*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą się kłócimy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą się kłócimy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2015

Skórzana, choć w nienajlepszym wydaniu.

Zastanawiam się, jak ugryźć tę notkę, aby precyzyjnie wyrazić swoje uczucia a także rzetelnie przedstawić sytuację. I dochodzę do wniosku, że chyba i tak się nie da. Ale chociaż spróbuję napisać tak, żeby nie podlukrować z jednej strony, a z drugiej (i to chyba ważniejsze), aby nie wyolbrzymić problemu i nie przesadzić z dramatyzmem sytuacji...

Trzy lata po ślubie... Wydawałoby się, że ta rocznica będzie dla nas wyjątkowo szczęśliwa. Nasza rodzina się powiększyła, pojawił się owoc naszego małżeństwa a my oprócz roli małżonków dostaliśmy jeszcze rolę rodziców. I oczywiście nie umniejszam tego szczęścia, jakim jest dla nas Wiking. Ale jeśli chodzi o nas dwoje i o naszą relację, to niestety mam wrażenie, że trochę się pogubiliśmy.

Nie jest tak, że cały czas jest źle, oczywiście, że tak ogólnie rzecz biorąc jest w porządku i mamy też wiele bardzo przyjemnych, szczęśliwych chwil. Ale rzecz w tym, że nie ma już takiej sielanki, jaka nam towarzyszyła przez ostatnie cztery, pięć lat. Chwilami mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli do tego trudnego dla nas roku 2009 (tym bardziej, że właśnie skończyłam przenosić ten rok do archiwum, więc wspomnienia w miarę świeże), kiedy to nasz związek był bardzo emocjonalny i próbowaliśmy się uporać z kryzysem, co zresztą nam się przecież udało. Rzecz jasna teraz jest inaczej, bo jesteśmy małżeństwem i nawet kryzys ma inne oblicze, jakieś takie mniej wyraziste i trudno nawet stwierdzić, czy on naprawdę istnieje (bo zdania są podzielone :)). 
Oczywiście, że jest mi przykro z tego powodu. Chciałabym, abyśmy byli małżeństwem idealnym, wiecznie szczęśliwym, bez trudnych momentów. Ale coś szwankuje i nie bardzo potrafię znaleźć przyczynę. Być może chodzi o to, że jesteśmy już zwyczajnie zmęczeni tym, że ciągle wiele rzeczy nie układa nam się tak, abyśmy mogli wreszcie poczuć bezpieczną stabilizację. Może męczy nas ciągła świadomość tego, że wisi nad nami widmo podejmowania kolejnych bardzo ważnych życiowych decyzji, które wcale nie są jednoznaczne. Wreszcie - może po prostu trochę pogubiliśmy się w tej nowej życiowej sytuacji, jaką było pojawienie się dziecka, które siłą rzeczy zburzyło wcześniejszą harmonię. 
Tak, jak ostatnio pisałam, dziecko nie było w naszym wypadku czymś tak bardzo upragnionym, czego brakowało nam do szczęścia. Było ono nowym elementem naszej codzienności, którą musieliśmy trochę przemeblować dla niego. Być może właśnie byłoby łatwiej, gdyby Wiking stał się dla nas, dla mnie (bo właściwie powinnam przecież pisać za siebie) centrum świata. Kocham go, to oczywiste, ale nie jest to taka miłość, która przesłoniła mi całą resztę. Dla mnie zawsze bardzo ważne było małżeństwo jako związek dwojga. Istotne były dla mnie te magiczne momenty, których można doświadczyć tylko we dwoje. Pewnie, że teraz we trójkę doświadczamy innego rodzaju szczęśliwych chwil, ale to jednak nie jest to samo i akurat mnie doskwiera to, że nie może być tak jak dawniej. Bo nie może, nie oszukujmy się. I wiedziałam o tym od samego początku, chociaż liczyłam na to, że jednak nie będę tego aż tak przeżywać :)
Trudna codzienność jednak zrobiła swoje. Jesteśmy zmęczeni oboje. Tyle, że ja zawsze sobie ze zmęczeniem radziłam lepiej niż Franek. On teraz jest po pracy zmęczony tak samo jak był rok temu. Tylko, że rok temu miał więcej czasu i możliwości na regenerację. Teraz zawsze w domu jest coś do zrobienia. A kiedy już może się położyć i odpocząć, to ja się czepiam. 
Tak, przyznaję się otwarcie do tego, że się czepiam, ale zrozumcie też mnie - jestem cały dzień sama w domu z Wikingiem. Czekam z utęsknieniem na powrót męża z pracy, wcale nie po to, żeby zajął się Wikingiem i żebym miała święty spokój, tylko po to, żebyśmy spędzili razem czas, porozmawiali... A tymczasem on musi się położyć (po tym, jak zrobi obiad na przykład albo coś posprząta, bo taki się u nas dokonał podział obowiązków). Oczywiście umożliwiam mu to i na przykład zabieram Wikinga na spacer. Nie jest tak, że nie rozumiem jego potrzeby odpoczynku, ale po prostu dla mnie to trochę za długo no i właśnie mam tę potrzebę, abyśmy spędzili popołudnie razem.
Uwielbiam momenty, kiedy jesteśmy we trójkę w jednym pokoju, Franek nawet sobie może leżeć i drzemać, ale jest już zupełnie inaczej niż kiedy idzie spać do sypialni (a jednak, żeby odpocząć porządnie to woli się tam przespać). Albo kiedy coś robimy - może to być nawet sprzątanie :) Już ostatnio Wam pisałam, że Wiking bardzo lubi, kiedy się krzątamy po domu a on może chodzić za nami i się przyglądać.
W pewnym momencie bardzo zaczyna mi brakować swego rodzaju duchowej bliskości. Zawsze tak było, zawsze nadchodził taki moment, kiedy czułam, że coś jest nie do końca tak, jakbym chciała. Ale wtedy zazwyczaj wystarczał jeden wspólny weekend albo nawet dzień - spędzony na relaksie we własnym sosie, na beztroskim wypadzie do miasta i już baterie naszego związku się ładowały i wracała sielanka. Teraz po prostu nie ma takiej możliwości. Na co dzień wspólne mamy tylko wieczory - bardzo krótkie, bo chodzimy wcześniej spać ze względu na to, że wcześnie wstajemy. Są to zwykle jakieś dwie godziny. I choć często coś wtedy razem oglądamy albo - jak ostatnio - gramy, oczywistym jest, że czasami każde z nas chce je spożytkować na jakiejś swojej przyjemności. Dlatego nie mam pretensji, kiedy np. Franek chce sobie wieczorem pograć na komputerze, bo wiem, że czasami nie ma na to czasu przez kilka dni z rzędu a dla niego to taka sama przyjemność jak dla mnie czytanie albo blogowanie. Ja zresztą też czasami czekam na wieczór, bo chcę zrobić coś dla siebie, na co czekałam przez cały dzień.

Kiedy Franek ma wolny dzień, zazwyczaj od razu robi się między nami lepiej. Właśnie dlatego, że spędzamy ten czas rodzinnie. Wychodzimy na spacery, jeździmy na wycieczki, razem ogarniamy mieszkanie. Mamy czas na rozmowę i wtedy zwykle jest dobrze. Problem w tym, że te nasze baterie chyba się zużyły i mają jakąś krótszą wytrzymałość niż kiedyś, bo ta sielskość nie wystarcza na dłużej. Kiedyś najczęściej sielanka była codziennością, złe chwile momentami. Teraz codzienność jest po prostu codziennością, a momenty już bywają zarówno sielskie jak i złe... 

