*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wybywamy...

Proszę, mamy dwudziesty dzień lipca, a ja mam napisaną już czternastą notkę... Czas może się trochę opanować ;) Będziecie więc mogły sobie troszkę teraz ode mnie i moich opowieści odpocząć - przynajmniej przez tydzień, a może i nieco dłużej! Odsapniecie nieco :)
Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem po powrocie do sieci, bo się już dzisiaj nie wyrobiłam. Wyjeżdżamy! Ja i Wiking. Mam nadzieję, że się Franuś trochę stęskni za rodzinką ;)
Bywajcie!

niedziela, 19 lipca 2015

Odkrywca.

Czy ja ostatnio mówiłam, ze półrocze nie przyniosło nam żadnych kamieni milowych? No to już mamy. Wczoraj tak bardzo Wiking zainteresował się klockiem, że aż z wrażenia usiadł. Ale tego było mu mało, bo również wczoraj wieczorem złapał się szczebelków w łóżeczku i stanął! Ten nasz półroczniak nie przestaje nas zdumiewać. Teraz ciągle by się na wszystko wspinał. Leżaczek od dawna stał się dla nas raczej bezużyteczny, bo po pierwsze było w nim zbyt nudno Wikingowi a poza tym kręcił się w nim i podnosił do pozycji siedzącej. A teraz już bynajmniej nie służy do siedzenia!




A jak się Dzieciak wkurza, gdy mu udaremniamy te wspinaczki w obawie przed tym, że nabije sobie kolejnego guza!
Muszę jednak powiedzieć, że fajnie się obserwuje takiego małego odkrywcę :)
No musiałam się pochwalić ja - dumna matka :D W końcu to całkiem niezły wyczyn.

Ostatnio napisałam odnośnie rehabilitacji, ze stanęło na tym, iż mamy się pokazać za miesiąc a nie za tydzień, bo rehabilitantka powiedziała - "bo przecież raczej nic się nie zmieni do przyszłego czwartku" To by się zdziwiła... :P

piątek, 17 lipca 2015

Skok w kolejny rok.

Dziś mija nam kolejny wspólny rok. To już razem dziewięć. Dokładnie dziewięć lat temu, w ciepły lipcowy wieczór się poznaliśmy, spędziliśmy razem noc (ale to nie tak, jak myślicie ;)) i w zasadzie od tamtej pory jesteśmy razem.
Wielkiego świętowania dzisiaj nie było. Trochę nad tym ubolewam, ale odkąd wzięliśmy ślub Franek już nie jest tak chętny do celebrowania tej właśnie rocznicy, bo twierdzi - nie bez racji - że ta wrześniowa jest ważniejsza. Ja właściwie się z nim zgadzam. Jeśli mam być szczera to i ja od trzech lat nie czuję tego klimatu do świętowania - może to kwestia tego, że nie wyjeżdżamy (wcześniej zwykle akurat byliśmy na wakacjach), może tego, że nie dzieje się nic niecodziennego, w tym roku może to jeszcze dodatkowo obecność Wikinga... W każdym razie jakoś też nie czuję magii tego dnia, zaciera mi się trochę jego znaczenie, bo to, że jesteśmy razem stało się w pewien sposób... oczywiste :)
 Trochę mi żal, ale jakoś tak samo wychodzi. Pamiętamy o tym dniu, rozmawiamy, robimy małe podsumowanie (choć rzecz jasna z mojej inicjatywy, bo to ja taka "podsumowująca" jestem :)), składamy sobie życzenia i mówimy o tym, jak dobrze, że kolejny wspólny rok za nami i cieszymy się na następne. Ale bez wielkiego celebrowania.
Dziś na przykład po prostu cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Franek miał wolne i wyszliśmy we trójkę na długi spacer podczas którego odbyliśmy przyjemną pogawędkę. Chyba fakt, że spędziliśmy ten dzień razem powoduje, że jakoś nie czuję, że jest wybrakowany :)

Miniony wspólny rok był przede wszystkim przełomowy! Dziewięć lat temu właśnie gdzieś zostało zapisane, że z tej naszej znajomości urodzi się Wiking. Bardzo lubię tego rodzaju rozważania - że gdyby nie ten jeden dzień, zbieg okoliczności i suma zdarzeń, wszystko potoczyłoby się inaczej i bylibyśmy oboje w zupełnie innym punkcie życia. Ale najbardziej niesamowite jest właśnie to, że tamten dzień zadecydował o tym, czy Wiking będzie istniał, czy nie... On nawet jeszcze nie wie o tym, że w pewnym sensie 17 lipca 2006 roku był najważniejszym w jego życiu ;)
W każdym razie, wracając do tego wspólnego roku - razem czekaliśmy i razem przeżyliśmy narodziny naszego dziecka. To był bardzo ważny czas, ale przyniósł wiele zmian. I to prawda, że narodziny dziecka są sprawdzianem dla związku. Na pewno można się wiele na swój temat dowiedzieć, ale przede wszystkim siłą rzeczy to wydarzenie ma wpływ na relację między dwojgiem ludzi. 
Dla nas ostatnie półrocze było bardzo... Hmm, szukam odpowiedniego słowa i chyba będzie nim "burzliwe". Oczywiście nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby nie Wiking, ale zdecydowanie trochę nam w życiu namieszał. Z jednej strony jego pojawienie się bardzo nas do siebie zbliżyło. Z drugiej spowodowało, że bywamy zmęczeni i mamy mniej czasu na wszystko, co może rodzić frustrację. Ta frustracja czasami się odbija na naszym związku. Jednak wcale nie uważam, że to przez pojawienie się dziecka. Raczej przez nasze charaktery.

