*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielona i Nie-Zielona Firma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielona i Nie-Zielona Firma. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2015

Brak tematu przewodniego.

Mamy za sobą bardzo przyjemny długi weekend - Franek ma bardzo fajny grafik w drugiej połowie sierpnia, bo ma dużo dni wolnych. Miał wolny wtorek i środę, potem sobotę, niedzielę i poniedziałek a teraz pracuje dziś i jutro, a w czwartek i piątek ma znowu wolne. Niestety to wiąże się z tym, że ma mało tzw. "krótkich dni" i zazwyczaj pracuje 8-10 godzin. W dodatku chodzi na późniejsze godziny, czyli tak między 5 a 7, a to oznacza, że wraca dopiero między 15 a 16 do domu. Ma to swoje dobre i złe strony - wieczorami mamy trochę więcej czasu dla siebie, bo chodzimy spać o 22 a nie godzinę wcześniej. Ale za to Franek wraca bardzo zmęczony, no i czasami jeszcze musi się chwilę zdrzemnąć, co oznacza, że duchem jest obecny dopiero późnym popołudniem, krótko przed tym, jak kładziemy Wikinga spać. No, ale nie chcę narzekać za bardzo, bo nie jest aż tak źle. W końcu dzięki temu właśnie tyle dni ma wolnych. Ciekawa jestem, jaki będzie grafik wrześniowy, choć na pewno nie tak przyjemny, bo etat jest większy o 16 godzin niż w sierpniu...

No dobra, nie o tym miałam. Trochę o weekendzie miało być, a konkretnie o tym, że mieliśmy gości. Był u nas kuzyn Franka z żoną. To inny kuzyn, niż ten, o którym już parę razy tu wspominałam :) Chyba łatwiej będzie, jeśli posłużę się imionami. A więc tamten kuzyn to Wojtek z żoną Anetą i dziećmi Kubą i Gabrysią, a ten to brat Wojtka - Maciej z żoną Asią. Wkrótce będę pisać z żoną Asią i córeczką Hanią, ale to dopiero od połowy listopada :) 
W każdym razie rewelacyjnie spędziliśmy te trzy dni! Byliśmy trochę pełni obaw, bo z Wojtkiem i Anetą już od dawna świetnie się dogadujemy, a z Maćkiem i Asią po prostu mieliśmy raczej ograniczony kontakt i dość rzadko się widywaliśmy. Ale mamy teraz nadzieję, że to się zmieni, bo okazuje się, że zdecydowanie odbieramy na tych samych falach. A fajnie byłoby, żeby dzieciaki miały ze sobą dobry kontakt, w końcu będą z tego samego rocznika, choć przez pierwsze lata będzie ich dzieliła bardzo duża różnica wieku, bo aż dziesięć miesięcy.

Nie pisałam więc, bo byłam bardzo zajęta miłym spędzaniem czasu - chodzeniem po Warszawie, długimi rozmowami, graniem w Pędzące żółwie i śmianiem się tak bardzo, że o mało się nie posikałam :P Na szczęście moje mięśnie dna miednicy chyba aż tak się nie rozjechały po porodzie, bo trzymałam się dzielnie :D

Teraz mi trochę łyso, że znowu jest w domu tak pusto i cicho. Chociaż... z tym cicho to nie do końca, bo Wiking taki całkiem cichy to nie jest. Ale w ramach ćwiczenia pisania krótko zwięźle i na temat (choć zbliżam się ku końcowi tej notki i jeszcze nie wiem, jaki jest jej temat ;), rozwinięcie tego zagadnienia pozostawię na inny czas :) 

W dodatku dzisiaj nastąpiła mała katastrofa. Wiem doskonale, że Wikinga łapki są szybsze niż moje, więc staram się przewidywać, co może go zainteresować, za co chwycić, pociagnąć i szarpnąć. Nie wiedziałam jednak, że ma taką podzielność uwagi, że pijąc mleko z mojej piersi może jednocześnie chcieć napić się mojej herbaty z mojego kubka. Jak nie wystrzelił tą swoją małą łapką w jego kierunku... Kubek pełen nie był co prawda, ale i tak część jego zawartości wylała się wprost na klawiaturę naszego całkiem nowego (bo przecież kupionego we wrześniu 2014, więc w naszej świadomości ciągle nowego!) laptopa :( I teraz się boję co z tego wyniknie. Na razie odpaliłam stary komputer, choć to bardzo uciążliwe... A co będzie dalej, to zobaczymy.
Kiedyś sobie wylałam na laptopa kieliszek białego wina. Tylko touchpad się zepsuł, a byłam taka cwana, że miałam jeszcze gwarancję i udawałam, ze nie wiem co się stało, że się zepsuł... Licząc się oczywiście z tym, że powiedzą, że zalania gwarancja nie obejmuje - a ja wtedy powiem: "ojej, jak to zalania? to on był zalany??? to na pewno moja współlokatorka!" (biedna Ela :P) Ale naprawili... 
Niechże teraz nawet i ten touchpad nie działa - i tak go nie używam - ale byleby klawiatura i wszystkie podzespoły działały jak trzeba! Trzymajcie kciuki.

A tak w ogóle to mi trochę żal, bo dostałam dzisiaj okres. Pierwszy po prawie półtorarocznej przerwie. Wiem, że to normalne i że i tak długo bez niego pociągnęłam, bo Wiking ma już od jakiegoś czasu dietę rozszerzoną.  Ale nadal karmię go dwa razy w nocy i kilka razy w dzień (choć fakt, ostatnio przerwy się wydłużyły). Miesiączka nigdy mi szczególnie nie dokuczała, więc to nie o to chodzi, tylko o to, że mi żal, że kolejny etap za nami... :)


środa, 19 listopada 2014

Codzienność

Zapomniałam Wam napisać, że na szczęście Franek dostał zdolność, bo lekarka z medycyny pracy powiedziała mu, że choć coś jest nie tak z tym sercem, to nie przeszkadza to w prowadzeniu pojazdu, bo stan przedzawałowy wykluczyła. Więc jeden niepokój mniej, ale oczywiście i tak trochę się martwimy, bo nie wiemy, co to może być, a Franek już od jakiegoś czasu się skarży na bóle z lewej strony klatki piersiowej. Skarży się, ale oczywiście jak się wkurzałam i mówiłam, żeby w takim razie poszedł do lekarza, to nie! Tak samo ma z dentystą - wybiera się jak sójka za morze chyba już prawie od roku, kiedy mu się ząb ukruszył. Powiedziałam mu nawet, że nie chcę słyszeć żadnego narzekania na zęba, czy na serce, dopóki się nie zapisze wreszcie do lekarza, ale oczywiście jak grochem o ścianę. Wybrać się do lekarza to chyba dla faceta jakaś ujma... No ale teraz dostał skierowanie do kardiologa i mam nadzieję, że pójdzie, tylko terminy podobno są bardzo długie, a na razie nie bardzo ma kiedy się wybrać do swojej przychodni. Ostatecznie pójdzie prywatnie.