Problemem jest to, że trudno o tym rozmawiać, ponieważ Franek generalnie nie widzi tego co ja. Pewnie kłania się tutaj znowu różnica w postrzeganiu. Dla niego to wszystko jest chyba dużo mniej skomplikowane i sprowadza się do tego - jestem zmęczony, to zwykle jestem zły, daj więc mi lepiej spokój. Mam wolne, jestem wypoczęty - mam dobry humor, kochanie! Otóż to. Bo ja się przyznałam do tego, że się czepiam, ale Franek bez winy nie jest, bo rzecz w tym, że tak jak pisałam ostatnio, to jaki on ma nastrój bardzo się na mnie odbija. Niestety kiedy Franek jest zmęczony i w złym humorze to często chodzi wściekły i choć czasami nawet tego nie zauważa, odzywa się do mnie nieuprzejmie. Mnie to boli, mówię mu żeby tak się nie odzywał, a on się wkurza jeszcze bardziej, bo mówi, że mi się zdaje i przesadzam. To samo zresztą mówi, kiedy ma dobry dzień i ja (nauczona doświadczeniem wiem, że czasami lepiej z rozmową poczekać na jego lepszy nastrój) skarżę się na to, co było. On zawsze podkreśla, że mi się wydaje i mówi normalnie. Tymczasem ja czuję co innego. I nie wiem, jak to rozwiązać. Czasami zdarza mu się naprawdę przesadzić, ale wtedy zawsze przeprasza, to muszę mu przyznać. Nawet z kwiatkiem. I nawet na kolanach za jakąś głupią odzywkę... Niestety na dłuższą metę nie rozwiązuje to problemu.

Wydaje mi się, że znowu problemem może być to, o czym ostatnimi czasy tak dużo tu piszę. Czyli moje podejście, moje oczekiwania, mój perfekcjonizm i moje wysokie wymagania. Względem siebie, względem dziecka, względem męża, względem codzienności i życia w ogóle. Znowu może być tak, że inna na moim miejscu machnęłaby ręką na zły humor faceta i cieszyłaby się, że tyle robi w domu. Nie chce gadać? Niech nie gada, zajmę się swoimi sprawami, w końcu mu przejdzie... Ja też wiem, że Frankowi przejdzie i też się zajmuję swoimi sprawami, ale jednocześnie jest mi przykro i nie chcę, żeby tak było. Wiem, że pod wieloma względami mam w domu skarb - gotuje, sprząta, pamięta o mnie, zresztą przecież wiecie jak jest, bo często o tym piszę. Kiedy nieraz słyszę o jakimś facecie, mężu/chłopaku koleżanek lub znajomych to ręce załamuję i myślę sobie, że w życiu nie chciałabym mieć takiego chłopa. A jednak one są z nim bardzo szczęśliwe i wcale nie przeszkadza im to, co dla mnie byłoby bardzo uciążliwe. Dlatego próbuję sama sobie uzmysłowić, jak wiele mam. Ale jednocześnie czasami tak bardzo doskwiera mi to, o czym napisałam powyżej...
Wiem doskonale, że mogłoby się nam układać dużo lepiej, gdybym odpuściła. Nie czepiała się tego i tamtego. Odpuściła focha na to, że Franek w wieczór poprzedzający dzień wolny zasnął przed telewizorem a nie w sypialni, nie narzekała na piwo, które sobie tego wieczoru wypije. Gdybym po prostu czasami się zamknęła. Ale to nie w moim stylu po prostu. Mam udawać, że nie denerwuje mnie coś, co mnie denerwuje...? Z drugiej strony wiem też doskonale, że mogłoby się nam układać lepiej, gdyby Franek chodził mniej wkurzony, mniej zmęczony itp... I koło w pewnym sensie się zamyka.

Miało być o naszym małżeństwie, a znowu wyszło sporo o mnie - ostatnio się robię bardzo egocentryczna :D W każdym razie, podsumowując - nie chodzi o to, że jest bardzo źle. Raczej o to, że nie jest tak pięknie jak kiedyś. Że te piękne są tylko momenty, a nie całe dni i tygodnie. Tęsknię za tym i przez to wydaje mi się, że nie jest dobrze. Dochodzi do tego poczucie osamotnienia  i niezaspokojona potrzeba tej duchowej bliskości, o której wspomniałam. Z naszej dwójki to ja mam poczucie, że coś jest nie w porządku, to mnie czegoś brakuje i to ja chcę coś naprawiać. I sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony dobrze, bo może być tak, że obiektywnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem fajną parą, która przechodzi przez normalne etapy i która miewa normalne gorsze dni jak każda inna. Z drugiej źle, bo skoro tylko ja widzę problem, który naprawić można jedynie we dwójkę, to jak tego dokonać?

No i taka jest ta nasza trzecia rocznica. Pełna refleksji i przemyśleń. Zadowolenia z jednej, niedosytu z drugiej strony. Wiem, że oboje nadal chcemy ze sobą być i że problemem nie są wzajemne uczucia bądź ich brak. Możliwe, że po prostu rozmijamy się z oczekiwaniami...

Trudno pisać tego rodzaju notki, bo zawsze jest obawa, że zostanie ona źle odebrana. Nie chciałam się tu skarżyć na męża. Nie chciałam go też wybielać. To samo zresztą dotyczy mojej osoby. Nie oczekuję też rad, bo przecież tak naprawdę i tak nie wiecie jak jest, bo żadne słowa nie oddadzą pełni tego, co się dzieje u nas na co dzień, zwłaszcza, że sama wiem, że to wszystko nie jest jednoznaczne. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz - nie chciałabym, żeby zostało to odczytane tak, że pojawienie się Wikinga wszystko nam zepsuło. Nie, absolutnie. Czas ciąży był pięknym czasem dla naszego małżeństwa, pierwszy miesiąc z Wikusiem również taki był a i kolejne miesiące codziennie przynoszą nam kolejne powody do radości. Jasne, że dziecko wiele zmieniło w naszym życiu, ale na pewno nie jest bezpośrednią przyczyną tego, jak się między nami układa, bo to jest tylko i wyłącznie zależne od naszej dwójki i tego, jak sobie będziemy radzić ze wszystkimi okolicznościami.

Ufff, napisałam :) Jest mi lepiej, bo chciałam się wygadać i - znowu - poukładać sobie wszystko w głowie. Chciałabym bardzo, żebyśmy sobie z tym kryzysem-niekryzysem poradzili, żeby wróciło dawne poczucie spełnienia w małżeńskiej miłości. Żeby wszystko szło w dobrą stronę... Ale nie wiem, jak będzie wyglądała ta notka za rok. Nie jest łatwo pisać o czymś takim, bo nikt, a osoby tak ambitne jak ja w szczególności, nie lubi się przyznawać do jakiejś porażki czy też do tego, że nie jest cudownie. Ale z drugiej strony ciągle liczę na to, że wszystko wróci. Taka jest prawda, którą uświadamiam sobie w tych naprawdę trudnych chwilach.. Że czegokolwiek bym Frankowi nie powiedziała, zawsze ma to jeden cel - chcę, żebyśmy byli dalej szczęśliwi razem, nie osobno.

Tymczasem jutro przyjeżdżają moi rodzice. Na pewno zajmą się przez jakiś czas Wikusiem, podczas gdy my gdzieś razem wyjdziemy, bo od początku taki był bezpośredni cel ich wizyty. Zobaczymy, co nam ten weekend przyniesie.

wtorek, 6 lipca 2010

Krótkie wyjasnienie.