Czasami miewamy naprawdę trudne dni. Franek jest zmęczony a to u niego zawsze powodowało poddenerwowanie. Zamyka się wtedy w sobie, a mnie jest trudno się z tym pogodzić. Próbuję z nim rozmawiać, on nie chce, ja się denerwuję, smucę, czasami płaczę. On z kolei na to reaguje jeszcze większym zdenerwowaniem i koło się zamyka. Ale najtrudniejsze jest to, że... zdaniem Franka nic złego się nie dzieje. I przez to ja sama głupieję trochę i zastanawiam się, skąd wobec tego u mnie ponure myśli na temat naszego związku. To nie zdarza się często i teraz, kiedy wszystko jest w porządku, nawet dziwnie mi się o tym pisze, bo nie umiem się wczuć w te emocje, które wtedy mnie dopadają. W każdym razie czasami jestem naprawdę pełna żalu i mam wrażenie, że nie damy rady, a krótko potem znowu wszystko wraca do normy i jest dobrze. Czasami dzieje się tak po rozmowie, a czasami ot tak, bez przyczyny, nagle jest w porządku i wszystkie moje obawy ulatują.
Może więc problem tkwi we mnie (choć jestem przekonana, że gdyby nie to, że Franek bywa taki nerwowy, to byłoby nam łatwiej). Może za dużo analizuję, niepotrzebnie drążę i suszę głowę Frankowi czasami. Ale w tych gorszych dniach po prostu nie umiem inaczej.
Jednak jakkolwiek by nie było, cały czas trwamy przy sobie i żadne z nas nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Tego jednego jestem pewna - że nawet kiedy Franek warczy i ma fochy, to w gruncie rzeczy nie jest to skierowane przeciwko naszemu związkowi i dla niego to jest oczywiste, że jesteśmy i będziemy razem. Wiem, że jego uczucia się nie zmieniają. Ale może właśnie dlatego tak trudno jest mi wtedy, bo myślę, o ile łatwiej byłoby, gdyby nie te jego (i moje pewnie też) złe dni.
Cóż, oboje swoje mamy za uszami, taka jest prawda. Nie jesteśmy ideałami. I nasze małżeństwo też idealne nie jest. Jesteśmy razem szczęśliwi, jest nam razem dobrze, ale przyznam, że chciałabym, żeby niektóre rzeczy się nieco poprawiły. Tęsknię za tym czasem między nami z okresu 2010-2013, mam wrażenie, że wtedy to była sielanka. Może więc to okoliczności sprawiają, że teraz jest jak jest, bo przecież mniej więcej od dwóch lat musimy borykać się z różnego rodzaju problemami.
Mam jednak nadzieję, że ze wszystkim sobie poradzimy i więcej będzie tych dobrych dni. Takich jak dziś. Kiedy zapewniamy się o wzajemnym przywiązaniu i o tym, jak jesteśmy dla siebie ważni. Właściwie to, że jesteśmy razem jest fundamentem wszystkiego. Musimy chyba popracować nad tym, żeby o tym nie zapominać w żadnej sytuacji.

Chaotyczna trochę ta dzisiejsza notka, bo właściwie chyba sama sobie jeszcze tego w głowie nie poukładałam. A może dzisiaj po prostu nie mam najlepszego dnia na tego rodzaju analizy i jeszcze kiedyś, w bardziej sprzyjających okolicznościach, a nie przy rocznicy do tego wrócę :)

czwartek, 16 lipca 2015

To mamy przechlapane...

Jak w tytule. Albowiem Wiking zorientował się dziś, że z pokoju można wyjść. A raczej - wypełznąć i wyczołgać się, bo ostatnio to już bardziej żołnierskie czołganie się w jego wykonaniu niż pełzanie. Został w pokoju z Frankiem, ale wolał sprawdzić, gdzie też poszła mama i przylazł za mną do łazienki. No to teraz się zacznie, będzie trzeba za nim łazić i go pilnować.

***
A tymczasem wygląda na to, że rehabilitację skończyliśmy, zanim się na dobre zaczęła. Zaczęło się od tego, że w kwietniu pediatra dała nam skierowanie do fizjoterapeuty, żeby ten ocenił, czy Wiking nie ma asymetrii. Było to dokładnie w dniu, kiedy Wiking skończył trzy miesiące, więc powinien się "odgiąć", ale to granica umowna, więc jeszcze nie zdążył, ale skierowanie dostał na wszelki wypadek. Wizytę mieliśmy w maju, w pewien poniedziałek z samego rana, więc Wiking został wybudzony z drzemki. Fizjoterapeuta nie zauważył jakiejś dużej asymetrii, ale stwierdził, że może dziecko ma słabe napięcie mięśniowe, bo coś nie bardzo chce podnosić główkę. Powiedzieliśmy mu, że on już normalnie się podnosi wysoko, tylko teraz jest zaspany i pewnie mu się nie chce. No to dostaliśmy skierowanie na rehabilitację - tak na wszelki wypadek :)  A do tego jeszcze skierowanie do neurologa, bo wspomnieliśmy o tym, że po jednym szczepieniu Wikinga bolała nóżka.
Turnus rehabilitacyjny został rozpisany standardowo na 26 spotkań, z tym, że ze względu na terminy mieliśmy zacząć regularnie (dwa razy w tygodniu) od lipca, a wcześniej mieliśmy tylko jedną wizytę w maju i jedną w czerwcu. Kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz, rehabilitantka stwierdziła, że Wiking może jednak trochę asymetryczny jest, bo przekręca się na brzuszek głównie przez jedną stronę. Kazała nam obserwować i stymulować Wikusia do przewracania się w drugą stronę. Następna wizyta miała być miesiąc później, w czerwcu. Wcześniej doczekaliśmy wreszcie wizyty u neurologa. Pani neurolog powiedziała, że generalnie jest ok, choć dopatrzyła się jednak trochę wzmożonego napięcia mięśniowego w nóżkach i z kolei w tym kierunku zaleciła rehabilitację. Na rehabilitacji czerwcowej znowu dostaliśmy kilka wskazówek odnośnie obserwacji i mieliśmy się spotkać w lipcu, żeby już ruszyć "z kopyta" i spotykać się dwa razy w tygodniu przez kolejne trzy miesiące.