A nie ma czasu, bo przez cały ten tydzień pracuje niemal jak urzędnik od 7:00 do 14:00 i siedzi na tyłku, ale nie w autobusie, tylko na wykładach, bo robi teraz ten kurs kwalifikacyjny do przewozu osób, którego ważność kończy mu się w styczniu. W gruncie rzeczy jest nawet zadowolony, bo choć takie siedzenie i słuchanie męczy go nawet bardziej niż tyle samo czasu za kierownicą autobusu, to na przykład w Poznaniu kierowcy, którym kończy się taki kurs, muszę go robić jakoś po pracy, a tutaj jest w jej ramach. Poza tym Franek coraz bardziej zaczyna chwalić warszawskie warunki pracy w Niezielonej firmie - dotychczas, (mimo, że cały czas jest to praca, w której się spełnia i którą lubi) w jakichkolwiek porównaniach Niezielona firma wypadała gorzej od Zielonej - a to zasady rezerw niefajne, a to brak porządnych toalet na pętlach (to mnie też by wkurzało) itp. Ale od jakiegoś czasu już te porównania tak jednoznacznie na korzyść Poznania wcale nie wypadają :) Zwłaszcza kiedy Franek patrzy na kartkę ze swoją wypłatą :P Kokosy to może nie są jak na warszawskie warunki i być może dlatego inni się buntują i twierdzą, że to mało płatna praca, ale my nie narzekamy (chociaż oczywiście nie moglibyśmy sobie pozwolić tylko na ten jeden dochód). Poza tym mógł sobie tutaj załatwić, że chodzi tylko na jedną, poranną zmianę i ma swojego zmiennika. Być może nawet za jakiś czas dostaną swój autobus. 
Mnie najbardziej cieszy po prostu to, że Franek lubi tę pracę i chodzi do niej z przyjemnością, nawet kiedy jest zmęczony. Kiedy wspominam to, co działo się rok temu, gdy pracował w tym magazynie, gdy tak przeżywał i właściwie chorował ze stresu, to ciarki mi po plecach przechodzą... Dobrze, że się odważył i złożył tu papiery, mimo, że nie znał miasta. Okazało się, że to nie jest aż taka przeszkoda, a teraz samochodem śmiga po ulicach stolicy pewnie lepiej niż niektórzy rodowici mieszkańcy :)

Co mnie jeszcze cieszy dzisiaj? A moja glikemia :) Byłam dzisiaj w szpitalu w ramach poświęcenia dla dobra nauki - pamiętacie, jestem królikiem doświadczalnym jednej doktorantki i dzisiaj była druga część badania. Skoro już tam byłam, to przy okazji podeszłam na patologię ciąży, żeby znowu skonsultować moje pomiary (być może jestem nienormalna i przewrażliwiona z tym konsultowaniem się, ale to naprawdę bardzo dla mnie istotne) i insulina odroczona! :) Pani doktor mnie pochwaliła - przez cały tydzień miałam tylko jeden mocno odbiegający od normy pomiar, spowodowany prawdopodobnie stresem (bałam się, że spóźnimy się na badanie USG i naprawdę się denerwowałam). Na takie wyniki, które przekraczają normę o 1-5 pktów mam aż tak nie zwracać uwagi, bo ani nie są groźne, ani nie kwalifikują do wdrażania leczenia insuliną. Cieszę się :) W nagrodę na drugie śniadanie wypiłam kakao! (bez cukru rzecz jasna)

A poza tym, czekam teraz aż mi wyschną paznokcie a za moment muszę się robić na bóstwo, bo jestem dzisiaj umówiona z mężem na randkę :) Spotykamy się w kinie i idziemy na komedię romantyczną. Celem tej wyprawy jest przypomnienie sobie dobrych początków, kiedy to dopiero się poznawaliśmy a polska komedia romantyczna była gatunkiem, który najczęściej można było obejrzeć w kinie. Dawno już nie chodziliśmy na tego rodzaju filmy, bo rezygnowaliśmy z nich na rzecz kina - powiedzmy - bardziej ambitnego lub sensacyjnego. A dzisiaj ma być romantycznie, miło i tak, jakbyśmy się dopiero poznawali. Co prawda Franek dostrzegł rysę na tym założeniu, bo mówi, że jak to się dopiero poznajemy, skoro dziecko w drodze, no ale przecież i tak bywa :P Oj tam, można czasami poudawać po ponad ośmiu latach znajomości... :)

Ps. Zadzwonili właśnie do mnie, że wózek jest już do odbioru. Cholipa! Miał być za 2-3 tygodnie a nie za 3 dni, gdzie my go postawimy?? :P

wtorek, 13 maja 2014

Czterodniowe bezrobocie z happyendem

Od czwartku Franek był bezrobotny. 
Na szczęście stan ten trwał tylko cztery dni, bo oto dziś podpisał umowę o pracę na pełny etat na trzy miesiące okresu próbnego w Nie-Zielonej Firmie! (zdecydowałam się jednak spontanicznie na tę nazwę :P) I tak - to jest właśnie ta firma, na którą liczyliśmy od samego początku, czyli odpowiednik poznańskiej Zielonej Firmy!

Franek już rok temu był tam, żeby się zorientować, jak wygląda rekrutacja itp, a papiery złożył z początkiem grudnia, ale kazali mu czekać. No i się doczekał :) A miał szczęście, bo inni kandydaci czekali ponad rok, a do niego zadzwonili już po czterech miesiącach. Zadzwonili do niego 9 kwietnia, a więc wtedy, gdy Franek był w Poznaniu i pomagał w przygotowaniach do pogrzebu babci. Musiał więc odmówić uczestnictwa w drugim etapie procesu rekrutacyjnego, który miał się odbyć dwa dni później. Ale zaproponowali mu inny termin kilka dni później. Nie wiedział na czym ma polegać ten drugi etap, a okazało się, że to był po prostu egzamin teoretyczny dla kategorii D. Nie udało się niestety Frankowi go przejść (i nikomu innemu z jego grupy), bo nie miał styczności z nowym rodzajem tych testów (w końcu zdawał egzamin już kilka lat temu) i zabrakło mu 3 punktów (jedno pytanie, na 32 można źle odpowiedzieć na 2-4, w zależności od ich wagi). Ale zakupił potem te testy w internecie i mieliśmy popołudniami rozrywkę, rozwiązując je. Ja za pierwszym razem zdobyłam ledwo połowę wymaganych punktów, a przecież prawko mam już ponad 10 lat - (okazuje się, że opanowanie techniki zdawania tego rodzaju testów stanowi przynajmniej połowę sukcesu), za to później już wymiatałam i wiem nawet, co oznaczają poszczególne kontrolki w autobusie :P

Wkrótce zadzwonili do niego, żeby znowu przyszedł na test - teraz już wiedział, czego się spodziewać i wyobraźcie sobie, że o mały włos nie oblał przez problemy techniczne! Bo zawiesił mu się komputer, a każde pytanie wygląda tak, ze wyświetla filmik i do niego pytanie i jak się tego filmiku nie zobaczy, to trzeba strzelać. Ale na szczęście się udało i został zaproszony na coś w rodzaju egzaminu z jazdy (swoją drogą to bardzo ciekawe, że ludzi, którzy jednak mają zdany egzamin państwowy na prawo jazdy kat. D i posiadają dowód na to już od paru lat oraz pracują w zawodzie i tak testują, w Poznaniu tego nie było :)) - ale z tym nie miał żadnych problemów.
Kazali mu iść na rozmowę do kadr a tam dostał skierowanie na badania i obietnicę przyjęcia na szkolenie, jeśli  badania wyjdą pozytywnie. Zbiegło się to z długim weekendem, więc trochę musieliśmy na te badania i wyniki czekać, ale ostatecznie się udało - Franek dostał zdolność (to wcale nie takie oczywiste, bo nie wszyscy przeszli te badania). Poszedł z tym wszystkim do kierownictwa i tam dostał resztę papierów i polecenie zjawienia się dziś o godzinie 8 u dyspozytora. Ale umowy nadal nie było, więc dopiero dziś możemy odetchnąć, bo już wiemy, że to pewne :))

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego się tak stresowaliśmy, skoro wszystko wygląda tak gładko... A bo widzicie, po pierwsze - przez cały ten czas trwania procesu rekrutacji Frankowi ani razu nie powiedziano, że na pewno będzie przyjęty jeśli tylko spełni warunki takie jak zdanie egazminów i pozytywne wyniki badań! Więc nie wiedział, czy jak przez to wszystko przejdzie, to już go przyjmą, i czy uczestnictwo w szkoleniu gwarantuje mu już zatrudnienie (teraz okazało się, że tak, bo szkolenie zaczyna jutro, ale np. w poprzedniej firmie dopiero po odbyciu szkolenia zatrudniano ludzi). Tak naprawdę cały czas byliśmy niepewni - bo niby wszystko zmierzało ku dobremu, ale zabrakło tego potwierdzenia, że "tak, na pewno" - widocznie w tej branży tak już mają, że przyjmują to za pewnik :) I stresują tym ludzi :P A w dodatku wczoraj zaginął nam ten jeden dokument, który Franek miał dostarczyć, ale okazało się, że skan wystarczył. Uff :) Niepotrzebnie się stresowaliśmy. Ale wiecie co? Gdybym miała gwarancję, że wszystko się poukłada pod warunkiem, że będę się wystarczająco mocno stresować to mogę podwoić ilość tego stresu! Jakoś bym to przeżyła wiedząc, że gra jest warta świeczki...

