No i dopadło mnie… Zaparcie blogowe
Usiadłam z zamiarem napisania tego i owego. I nic. Nie idzie po
prostu. Tysiąc pomysłów, a żaden jakoś nie chce się zrealizować na
piśmie
Chyba więc sobie dzisiaj odpuszczę jakiekolwiek zaplanowane wcześniej rozważania.
Przypuszczam, że to wina ostatnich dni, rozregulowanych nieco, ze
względu na moje L4. Kiedy ściągnęłam opatrunek, okazało się, ku mojej
ogromnej radości, że mogę niemal normalnie funkcjonować. Postanowiłam
więc jak najbardziej efektywnie wykorzystać ten dodatkowy czas wolny i
zabrałam się za porządki. Przeprowadzka miała miejsce już prawie pięć
miesięcy temu, a ja wiele rzeczy upchnęłam po prostu do szafek i nie
miałam czasu ani (co będę ściemniać) ochoty, żeby się za to zabrać. Od
środy ogarnęłam całkiem sporo papierzysk. Przede wszystkim
posegregowałam wszystkie moje notatki ze studiów. Mają to do siebie, że
szkoda ich wyrzucać, bo przecież zawsze mogą się przydać do odświeżenia
języka, czy jako pomoc naukowa w nauczaniu innych. Ogarnęłam już trzy z
pięciu szafek, których zawartość chcę przejrzeć, trzeba przyznać, że
prace posuwają się do przodu, chociaż tempo jest raczej żółwie, bo nigdy
nie potrafiłam robić segregacji tego typu szybko. Nad każdą rzeczą się
dziesięć razy zastanawiam 



Wczoraj przez chwilę zastanawiałam się, czy nie pójść dzisiaj do pracy. Okazało się, że panie „Doktorki” się bardzo postarały i naprawdę ładnie wykonały ten zabieg, bo siniaka nie ma


Stwierdzam, że idealna częstotliwość moich wizyt w Miasteczku winna wynosić 3 tygodnie. Zauważyłam już jakiś czas temu, że dwa tygodnie bez odwiedzin wytrzymuję bez żadnego problemu i czas między jedną a drugą upływa mi w mgnieniu oka. Natomiast, kiedy zbliża się trzeci weekend z rzędu, a ja nie jadę do domu rodzinnego, zaczyna mnie nosić i czuję nadchodzący dołek. Kolejnym objawem jest fakt, że po nocach śni mi się nasz Roki

A tak na koniec to muszę stwierdzić, że ściemniam totalnie. Bo prawda jest taka, że już od dawna chcę o czymś napisać, ale się boję, że zapeszę, albo po prostu odczaruję rzeczywistość. Taki już we mnie strach, przed chwaleniem tego, co jest.