Nasze kłótnie to chyba na osobną notkę zasługują ;) Teraz to już sama nie wiem,  czy to było istotne, czy nie. Ale naprawdę się wkurzyłam i uważam, że miałam do tego prawo. Nie będę tu pisać o szczegółach, bo to nie ma sensu – i tak dla niektórych byłaby to niewarta ani jednego słowa błahostka a dla innych sprawa bardzo poważna, dająca nawet podstawę do zakończenia związku jakby ją trochę rozdmuchać :) 
 
 Oczywiście jak zwykle zaczęło się przez telefon :) Ponieważ nade wszystko wkurza mnie, kiedy Franek nie odbiera, jak już w końcu zadzwonił byłam już wzburzona. Do tego doszła kolejna pretensja, jego ton i poszło. Potem do mnie przyszedł i położył się na drugim łóżku. Byłam nadal wściekła. W poniedziałek też mi nie przeszło – i jemu chyba też nie, bo jak rozmawiał ze mną przez telefon to miał focha. Ja naprawdę myślałam w danej chwili to, co napisałam. Wróciłam z pracy i miałam nadzieję na „pojednanie”, ale zadzwoniłam i zaczęłam od czepiania się jeszcze innej rzeczy (świadomie) na co Franek rzucił słuchawką. Ja w ryk – spowodowany wściekłością. Bo nie wiedziałam co mam robić. Miałam się wyprowadzić a wcale nie miałam na to ochoty. A już absolutnie nie miałam ochoty jechać gdziekolwiek z Frankiem. Napisałam to, co napisałam, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, kliknęłam „zapisz szkic” (czyli „publikuj” :))  i poszłam otworzyć. A tam Franek. Wparował z uśmiechem, pełen energii, zaczął mnie całować, pocieszać, przepraszać i mówić jak się cieszy, bo zaraz się wyprowadzamy i będziemy mieszkać we dwoje. (A podobno to kobieta zmienną jest:)) No i na zgodę przyniósł… kotleta :D
I co miałam robić? No śmiać się zaczęłam. Potem jeszcze niby naburmuszona byłam, coś tam fukałam od czasu do czasu, ale on był niezrażony. No i mi przeszło.
Tak, ja wiem, że to wszystko brzmi niepoważnie. Ale tacy już jesteśmy nie poważni. Po prostu kiedy się kłócimy, mamy w sobie tyle emocji, że wybuch jest niekontrolowany. Potem powoli wszystko opada i ostatecznie jakoś się dogadujemy. Nie wiem czy kiedykolwiek się zmienimy :)

Chaotyczna ta notka, ale nadal nie mam na nic czasu. Wczoraj przyjechaliśmy późno i starczyło nam czasu tylko na to, żeby wyszukać szczoteczki do zębów, które znajdowały się gdzieś między ziemniakami a żelazkiem ;) Dzisiaj całe popołudnie próbowałam ogarnąć cały bałagan. Teraz przynajmniej już się nie czuję jakbym była na bazarze (torby różnego rodzaju wypełnione po brzegi zajęły nam cały jeden pokój;)) no i w kuchni jest trochę więcej miejsca na zrobienie kanapki niż 2 cm kwadratowe ;)
Ps. Odpowiedzi na komentarze pod ostatnimi notkami możecie spodziewać się jutro.


Dopisek 07.07 godz 12:00
UWAGA! NA PEWNO WIELE Z WAS BARDZO ZAINTERESUJE WIADOMOŚĆ, KTÓRĄ PRZED 5 MINUTAMI DOSTAŁAM OD IZY – URODZIŁA :) PISZE, ŻE BYŁO CIĘŻKO A PATRYŚ WAŻY 4 KG. ALE SMSY SĄ BARDZO RADOSNE, WIĘC NAWET JEŚLI JEST ZMĘCZONA, TO PRZEDE WSZYSTKIM SZCZĘŚLIWA :)
GRATULUJĘ!!!
Na pytanie, czy Patryk zdrowy a Krzyś przeszczęśliwy odpisała mi: „Tak, wytyka język i bawi się w inkubatorze :D A Krzychu jak naćpany:D” 
:D:D:D

poniedziałek, 5 lipca 2010

Się porobiło.

Ojojoj, ale się porobiło. Wiecie jak się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam taką ilość komentarzy pod notką, której nie opublikowałam???A w zasadzie myślałam, że nie opublikowałam.
Tak, notka była pisana pod wpływem emocji. Jutro wszystko wyjaśnię. Teraz powiem tylko, że przez pomyłkę kliknęłam „publikuj” zamiast „zapisz szkic” – i tym sposobem przeczytałyście niedokończoną notkę. Ale może to i dobrze, przynajmniej naturalna była ;) W każdym razie potem zostałam odcięta od internetu na dobre i zajęłam się przewożeniem rzeczy.
Od godziny jestem na nowym mieszkaniu. Otóż nie pozabijaliśmy się jeszcze. I NAWET, wyobraźcie sobie, będziemy spać w jednym łóżku :)
Nie jest źle, internet już mam i to nawet hula jak ta lala.

!!!

Nie będę mówić, że zapeszyłam :) Nie, bo to nie chodzio to, że zły los się na mnie wypiął, bo za bardzo go pochwaliłam. Ale dzisiajsię nie czuję szczęśliwa i mam o to ogromny żal to tego którego imienia niechce mi się wymawiać a zaczyna się na Ef. Zepsuł mi radość życia wczorajwieczorem i dzisiaj jestem niesamowicie wściekła. No i zaliczyłam już ze trzyrazy rozryczkę w biurze. Jak to dobrze, że nikt akurat mi nie wlazł.
Dzisiaj ostatnia faza przeprowadzki i nie wyobrażam sobie tego. Że nibynajszczęśliwszy dzień w życiu i takie tam? Dobre sobie. Chyba się na czarnoubiorę :/ My się tam do końca lipca pozabijamy. Oto tak właśnie przepowiadam.Nie ma już odwrotu, więc dobrze, pojadę tam, przewiozę resztę swoich rzeczy apotem się zobaczy. Chociaż nie powiem, już mi chodziło po głowie szukanienoclegu na dzisiejszą noc. Ciekawe jak będzie wyglądał nasz pierwszy wieczór wewspólnym mieszkaniu. Jedno jest pewne, romantycznej kolacji nie będzie.
Dla wielu z Was to z pewnością nie do pomyślenia. Cóż, idealnym związkiemnigdy nie będziemy. A w tej chwili jestem tak naładowana negatywnymi emocjami,że zastanawiam się, czy przypadkiem nie zamieniam współlokatorki na współlokatora po prostu. I to takiego, z którym się absolutnie nie dogadam.
Klamka zapadła a ja obawiam się, że popełniłam największy błąd swojego życia. A nie, przepraszam, największy to popełniłam cztery lata temu kiedy mi się wydawało, że ten osobnik

czwartek, 24 czerwca 2010

Miły początek złego dnia.

Ciąg dalszy moich rozważań na temat ustępowania, szacunku i takich tam przesuwa się w czasie gdyż, bo, ponieważ mam dzisiaj podły nastrój :(

A miało być tak pięknie… Obudziłam się dzisiaj o 5:40 i pierwsze co zrobiłam, to sięgnęłam po komórkę, żeby wyłączyć budzik. A tam sms, na mnie czekał. W dodatku otrzymany ledwie pięć minut wcześniej. Kiedy go przeczytałam, oczy przecierałam ze zdumienia, bo myślałam, że jeszcze śnię. Franek taki romantyczny nie jest. Nie jest też taki wylewny a napisał mi – tak w skrócie – że: pragnie ze mną żyć, mieszkać, być, że chce dla mnie sprzątać i chodzić mi po bułki a na koniec dodał „daj mi tę radość aniele i nie martw się tym co będzie tylko też mnie kochaj takiego jakim jestem, bo ja już od dawna Cię kocham”
To była piękna pobudka. Od razu chce się żyć. 