Po drugie - przez chwilę Franek trzymał dwie sroki za ogon i naprawdę trudno mu było je utrzymać. Ponieważ nie był pewny, czy tutaj coś wyjdzie, nie przyznał się w poprzedniej pracy, że stara się o posadę w innym miejscu. Musiał więc jakoś lawirować pomiędzy tymi dwoma miejscami pracy - w tym momencie przydała się umowa zlecenie tam, bo nie musiał przyjmować każdego dnia pracy. Ale pamiętacie nasz stres tydzień temu? Chodziło o to, że w czasie weekendu majowego Franek czekał na telefon z już byłej pracy, czy ma coś wpisane do grafiku na poniedziałek. Nie doczekał się, więc wróciliśmy do Podwarszawia dopiero w poniedziałek rano. I chwilę później zadzwonił do Franka planista, żeby go poinformować, że na ten miesiąc rozpisali mu grafik i... za dwie godziny ma się stawić do pracy! Franek był zmuszony odmówić i naprawdę się zmartwiliśmy, bo nie wyglądało to dobrze. Byliśmy w ogóle źli na całą sytuację, bo w innych okolicznościach bardzo cieszylibyśmy się, że wreszcie Franek "zasłużył" na grafik a nie tylko na kursy z doskoku, ale w przypadku, kiedy miał do załatwienia tyle spraw w Nie-Zielonej Firmie, nie mógł tego pogodzić (chodzi między innymi o przepisy dotyczące czasu pracy kierowcy). Ale dlaczego nie zadzwonili do niego wcześniej? Skąd niby miał wiedzieć, że ma przyjść do pracy, skoro nikt go o tym nie poinformował? (wcześniej za każdym musiał czekać na telefon) Pamiętacie, jak wtedy zdenerwowała mnie ta cała sytuacja... Dzisiaj może nie wygląda to wszystko tak źle, ale wtedy naprawdę byliśmy zmartwieni - bolało, że Franek musiał odmówić przyjścia do pracy, bo to dobrze nie wyglądało, a przecież nie wiedzieliśmy jeszcze jak będzie z nową pracą... Ale na szczęście następnego dnia Franek najpierw załatwił sprawy w nowej pracy, a później pojechał do byłej (wiem, że to skomplikowane :P) i okazało się, że udało się to nieporozumienie wyjaśnić. Choć dzisiaj to już nie jest istotne, bo w czwartek właśnie Franek rozwiązał umowę w poprzedniej pracy (Nie-Zielona Firma kazała mu to zrobić przed podpisaniem umowy u nich; no, chyba, że z tego powodu w ramach "zemsty" postanowią nałożyć na Franka karę za to, że nie zgłosił nieobecności w pracy przynajmniej 12 h przed...)

To, że Franek dostał pracę w tym miejscu, które od początku nam się marzyło - na cały etat i z perspektywą dalszego zatrudnienia po okresie próbnym (trudno traktować to inaczej, skoro umowę ma do końca lipca, a na październik zaplanowali mu urlop!), z całym zapleczem socjalnym (- jednak co firma państwowa, to państwowa...) i darmowymi biletami komunikacji miejskiej (to był dla mnie paradoks, że Franek jako kierowca autobusu, po skończeniu służby, wracając tym samym autobusem do domu musiał kasować bilet!) jest dla nas wspaniałą wiadomością! Na to właśnie czekaliśmy! I skakalibyśmy dzisiaj z radości, a później upili do nieprzytomności :P gdyby nie to, że ta najważniejsza sprawa jest nadal nierozwiązana. Cały cas nie wiemy, czy mamy tutaj przyszłość... Czy moja praca będzie nadal stabilna - bo od tego wszystko zależy... 
Więc pomimo całej tej radości nie możemy powiedzieć, że teraz już wszystko się poukłada, bo jeszcze wszystko się może zdarzyć. Ale byłoby cudnie, gdyby i u mnie wszystko poszło dobrze...  
Więc na razie uczciliśmy ten mały sukces tylko jedną butelką wina i mamy nadzieję, że to wszystko (to szczęście na drugim egzaminie teoretycznym, to znalezienie dokumentu i w ogóle zdobycie tej pracy, która była naszym celem od początku) jest wreszcie początkiem dobrej passy dla nas. Bardzo tego potrzebujemy... Bo jeśli nie to... to nie wiem co, po prostu sobie tego załamania nawet wyobrazić nie potrafię.. Lepiej więc pozostanę chwilowo w tym stanie lekkiego upojenia...

wtorek, 4 marca 2014

Nowinki

W związku z nową pracą Franka kupiliśmy sobie zabawkę. Oto i ona:


Nie planowaliśmy tego początkowo, ale Franek już od dawna mówił, że najbardziej boi się tego, że nie zna Warszawy. Miał wykupiony bilet miesięczny i od listopada kilka razy w tygodniu jeździł po Warszawie różnymi liniami autobusowymi. Czasami - w weekendy - zabierałam się z nim :) On siedział z mapą na kolanach i wyglądał przez okno, ja siedziałam obok i czytałam książkę :) Spędzaliśmy tak nawet kilka godzin i bardzo mi się to podobało. Kiedy spadł śnieg było gorzej, bo autobusy były bardzo brudne i przez okno nic nie było widać, więc Franek na chwilę odpuścił. Czasami jechał gdzieś samochodem, innym razem po prostu się przeszedł. Ale i tak było to dla niego stresujące, bo przecież Poznaniakiem był od urodzenia, a i tak wszystkich rejonów Poznania nie znał, bo na przykład na Piątkowo nigdy nie miał potrzeby się zapuszczać. Jednak kiedy przyszło mu jeździć po nieznanych terenach, przyszło mu to dość łatwo.
Nie potrafił sobie wyobrazić podobnej sytuacji w Warszawie. To było zresztą głównym powodem tego, dlaczego tak długo zwlekał ze złożeniem podania do "Zielonych" Firm. Ale w końcu się udało, został przyjęty i nie miał wyboru, musiał się z tym zmierzyć. Podczas praktyk jeździł z patronem, więc nie było problemu, bo w razie czego ten mu podpowiadał. Niektóre linie były łatwe, inne trudniejsze. Przyznaję, że wcale się nie dziwię, że się Franek denerwował, bo jednego dnia wybraliśmy się samochodem na przejażdżkę po trasie linii, która jeździła po ursynowskich osiedlach i miałam mapę przed sobą a i tak były momenty, kiedy nie byłam pewna, czy dobrze jedziemy! Linia była mocno pokręcona (dosłownie, bo wiła się małymi uliczkami) a budynki dookoła wyglądały tak samo.
Franek już od dawna wspominał o zakupie nawigacji, ale ja nie byłam przekonana do tego pomysłu. Potem okazało się, że w autobusach i tak nie można jej mieć, więc nie było o czym mówić. Ale wtedy Franek napomknął o jakimś smarfonie a ostatecznie stwierdziliśmy, że tablet będzie najlepszym zakupem! Nie dość, że dzięki niemu i aplikacji "jak dojadę", którą sobie ściągnął, a która oprócz tego, że pokazuje trasę i przystanki, to zaznacza również aktualną lokalizację Franek czuje się zdecydowanie spokojniejszy, to jeszcze tablet przyda się nam na co dzień. Zwłaszcza, że nasze laptopy lekko niedomagają - w moim są problemy z baterią, wystarczy, że lekko poruszę kabelek i już mi się komputer wyłącza. Frankowa Toshiba szybko się przegrzewa. Mam co prawda bardzo zgrabny komputer firmowy, ale codziennie go do domu nie zabieram.

