żelki-smerfy a Franek wędzoną rybę :P). Wyruszyliśmy o 16:30, a po drodze wypatrywaliśmy kościoła, bo w Grzybowie nie zdążyliśmy pójść rano, a potem było nam szkoda rezygnować z ostatnich chwil na plaży. Niestety mieliśmy pecha i kiedy tylko wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości, to okazywało się, że albo msza dopiero za godzinę, albo trwa już od jakiegoś czasu. Jednak wszystko nam sprzyjało i dojechaliśmy do Poznania na tyle szybko, że zdążyliśmy na ostatnią mszę w naszym kościele :) (śmiejemy się, że Panu Bogu zależało na tym, żebyśmy dojechali na czas, bo jeszcze nigdy podróż z nad morza, zwłaszcza w niedzielę, nie zajęła nam mniej niż 4h)

Cóż mogę napisać? Piękne jest nasze morze. Oczywiście pewnie wiecie, że o górach zawsze piszę to samo. Ale nie potrafiłabym wybrać, które miejsce jest piękniejsze, czy lepsze na spędzenie urlopu. Są to tak różne zakątki Polski, że nie potrafiłabym zdecydować. Po coś innego się jedzie nad morze, a po coś innego w góry :) Moim zdaniem są to nasze polskie cuda i mamy szczęście, że tak się nam trafiło w naszym kraju, że możemy się delektować jednym i drugim :)

Ps. Ha! I dobrze tak tym Włochom, którzy powiedzieli, że boją się tylko Rosji, bo Polacy są od nich słabsi. No to macie słabszą drużynę, która wygrywa seta z przewagą 11 pkt! :D

wtorek, 8 maja 2012

ZBZikOWAŁAM

Są takie rzeczy, na które czeka się zawsze długo, mając jednocześnie świadomość, że są chwilowe i na następne ich pojawienie się trzeba będzie znowu długo czekać - na przykład rok. Niektórzy czekają na pierwszy śnieg albo truskawki. Na Wigilię i rocznicę ślubu. Ja czekam między innymi na dzień moich urodzin, święta Bożego Narodzenia, na sezon na słonecznik, czy zielony groszek. I na bez!



Pojawia się zawsze w maju, kiedy wiosna jest już w pełni. Pokazuje się zazwyczaj nagle, oszałamiając swym pięknym zapachem. A gdy już go raz poczuję, nie mogę się od tego zapachu uwolnić, choć to całkiem przyjemna niewola :) Chodzi za mną wszędzie. W dodatku nagle wszędzie dostrzegam w pełni rozkwitnięte fioletowe lub różowe kiście bzu. I zaczynam chorować! Na bez właśnie! Chcę go mieć! Muszę go mieć! Chcę na niego patrzeć i chcę go wdychać.
W tym roku dopadło mnie w piątek, kiedy wracałam późnym popołudniem do Poznania. Prześladował mnie nie tylko ich zapach ale i widok Po drodze mijałam miasta i wioski, pola i łąki, lasy i sady. I co chwilę w oczy rzucał mi się krzew pięknego bzu. Wszyscy mają bez, tylko ja nie mam! -myślałam sobie. I kombinowałam, skąd by tu sobie te kwiaty wytrzasnąć? Kiedy przyjechałam do Poznania, ze zdumieniem spostrzegłam, że przy naszym parkingu rosną trzy bzy! Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Aszzz to sprytne kwiaciory, zakwitnąć wtedy. gdy mnie nie ma...