Pojechaliśmy tydzień temu. Wystarczyło pięć minut, żeby rehabilitantka powiedziała: "Wikingu, co ja właściwie mam z tobą robić??". Okazało się bowiem, że Wikuś sam się naprawił - asymetria zniknęła całkowicie, wzmożonego napięcia też nie ma. Mieliśmy jeszcze skonsultować się znowu z neurologiem - wizytę mieliśmy zaplanowaną na poniedziałek i tu pani doktor też stwierdziła, że już jest dobrze. No to dzisiaj znowu pojechaliśmy do rehabilitantki i stanęło na tym, że mamy się pokazać za miesiąc i wtedy zadecydujemy co dalej. 

Z jednej strony oczywiście się cieszę, bo okazało się, że wszystko jest w porządku. Poza tym mogłam po raz pierwszy poczuć coś w rodzaju dumy matczynej, kiedy tak wszyscy się dziwili sprawnością Wikinga. Miło było słuchać, kiedy pani rehabilitantka mówiła, że to jakiś ewenement i powinna nagrać Wikusia i pokazywać starszym dzieciom-leniuszkom jako przykład, a pani neurolog, że tylko raz wcześniej w swojej karierze zawodowej widziała półroczne dziecko, które się do raczkowania ustawiało :)
Z drugiej nastawiłam się na te wypady dwa razy w tygodniu. Myślałam sobie, że Wiking będzie miał coś w rodzaju WFu i dzięki temu będziemy mieli dwa popołudnia "z głowy" - w sensie, że będzie miał zajęcie :P Nawet pozwoliłam sobie lekko pobujać w obłokach i pomyśleć, że może parę razy Franek sam by z dzieciakiem pojechał, a ja bym miała chwilę dla siebie... :P Cóż, Wiking pokrzyżował mi plany :) Ale oczywiście przede wszystkim się cieszę, że wszystko jest w porządku.

W tym miejscu jednak muszę pochwalić wszystkich lekarzy, z którymi mieliśmy do czynienia, bo jednak wszyscy woleli dmuchać na zimne i nie mogłabym im zarzucić, że coś przeoczyli. Niby nie widzieli jakichś dużych nieprawidłowości, a już na pewno nie patologicznych, ale woleli odesłać do jednego i drugiego specjalisty, żeby się upewnić. Zwykle słyszy się niestety o bagatelizowaniu niż nadgorliwości.

Ale to jeszcze nie koniec naszego rajdu po lekarzach, bo wszyscy zwracają uwagę na to, że Wiking często ma jęzor na wierzchu :P A dokładnie to jest tak, że jak go coś zainteresuje i się chwilowo "zawiesi" bądź jest w nowym otoczeniu, to wystawia końcówkę języka i tak się gapi z otwartą buzią. Wykluczono już to, co najpoważniejsze a więc problemy z tarczycą i słabe napięcie mięśniowe. Miał tez USG mózgowia, które nie wykazało żadnych zmian patologicznych. 
Mamy jeszcze skierowanie do laryngologa, ortodonty i chirurga (to było dość zabawne - byliśmy u pediatry z prośbą o skierowanie do laryngologa, bo to zasugerowała nam rehabilitantka, a ten powiedział: "jakieś jeszcze pomysły na skierowanie? mówcie, mówcie bo się kawy dużo napiłem i energia mnie rozpiera" po czym wymyślił jeszcze tych dwóch specjalistów ;)) oraz umówioną w ramach turnusu rehabilitacyjnego wizytę u neurologopedy. A niech sprawdzają! Mam nadzieję, że i tu się okaże, że jest wszystko ok i taka po prostu wikingowa uroda, bo lekarze również idą tym tropem. Mówią, że może to mu się cofnie a w ogóle, że to może być po prostu uwarunkowane genetycznie (czemu przyklaskuje moja mama, bo mówi, że jak mój tato się nad czymś skupia, to robi identyczną minę ;) i moja babcia podobno tez wywalała język, jak nad czymś myślała) i nie oznacza niczego groźnego.

Tak czy inaczej, najważniejsze, że na razie wszystko jest w porządku i mamy synka, który jest w stanie sam się naprostować ;) Oby tak dalej!Chociaż wolałabym, żeby najpierw się nauczył siedzieć na miejscu niż przemieszczać, ale to już chyba próżne żale :)

środa, 15 lipca 2015

Szpital na Żelaznej.