I nie wiem jak to się mogło stać, że się pokłóciliśmy :( Normalna rozmowa, potem jeden wyrzut, nie taka odpowiedź, coś poszło nie tak, plan był inny, nie takie słowo, rzuciłam telefonem. Potem już nie odbierał. I nie wiem, czy nie wziął telefonu, czy nie chce ze mną gadać, nie wiem, czy pojechał tam gdzie miał być, czy wypiął się na wszystko i siedzi w domu udając, że nie słyszy telefonu.
A miało być tak pięknie. Ryczeć mi się chce i tyle.

środa, 21 października 2009

Coś więcej niż kryzys.

Hmm, co właściwie napisać? Na ten temat nie miałam pisać nic. Ale trudno pominąć milczeniem coś, co stanowi jedną z najważniejszych części mojego życia. Ale nie wiem co napisać. Nie wiem co sądzić. Nie wiem co będzie dalej. Trudno to nawet nazwać kryzysem. Bo nie wiem, czy to  nie coś więcej.
Można powiedzieć, że problem tkwi we mnie, bo pewnie, gdybym przeszła nad tym do porządku dziennego i olała sprawę, wszystko byłoby ok. Taki już właśnie jest Franek. On myśli, że to, że będziemy razem jest najoczywistszą z oczywistości i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nieważne są inne sprawy, nieważne są kłótnie, nieważne są jego czy moje (choć częściej jego) wybryki. A ja tak tego nie widzę. Bo choć wydaje mi się przesądzone to, że będziemy razem, nie umiem zaakceptować niektórych rzeczy. Nie umiem tego olać. Nie umiem odpuścić. Poczułam się bardzo zraniona, oszukana i zignorowana. A najgorsze jest to, że on oczywiście nie widzi nic złego  w swoim postępowaniu. To ja jestem ta zła, bo się czepiam. I nie odbieram telefonu.
Zawsze jestem zwolenniczką rozmów. Ale wczoraj rzeczywiście nie chciałam rozmawiać. Nie chciałam, żeby mnie zaraz udobruchał. Chciałam, żeby wiedział, że coś jest nie tak. Z jednej strony cieszyłam się, że jednak dzwoni. Z drugiej nie chciałam mieć z nim kontaktu. Długo tak nie umiem wytrzymać. Na smsa z zapytaniem, czy się dobrze bawię, odpisałam, że wcale. I że porozmawiamy dzisiaj. Dzisiaj rozmawiałam tylko chwilę. O godzinie, która dla mnie jest już zaawansowanym porankiem, dla niego środkiem nocy. Nie, to nawet nie była rozmowa. Raczej badanie gruntu. Ale niewiele z niego wyniknęło i nie wiem, co będzie dalej.
Po czym poznaję, że to poważna sprawa? Bo nie płaczę. Ja jestem beksa i ryczę prawie codziennie. Każda głupota jest w stanie doprowadzić mnie do łez. A kiedy mam poważne zmartwienie coś mnie zatyka. Łzy, nawet jeśli się pojawią, szybko znikają…

czwartek, 27 sierpnia 2009

Słodko-gorzko-słodko.

Franek ostatnio jest bardzo przymilny. Już od dłuższego czasu się stara. W poniedziałek zabrał mnie na spacer. O fajnym spacerze marudziłam mu przez kilka dni i w końcu przyjechał po mnie do pracy. Zarządził szybkie zjedzenie obiadu i kazał wsiadać do samochodu. Franek lubi mi robić niespodzianki. Tylko że ja domyślna małpa jestem. Jakiś ósmy zmysł czy coś. Zawsze się domyślę :P I zgadłam, ze zabiera mnie nad jezioro pod Poznań. Skrzywiłam się, bo jak już wspomniałam, byłam po pracy, więc ubrana byłam po roboczemu. To jest na nogach na przykład miałam czółenka. A tu Franuś z cwaną miną wyciąga moje buty sportowe, które zgarnął z domu przed wyjściem. Pomyślał o wszystkim ;). No, może o krótkich spodenkach zapomniał, ale aż tak ciepło nie było, więc nie musiałam się przebierać. Spędziliśmy miły dzień. I do tego momentu było słodko.
Już się kładliśmy spać prawie, kiedy zrobiło się gorzko. Pokłóciliśmy się o jakąś totalną głupotę. Oczywiście oboje jesteśmy wybuchowi, więc się zrobiła afera z tego. Ja krzyknęłam, on się obraził. W końcu ubrał sie i poszedł do sklepu. Powiedział, że zaraz wróci. Za pięć minut zadzwoniłam, że chcę iść spać. On na to, że już idzie. A ja mu na to, ze nie będę czekać i że lepiej niech nie przychodzi. Oczywiście obraził się jeszcze bardziej. A ja poszłam spać. Zasnęłam nawet na pół godziny, ale potem się obudziłam i nie mogłam z powrotem zasnąć. Denerwowałam się, co on robi i czekałam, czy może jednak przyjdzie. Wyobraźcie sobie, ze o północy wstałam i zaczęłam zmywać naczynia, pozamiatałam, umyłam podłogi… Szkoda mi było leżeć w łóżku i się denerwować. W końcu schowałam dumę do kieszeni i zadzwoniłam. On oczywiście nie chciał odebrać. Ale znam go dobrze. Ubrałam się i wyszłam. Tak jak przypuszczałam znalazłam go na pobliskiej ławeczce, siedział z piwkiem i kolegami. Żebyście mnie widziały w tym bojowym nastroju. Tylko wałka mi brakowało, wiecie tego do ciasta. Grzecznie z kolegami się przywitałam i wzięłam go na stronę. No ale potem to już mi bojowość opadła i tylko ryczeć zaczęłam. Franek też zmiękł. Powiedział, że przyjdzie za jakiś czas. Przyszedł. Już było w miarę ok. Miałam obawy, co sobie o mnie koledzy pomyślą, ale podobno sami go już do domu odprawiali. Zresztą nie moge nic złego na nich powiedzieć, oni zawsze są w stosunku do mnie życzliwi, a jak mamy jakieś spięcie, to zawsze stoją po mojej stronie. Ale nockę miałam z głowy. I nastrój dnia następnego też.. Dlatego właśnie miało być gorzko.
Ale już wczoraj znowu było miło. Znowu mnie Franek zabrał na spacer. I nawet loda mi kupił :P Ech widzicie, bo my moglibyśmy się obejść bez większości tych kłótni, gdyby nie to, że oboje tacy wybuchowi jesteśmy…
Grunt, że notka jednak kończy się słodko. A jeszcze bardziej posłodzę chwaląc się tym, że uwaga, uwaga, mam już napisaną całą stronę i pięc linijek mojej pracy magisterskiej. Dobra, wiem, kropla w morzu, ale ja jestem prawie w euforii, bo myślałam już, że nic nie napiszę. A jak będę tak po troszku, to może do lutego się wyrobię?

sobota, 9 maja 2009

Na wojennej ścieżce...

