Miało
nie być Andrzejek. To znaczy nie mieliśmy iść na żadną imprezę, z
Dorotą też nie miałam się bawić, bo miała swoje plany. No to sobie
zrobiłam Andrzejki sama. Hehe rezultat był taki, że dawno się tak nie
schlałam :P. No ale od początku.
Sobota zapowiadała się tak sobie, bo
miałam z Frankiem małą kłótnię (mówiłam! Mówiłam, że go nie mogę
chwalić!), ale zakopaliśmy topór wojenny i zgodnie z wcześniejszą umową
poszłam do niego robić pierogi ruskie. Ja obierałam ziemniaki, on kroił
cebulę, on mielił farsz, ja go doprawiałam, ja ugniatałam ciasto, on je
wałkował i wycinał kółka, ja lepiłam on zmywał naczynia. I tak
zrobiliśmy pyszny obiadek. Zaraz po jedzeniu pognałam na dwa wykłady a
potem mieliśmy pójść do kina. I wkurzył mnie, bo już się chciał z tego
wykręcić. To jeszcze był ciąg dalszy tej porannej dyskusji. Ale w końcu
ustaliliśmy, że pójdziemy.
Jednak
coś z tych Andrzejek musiało być, więc zarządziłam w domu lanie wosku.
Przyniosłam świeczki i Dorota nie miała wyjścia. Ale śmiechu było przy
tym
Dorocie jak nic, z której strony by nie spojrzała, wyszedł facet
Albo z irokezem, albo z kolczykiem w brodzie, albo z czapką z
daszkiem. Zdecydowała się na tego z kolczykiem, zacznie się rozglądać. A
ja jestem skazana na psa. Aż z dwóch stron ewidentnie był pies! A z
jednej strony wyszło coś jakby głowa w czapce kucharskiej. No to
przyjmijmy, że to Franek, który w końcu przecież jest kucharzem. Chociaż
on się zastanawia, czy to przypadkiem nie będzie, któryś kucharz z
mojej pracy, których przecież nie brakuje. Miałyśmy się do tego lania
napić piwa, ale ponieważ Dorota była umówiona, zrezygnowała z tego. A ja
nie. Nie chciało mi się iść po piwo, ale znalazłam u nas w „barku”
(skrawek podłogi między szafką a kaloryferem :P) cincina. Wypiłam dwie
szklaneczki i mi się bardzo wesoło zrobiło. Ponieważ musiałam już
wychodzić, przelałam sobie tego cincina do plastikowej butelki z resztką
coli. A z takim o to drinkiem stawiłam się na przystanku tramwajowym,
gdzie Franek już na mnie czekał. Sączyłam sobie to winko w tramwaju a
potem przez cały film. Jak seans się skończył i wstałam z miejsca
dopiero poczułam jaka jestem pijana. Wracaliśmy do domu, byłam w
świetnym humorze, ale język i nogi trochę odmawiały mi posłuszeństwa
Uszy też, bo w ogóle nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy byli wokół
nas! Wmawiałam Frankowi, że na pewno mówią po francusku, bo nie rozumiem
ani słowa. Franek rozumiał. Więc albo przeszedł jakiś superszybki kurs
tego języka, albo faktycznie mi się zdawało… W końcu trafiliśmy do niego
do domu i.. zaczęłam żałować, że tyle wypiłam:) Czułam się fatalnie.
Żołądek się zbuntował, głowa się zbuntowała. Ale jakoś przeżyłam i rano
obudziłam się w jako takim stanie. Cały dzień co prawda było mi
niedobrze, ale jakiegoś strasznego kaca nie miałam. A Franek się cały
dzień ze mnie śmiał… Ciekawe dlaczego