Sporo już czasu minęło od czasu mojego porodu, ale myślę, że jestem winna szpitalowi, w którym rodziłam, taki wpis (a także kilku z Wam, którym taką notkę swego czasu obiecałam :)), jak również opinię na stronie "gdzierodzić", którą na pewno również wkrótce zamieszczę.
Przez długi czas zielonego pojęcia nie miałam, gdzie chciałabym rodzić. Ba! Ja nawet nie wiedziałam, jakie są opcje. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to może żeby tam, gdzie jest moja lekarka prowadząca, choć to chyba nie byłby najlepszy wybór...
W połowie października rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Kiedy się przedstawialiśmy, trzeba było podać termin porodu, płeć i ewentualnie imię dziecka oraz szpital, który się wybrało. Zdziwiło mnie całkowicie, że niemal wszystkie pary mówiły o szpitalu na ulicy Żelaznej. Wcześniej nic o nim nie słyszałam. W dodatku kiedy przez przypadek weszłam na stronę szpitala i zobaczyłam, że to "Szpital Specjalistyczny Św. Zofii" albo też "Centrum Medyczne Żelazna", nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się, że to zapewne jakaś prywatna placówka.
Dopiero fakt, że tyle par w grupie zdecydowało się na ten szpital dało mi trochę do myślenia. Ale początkowo tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu położna organizująca szkołę rodzenia tam pracuje i ludzie na to się decydowali ze względu na nią. Teraz myślę, że było na odwrót i pary, które chciały rodzić na Żelaznej, szukały szkoły rodzenia w jakiś sposób związanej z tym szpitalem. 
Już w trakcie zajęć wydawało mi się, że szpital ten jest naprawdę bardzo przyjazny pacjentkom i nie chodziło tylko o to, że położne zachwalały swoje miejsce pracy. One po prostu opowiadały o tym, jak jest. A było tak, jak mnie odpowiadało. Poza tym zaczęłam już powoli czytać opinie w internecie i trochę rozpytywać. Okazało się, że szpital ten ma chyba najlepszą opinię jeśli chodzi o blok porodowy, oddział położniczy i noworodkowy w Warszawie. 
Strasznie napaliłam się na to, żeby właśnie ten szpital był szpitalem pierwszego wyboru (miałam w zanadrzu jeszcze dwa inne, które również miały dobre opinie, ale kobiety rodzące wypowiadały się z reguły negatywnie na temat opieki poporodowej i pomocy przy dziecku). Kiedy pojechałam tam na pierwsze KTG, wizyta w tamtym miejscu tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu!
Niestety jedynym, za to ogromnym minusem było to, że wszyscy mówili o tym, jak trudno jest się do tego szpitala dostać ze względu na ogromną ilość pacjentek czekających na poród właśnie tam. Zastanawialiśmy się nawet nad wykupieniem opieki położnej, ale było już na to trochę za późno, do tego to był ogromny koszt (1500zł) i choć szanse się zwiększały to takiej stuprocentowej gwarancji to nie dawało.

Było kilka rzeczy, na których bardzo mi zależało. Przede wszystkim chciałam rodzić w sali pojedynczej - nie z drugą kobietą za parawanem. Tylko to gwarantowało mi komfort psychiczny i przede wszystkim pewność, że nikt nie wyprosi z sali mojego męża. W salach podwójnych różnie to bywa, bo druga pacjentka może sobie nie życzyć obecności obcej osoby (i wcale się temu nie dziwię). Poza tym zależało mi, aby szpital dawał możliwość aktywnego porodu - żeby nie trzeba było leżeć cały czas (o tak! dobrze kombinowałam, bo teraz już wiem, że nie byłabym w stanie wyleżeć! męką było dla mnie, gdy kazali mi się położyć na badanie!), aby była jakaś wanna, prysznic, drabinki, piłka itp. Ze względu na moją cukrzycę, ważne było dla mnie, aby regularnie wykonywane było KTG podczas porodu, ale tak, żebym nie musiała leżeć podpięta pod maszynę. Poza tym chciałam, żeby po porodzie był kontakt z dzieckiem "skóra do skóry", który trwałby przynajmniej przez godzinę oraz aby w przypadku cesarskiego cięcia była możliwość kangurowania dziecka przez ojca.
No i oczywiście bardzo ważną rzeczą dla mnie było podejście personelu w ogóle - przede wszystkim ludzkie, ale trochę serdeczności by na pewno nie zaszkodziło :) Zresztą ja na punkcie życzliwości jestem trochę zbzikowana i bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie z którymi mam do czynienia byli zwyczajnie mili. Poza tym chciałam liczyć na pomoc z ich strony, bo wydawało mi się (i nie pomyliłam się), że kiedy dziecko już przyjdzie na świat, wiele rzeczy będzie dla mnie czarną magią. Nie chciałam też, aby zbyt szybko i pochopnie podejmowano ewentualną decyzję o cesarce (z tego właśnie powodu dość szybko zrezygnowałam ze szpitala, w którym pracuje moja lekarka, bo tam są bardzo "nowocześni" i śpieszno im do wszelkich zabiegów), ale żeby też nie przesadzali w drugą stronę ze swoją "naturalnością" i aby można było bez problemu otrzymać znieczulenie.

Muszę przyznać, że szpital na Żelaznej absolutnie spełnił wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej! Wydawało mi się, że to niemożliwe, aby faktycznie wszystkie pozytywne opinie (a niemal wszystkie takie były, ostatnio pojawiło się nieco więcej negatywnych ) na stronie "gdzierodzić" były prawdziwe. A jednak! Wszystko było "najprawdziwszą prawdą". Było wręcz lepiej, niż oczekiwałam. 
Położnej nie wykupiliśmy, ale i tak zostałam przyjęta. Myślę jednak, że to był dobry czas - święta, Sylwester itp. Nie chodzi mi o to, że kobiety porody wstrzymywały :P Tylko może gdzieś wyjechały albo zalecone kontrolne KTG przesunęły w czasie, bo dopiero po 6 stycznia zrobił się ruch w interesie. Kiedy ja już byłam w trakcie porodu, w izbie przyjęć czekało 16 dziewczyn, u których coś się już działo! Można więc powiedzieć, że miałam szczęście! W ogóle to jak mnie przyjęli do szpitala na początku byłam załamana - nie zdążyłam zrobić jeszcze tylu rzeczy! Ale za chwilę przyszła refleksja (podsunięta mi trochę przez Franka), że dobrze się stało, bo przynajmniej mam już pewność, że urodzę właśnie w tym szpitalu.
Sama opieka na oddziale patologii ciąży też była wspaniała! Niemal wszystkie położne - do rany przyłóż! Uśmiechnięte, serdeczne, uprzejme, wspierające. W zasadzie nie lubiłam tylko dwóch, przy czym co do jednej zmieniłam zdanie, bo ostatecznie tak się złożyło, że to ona właśnie miała dyżur, kiedy się u mnie zaczęło dziać i okazała się jednak całkiem fajna.
W czasie porodu "zaliczyłam" aż trzy zmiany położnych i każda była równie fajna i pomocna. Naprawdę czułam, że mam wsparcie, nawet mimo tego, że nie opłaciłam sobie opieki indywidualnej. Na pewno wszystkie rodzące słyszą, że są wspaniałe i świetnie sobie radzą, ale to nieważne - dla mnie i tak te słowa były ważne ;) Nie zniosłabym, gdyby w takiej chwili ktoś jeszcze na mnie krzyczał! To, że w tych naprawdę trudnych momentach, kiedy miałam już dość, otrzymywałam wsparcie psychiczne od położnych, jakąś pomoc i rady, naprawdę dużo mi dawało. Myślę, że oprócz Franka, to właśnie zachowanie i podejście położnych spowodowało, że dziś wspominam swój poród bardzo dobrze - nawet pomimo tego zaskakującego, koszmarnego bólu.
Kiedy już było po wszystkim, mogłam się o wszystko dopytać i na spokojnie porozmawiać z położnymi, które zajęły się i mną i Wikingiem - przystawiły Wikinga do piersi, przebrały go, potem pomogły mi się wykąpać i przebrać. Czułam się w tamtym momencie, jakbym była jedyną pacjentką w całym szpitalu...