Zimna wojna między mną i Frankiem. Od piątku. Nie było awantury, krzyków, nic. Tylko się nie widzimy i komunikujemy się jedynie przez smsy, no, raz telefonicznie. Można powiedzieć, że wojnę wypowiedziałam ja, ale wkurzyłam się na niego i straciłam cierpliwość.
Zaczęło się przedwczoraj wieczorem. Pracowaliśmy oboje dość długo. Przez telefon wstępnie umówiliśmy się, że wieczór spędzimy razem. Wieczorem zdzwoniliśmy się. Franek właśnie wracał z pracy i powiedział, że idzie do domu. Nie zapytał mnie czy przyjdę do niego, ale „co dalej”. Ponieważ w piątki wieczorem zazwyczaj nic mi się nie chce, a zwłaszcza myśleć, odpowiedziałam apatycznie, że nie wiem. Nasza rozmowa w ogóle była apatyczna i polegała na podkreślaniu jak bardzo nam się nic nie chce a ponieważ Franek był w drodze, szybko ją skończyliśmy. Ale właściwie byłam skłonna ruszyć tyłek i się przytulić do Franka u niego na wyrku. Zadzwoniłam dosłownie za momencik i powiedziałam, że idę. A on mi na to, że się już umówił !!!!! Strasznie mi się przykro zrobiło, ale przede wszystkim byłam wściekła. Wyglądało mi tak, jakby on tylko czekał na to, żeby się z kumplem umówić. Taki zmęczony cholera, że nie chciało mu się do mnie przyjść, ale odwiedzić kumpla, albo jeszcze lepiej, stać gdzieś na osiedlu z browarem w łapie to ma siłę. Co za dzieciak z niego! Napisałam mu tylko, że oczywiście zawsze się znajdzie coś ważniejszego ode mnie. Więcej się nie odezwał. Ani ja do niego.
Napisał do mnie dopiero wczoraj popołudniu. Żebym przyszła do niego. Ja na to, że jest ładna pogoda i nie będę się kisić w domu. Jak chce to może wyjść ze mną posiedzieć do parku. Nie. Będzie siedział w domu. No to niech sobie siedzi. Pożegnałam się i tyle. Pewnie ma kaca giganta. To niech sam siedzi w tej swojej norze (bo oczywiście żaluzji nawet nie podciągnął, światłoczuły, cholercia)
Jestem na niego cały czas wściekła. A jak mi przechodzi, to przywołuję sobie w głowie moment, jak mi powiedział, że umówił się z kumplem. Grrr. A poza tym, nie powiem, trochę mi smutno. Ale tym razem nie ustąpię. Uważam, że mnie olał i to sikiem prostym. A poza tym nie będzie tak, że on mi napisze: przyjdź, a ja lecę. Niech pokaże, że mu też zależy. A gdyby naprawdę chciał się spotkać, to nie stawiałby warunków, że u niego albo nigdzie.
Może i jestem za bardzo zawzięta, ale chcę widzieć, że on naprawdę chce się ze mną spotkać, a nie dzwoni, bo tak wypada, albo nie ma akurat nic innego do roboty. Tak ma wyglądać dojrzały związek??
No dobra, a teraz idę rozprawić się z dwoma zaliczeniami ;) Życzcie mi powodzenia.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Cierpliwy

Już kilka razy pisałam o tym jak bardzo mnie wkurza u Franka to, że strasznie jest obrażalski. Czasem wręcz mam wrażenie, że jego hobby to kłótnie ze mną o jakieś totalne pierdoły. W niedzielę wieczorem miałam pokaz jego możliwości jeśli chodzi o szybkość obrażania się. Zadzwonił do mnie wieczorem, nie rozmawialiśmy nawet trzy minuty, kiedy on się wielce obraził (już sama nie wiem, czy chodziło mu o to, co powiedziałam, jak powiedziałam, kiedy, o kim, o czym itd. mniejsza o to, bo on pewnie sam tego już teraz nie potrafi wytłumaczyć) i rozłączył się. Mało tego, wyłączył telefon. Na to ja się wkurzyłam strasznie, napisałam mu smsa, żeby się zastanowił czego chce, bo jak mu się taki związek z ciągłymi kłótniami podoba, to niech sobie szuka kogoś innego, bo ja mam dość jego fochów. Poszłam spać około 23 z twardym postanowieniem, że jak tylko dostanę raport doręczenia i będę wiedziała, że włączył telefon, ja wyłączę swój. A niech widzi jak to jest. A tymczasem wyłączyłam tylko głos. Spałam jak zabita, kiedy się obudziłam nie spojrzałam jak zwykle na telefon tylko na zegarek, który mam w pokoju, była 7:10. Poleżałam dziesięć minut, po czym przypomniałam sobie całą akcję z poprzedniego wieczora i wzięłam w łapę telefon, żeby go wyłączyć. A tam surprise, surprise, osiem połączeń nieodebranych. Wiadomo od kogo. Ale zdziwiłam się strasznie, kiedy zobaczyłam, że dzwonił do mnie od 6:53. O tej porze on nigdy nie jest na nogach. Już sobie pomyślałam, że może chce się odnieść do mojego smsa powie mi, że poszuka sobie kogoś bardziej cierpliwego, kiedy zadzwonił znowu. Odbieram a on jakby nigdy nic: „Dzień dobry kochanie”. Zbiło mnie to trochę z tropu, ale zła byłam nadal, burknęłam tylko „noooo” A on na to: „Wyjrzyj przez okno”
Co?? Po cholerę mam wyglądać przez okno?, pomyślałam sobie. Ale wyjrzałam. A tam Franek z bananem na gębie i telefonem przy uchu stoi. Postanowił zrobić mi niespodziankę i o 2:56 złapał pośpiech z Kołobrzegu. No i dojechał. Miał szczęście, że wcześnie wstaję, bo czekał pod moim oknem tylko 20 minut :)

wtorek, 3 marca 2009

Będzie agresywnie.

Szlag mnie trafia na to wszystko i tyle. Zresztą już sama nie wiem, czy bardziej mnie szlag trafia, czy bardziej chce mi się ryczeć. Wszystko mnie normalnie dobija. Na początek niestabilna sytuacja naszej firmy. Bo jakieś dwie grube ryby na samej górze się pożarły i nie potrafią się dogadać. A płacą za to małe spółki, które przynoszą ogromne zyski i karmią nimi te grube ryby. Ale jak się na górze nie dogadają, to spółki ucierpią. W tym nasza. I doopa. Ale tym martwiłam się w zeszłym tygodniu. Na razie trochę mi przeszło i przestałam się martwić, że za parę miesięcy może nie będzie mnie stać na jedzenie.
Za to miałam dzisiaj starcie z Kapusiem. Nie była to jakaś wielka awantura ani nawet kłótnia. Po prostu wymiana zdań. Przekonałam się tylko, że koleś jest naprawdę bezczelny. Mnie zależy na dobrej atmosferze i pozytywnej współpracy. Jemu może i też na tym zależy, ale tego nie okazuje. Traktuje mnie po prostu lekceważąco. Nie umiem się z nim dogadać. Rozmowa zdołowała mnie totalnie.
A potem jeszcze pokłóciłam się z Frankiem. Nie odzywamy się do siebie. Wkurzył mnie, ale mimo to, próbowałam się z nim dogadać. Nie chciał, więc totalnie się wkurzyłam i po prostu wyszłam. Nie mam zamiaru się do niego odzywać pierwsza. Na pewno nie. I już nie wiem, co bardziej mnie zdołowało z tego wszystkiego. Co za beznadzieja!
Użalałabym się nad sobą jeszcze bardziej, gdyby nie to, że jak przyszłam do domu, Dorota zapytała co się stało. Jak jej wszystko wykrzyczałam i wypłakałam, to trochę lepiej mi się zrobiło. Poza tym ona już trochę słyszała o tym Kapusiu i pocieszyła mnie, że takim doopkiem nie ma co się przejmować, bo to jakiś prymityw skubany. W każdym razie już mi się tak nie chce ryczeć. O Kapusiu na razie nie myślę, pewnie pomyślę jutro w robocie… Jakie to szczęście, że kontaktujemy się z reguły tylko telefonicznie… Natomiast Franka też mam głęboko… Niech spada na drzewo banany prostować jak jest taki!
i jeszcze na koniec. Ku…., ja pie….ę!!!!!!!!
No. Sorry.

piątek, 2 stycznia 2009

I po imprezie

Małe sprostowanie. To, że 1 stycznia zawsze był dla mnie najgorszym dniem wcale nie wynika z tego, że bolała mnie głowa od przeholowania z alkoholem w dniu poprzednim. Tym razem także moje złe samopoczucie wcale nie z tego wynikało – wróciłam zupełnie trzeźwa. Wcale dużo nie wypiłam. Ale ponieważ jak wspomniałam, odsypiać nie potrafię, byłam na nogach od godziny 6:00 31 grudnia do 21:00 1 stycznia z dwugodzinną przerwą na drzemkę. Nie lubię tego dnia, bo świat wtedy nie żyje. Nawet telewizja ma kaca i nic w niej nie leci. Jest cicho i ponuro. To byłoby na tyle.