Jesteśmy więc teraz w posiadaniu tego cacka i można powiedzieć, że jesteśmy teraz bardzo nowocześni :P Swoją drogą zawsze zdumiewa mnie, jak ta technologia zasuwa. Kto by pomyślał, że będzie można sobie w torebce nosić coś, co wygląda jak notes, a w rzeczywistości będzie nam umożliwiało połączenie się z internetem w każdej chwili i z każdego miejsca. To niby takie naturalne w naszych czasach, a jednak jak się nad tym bardziej zastanawiam, to i tak się dziwię :)

A tymczasem Franek ma za sobą dwa dni pracy. Wczoraj jeździł przez samo centrum Warszawy i bardzo się stresował - nawet pomimo "jak dojadę". Przynajmniej na początku, bo mówi, że jak już dwa razy przejechał, to wiedział, że się nie pomyli. Dzisiaj było lepiej, bo miał krótką trasę, w dodatku w kształcie kółeczka. W czwartek i piątek czekają go linie bardziej skompliwkowane, ale myślę, że będzie coraz lepiej. Wiadomo, że jak jedzie pierwszy raz, to się stresuje, ale ja tam w niego wierzę. Ma tableta, ma swoje rozpiski i mapki, więc na pewno da radę.
A ja mam poczucie, że wszystko wróciło do normy :P Znowu o trzeciej nad ranem słyszę jak przez mgłę budzik Franka, a potem czuję, że całuje mnie w czoło, albo w policzek i wychodzi i z pokoju. Kiedy wychodzi z domu, zazwyczaj już nie odnotowuję :) Później mam cały ranek dla siebie i nie denerwuję się, że on śpi :) Znowu odbieram telefony w ciągu dnia, bo kiedy Franek ma przerwę, to zawsze dzwoni. 
Jeszcze tylko muszę Franka przekonać, żeby od czasu do czasu też na popołudniówkę poszedł :P Ale na wszystko przyjdzie czas.
Na razie bardzo podoba mi się ta nasza nowa-stara rzeczywistość i mam nadzieję, że to będzie trwalo!



czwartek, 27 lutego 2014

Entuzjazm bez euforii

Zrobiliśmy krok do przodu. Tym razem nadzieja nie okazała się całkowicie płonna. Po dwóch tygodniach oczekiwania już wiemy - Franek od poniedziałku zaczyna pracę.
Dwa tygodnie temu był umówiony na rozmowę do jednej z warszawskich - "Zielonych" firm - niech już tak zostanie, mimo, że w Warszawie zielone nie są :) Ostatecznie go nie przyjęli, a kiedy zapytał jaki jest powód, otwarcie mu powiedzieli, że zasugerowali się tym, że w poprzednim miejscu pracy przez długi czas był na zwolnieniu. Na nic zdał się dowód w postaci świadectwa pracy z poznańskiej Zielonej Firmy, że ta nieobecność wynikała ze specyfiki pracy i wcześniej Frankowi nie zdarzało się dużo chorować. To by było na tyle jeśli chodzi o korzystanie z L4, które przecież się należy nie dla własnego widzimisię, tylko dlatego, że naprawdę jest ono konieczne. Osoby, które dziwiły się, gdy martwiłam się, że Franek będzie długo na zwolnieniu, chyba są w stanie zrozumieć teraz, dlaczego podtrzymuję swoją opinię, że pracodawcy patrzą krzywo na chorujących pracowników - niezależnie od tego, czy chorują naprawdę, czy kombinują?
Na ten temat jednak jeszcze być może kiedyś będzie okazja, żeby się trochę rozpisać. Teraz wracam do sedna.

Byliśmy nieco rozczarowani, ale o dziwo Franek przyjął tę sytuację bardzo dobrze. Wręcz zadowolony był, że miał taką rozmowę za sobą i chyba dodało mu to trochę skrzydeł, bo następnego dnia poszedł do drugiej "Zielonej" firmy. Tam zaproponowali mu udział w trzydniowym szkoleniu, z którego oczywiście skorzystał. Kiedy zdał już wszystkie testy, które były tam do zaliczenia, zapisano go na dwutygodniową praktykę, która w praktyce :) wyglądała tak, że w ciągu czternastu dni musiał zaliczyć sześć dni za kierownicą autobusu pod okiem tak zwanego patrona.
Wczoraj zaliczono mu ostatni dzień i dzisiaj podpisał umowę.

Cieszymy się oczywiście, choć z radości nie skaczemy. Być może dlatego, że doświadczenia ostatnich miesięcy nauczyły nas powściągliwości jeśli chodzi o radość. Ale bardziej dlatego, że cała ta sytuacja ma kilka haczyków. Umowa jest tylko umową na zlecenie (na razie tylko na miesiąc z możliwością przedłużenia). Podobno po trzech miesiącach można ubiegać się o umowę na stałe, ale nia pewno nie ma mowy o nieokreślonym czasie zatrudnienia. Zlecenie może też mieć swoje dobre strony - jak na przykład to, że Franek będzie mógł decydować o tym, które dni będzie miał wolne. Ale nie wiemy do końca z czym wiąże się ten brak grafiku - bo jeśli tylko z tym, że Franek sam będzie musiał umawiać z planistą dni, w które chce pracować, to nam to odpowiada. Gorzej jeśli okaże się, że na przykład będzie czekał tydzień, bo nie było dla niego kursu. Ale tego nie wiemy, więc nie nastawiamy się źle.Poza tym można powiedzieć, że system kar jest mocno rozbudowany :) Bardzo mocno Można oberwać prawie za wszystko i to są naprawdę wysokie kwoty. Mówimy o setkach złotych. Generalnie w tej firmie jest bardzo duża rotacja pracowników, a to jednak też o czymś świadczy i to raczej nie o czymś pozytywnym. No i firma jest prywatna, z gatunku tych, co oszczędzają na wszystkim, a najbardziej na wynagrodzeniu dla pracownika :)

Ale są też dobre strony i tego się trzymamy. Pracuje tam kilka osób na stałe (oczywiście nie na czas nieokreślony) i twierdzą, że nie jest tak źle i w wielu sprawach można się dogadać - jak na przykład godziny pracy. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że ta praca po prostu JEST! I to jeszcze taka, która Frankowi po prostu sprawia przyjemność. Kiedy odbywał te praktyki, wracał do domu co prawda zmęczony, ale oczy mu się świeciły! Opowiadał o wszystkim z entuzjazmem i satysfakcją :) Cieszył się, że po półrocznej przerwie nie miał w ogóle problemu z prowadzeniem autobusu, nie popełniał żadncyh błędów. Patroni chwalili go i mówili, że sporo mają osób, które radzą sobie raczej kiepsko, a w przypadku Franka widać, że wie o co chodzi w tym zawodzie :) Franek nie należy do osób, które lubią siebie chwalić i prędzej można mu zarzucić brak wiary we własne umiejętności niż przesadną pewność siebie, dlatego cieszę się, że tak do tego podchodzi, bo widzę, że dzięki temu jest mniej zestresowany i czuje się pewniej.

Bardzo chciałabym, żeby to był nareszcie jakiś początek dobrego. Być może pieniędzy z tego dużych nie będzie, ale na szczęście możemy sobie pozwolić na to, żeby stwierdzić, że nie o wynagrodzenie chodzi. Chodzi o to, żeby Franek się czymś zajął - a jeśli ma to być zajęcie, które sprawia mu radość i satysfakcję, to świetnie! Będzie to dla niego też okazja, aby zdobyć doświadczenie w jeżdżeniu po Warszawie i poznawaniu miasta. Być może będzie miał większe szanse, aby w przyszłości ubiegać się o posadę w warszawskiej państwowej "Zielonej" firmie (na razie wszystkim mówią, żeby czekać). Póki co myślę, że naprawdę dobrze się złożyło - zajezdnia jest akurat blisko Podwarszawia, godziny na razie będzie mógł sobie Franek ustalać, a przede wszystkim będzie robił to, co lubi. Mam tylko nadzieję, że firma będzie po prostu uczciwa i jeśli Franek będzie sumiennym pracownikiem (a w to nie wątpię) to nie będzie miał z nią problemów.
Podsumowując - tak jak w tytule. Chwilami bardzo się cieszę, ale nie popadam w euforię, bo jednocześnie mam bardzo dużo ogromnych obaw. Mam nadzieję, że rozwieją się po tym jak Franek zacznie pracować...