Na bloku porodowym, oprócz położnych było bardzo dużo studentek i myślę, że to też było ogromnym plusem, bo dzięki temu personel mógł poświęcać dwa razy więcej czasu i uwagi każdej położnicy, niż gdyby ich nie było.

Ze względu na ogromne obłożenie szpitala, po porodzie nie zostałam przewieziona na oddział położniczy, tylko zostałam na bloku porodowym w sali porodowej zaadaptowanej na poporodową. Miało być na chwilę, zostało na trochę dłużej. Początkowo byłam rozczarowana, bo godziny odwiedzin na tym oddziale były tylko między 15 a 17. Ale dość szybko przywykłam i nawet nie chciałam już być przenoszona, bo za to byłyśmy pod naprawdę troskliwą opieką w zasadzie non stop! Co chwilę przychodziły studentki albo położne, żeby zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. W każdym momencie można było poprosić kogoś o pomoc w jakiejkolwiek sprawie. To naprawdę było wspaniałe! Kiedy w niedzielę popołudniu zostałam przeniesiona z powrotem na patologię (bo tam dwie sale były dla kobiet z noworodkami), to mimo, że opieka nadal była bardzo profesjonalna, to już nie było to samo. Więc w gruncie rzeczy miałam podwójne szczęście.

Zdecydowanie muszę potwierdzić wszystkie pozytywne opinie na temat szpitala na Żelaznej. Jedyny zarzut jaki mam to do jedzenia, bo było paskudne ;) Ale tylko to, które miałam na diecie cukrzycowej, kiedy już urodziłam i mogłam jeść normalnie to i jedzenie było lepsze. Jednak to drobiazg. Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Było... naprawdę fajnie w tym szpitalu i pobyt tam do dziś wspominam z sentymentem i rozrzewnieniem... Wyjeżdżałam stamtąd ze łzami w oczach, bałam się, jak sobie poradzę sama. Poza tym brakowało mi bardzo tego zainteresowania moją osobą. Przez długi czas pobyt w szpitalu śnił mi się jeszcze po nocach - i to nie w formie koszmarów. Naprawdę każdej kobiecie życzyłabym porodu i pobytu w takim właśnie szpitalu.
Gdybym miała jeszcze kiedyś rodzić to tylko tam - tylko szkoda, że faktycznie mają tam takie obłożenie, że zdarza się, że muszą odsyłać rodzące kobiety albo przetrzymywać je na izbie przyjęć... No, ale wszak to nie dziwota.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Warkocz czasem pleciony.

Utonęłam we wspomnieniach. Znowu. Z tym właśnie wiąże się przenoszenie archiwum (oraz z tym, że może mi się omsknąć palec i opublikować pod bieżącą datą, więc jeśli znowu zobaczycie jakąś dziwną notkę, to wiedzcie, że to niechcący ;)). Napotykam posty, o których dawno zapomniałam, o których czasami myślałam, że nie powstały. Pamięć ludzka naprawdę bywa zawodna.
Czytam o czasie sprzed sześciu lat - z jednej strony to nie tak dużo, z drugiej mnie i tamtą margolkę dzieli przepaść doświadczeń, zdarzeń, smutków i radości. Niby jetem taka sama, a jednocześnie tak bardzo inna.
Czytam o imprezie sprzed lat, a tymczasem mały Wikuś na podłodze bawi się piłeczką i po chwili domaga się mojej uwagi. Podchodzę więc do niego, przytulam, zagaduję. Choć przyznaję, że myślami jestem trochę gdzieś indziej. Cofnęłam się w czasie. Kiedy tylko widzę, że Wiking stracił zainteresowanie moim nosem i sturlał się z mojego brzucha, żeby podpełznąć do plastikowego kraba, wracam przed komputer i doczytuję, jak skończyła się tamta historia. Wtedy żyłam nią przez tydzień, dziś ledwo pamiętam, że w ogóle miała miejsce. Czytam o porozumieniu dusz i o tym, że komuś pachniałam tak, jak nikt nigdy wcześniej nie pachniał. To musiało być dla mnie ważne. Dlaczego więc dziś już tego nie pamiętałam? Wiking znowu stęka, podchodzę do niego, ale tym razem biorę go na ręce, bo trudno oderwać mi się od lektury tego, co napisałam ja we własnej osobie. Czytam nadal, podczas gdy Wiking gaworzy prosto do mojego ucha przewieszony przez moje ramię (bardzo lubi tak zwisać głową w dół). Dziwię się, kiedy wspomnienia wracają. Tamta notka otworzyła odpowiednie szufladki w mojej głowie i już znowu jestem w poznańskim Al Mirage sześć lat temu. Pamiętam tamten zapach i smak zimnego piwa. Pamiętam noc pełną zawrotów głowy, bolące mięśnie i mętlik dnia kolejnego. Przypomina mi się piosenka, która jeszcze przez długi czas była moją ulubioną i kojarzyła mi się z tamtym klubem, tamtym czasem i tamtą rozrywką. Zaskakuje mnie trafność moich spostrzeżeń z tamtego czasu. Niczego bym nie zmieniła, nie poprawiła. Choć ja się zmieniłam, mój pogląd i odczuwanie emocji w związku z tamtym zdarzeniem już nie. Jestem zdumiona tym, jak dobrze potrafiłam to wszystko opisać, dzięki czemu łatwo było mi się dzisiaj tam przenieść. Wikingowi nudzi się pozycja, sadzam więc go na kolanach, doczytuję końcówkę i komentarze, przez chwilę patrzę na Wikusia usiłującego sięgnąć rączką do klawiatury i niemal zastanawiam się - skąd się wzięło to dziecko? - tak bardzo teraźniejszość splotła się z przeszłością...