W każdym razie, w mojej głowie narodził się szatański plan - wysłać Franka ciemną nocą, niech mi utnie trochę! Drzewka niespecjalnie bogate były i być może już z lekka ogołocone przez innych? Plan dojrzewał, a tymczasem w sobotę mieliśmy kilka spraw na głowie i pół Poznania do objechania w celu załatwienia tychże. I wyobraźcie sobie, że dosłownie na każdym kroku widziałam bez! Jak nie rosnący, to stojący w jakimś wazonie! Albo wieziony w koszyku pewnej pani. Albo wniesiony przez inną panią do autobusu! Biedy Franek, który za każdym razem musiał wysłuchiwać moich żali, że JA NIE MAM A ONI TAK!
Kiedy już wszystko było załatwione, pojechaliśmy na działkę do frankowych rodziców. Oprócz nich zastaliśmy tam jeszcze babcię. Siedzieliśmy tam do wieczora, spędzając bardzo przyjemnie czas na piwkowaniu i rozmowie. Było nas pięcioro i pies, więc spokojnie zmieściliśmy się w jeden samochód i Pan Tato po kolei wszystkich odstawiał do domu. Na pierwszy ogień poszła babcia. Wjeżdżamy na babci podwórko, a tam co? BEZ! Nie wytrzymałam i jęknęłam do Franka, że prześladuje mnie dziś ten kwiat, na co Pani Mama odparła, że mogę go sobie zerwać, bo to babci drzewa są! A babcia jeszcze dała mi sekatorek! Moja cierpliwość i jojczenie zostały wynagrodzone! O, proszę bardzo: MAM I JA!



A wiewióra jaka zadowolona! (pamiętacie Wiewiórę? :))





wtorek, 1 maja 2012

Rozpoczęcie sezonu

Jak wiadomo, przełom kwietnia i maja to najlepszy czas na rozpoczynanie różnych sezonów :) Sezon grillowy, sezon letnich ubrań, sezon rowerowy, sezon "opaleniowy", sezon wodny - słowem, sezon wiosenny albo wręcz wiosenno-letni :)
My w ostatni piątek rozpoczęliśmy sezon balkonowy! Po raz pierwszy w tym roku powiesiłam pranie do wyschnięcia na balkonie. Ale to jeszcze nic - nareszcie wieczorem wytargaliśmy fotele i usiedliśmy sobie na nich słuchając muzyki i popijając - ja czerwoną herbatę, Franek piwo. W dodatku byłam już wykąpana - jak to fajnie usiąść sobie na powietrzu w piżamie i wklepywać w siebie różne pachnące kremy. Radio w tle sobie grało, a my rozmawialismy.
Bardzo lubię ten nasz balkon. Nie raz gościłam na nim swoje koleżanki, jeszcze częściej przesiadujemy tam z Frankiem. A najczęściej siadam sama w fotelu i czytam lub się opalam (to w części porannej dnia, bo balkon wychodzi nam na wschód) W zeszłym roku na balkonie właśnie uczyłam się do egzaminów na podyplomówce. Świeże powietrze jednak dobrze działa na człowieka.
Przełom kwietnia i maja to również otwarcie sezonu działkowego. I nie mam na myśli prac ziemnych ;) bo te mnie nie dotyczą z racji tego, że swojego kawałka gruntu nie posiadam. Mogę co najwyżej pomagać w tych pracach, ale prawda jest taka, że najczęściej na działce moich lub Franka rodziców zjawiam się w weekend, w celach rekreacyjno-wypoczynkowych. (chociaż dzisiaj zdaje się jest jakiś kawałek do wyplewienia ;))
Oj jak ja lubię się tak na leżaczku wyłożyć w słońcu. Błogo mi wtedy - zwłaszcza, gdy wokół cisza i słychać tylko ptaki, owady i szum drzew.
Nigdy nie marzyłam o własnym domu, wręcz przeciwnie - nigdy nie chciałam i nie chcę mieszkać w domu i jedynie mieszkanie biorę pod uwagę. Ale zdecydowanie chciałabym mieć działkę, taki zielony kawałek, do którego mogłabym pojechać na weekend albo w słoneczne popołudnie (chociaż przy moich godzinach pracy to raczej nierealne) i delektować się świeżym powietrzem, słońcem, atmosferą...