Przyznaję, że to chyba również był powód mojej niemocy blogowej w ostatnim czasie. Ta sprawa cały czas nad nami wisiała. Nie miałam ochoty o tym pisać, a z kolei pisanie o czymś innym w ogóle mi nie szło. Dlatego mam nadzieję, że ten wpis przełamie moje milczenie :) Bo jeśli to nie pomoże, to chyba jestem już stracona dla blogowego świata :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Kłopoty w raju

I można powiedzieć, że czar prysł. Przynajmniej po tym weekendzie. Bo weekend był cudny i sielski. W sobotę pojechaliśmy do Warszawy i zrobiliśmy sobie kilkukilometrowy spacer. Doszliśmy do parku, usiedliśmy nad stawem... Wypiłam sobie nielegalne piwko w miejscu publicznym. Było mi błogo. Wróciliśmy pozytywnie zmęczeni.
W niedzielę korzystalilśmy z pięknej pogody. Wybraliśmy się nad wodę. Nie miałam pojęcia, że mamy jezioro 1,5 km od domu! :) To bliżej niż do pracy :P  Fajny, zadbany park, z mnóstwem zieleni i kilkoma stawami. A do tego małe kąpielisko. Idealne na niedzielę. Nie chciałam, żeby to się skończyło. A wiedziałam, że się skończy.

No i skończyło. A wczoraj Franek był pierwszy dzień w pracy. Niby się nie stresował, ale wrócił w słabym humorze. Wiedziałam, że tak będzie! Znam go już trochę i doskonale wiem, że kiepsko sobie radzi ze stresem, a zmiana pracy jest na pewno wydarzeniem stresującym. A przynajmniej kiepsko dla mnie! Sama praca mu się podobała, choć go zmęczyła, bo ma zupełnie inny tryb nich dotychczasowa. Ale problem w tym, że to był tylko taki wstęp. Takie zapoznanie się z nowym miejscem pracy. A dzisiaj dopiero ma się przyuczać do tego, czym będzie się zajmował docelowo. Można powiedzieć, że został rzucony na głęboką wodę, bo będzie to trochę stanowisko nadzorcze, a on nigdy tak nie pracował. Więc się stresuje - i mnie przy okazji.. Jasne, stres w takiej sytuacji jest zrozumiały, sama też bym się przecież denerwowała. Ale źle mi z tym, jak on sobie z tym stresem radzi (lub raczej nie) i jego podejście mi się nie bardzo podoba. Dość pesymistyczne i zrezygnowane. Tak, jakby miał sobie lada moment odpuścić. Wiem, że tego nie zrobi, ale trochę mnie drażni fakt, że Franek nie skupia się na tym, co dobre. Mam nadzieję, że to się jednak po dzisiejszym dniu zmieni...
A prawda jest taka, że i ja sobie nienajlepiej radzę z tym frankowym stresem. Nie jestem przyzwyczajona, żeby go pocieszać - zresztą, pocieszać to ja mogę koleżankę, nie męża, bo do niego nie trafia moja forma pociesania. Wiadomo - Mars, Wenus i te sprawy... Tak, kiepska ze mnie żona pod tym względem, przyznaję się od razu.
Ja po prostu uważam, że on sobie poradzi, bo zawsze wykonywał swoją pracę - jakakolwiek by nie była - sumiennie. To, że na początku musi się dużo nauczyć, jest normalne w tej sytuacji, ale przecież na pewno jego pracodawcy też o tym wiedzą i zapewne nawet zakładają jego pomyłki. W dodatku pamiętam, jak zaczął pracę w Zielonej Firmie - też przychodził wykończony, zły, zestresowany i mówił mi, że nie rozumiem... Wiem, że jest solidny, pracowity a do tego kumaty, więc dlaczego nie miałby sobie poradzić? Ale właśnie kiedy staram się mu to powiedzieć, to okazuje się, że nie rozumiem... A gdy próbuję od innej strony - żeby na przykład podszedł do tego z dystansem, że będzie dobrze, to... oczywiście nie rozumiem :) Pewnie powinnam próbować jeszcze inaczej, ale naprawdę nie jestem w tym dobra. Bo jak z kolei się nasłucham złych scenariuszy, to sama się zaczynam dołować. Bo wolę myśleć, że wszystko się jakoś ułoży, wolę widzieć, to, co dobre... Ale że do optymistki mi daleko, to właśnie ja jestem od martwienia się, a Franek od pocieszania. Wiem, że mogę się wyżalić, powiedzieć, co mi leży na sercu, a od niego usłyszę, że wszystko będzie dobrze. A kiedy role się odwracają, nie czuję się pewnie.
Denerwuje mnie frankowa huśtawka nastrojów - kiedy z jednej strony mówi, że zrobił to, żebyśmy mogli być razem i że da sobie radę, a za chwilę, że miał fajną pracę, w której dobrze się czuł, a teraz nie wiadomo... Czuję się wtedy niemal wszystkiemu winna. Mnie też szkoda tamtej pracy. Bardzo. Ale jakąś decyzję trzeba było podjąć, a ja uważam, że w tej kwestii mieliśmy bardzo dużo szczęścia. W dodatku teraz pracuje 7-15/16 i ma wszystkie weekendy wolne. To jest coś... Wierzę, że jest mu trudno, ale naprawdę nie bardzo wiem, jak mu pomóc. Chciałabym, żeby uwierzył w to, że da radę.
I naprawdę chciałabym od niego dzisiaj usłyszeć, że nie było tak źle...

środa, 2 maja 2012

Witaj maj!

Zdecydowanie potrzebowałam tych wolnych dni... Ostatni urlop miałam we wrześniu. Kolejny szykuje się w październiku. Do tego czasu może wyjedziemy na jakiś lipcowy przedłużony weekend, ale dłuższy urlop zarezerwowalismy sobie na jesień, kiedy to wybierzemy się w podróż poślubną. A odpoczywać trzeba. Nawet osoby, które tak bardzo jak ja lubią swoją pracę, potrzebują chwili wytchnienia :) Cieszę się więc, że tak się fajnie w tym roku złożyło. Dziewięć dni laby! :)

Mogę tylko Franka pożałować, bo on niestety musi się trochę w pracy przemęczyć. Ale nie do końca! Franek dziś zadzwonił całkiem podekscytowany i zadowolony. Zapomniałam się Wam pochwalić, że zdał egzamin wewnętrzny w Zielonej Firmie! (zdał najlepiej z całej grupy ;))Teraz może już jeździć wszystkim autobusami - łącznie z przegubowcami. I właśnie od maja dostał nowy grafik - cieszy się, że ma nowe linie, czasami wygodniejsze. I że pozbył się raz na zawsze znielubianej przez niego linii 84 (chociaż przy ostatnim kursie prawie łezka mu się w oku zakręciła ;)) Więc nie boleje jakoś specjalnie nad tym, że musi pracować. Weekend za to będzie miał wolny i spędzimy go najprawdopodobniej razem, bo wrócę do Poznania.
A tymczasem ja, jak już wczoraj wspomniałam, regeneruję swoje siły na słońcu. Za chwilę znowu wybieram się na działkę. Ale muszę przyznać, że nie tylko o ten wypoczynek chodzi, ale także o sentyment do tego miejsca... Kiedy się tam wybieram tylko z psem, w normalny pracujący dzień, gdy nie ma ludzi pracujących na sąsiednich ogródkach, kiedy jest cisza i spokój, przypomina mi się na przykład przełom maja i czerwca 2004 roku. Wtedy to chodziłam na naszą działkę i przesiadywałam tam aż do popołudnia, ucząc się do matury ustnej z niemieckiego, a później przygotowując się do egzaminów wstępnych na studia. To był fajny czas. Poczucie, że skończył się jakiś etap w moim życiu, oczekiwanie na coś nowego... I ta błogość wywołana tym, że już nic nie muszę (to, oczywiście przyszło już po egzaminach ;)).
Przypominają mi się także wakacje 2005. Ostatnie beztroskie wakacje, chociaż oczywiście wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam :) Przyjechałam po pierwszym roku do Miasteczka i delektowałam się czasem wolnym i piękną pogodą. I znowu - zabierałam Rokusia, książkę i zaczytywałam się w niej na świeżym powietrzu, wśród zieleni. Później zaczęłam pracować i każdy kolejny wypad na ogródek w takich okolicznościach wywołuje we mnie uczucie nostalgii.