Sylwester mogłabym zaliczyć do udanych. Nawet pomimo wybryku Franka na samym końcu. Bawiliśmy się świetnie a nagle on, nie mówiąc o tym nikomu postanowił zakończyć zabawę i sobie poszedł. Nie potrafi się nawet z niego wytłumaczyć – jego jedyną wymówką jest to, że alkohol uderzył mu do głowy i nie potrafi racjonalnie wyjaśnić swojego zachowania. Przepraszał mnie wczoraj i trochę się uspokoiłam – w sensie takim, że przestałam się tym martwić. Dzisiaj dla odmiany jestem na niego wściekła. Nie mam ochoty się z nim widzieć, ale niestety jestem za mało stanowcza i przypuszczam, że i tak się zobaczymy. Kiedy wracałam z jego rodzicami z zabawy, jego tato cały czas powtarzał jaki z Franka idiota, a mama mówiła, że absolutnie mam nie odbierać od niego żadnych telefonów ani nie wpuszczać go do domu. Że jakaś kara musi być, że jestem dla niego za dobra i że Franek ma wiedzieć kto rządzi w tym związku. Powiedzieli mi, że mam się zastanowić, czy na pewno chcę z nim być a jeśli tak, to muszę go wychować tak, żeby więcej mi nie fiknął. A przede wszystkim cały czas mówili, że mam się teraz na niego wypiąć i się do niego nie odzywać. Nawet jak mnie przeprosi. 

Cóż, łatwo im mówić. Ja nie jestem zawzięta i niestety szybko mi przechodzi złość. I chociaż teraz jestem zła i mam ochotę Frankowi faktycznie dać nauczkę, to wiem że nie dam rady. Pozostaje mi rozmawiać. A co z tego wyniknie nie wiem.
W każdym razie zabawa była udana. A przede wszystkim czułam i widziałam, że naprawdę dobrze wyglądam, więc to bardzo pozytywnie wpłynęło na moje samopoczucie. Przez wybryk Franka chciałoby się powiedzieć, że to był mój najgorszy Sylwester. Ale wcale taki nie był. Był jednym z lepszych.
To by było tyle na dzisiaj. Dodam jeszcze, że jestem w całkiem dobrym humorze :) Przeszkadza mi tylko ten mój głupi facet. Nie wiem co mam z tym fantem zrobić. Miłego dnia zyczę wszystkim.

poniedziałek, 20 października 2008

Głupi Franek

Z Frankiem jest kiepsko ostatnio. I to już nawet nie jest kwestia tego, że się tak mało widujemy. W ogóle się nie dogadujemy. Ok., może się czepiam, ale mi po prostu zaczęło brakować trochę czułości w tym związku. Denerwuje mnie jego podejście, bo wydaje mi się, że traktuje mnie jako zapchajdziurę (???) :) No niech będzie. Chodzi o to , że wpada do mnie tylko wtedy kiedy już nic innego nie ma do roboty: kiedy nie jest w pracy, nie odpoczywa, nie śpi, nie świętuje swoich urodzin ze znajomymi, nie świętuje urodzin koleżanki ze znajomymi, nie spędza czasu z kolegami. On argumentuje, że przecież oboje pracujemy i tak to wychodzi. Owszem zgadzam się po części, bo jak już sama pisałam, też mam mało czasu. Ale uważam, że da się to jakoś zorganizować! Nie zawsze – bo jak on wraca z pracy o 18 to ja na przykład na 19 mam hiszpański, ale w niektóre dni naprawdę się da. Na przykład wczoraj szłam z koleżanką do kina, zaproponowałam, żeby poszedł z nami. Nie chciało mu się. W ostatnią środę o 16 byłam już w domu, on szedł do pracy na 18. Nie przyszedł bo spał. I tak dalej i tak dalej. Wkurza mnie, że ja zawsze muszę się do niego dostosować. Jak już wypocznie, poświętuje i popracuje, dzwoni do mnie i uwaga, uwaga, pełna gotowość, bo oto Franek ma ochotę, żeby gdzieś ze mną wyjść. Hurrra! Żałosne naprawdę. Ale żeby nie było, że wcale nie przychodzi – jak wróciłam wczoraj z kina, przyszedł do mnie. To była 21. I jak to wyglądało? On oglądał środek jakiegoś filmu a ja siedziałam i się na niego gapiłam, próbując nawiązać rozmowę. W końcu go olałam i zaczęłam grać w jakieś idiotyczne gry na kurniku. Potem obejrzał ze mną „Teraz albo nigdy” i poszedł. Brakuje mi naprawdę jakiejś bliskości. Jak próbuję z nim rozmawiać, to mnie zbywa. Albo co gorsza wścieka się nie wiadomo o co. Dzisiaj zadzwonił do mnie i próbowałam się z nim umówić na spokojną rozmowę. Chcę pogadać z nim na temat tego, co mi się nie podoba, czego mi brakuje, a on niech powie co sam chciałby zmienić, co go wkurza itd. Ale gdzie tam, tak na mnie warczał dzisiaj, że się nie dało gadać. Powiedziałam mu tylko, że ja czekam na wiadomość od niego jak już się zdecyduje na tą rozmowę.
Nie wiem co myśleć o tym wszystkim i tyle.

środa, 8 października 2008

Bez kija nie podchodź!

No i nie mówiłam?? Nawet dwudziestu minut u mnie nie był a tak mi podniósł ciśnienie, że masakra!!!! Jaka jestem wściekła!!! Przyszedł wreszcie. Żeby się podlizać przyniósł coś do jedzenia. Ale oczywiście był pod wpływem… Powiedział, ze dwa piwa wypił.. On ma bardzo słabą głowę, ale i tak wydaje mi się, że to musiało być więcej. W każdym razie z nim trzeba wtedy jak z jajkiem taki jest przewrażliwiony. Jakoś nie tak spojrzę, uśmiechnę się, nie uśmiechnę się, powiem nie to co on by chciał i już WIELKI foch. No i oczywiście tak było dzisiaj. Obraził się o byle gówno za przeproszeniem i wyszedł. Kuźwa jak mnie wkurzył! W ogóle takie głupoty gadał, że aż się tego opisać nie da. Już wolałabym, żeby w ogóle nie przyłaził a tak tylko mnie wkurzył. Co za palant no!!! Dobrze, że idę spać to przynajmniej mi za bardzo wieczoru nie popsuł, ale jutro pewnie będę znowu od rana walczyć, żeby do niego nie zadzwonić. No i ciekawa jestem czy on się w ogóle odezwie, bo oczywiście teraz to wielmożny pan czuje się wielce obrażony. WRRRRRRRRRRRRRRRRR!!!

czwartek, 4 września 2008

Obecna :)