A tymczasem korzystam z działki w Miasteczku. Tak mi się fajnie złożyło, że calutki tydzień mam wolny od pracy, wystarczy, że jestem pod służbowym komputerem. Franek niestety pracuje, więc żeby uniknąć samotnego siedzienia w poznańskim domu, wyjechałam. Codziennie biorę książkę, leżak i psa i korzystam na działce z tej pięknej majowej pogody, której natura nam przez kilka ostatni lat skąpiła! Wracam w piątek, kiedy to Franek będzie rozpoczynał swój wolny (choć już nie długi) weekend. I wtedy zdaje się skorzystamy z dobrodziejstw działki jego rodziców. A jak nie wyjdzie... to przecież mamy jeszcze mój ulubiony balkon! :)

piątek, 22 kwietnia 2011

A wiosna przyszła pieszo…

No i jak to się stało, że mamy już piątek?? Przecież dopiero co w poniedziałek notkę pisałam i już zaraz miałam napisać kolejną, a tu tydzień prawie się kończy :)
I miało być znowu o pracy i o tym co tam robię, w końcu od dawna tę notkę obiecuję, ale jakoś się tak zrobiło wiosennie i świątecznie, że aż mi ta tematyka nie pasuje chwilowo, więc ją nieco w czasie przesunę. Zwłaszcza, ze dziś mam niby-wolne i nadaję już z Miasteczka :) A niby-wolne dlatego, że po prostu wszystkie magazyny u nas pozamykane, większość biur także więc Warszawa powiedziała, że nie muszę siedzieć w biurze a żebym tylko wzięła służbowego kompa i była pod mailem i telefonem przez parę godzin. Zrobiłam raport, laptop sobie włączony cicho w kącie siedział i tak wyglądał mój dzień w pracy. Całe szczęście, że nie musiałam ośmiu godzin siedzieć w pustym biurowcu.
A tymczasem – czy wiecie, że kończy się nam już kwiecień? :) Bo ja się dopiero zorientowałam i przyznać muszę, że nieco mnie to zszokowało. Czas pędzi mi już dość szybko od jakiegoś czasu, ale to co się dzieje w tym roku, to już przechodzi moje pojęcie. Nie wiem jak to się dzieje i co ja robię, że nawet nie zauważam upływu tych dni, ale chyba po prostu żyję intensywnie.
I co roku mam ten sam problem, który powtórzył się i teraz – znowu przegapiłam wiosnę! Zawsze chcę ją gdzieś przydybać jak się skrada, jak dopiero zaczyna zostawiać pierwsze ślady, a ona zawsze jest sprytniejsza i co roku jest to samo. Spoglądam nagle któregoś dnia na drzewo czy jakiś krzew i… ono już się zielone robi! Już jakieś pączki pierwsze wypuszcza… Patrzę więc w drugą stronę i zastanawiam się – kiedy ta trawka zaczęła tu rosnąć? :) I znowu postanawiam sobie, że w przyszłym roku to już na pewno będę z lupą wyglądać pierwszych pąków na drzewach. Taaa… :)

Kocham taką pogodę, jaką mamy ostatnio. Uwielbiam wiosnę, lato mogłoby nawet nie przychodzić, jeśli wiosna wyglądałaby cały czas tak, jak teraz… :) Okres od maja do października to zawsze dla mnie najlepszy czas, tylko dlaczego zawsze ta połowa roku mija dużo szybciej niż ta od listopada do kwietnia? :D Kolejna z serii nierozwiązywalnych zagadek świata… :)
***

Naplotkowała sosna,
że już się zbliża wiosna,
Kret skrzywił się ponuro:
-Przyjedzie pewno furą…
Jeż się najeżył srodze:
raczej na hulajnodze.
Wąż syknął – Ja nie wierzę ,
przyjedzie na rowerze.
Kos gwizdnął: Wiem coś o tym,
przyleci samolotem.
Skąd znowu – rzekła sroka -
ja jej nie spuszczam z oka
i w zeszłym roku w maju
widziałam ją w tramwaju.
-Nieprawda! Wiosna zwykle
przyjeżdża motocyklem!
-A ja wam to udowodnię,
że właśnie samochodem,
-Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?
Oświadczyć mogę krótko,
że płynie własną łódką!

A wiosna przyszła pieszo.
Już kwiaty z nią się spieszą,
już trawy przed nią rosną
i szumią: – Witaj wiosno!
Jan Brzechwa