***
Oj, fajnie tak sobie odpocząć. Fajnie jest móc się zagubić nieco w czasie, stracić orientację - nie wiedzieć, jaki dziś dzień tygodnia. A to dopiero (a może jednak "już"?) półmetek.
Do tego skończył się nareszcie kwiecień. Niektóre z Was wiedzą, ze jakoś nie lubię tego miesiąca, bo zawsze dopada mnie wtedy jakiś dołek. Myślałam, że w tym roku mnie to ominie, ale niestety. Nie wszystko się układało tak jak trzeba, pojawiło się trochę zawirowań w różnych sferach życia, więc miałam średnie samopoczucie, ale na szczęście się poprawiło. A teraz, gdy przyszedł maj, jestem pełna nadziei, że teraz będzie tylko coraz lepiej. Kocham wiosnę :) Kocham tę świeżą zieleń, ciepło, słońce, kolorowe kanapki... :) I świadomość, że przede mną jeszcze przynajmniej pięć pięknych miesięcy. A jak jesień będzie kolorowa, to sześć.

Poza tym, cieszy mnie to chwilowe rozstanie z Frankiem, bo jak wiecie, lubię kiedy mamy okazję trochę się za sobą stęsknić. Chociaż czasami, niektóre rytuały mogą pozostać niezmienione, nawet gdy nie jesteśmy razem ;) Na przykład wczoraj, kiedy oglądałam Na Wspólnej...
W domu zazwyczaj jest tak, że oglądamy razem, a w przerwie na reklamy, idę się kąpać. Czasami nie zdążę wyjść z łazienki przed drugą częścią, a wtedy Franek wali ręką w ścianę (łazienka sąsiaduje z pokojem w którym mamy telewizor) i krzyczy: "Na Wspólneeej!" a ja wychodzę. Wczoraj tuż po reklamach otrzymuję smsa od Franka: "Puk, puk. Na Wspólnej!"


Ps. Bardzo proszę wyjadaczy blogspotowych oraz tych, ktorzy czują się technicznie zaznajomieni z tym portalem o zajrzenie TUTAJ.

wtorek, 17 sierpnia 2010

„Kontrola”

Kiedy Franek pracował jeszcze jako kucharz, lubiłam wpadać do niego do pracy. Czasami przychodziłam coś zjeść, ale częściej po prostu posiedzieć. Bywały dni, kiedy klientów nie miał za dużo, mogliśmy więc porozmawiać. Ale czasami ruch był spory, a ja siedziałam mimo wszystko – czasami nawet godzinę, dwie. Tylko siedziałam i przyglądałam się jak pracuje. Nie wiedzieć czemu, lubiłam go tak obserwować.
Kiedy zaczął nową pracę, nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła go „skontrolować” :)) Przy pierwszej okazji, kiedy jeździł po południu, umówiliśmy się na przystanku początkowym i przejechałam się z nim całe kółko. Od tamtej pory zdarzyło mi się to jeszcze kilka razy. Przyznaję, że za pierwszym razem, to się nawet trochę stresowałam :)) Franek był kierowcą dopiero od miesiąca, zdarzały mu się jeszcze drobne błędy, a mnie się robiło gorąco, kiedy tylko zahaczył przednim kołem o krawężnik przy przystanku :) Ale teraz jeżdżę już zupełnie bez obaw.

To oczywiście żart z tą kontrolą, bo nie o to chodzi :) Ja po prostu naprawdę lubię obserwować go w pracy – obojętnie w której. Mam o tyle fajnie, że i w poprzedniej pracy, i teraz mogę po prostu udawać zwykłą klientkę. 
W ogóle tramwajami i autobusami zawsze bardzo lubiłam jeździć bez celu. Kiedy przyjechałam do Poznania, zdarzało mi się po prostu wsiadać w tramwaj jakiejś linii i przejeżdżać całą trasę, zwiedzając w ten sposób miasto. A teraz mam dwa w jednym – mogę sobie jeździć po mieście a do tego obserwować Franka :) Aa, no i przy tym wszystkim oczywiście czytam sobie książkę :) W takiej sytuacji mogę sobie jeździć całymi dniami :P

Nauczyłam się już obliczać mniej więcej kiedy będzie na którym przystanku. Zdarzają mi się oczywiście pomyłki, bo różnie bywa na drodze – korki, awarie, czasami Franek ma jakąś niezaplanowaną przerwę, ale generalnie prawie zawsze trafiam idealnie :) Zwykle czekam na przystanku początkowym, ale na przykład wczoraj podjechałam sobie niemal na drugi koniec miasta i mój widok na przystanku zaskoczył Franka :) A ja sobie po prostu siadam grzecznie z przodu autobusu i czytam książkę, zerkając od czasu do czasu w stronę okna. Lub Franka :) Ale to już rzadziej, w końcu nie chcę go rozpraszać :) Czasami udaje się tak, że przy przystanku końcowym Franek ma przerwę, możemy więc chwilę porozmawiać, czasami przynoszę mu kanapki, innym razem po prostu wsiadam, dojeżdżam do końca i wracam do domu… 

Pewnie wielu osobom wyda się to dość dziwne :) Ale ja bardzo lubię te wyprawy. Po pierwsze sam fakt objeżdżania całego miasta. Po drugie ta możliwość obserwacji :) Franek w pracy wydaje mi się zupełnie inny niż na co dzień w domu :) Taki poważny, dystyngowany :) Zwłaszcza teraz w mundurze. Lubię jak czasami spojrzy na mnie szybko i mrugnie okiem albo się uśmiechnie dyskretnie. Lubię kiedy tak jesteśmy blisko siebie, a wyglądamy, jakbyśmy się w ogóle nie znali – ot, dwójka obcych ludzi, kucharz i klientka, kierowca i pasażerka. I dopiero kiedy dojeżdżamy do przystanku, na którym chcę wysiąść uśmiecham się, macham na pożegnanie, a on posyła mi buziaka – dopiero wtedy okazuje się, że się znamy :)

czwartek, 5 sierpnia 2010

Refleksja.

W niedzielę, zaraz po odtworzeniu całego dnia i zastanowieniu się nad fenomenem ludzkiej pamięci nadeszła refleksja o tym jak wiele czas potrafi zmienić. Zastanowiłam się, co jest inne w moim życiu 1 sierpnia 2010 niż w tym samym dniu dokładnie rok wcześniej. No i cóż, stwierdziłam, że zmieniło się bardzo wiele, niemal wszystko, w każdej dziedzinie mojego życia.

Dziewczyny mieszkają w nowym – no w takim razie już nie nowym :) – mieszkaniu już rok. Kiedy się wyprowadzały z jednej strony miałam nadzieję, że niewiele się zmieni i będziemy nadal oglądać razem seriale i razem się uczyć. Z drugiej bałam się, że stracimy kontakt i nasze relacje się popsują. W zasadzie w obydwu tych sprawach się pomyliłam. Nie popsuły się relacje między nami, mogłabym nawet powiedzieć, że w niektórych kwestiach się poprawiło. Ale nie spotykałyśmy się aż tak często, jak mogłoby się początkowo wydawać, że będziemy w stanie. Owszem, chodziłam do nich wieczorami obejrzeć Na Wspólnej, one przychodziły do mnie na You Can Dance lub oglądałyśmy razem mecze. Zdarzyło się, że zostałam u nich na noc, spotykałyśmy się na piwku, wychodziłyśmy razem na imprezę. Z Dorotą regularnie chodzimy razem na aerobik. Ale czasami upływało wiele dni między jednymi a drugimi odwiedzinami. Okazało się, że nie musiało to oznaczać pogorszenia naszych stosunków.