Dokonałam wtedy jakichś wyborów być może nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. W zasadzie byłam po prostu lojalna i konsekwentna, ale to przecież też jest jakiś wybór. Choć chciałam i umiałam się zabawić, nie miałam ochoty na szaleństwo ani na całkowite zapomnienie. Dzięki temu właśnie dziś jestem usatysfakcjonowana. Cieszę się jako taką stabilizacją. Choć czasami łapię się na tym, że nagle dziwię się temu, jak się to wszystko potoczyło, bywam znużona, gdybam i myślę sobie, że kiedyś było inaczej, to przynajmniej nie wyrzucam sobie, że czegoś nie zrobiłam, że gdzieś nie zaszalałam, że chciałabym coś nadrobić, wyszumieć się. Nie. Nie chciałabym, ponieważ myślę, że swego czasu, który był na to odpowiednim, robiłam to, co należało - w każdym sensie. A więc tak, uważam, że się wyszalałam, co przeżyłam to moje. Dziś już nie czas na to - co wcale nie znaczy, że gdyby się nadarzyła taka okazja, to bym się nie wybawiła - po prostu wiem, że okoliczności nie sprzyjają, ale nie czuję się przez to stłamszona.
Czas mija, zmienia się nasze życie i zmieniamy się my. Tamten okres i tak nie należał do tego najszczęśliwszego, a jednak dziś wspominam go z rozrzewnieniem i widzę, że nie było tak źle. To daje nadzieję na to, że wszystko mija i teraźniejsze problemy również kiedyś miną.

To jest ten moment, gdy myślę sobie - jak dobrze, że prowadzę bloga! Jak dobrze, że pisałam i piszę o wszystkim, co mi przyszło do głowy. O tym co się dzieje, o tym, co myślę, co jest i czego nie ma. Dzięki temu nie tylko mam dostęp do wydarzeń, które zupełnie wyleciały mi w pamięci, ale także mam pełny obraz siebie. Tylko z dystansu można uczciwie ocenić samego siebie a perspektywa czasowa ten dystans umożliwia. Cieszy mnie, że nadal jestem z siebie zadowolona. Obym za kolejne sześć lat mogła stwierdzić to samo na swój temat. I jeszcze nie mam dość refleksji na temat mojego ówczesnego pisania, choć te już pozostawię na inny czas.

niedziela, 12 lipca 2015

Pogodnie, a raczej pogodowo :)

No jakże bym się mogła wyłamać i nie napisać choć raz notki o pogodzie - bo w tym roku zdaje się, jeszcze takiej nie było! :) A przecież zawsze na temat pogody miałam coś do powiedzenia.
Dla porządku powiem, że tegoroczna zima, choć pozostała tylko wspomnieniem, również bardzo mi się podobała :) Trwała raptem parę lutowych dni, w dodatku za wiele wychodzić nie musiałam - tyle co z Wikingiem na krótkie spacery, więc dałam radę. 
Wiosna przyszła do nas dość szybko. I nawet w tym roku - pewnie dzięki codziennym, nieśpiesznym spacerom - jej nie przegapiłam i uchwyciłam ten moment, kiedy pojawiły się pierwsze zielone pąki. Przez długi czas było bardzo ładnie, słonecznie i ciepło. Zdaje się, że pod koniec maja wręcz gorąco. 
W czerwcu podobno lata nie było. Podobno, bo kojarzę, że wiele osób narzekało bardzo na pogodę - przede wszystkim na zimno i brak pełnego słońca. Ale ja tego w tym roku nie odczułam.
I właśnie dochodzę do sedna tej notki. Wiecie, że bardzo lubię lato (choć nie tak, jak wiosnę) i upały mi nie straszne. Nigdy nie narzekam na skwar i naprawdę niespecjalnie mi przeszkadzają palące słońce oraz temperatury w okolicach 30 stopni i więcej. Owszem, jest mi gorąco i czasami odczuwam lekki dyskomfort, ale zdecydowanie jest to dla mnie do przeżycia - w przeciwieństwie do sytuacji, kiedy marznę! I nieważne, czy mowa o siarczystych mrozach zimą, czy piętnastu stopniach w środku lata - grunt, że marznę i to jest coś nie do zniesienia dla mnie.
Muszę jednak przyznać, że upały tegoroczne znoszę nie najlepiej, a to dlatego, że odczuwam silną empatię w stosunku do mojego dziecka. A ono najwyraźniej za upałami nie przepada. Już w maju, kiedy słoneczko trochę mocniej przygrzało odnosiłam takie wrażenie a w ubiegłym tygodniu chyba miałam tego potwierdzenie, bo w sobotę i poniedziałek był okropnie marudny. Wychodziliśmy tylko rano i pod wieczór (te wyjścia dobrze mu robiły), ale w domu też było gorąco, pomimo zasłoniętych i zamkniętych okien. W niedzielę, mimo, że były najwyższe temperatury było trochę lepiej, ale może to dlatego, że byliśmy na basenie. Gdy upały ustąpiły, Wiking przestał marudzić, zachodzi więc duże prawdopodobieństwo, że były one przyczyną jego złego humoru. 
Ja nadal lubię gorąco i wysokie temperatury, ale kiedy dziecko jest marudne, to matka ma przechlapane, więc na upały czekać przestałam i z ulgą przyjmowałam informacje o ochłodzeniu. Dlatego też umknęło mi to, że w czerwcu nie było za ciepło, bo dla nas było tak w miarę ;)