No cóż, przyznaję się, że w tym tygodniu zaniedbałam trochę świat blogowy :( Starałam się codziennie do Was zaglądać, ale ostatnio gorzej mi to szło. No, ale przecież tydzień jeszcze się nie skończył, ledwo połowa minęła, więc zdążę jeszcze wszystko nadrobić.
A co robiłam jak nie siedziałam z nosem w laptopie? Ano intensywnie załatwiałam różne sprawy. Zdążyłam zapisać się na aqua aerobik, popytać o kursy z hiszpańskiego, rozwiązać test diagnostyczny, umówić się na rozmowę z lektorem i załatwić przegląd techniczny samochodu, bo mi się dowód rejestracyjny zdeaktualizował.
A poza tym przez te trzy dni mój dzień wyglądał dokładnie tak samo. Wstawałam przed siódmą, pracowałam, wracałam z roboty, załatwiałam różne sprawy. Po przyjściu do domu jadłam obiad i czekałam aż mi się sadełko zawiąże czytając książkę :) A koło osiemnastej wychodziłyśmy z Dorotą na długi spacer wzdłuż Warty, wracałyśmy na „Na Wspólnej” i W-11. A potem na przykład You can dance i piwko :) Może i nic specjalnego, ale podobają mi się takie dni. Lubię spacery i takie odmóżdżanie się przed telewizorem. Ale jutro Dorota wyjeżdża do domu i nie przyjedzie aż do rozpoczęcia roku akademickiego. No trudno.
Może trochę Franka brakuje w tym opowiadaniu, ale tak się składa, ze nie widziałam się z nim od poniedziałku. Jak jest Dorota, to nie śpi u mnie. We wtorek poszedł do babci, wczoraj był w pracy a potem mieli jakąś imprezę pracowniczą, dzisiaj ja wróciłam z roboty a on poszedł na nockę, więc nie było okazji, żeby się zobaczyć. Ale we wtorek jak do mnie zadzwonił, to tak się trochę nie dogadaliśmy i trochę nerwowo między nami się znowu zrobiło. Więc może i dobrze, że się rzadziej widzieliśmy. Ale dzwonił dzisiaj parę razy i chyba dojdziemy do porozumienia.
Wiem, często się kłócimy ostatnio… Ale tak naprawdę cały czas o to samo. A przede wszystkim mamy takie same charaktery – jesteśmy strasznie impulsywni. Mieszanka wybuchowa…
No ciekawe czy jutro dojdziemy do porozumienia. Pozdrawiam wszystkich!

niedziela, 31 sierpnia 2008

Historia pewnej notki...

Gdybym pisała tę notkę wczoraj rano, powrzucałabym parę zdjęć zwakacji. Akurat oglądałam sobie wszystkie fotki, więc byłyby pod ręką. Ale ostatecznie wczoraj rano zajęłam się sprzątaniem.
Gdybym pisała ją wczoraj po południu, napisałabym wreszcie o syndromie przedszkolaka :) Dorota wróciła z kolonii, gdzie znowu była wychowawcą i opowiadała, że miała przez cały tydzień syndrom. Ale po południu stwierdziłam, że już dość tego komputera i telewizora, pogoda była ładna – poszłam na spacer. A właściwie poszłam odwiedzić Franka w pracy, tyle że zrobiłam to na piechotę i na około:) Zmęczyłam się trochę i nogi mnie rozbolały, ale naprawdę warto było.
Gdybym zdecydowała się zajrzeć na bloga wczoraj wieczorem, pewnie napisałabym o paru rzeczach, które przyszły mi do głowy podczas spaceru. Ale poszłam spać :P
Gdybym pisała tę notkę dzisiaj rano…. Byłoby nieciekawie… Ale gdybym pisała ją w południe… Wierzcie mi, dobrze, że tego nie zrobiłam… Tak się dzisiaj wkur… na Franka, że po prostu brak mi słów. Chyba tylko Dorota widziała jak się gotuję z wściekłości.Objawiało się to na przykład tym, że na pytanie: „Wychodzisz? Idziesz gdzieś z Frankiem?” odpowiadałam „Nie chcę mieć z tym dupkiem nic wspólnego”. Więc same widzicie, było ostro :) Już miałam prawie całą notkę w głowie ułożoną, że już go kuźwa nigdy więcej nie pochwalę, bo jak to robię, to zaraz z czymś wyskoczy, że mam w dupie jego, jego obietnice i w ogóle wszystko. No i w ogóle miałam tyle ostrych słów w głowie, że może i dobrze, że w końcu ich nie zmaterializowałam :) Bo zadzwoniła do mnie koleżanka. Byłyśmy umówione na później, ale zapytała, czy mogłabym jednak wcześniej na miasto przyjechać. Mogłam. Poza wirtualnym wyżywaniem się na Francy nie miałam nic lepszego do roboty. Przegadałyśmy ponad cztery godziny, aż kawiarnię nam zamknęli. I zadzwonił Franek. Jest dzisiaj w pracy na nocce. Zapytał, czy przyjdę do niego, żeby pogadać. Powiedziałam, że przez cały dzień byłam wściekła i teraz się uspokoiłam, jak mam iść do niego, zeby znowu się zdenerwować i mieć noc z głowy, to podziękuję za tę przyjemność. Ale powiedział, że nie chce się kłócić. No więc poszłam. Nie kłóciliśmy się i nawet wyjaśniliśmy sobie parę rzeczy. Nawet można powiedzieć, że jest ok.
Złość mi przeszła i tym samym przeszła mi chęć pisania o całym zamieszaniu i powodzie kłótni. Przestało być to dla mnie istotne. Ciekawe jak wiele może się zmienić przez te parę godzin nie? Jak bardzo zmieniają się punkt widzenia, nastrój, rzeczy ważne w danej chwili… Jeszcze parę godzin temu ta notka byłaby pełna jadu i wyzwisk skierowanych do Franka, a tak ostatecznie nie dowiecie się o co się pokłóciliśmy. Byłam wściekła i najważniejsze w tym momencie było dla mnie to, że czuję się urażona, zraniona i bezradna. Teraz wcale się już tak nie czuję. W ogóle tamte uczucia odeszły gdzieś daleko i nawet teraz widzę, że w zasadzie były nie potrzebne, bo wielkiego powodu nie było. No nawet się przyznam. Uwaga przyznaję się: zrobiłam z igły widły. Tych wszystkich uczuć doświadczyłam w ciągu paru godzin, przez ten krótki czas wiele się zmieniło. A ile może się zmienić w ciągu paru dni…? Niesamowite. Ciekawe kto wymyślił taki mechanizm :) Zawsze zastanawiałam się czy to wszystko jest już gdzieś tam zaplanowane, czy może jednak sami jesteśmy kowalami własnego losu. No ale cóż, nie ja pierwsza o tym myślę, ludzie zastanawiali się nad tym problemem już od starożytności. A ja nawet maturę z polskiego pisałam na temat fatum i przeznaczenia :) No, ale to już temat na innego posta hehe. Pozdrawiam wszystkich.
Ps. A żeby Franek nie myślał sobie, że poszło tak gładko, jeszcze jutro będę trochę nafoczona <w moim słowniku oznacza to łagodniejszą formę focha :P >

czwartek, 14 sierpnia 2008

Dzieje się, dzieje...