Rok po tamtej wyprowadzce ja również mieszkam gdzieś indziej. Do tego z Frankiem, co było w zasadzie rok temu nie do pomyślenia i wydawało się zupełnie bez szans. Franek już od kilku miesięcy nie pracuje a tamtym barze a jest kierowcą.Praca bardziej stabilna i chyba jednak lepsza, chociaż jednocześnie bardziej odpowiedzialna i jednak trudniejsza i bardziej męcząca psychicznie. Droga do zmiany zawodu była długa, męcząca i skomplikowana, ale się udało. Chociaż po drodze zaliczyliśmy kilka kryzysów, w tym jeden bardzo poważny. Jednak w samym naszym związku chyba niewiele się zmieniło, może nastąpiła jakaś drobna modyfikacja pewnych zachowań, może odbyliśmy kilka rozmów więcej, które coś zmieniły, może jakaś kłótnia miała większe znaczenie…

1 sierpnia 2009 zaczynałam pisać pracę magisterską. W ogóle nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Coś poczytałam, coś podkreśliłam i rozpaczliwie stwierdzałam, że nie mam materiałów, że nie będę miała o czym pisać. Że nie dam rady, że nie wiem jak zacząć. No to była tragedia.. I jeszcze ta wizja spędzenia najbliższych sześciu miesięcy na pisaniu… Rok później moja praca magisterska w zasadzie przeszła do historii :) Okazało się, że dzięki konsekwentnemu pisaniu pół strony dziennie, w grudniu praca była napisana i czekały mnie jeszcze tylko poprawki i uzupełnienia. Niecałe cztery miesiące później obroniłam się na piątkę. Rok temu wydawało się to wszystko totalnie nierealne… Z jednej strony z sentymentem wspominam tamten czas (wiem, wiem, dziwna jestem :)), kiedy w nagrodę za napisany rozdział robiłam sobie obiad :) Albo w ramach pochwały za napisanie całej strony a nie połowy wychodziłam na imprezę :) Z drugiej – odczuwam niesamowitą ulgę, że już po wszystkim.

Brat i szwagierka Franka w sobotę będą obchodzić pierwszą rocznicę ślubu. I nawet wczoraj powiedziałam Frankowi, żeby nie rzucał byle jak spodni od munduru, bo kto mu je wyprasuje w piątek kiedy ja wyjeżdżam do Miasteczka. Odpowiedział mi „to mnie nauczysz, przez telefon”. Czyżby nawet to miało zmienić się przez ten rok?

365 dni i życie potrafi się zmienić o 365 stopni :) Dodam sobie te pięć stopni, żeby było ładniej :) W zasadzie to się tylko wydaje, że zmienia się niewiele, bo pozornie nasze otoczenie pozostaje często tylko trochę zmodyfikowane, bo nam się wydaje, że my się nie zmieniamy… A tymczasem myślę, że czas ma ogromną moc, działa niczym ta kropla, która drąży skałę. Wydaje nam się, że nic się nie zmienia, a z perspektywy czasu okazuje się, że gdybyśmy się cofnęli tylko o ten rok, znaleźlibyśmy się prawie w innym świecie. Zawsze coś się może zmienić, tylko chyba trzeba aktywnie podchodzić do życia. Bo jeśli ktoś się zamknie w czterech ścianach i codziennie będzie robił dokładnie to samo – marne szanse ma na to, żeby nawet ten czas coś tu zdziałał :)

Zmiany są potrzebne i często przynoszą pozytywne konsekwencje. Co nie zmienia faktu, że i tak ich nie lubię, nawet jeśli ich potrzebuję :))

piątek, 7 maja 2010

Jeszcze nienormalnie + Dobra wiadomość

No i masz ci los… Jak ja tu mam pisać o mojej wycieczce, skoro tyle się wokół dzieje. W ciągu jednego weekendu:
- Franek się na mnie obraził, po czym przylazł w nocy i… spał na podłodze pod moim łóżkiem! (uprzedzam pytania – to nie ja mu kazałam się tam kłaść, udawałam że śpię ;)) A potem powtarzał, że jest kretynem. Przez grzeczność nie zaprzeczałam, bo powód tej obrazy był doprawdy błahy.
- Pomogłam Dorocie i Jusce obalić dwie flachy winka czerwonego, bardzo dobrego zresztą :)
- Nawiedził mnie demon z przeszłości – bardzo poważny demon.
- Pojechałam odebrać dyplom i wróciłam bez niego.
- Ugryzł mnie dziki osioł
- Inne osiołki mnie za to urzekły :) (wiem, ostatnio ciągle tylko o osłach :P)
No i same widzicie… A to naprawdę tylko część tego, co się wydarzyło w weekend. W ogóle nie miałam szans na to, żeby przysiąść do kompa i napisać o tym co było a tu już kolejne rzeczy w kolejce czekają.
Doprawdy, nie wiem co się dzieje ostatnio ze mną i moimi notkami. MK, masz rację, zakręcona jestem. Niczym ten osiołkowy, tfu – świński, ogonek :D

Dobra wiadomość

Ależ dzisiaj mnie Franek zdenerwował. To znaczy sam się zdenerwował a przy okazji mnie. Skończył pracę (bo dzisiaj miał krótko, tylko od 4:30 do 9:15) i zadzwonił. Gadał ze mną jakoś tak niefajnie, więc mówię: „Słyszę, że dzisiaj jakiś niedobry humor masz..?” A on na to, że tak, bo musi teraz jeszcze do prezesa jechać, bo go wezwał. I nie wiadomo o co chodzi, a prezes tak sobie nikogo nie wzywa, żeby sobie o pogodzie pogadać… :/ Zadzwonił przed chwilą i… przedłużą mu umowę! :) Podczas tych trzech miesięcy miewał kontrole (o których nie wiedział – to znaczy wiedział, że są, ale nie wiedział, kiedy, jak i kto) i okazało się, że został oceniony na dwie czwórki trzy piątki. Teraz dostanie umowę na rok :) Pewnie, że to niewiele, ale zawsze kolejny rok szansy na to, żeby się wykazał.

