Ostatnio
karmię ciało… Wiadomo, że trzeba zadbać i o ducha i o ciało. Ostatnimi
czasy skupiłam się bardzo na tym pierwszym. Sporo czytałam – czasami
wręcz nic nie robiłam po powrocie z pracy, tylko siadałam w fotelu i
zagłębiałam się w powieści. Innym razem oglądałam seriale. Dobra, wiem,
mało ambitne, ale jakby nie było pokarm dla ducha jakiegoś rodzaju to
jest – no bo na pewno nie dla ciała
Za to ambitniej było na zajęciach z zarządzania dystrybucją czy prawa
transportowego… Poza tym mój duch dokarmiany był muzyką klasyczną, ze
wskazaniem na Chopina – z racji trwającego trzy tygodnie konkursu
chopinowskiego. Konkurs się skończył, stwierdziłam, że teraz czas na
ciało.

W
sobotę po powrocie z uczelni wsunęłam na szybko pierogi, które zostawił
mi na obiad Franek (a pierogi oczywiście domowe, robione własnoręcznie
przeze mnie i przez Franka właśnie jakiś czas temu, zamrożone i
czekające na okazję :)), poprawiłam makijaż i wyruszyłam w miasto.
Umówiłam się z koleżanką. Poszłyśmy na piwo. Popiłyśmy je wiśniówką, po
czym Anka stwierdziła, że jest głodna. Za mną od kilku dni chodziła
ochota na jakieś śmieciowe żarełko (a tak, lubię, nie przesadzam z tym,
ale mówcie sobie co chcecie – dobre to jest i już :)), myślałam, że może
pójdziemy do jakiejś budki z fast foodem, ale Ania miała ochotę na
prawdziwy obiad. Zaprowadziła mnie do… pierogarni
Tak długo mnie namawiała i kusiła (mimo zapewnienia, że pierogami to
ja już się dziś najadłam), że ostatecznie zamówiłam porcję i dla siebie.
Ale żeby nie było, wzięłam tym razem leniwe
Do tego wypiłyśmy jeszcze po piwku i poszłyśmy… na piwko do pubu
Długo nie balowałyśmy, Franek kończył pracę po północy, więc
przyjechał po nas i porozwoził do domu. Położyłam się i zasnęłam jak
zabita. Dawno mi się tak dobrze nie spało, zawsze się wybudzam, kiedy
Franek kładzie się później, a tym razem dopiero o szóstej wyciągnęłam
rękę, żeby sprawdzić, czy jest obok
Nie czułam się specjalnie rześko, więc zasnęłam z powrotem i spałam aż
do 10:15, co zdarza się niesamowicie rzadko… A obudziłam się tylko
dlatego, ze zdziwiło mnie niesamowicie, że Franek wstaje przede mną. No
to to się już chyba nigdy nie zdarza…





Franek
zajął się śniadaniem, a ja dochodzeniem do siebie. Potem przyszła kolej
na mnie i zabrałam się za obiad – placki ziemniaczane. Ledwo skończyłam
je smażyć, Franek musiał wychodzić do pracy, a ja odebrałam telefon od
Doroty z propozycją nie do odrzucenia. Pojechałyśmy sobie pod Poznań na
basen – taki z masażami wodnymi, zjeżdżalniami no i przede wszystkim z
jacuzzi, w którym spędziłyśmy najwięcej czasu. Potem uczyniłam zadość
jeszcze mojemu pragnieniu śmieciowego jedzenia i zjadłam talerz frytek
Tak oto skończył się mój weekend.

A
dzisiaj idziemy jeszcze z Dorotą na aerobik i do sauny. Potem na piwko.
Aha, i żeby nie było – na aerobik to ja chodzę cały czas regularnie,
nawet wtedy, kiedy skupiam się na duchu
W październiku zwiększyłam częstotliwość do dwóch-trzech razy na tydzień
W ramach tego dbania o ducha, powinnam jeszcze się wybrać do fryzjera i
kosmetyczki. Ale u tego pierwszego byłam całkiem niedawno, a na drugą
chwilowo funduszy brak (ach ta logistyka :)) Poszłam więc sobie… do
dentysty. No co? W końcu to też jest dbanie o ciało, nieprawdaż?
Na szczęście choćbym nawet kilka lat nie odwiedzała przybytku
dentystycznego, szkody na moim uzębieniu zawsze są minimalne, więc
strachu przed stomatologiem nie odczuwam. A to dziwne, w końcu to też
biały fartuch, co więc z moim syndromem?