Wspominałam, że nic się nie dzieje… A tymczasem teraz dzieje się aż za dużo :/ I nie powiem, żeby to mi się podobało do końca, bo to co się dzieje wcale nie jest przyjemne. Niestety w poniedziałek babcia Franka trafiła do szpitala z udarem mózgu. Jest to osoba w bardzo podeszłym wieku, więc tym bardziej sytuacja była nerwowa… Już jest trochę lepiej. Ale wiadomo, że już pełnej sprawności nie odzyska. Mimo, że jesteśmy z Frankiem ze sobą już ponad dwa lata, a cała jego rodzina jest na miejscu, tej babci nawet nie poznałam jeszcze :( Niestety jakoś się nie złożyło. Drugą babcię i w ogóle rodzinę ze strony jego mamy znam całkiem dobrze, ale z tą od taty gorzej. Jeśli chodzi o babcię, to że jej nie poznałam wynika głównie z tego, że jest już starsza i schorowana. To nie sprzyja wizytom :( Mam nadzieję, że wkrótce poczuje się lepiej. Franek się bardzo przejął, ale nie spodobał mi się bardzo sposób w jaki postanowił to odreagować – alkohol. Pokłóciliśmy się. A nawet to nie była taka typowa kłótnia. Trudno to nazwać. W każdym razie od wtorku stosunki między nami są bardzo napięte, a to że ja wracam z pracy o 16 a on na 17 idzie do pracy nie sprzyjało rozmowie… Wczoraj niby trochę pogadaliśmy i jest lepiej, ale ja mam wrażenie jakby coś się zmieniło. Jakby coś się zepsuło i nie będzie łatwo tego naprawić. Taka niewidzialna ściana między nami… Franek najchętniej przeszedłby nad tym wszystkim do porządku dziennego, ale ja tak nie mogę. Problem się powtarza i mam już tego dość po prostu. Nie chcę znowu obgadać problemu i uznać, że sprawa zakończona – do następnego razu. Może i jestem upierdliwa. Ale taka jestem i już.  Tak więc w nastroju najlepszym nie byłam ostatnio. I to wcale nawet nie chodzi o to, że miałam doła. Po prostu sama nie wiedziałam co o tym myśleć i co zrobić w takiej sytuacji, jak postąpić. Wiedziałam, że Franek się martwi o babcię, ale dlaczego ze mną w ogóle nie rozmawia?? Ciągle tylko powtarza, że on ma swoje problemy. Więc ja się pytam po co mu więcej w postaci problemów między nami?? Przecież nie na tym związek polega, że każdy się ze swoim problemem zamyka i radzi sobie jak może. Chciałabym mu pomóc, wysłuchać, ale on nie daje mi szansy. I tym sposobem przez dwa dni prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. Teraz sytuacja jest trochę lepsza, bo emocje zawsze w końcu opadają, ale cały czas mam wrażenie, że problem wisi nad nami. Dzisiaj jadę do domu i rozpoczynam urlop. On chodzi jeszcze do niedzieli do pracy, ma dopiero do mnie dojechać. Tym bardziej głupio, że się w takich okolicznościach się rozstajemy. Zobaczymy się w poniedziałek po południu…
 Notka trochę nieskładna, ale już mi się nie chce poprawiać :)

piątek, 30 maja 2008

Trudna sztuka kłócenia się

Można powiedzieć, że nasz związek osiągnął  wyższy poziom. Wnioskuję to ze sposobu w jaki przebiegła nasza wczorajsza kłótnia. Oboje jesteśmy strasznie impulsywni i nerwowi. Jak się zaczynamy wściekać, to jest naprawdę niebezpiecznie (raz szkło już poleciało – spodeczki co prawda, ale zawsze:). Standardem było, że któreś z nas miało focha i atmosfera robiła się gęsta. Potem ja coś powiedziałam albo się popłakałam, Franek wściekły wychodził i nie chciał ze mną gadać. Ja zostawałam wściekła, że mnie zostawił i ryczałam jeszcze bardziej, on się wściekał, że ja ryczę i takie tam. Mnie zawsze najbardziej wkurza, że on od razu wychodzi zamiast wyjaśnić, a ja wtedy siedzę i jeszcze bardziej się nakręcam.
A wczoraj zaczęło się od tego, że chciałam przygotować obiad. Franek jest kucharzem i zawsze jak coś próbuję zrobić to się wtrąca. Tak też było wczoraj. Ja się wkurzyłam, że się wtrącił, on się wkurzył na mnie, ja miałam focha, że on ma focha :) W końcu obraził się i powiedział „rób sobie sama, ja nie będę jadł!” Normalnie już by sobie poszedł wściekły, ale usiadł w pokoju i starał się zabić mnie wzrokiem. Ja zła w kuchni, ale parę razy go zawołałam. W końcu przyszedł. Jeszcze byliśmy naburmuszeni, ale już powoli śmiesznie się robiło, a kiedy za karę chciałam mu do ust wcisnąć cały ząbek czosnku, to już nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy się śmiać. Sytuacja opanowana. Obyśmy się tak zawsze kłócili.
A wieczorem odbyliśmy na niepoważnie poważną rozmowę na temat naszej przyszłości. Wstępnie ślub za dwa lata. Chyba że się rozmyślimy :)

wtorek, 20 maja 2008

Rozbrojona

Zniszczyłam sobie kurtkę :( Ukochaną. Ale wyglądało na to, że może jeszcze da się ją uratować, więc postanowiłam udać się z tym problemem do krawcowej. Franuś powiedział, że pojedzie ze mną – w poniedziałek miał przyjechać po mnie do pracy o 17 i załatwilibyśmy wszystko tak, że na 18 zdążyłby do pracy.

W poniedziałek rano wymyśliłam, że nie ma sensu jechać do mnie do domu i dopiero na miasto, tylko od razu Franek mi tą kurtkę przywiezie. Dzwonię i mówię, że idę do pracy i po drodze wstąpię i zostawię kurtkę u niego. Tak też zrobiłam.

Ale sprawy się nieco skomplikowały i po pierwsze ja byłam dłużej w pracy a po drugie Franek nie miał samochodu. Zadzwonił do mnie po 18:

 - No to kiedy pójdziemy do tej krawcowej?

 - Jutro.

 - Jak jutro? Przecież pracujesz do 18, o tej godzinie już nic nie załatwimy.

 - No to pójdziesz sama.

 - Nie pójdę sama, bo kurtka jest u Ciebie.

Dzwonię dwie godziny później:

 - Na którą idziesz jutro do pracy?

 - Na 10.

 - To przed pracą przyjedź do mnie do pracy i dasz mi tą kurtkę. Koło mojej pracy jest krawcowa, tam pójdziemy. I jeszcze książkę mi przywieź, bo mam po południu hiszpański i będzie mi potrzebna.

 - Ok.

Następne dwie godziny później:

 - To ja jutro przyjadę i przywiozę ci do pracy książkę.

 - No dobra. I kurtkę.

 - Kurtkę? To ona jest u mnie?

 - No przecież rano specjalnie po to u Ciebie byłam!! I dlatego nie mogę iść sama!!

 - Aha, no tak. No to ja będę o 9.30. Obudź mnie o 8.30.

 - Nie za późno? Zdążysz?

 - Tak, na pewno zdążę.

Dzisiaj godzina 8:30. Dzwonię:

 - No to już wstawaj. I pamiętaj co masz zabrać.

 - No już wstaję. Ale właściwie do czego ja ci jestem potrzebny??

 - (!!!) Bo masz moją kurtkę!! I pamiętaj o..

 - Aha.. Dobra, dobra, pamiętam.

9:30. Dzwoni On:

 - No to ja już jadę wyjdź na ulicę Ratajczaka to ci podam reklamówkę.

 - Ja jestem w pracy, nie mogę iść tak daleko. Przyjdź tu, krawcowa jest naprzeciwko.

 - Jak to?? To mam do ciebie pod pracę jechać?? To trzeba było mnie obudzić wcześniej!!!

Zagotowało się we mnie.. Ale jeszcze nic nie powiedziałam. Pomyślałam, że poczekam aż przyjedzie. Przyjechał. Wyszłam przed budynek. Wręczył mi kurtkę.

 - A książka?

 - Jaka książka???

Nie no to już mnie dobiło. Wygarnęłam mu co myślę o jego stopniu skupienia na tym co mówię. Jednym słowem, ze nie podoba mi się, iż jednym uchem wpuszcza a drugim wypuszcza… Tupnęłam nogą i odwróciłam się. Rozbroił mnie jednym zdaniem:

 - I tak cię kocham. :)

No dobra. Następnym razem powtórzę więcej razy…