środa, 24 lutego 2010

Sny na jawie

Pojechałabym Se gdzieś :) Odkąd musiałam się pożegnać z instytucją zwaną feriami zimowymi, sama sobie takowe ferie organizowałam. I tak w 2006 roku poleciałyśmy z koleżankami ze studiów do Madrytu na tydzień. W roku 2007 w zasadzie podróżować mi się odechciało, bo właśnie w lutym wróciłam z półrocznego stypendium w Cordobie, no ale wyjazd był zaliczony. W roku 2008 polecieliśmy z Frankiem do Sevilli. A właściwie tam tylko spaliśmy a w ciągu pięciu dni zdążyliśmy zaliczyć jeszcze kilka innych miast. No i w zeszłym roku w marcu zaliczyliśmy Londyn. Na początku lutego 2009 już mieliśmy kupione bilety. A teraz co? Bida. Nie ma na co czekać i aż mi dziwnie, bo odczuwam silną potrzebę, żeby gdzieś pojechać. Nawet miałam w planach Irlandię, ale niestety na przeszkodzie stoją dwie rzeczy.
Po pierwsze nowa praca Franka. Wczoraj podpisał umowę :))) Na razie co prawda na trzy miesiące, ale mam nadzieję, że już się go tak szybko nie wyrzekną, bo w końcu rok cały trwały szkolenia, więc trochę w niego zainwestowali. W każdym razie wczoraj już mu wszystko mniej więcej pokazali a w poniedziałek ma się stawić w zajezdni w pełnym umundurowaniu :) Dowiedział się już co prawda, że w tym okresie przysługuje mu pięć dni urlopu, ale nie jest za bardzo wskazane, żeby od razu go wykorzystywał na samym początku, więc raczej jego podróż ze mną nie wchodzi w grę.
Franek nie chce mnie samej puścić. Sam ma ochotę się gdzieś przejechać, a poza tym boi się co ja tam mogę przeskrobać jak mnie nie będzie pilnował :) Zwłaszcza, że jak kiedyś poszłam do wróżki (pierwszy i ostatni raz, nigdy więcej!), to ta wywróżyła mi, że wyjadę za granicę i nie wrócę, bo tam znajdę sobie męża. I na nic tłumaczenia, że to miało być w zeszłym roku :)
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w ogóle pozwoliła Frankowi, żeby mi czegoś zabronił, prawda? :) No więc głównie chodzi o moją obronę. Ciągle nie mam terminu. Będzie to któryś piątek marca, ale nie wiadomo który i przez to nie mogę nic sobie zaplanować, a jak wiadomo bilety w tanich liniach lotniczych rezerwować należy raczej z dużym wyprzedzeniem. Przed obroną na pewno nie chciałabym polecieć, więc wygląda na to, że w marcu się nie uda. Problem pojawia się również w kwietniu, bo przez przypadające w tym miesiącu święta, bilety bardzo podrożeją. No i klops. Potem weekend majowy i to samo. Wygląda na to, że niestety mój wyjazd nie dojdzie do skutku :(
Ale ja muszę sobie zorganizować tydzień urlopu i gdzieś wybyć! Wyjazdy z Frankiem zawsze najbardziej mnie cieszą. Żaden wyjazd nie jest tak przyjemny, kiedy nie mogę z nim dzielić wrażeń, ale jak się okaże, że wyjazd z nim naprawdę jest niemożliwy, to zacznę sama kombinować. Albo spróbuję jeszcze coś załatwić coś z tą Irlandią w kwietniu (o ile ceny biletów będą do przełknięcia) i polecę do koleżanek sama, albo namówię Dorotę (póki nie pracuje), żeby gdzieś się ze mną wybrała. Bez Franka to nie to samo, ale jak to ostatnio jego wyjazd w góry pokazał, takie rozstanie tygodniowe też może być budujące :) I cieszę się, że potrafimy się od siebie od czasu do czasu oderwać :)
No nic, ale na razie to wszystko tylko w sferze snów na jawie :) Siedzę sobie w biurze i ładuję akumulatory przed comiesięcznym nawałem pracy w pierwszych dniach nowego miesiąca, trochę się nudzę no i tak sobie myśleć zaczęłam o niebieskich migdałach. Marzy mi się taki wyjazd. Ba! On mi się nie marzy, on mi jest potrzebny po prostu :) No cóż, póki na razie nic więcej nie mogę zrobić, to sobie będę myśleć i planować. A nuż coś sobie wymarzę :)

sobota, 20 lutego 2010

Niezdecydowana

Hmmm, chyba ostatnio trochę przesadzam z tymi notkami co? :) Nie wydaje Wam się? Ale jakoś tak mi się ostatnio chce :) Zresztą ostrzegałam, że jak już napiszę pracę, to się będę musiała tutaj wyżywać piśmienniczo :) Jeszcze tylko będę musiała wrzucić zaległe recenzje na mój drugi blog :)

W każdym razie chciałam powiedzieć, że wczoraj o godzinie 16 pożegnałam wszelkie smutki :) Gryzło mnie to tak, dusiło, więc postanowiłam udać się z tym problemem do źródła, czyli do Doroty. Powiedziałam, co mi leży na wątrobie i podzieliłam się swoimi obawami. Dorota powiedziała mi to, co potrzebowałam usłyszeć. Była przy tym bardzo serdeczna i utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że niezależnie od wszystkiego mogę na nią liczyć i że jednak jest to ktoś bliski w moim życiu. Franek mówił mi, że tak będzie. W końcu zna Dorotę tak długo jak mnie :) Ale ja się musiałam przekonać, już taka jestem, że muszę wszystkie niedopowiedzenia wyjaśnić, nawet takie, które sobie sama wymyśliłam :) Ale najważniejsze, że naprawdę poczułam się, jakby kamień spadł mi z serca. A potem dostałam smsa: „Kocham cię strasznie mocno!” :) I to nie od Franka, tylko od Doroty właśnie :) My się kochamy od naszej pierwszej lekcji angielskiego.

A wczoraj obeszło się bez przygód. Dojechałam punktualnie. Szok. Takie rzeczy się nie zdarzają w PKP na co dzień :) Jestem więc dzisiaj już w Miasteczku i szykujemy się na imprezę z okazji 25tej rocznicy ślubu moich rodziców :)
A na koniec powiem Wam, że strasznie niezdecydowana kobita ze mnie. Do Franka zadzwonili wczoraj z Zielonej Firmy. We wtorek ma przyjść podpisać umowę i dobrać sobie mundur:
M: Myślałam, że będą szyli na miarę. Będą mieli taki na ciebie?
F: No a dlaczego nie?
M: A bo taki chudy jesteś..
F: Ja chudy? Ostatnio przecież przytyłem, ważę już prawie 75kg
M: No właśnie, za duży brzuchol ci się zrobił. Taki grubas z ciebie trochę
F: Hmm, no to jaki jestem w końcu?
 
Ps. Bo chyba nie wszyscy dobrze zrozumieli – to był żart! :)

piątek, 12 lutego 2010

Aktualności

Pamiętacie moją notkę z piątego września? Dopadł mnie wtedy atak paniki a końca nie było widać, skoro to był początek dopiero… Minęło pół roku. W tym czasie bardzo dużo się wydarzyło. Zresztą same wiecie. Ale jedno pozostawało niezmienne – codziennie myślałam o mojej pracy magisterskiej. Od września do grudnia codziennie wracałam z pracy i po południu siadałam do magisterki. Co prawda jeszcze przed świętami skończyłam pisanie, ale potem przez kolejne miesiące poprawiałam to, co było niedoskonałe, doczytywałam, zmieniałam, analizowałam.
Codziennie myślałam o mojej pracy. W ostatnich dniach omal nie oszalałam walcząc ze stylesheetem; pozbywałam się „wdów i bękartów”, doszukiwałam się miejsc publikacji każdego z moich trzydziestu pięciu źródeł, walczyłam z przecinkami przed „thus” i po”notwithstanding”. Z dnia na dzień moja paranoja się pogłębiała i miałam wrażenie, że coraz więcej błędów widzę. Dzisiaj już się zeschizowałam nawet, że źle napisałam tytuł. Kiedy już wydrukowałam i oprawiłam pracę, byłam wręcz przekonana na dwieście procent, że na pewno zrobiłam błąd we własnym nazwisku. Sprawdziłam – bezbłędnie. Nawet literówki nie ma. Uspokoiłam się trochę. I oto leżą przede mną trzy świeżutkie, oprawione prace magisterskie… Wersja na CD, indeks, zdjęcia (kurczę, podobają mi się, naprawdę dobrze na nich wyszłam ;)) i reszta dokumentów, które muszę złożyć jutro w dziekanacie. A ja siedzę i popijam wino przyniesione przez Franka.
Udało się. Dałam radę.Chwilami już wariowałam, ale konsekwentnie codziennie dopisywałam te pół strony i oto powstało te siedemdziesiąt pięć stron tekstu w języku Shakespeara. Nie będę pisać tu oryginalnego tytułu, ale w wolnym tłumaczeniu, temat mojej pracy to Nathaniel Hawthorne i kwestia kobieca. Analiza „Szkarłatnej Litery” i „The Blithedale Romance”. Generalnie napisałam o ambiwalentnym stosunku tego pisarza do feminizmu, jako że odznaczał się on niesamowitym szacunkiem w stosunku do kobiet i rozumiał palące problemy ówczesnych emancypantek, ale jednocześnie potępiał nadmierne wyzwolenie swoich bohaterek. Taki konserwatywny liberał :) A swoją drogą, wszystkim molom książkowym polecam lekturę Szkarłatnej Litery :)
Oczywiście przede mną jeszcze obrona. Będzie dwunastego, dziewiętnastego lub dwudziestego szóstego marca. Chyba dam radę się jakoś do niej przygotować. Ale najważniejsze, że napisałam. Dałam radę Dziewczyny. Kurczę, ale jestem z siebie zadowolona :D
Ps. A Franek złożył dzisiaj dwutygodniowe wypowiedzenie w swojej pracy, bo w Zielonej Firmie (mieszkańcy Poznania chyba się domyślą dlaczego właśnie zielonej ;)) obiecali mu zatrudnienie od pierwszego marca.