Ale to, co mnie najbardziej wpienia w naszym rzekomo umiarkowanym klimacie, to absolutny brak umiarkowania właśnie. Bo nie może być tak ciepło, słonecznie, z ciepłym wietrzykiem i temperaturą w okolicach 20-25 stopni, kiedy wszyscy są zadowoleni, bo jest przyjemnie :) Nie, musi być albo 30 stopni w cieniu albo 15 w słońcu (w środku lipca)! No masakra, no!
Wymarzłam w ostatnie dwa dni strasznie. Zwiedzaliśmy trochę Warszawę z moim wujkiem i jak ktoś będzie oglądał zdjęcia to nie uwierzy, że to lipiec widząc, że mam na sobie podkoszulkę, dwa sweterki i kurtkę :/ Dzisiaj na szczęście trochę lepiej i liczę wreszcie na to umiarkowane lato! Tak, żeby można było lekko ubranym przespacerować się w słoneczku, nie zmoknąć i się nie spocić :)

No, to tradycji stało się za dość! Napisałam o pogodzie :P

piątek, 10 lipca 2015

O, mama!

Już wiem, a wręcz mam pewność, że Wiking mnie rozpoznaje! 
Wczoraj przyjechał do nas wujek, wyszliśmy we trójkę na spacer. Wikuś zasnął w wózku. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze po jakiegoś gotowca na obiad. Poszłam złożyć zamówienie, a wujek został na zewnątrz z Wikingiem. Potem czekałam na realizację stojąc przy drzwiach baru tak, że obserwowałam wózek i rozmawiałam z wujkiem. W pewnym momencie Wiking się obudził, popatrzył na wujka i zrobił ogromne oczy. Patrzył tak przez chwilę i nagle ułożył buźkę w podkówkę, i już miał zamiar się rozpłakać, kiedy podeszłam bliżej, nachyliłam się nad wózkiem i zawołałam: "Wikuś, no co ty!, nie płacz". I rzeczywiście się nie rozpłakał, a z jego twarzyczki zniknął ten wyraz zdziwienia i strachu.

Wiking nie zauważa, kiedy na przykład Franek wraca z pracy. A przynajmniej nie widać po nim tego, żeby zauważał. Wcześniej tak było z każdą osobą, ale kiedy miesiąc temu przyjechali moi rodzice, było widać, że odnotował przybycie kogoś, kogo na co dzień nie ogląda. Podobnie było z teściami i właśnie z wujkiem - Wikuś nie płacze ani się nie boi, ale porzuca swoje zajęcie i bardzo intensywnie wpatruje się w gości i przez jakiś czas po prostu spokojnie siedzi i się gapi (wierzcie mi, że to dla niego bardzo rzadkie ;)). A więc wiedzieliśmy już, że na pewno wie, kto jest z nim na co dzień, a kto gościem. Jednak muszę przyznać, że ta wczorajsza sytuacja bardzo mnie zaskoczyła :) Wikuś wujka zna, a jednak kiedy tuż po przebudzeniu zobaczył właśnie jego, to się przestraszył. Uspokoił go dopiero mój widok. Widok mamy. Niesamowite! Niby zwyczajne, ale dla mnie jednak niesamowite - po pierwsze dlatego, że właśnie ja tą mamą jestem. Po drugie, dlatego, że to oznacza, że nasze dziecko naprawdę dorasta i z dnia na dzień wie i rozumie coraz więcej!

środa, 8 lipca 2015

Żądza towarzystwa :) i krótka refleksja

Kurczę, to niesamowite, jak bardzo obecność jeszcze jednej osoby w domu może wpływać na mój nastrój i myślenie... Mowa oczywiście o Dorocie, choć ta wyjechała już w poniedziałek rano. Ale w dużej mierze o ten poniedziałkowy poranek chodzi. Wiking obudził się wtedy wcześnie, ale po niecałej godzinie chciał znowu spać, a było dopiero po szóstej. Odłożyłam go do łóżeczka i zasnął. Dorota była w tym czasie w łazience, więc i ja się jeszcze na chwilę walnęłam na łóżko (dosłownie, bo w poprzek i byle jak ;) i ucięłam sobie krótką drzemkę. To było takie kojące, kiedy słyszałam szum wody, skrzypnięcie drzwi albo czajnik w kuchni podczas gdy normalnie o tej porze dnia "hałasuje" co najwyżej radio. 
Dorota na paluszkach zajrzała do pokoju i zobaczywszy, że oboje śpimy wycofała się równie cicho. To też miłe, że w ogóle był ktoś, kto mógł zajrzeć ;) Po dwudziestu minutach się obudziłam i poszłam do Doroty sobie trochę pogadać. Później obudził się Wiking. Wsadziłam go do krzesełka w kuchni a sama najpierw sobie zrobiłam a potem zjadłam śniadanie. On siedział obok i obserwował. Dorota natomiast w tym czasie była pod prysznicem, czekałam aż wyjdzie, bo wiedziałam, że podejmiemy przerwaną rozmowę.
Dopiero następnego dnia uderzyło mnie, że taki drobiazg robi tak dużą różnicę. Bo kolejny poranek wyglądał bardzo podobnie. Znowu siedziałam w kuchni jedząc śniadanie, a Wikuś obok mnie obserwował. Wszystko było w porządku a jednak tak mi się żal zrobiło, że nie mamy towarzystwa...

Nie umiem tego nijak wytłumaczyć - chyba jedynie moją towarzyską naturą. Bo chociaż oczywiście miewamy oboje gorsze dni, to nasza codzienność nie jest wcale zła. A jednak jawi się ona zupełnie inaczej - dużo lepiej, kiedy ktoś nas odwiedza. Fakt, że akurat w sobotę Wikuś miał wyjątkowo trudny dzień. Być może to upalna pogoda a może swędzące dziąsełka spowodowały, że niemal non stop marudził i trzeba było go cały czas zabawiać. Chyba bym zwariowała, gdybym wtedy była sama! No po prostu nie zdzierżyłabym tego, bo nie dość, że samej było mi gorąco, do tego miałam parę rzeczy do zrobienia w domu i jeszcze marudzące dziecko? Oj uratowała mnie wtedy Dorota, uratowała... Co prawda sama pod koniec dnia powiedziała, że zmęczył ją ten dzień i przyznała, że cieszyła się, że nie ma tak na co dzień, ale jednak dla mnie wybawieniem było to, że Wikuś marudził i  nie ja musiałam go nosić i zabawiać. Na szczęście w niedzielę dziecko przez cały dzień bawiło się samo, więc ciocia Dorotka nie uciekła z krzykiem ;)
W każdym razie - takich dni, jak ten sobotni nie mamy codziennie. Zdarzają się (na szczęście!) dość sporadycznie. Nie potrzebuję więc nikogo do pomocy, bo radzę sobie ze wszystkim całkiem dobrze. Nie jestem też codziennie smutna i zdołowana. Mam też z kim pogadać, bo przecież kilka razy w tygodniu spotykam się z innymi mamami... A jednak - to takie piękne wstać rano i móc pogadać sobie o wszystkim i o niczym! Tak fajnie jest iść sobie do łazienki i włączyć suszarkę do włosów, nie nasłuchując cały czas, czy dziecko płacze ani nie ciągnąc go ze sobą :P Cudne to uczucie, kiedy można "sprzedać" na chwilę komuś Wikinga :) A nawet jeśli go nie sprzedaję, tylko sama się nim zajmuję, to dobrze jest tak po prostu mieć kogoś jeszcze w domu. 
Wiem, że już wielokrotnie o tym pisałam, ale naprawdę za każdym razem, kiedy ktoś nas odwiedza na dłużej niż jeden dzień uświadamiam sobie, jak zupełnie inaczej może wyglądać codzienność, jeśli nie jest się tylko z dzieckiem. Nawet nie chodzi o pomoc tylko właśnie o samą świadomość, że ktoś jest w drugim pokoju/w łazience/w kuchni ;) Można na to nawet nie zwracać uwagi i robić swoje, a jednak się to wie.
Na razie chyba mogę się do tego przyzwyczaić, bo jutro przyjeżdża do nas wujek a później moi rodzice. Gorzej będzie za miesiąc, kiedy po takim przyzwyczajaniu się przyjdzie się odzwyczajać ;) 
***
Już kliknęłam "publikuj", ale myślami byłam jeszcze w temacie notki... I stwierdziłam, że jednak to, że akurat Dorota jest tym "towarzystwem" ma jednak niebagatelne znaczenie. Bo przecież za każdym razem, kiedy wyjeżdżała, również wtedy, gdy o Wikingu nawet mowy nie było, było mi tak samo żal. To takie fajne uczucie, kiedy przychodzi mi do głowy coś, co koniecznie muszę Dorocie powiedzieć i nie muszę z tym czekać, tylko od razu mogę to zrobić! Fajnie, gdy jak za starych, dobrych czasów mówię "ale bym sobie zjadła ..... (dowolne wpisać)" a Dorota na to - a wiesz, w sumie to bym się gdzieś przeszła. Może być do sklepu, chcesz coś jeszcze?  Fajnie gdy obie siedzimy przed telewizorem i oglądamy głupoty, których normalnie nie da się oglądać, bo nie ma z kim komentować :P Wszystko jest fajnie, kiedy ona jest i tylko niefajnie gdy wyjeżdża. Myślę, że to wspólne mieszkanie mogłoby nadal wypalić :) Znam wiele przyjaźni, które się posypały po wspólnym mieszkaniu, a nasza relacja jakoś tylko się umocniła. Nie wiem w czym tkwi sekret, ale nie muszę wiedzieć - byle by to cały czas działało ;) I za 50 lat faktycznie będziemy mogły o laskach i pod rękę pójść na spacer, jak to się czasami podśmiewamy...

wtorek, 7 lipca 2015

Pół torta...

...czyli pół roczku nam dzisiaj stuknęło! :) Nie do wiary! A z drugiej strony - jakie nie do wiary, skoro tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego małego Stworka, że nie wyobrażam sobie, że miałoby go nie być. Ale o życiu "przed" też nie zapomniałam. W każdym razie trochę niewiarygodne jest dla mnie to, że dotrwaliśmy do tego momentu.

Jednak okazało się, że te sześć miesięcy nie jest jakoś szczególnie przełomowe niestety. Zdecydowanie minione dwa były bardziej znaczące. Oczywiście, Wiking rozwija się cały czas, ale ten rozwój jest teraz stopniowy i polega na szlifowaniu umiejętności, które nabył do tej pory. Wcześniej to były prawdziwe skoki - z dnia na dzień pojawiało się coś nowego. Ale pewnie i na to znowu przyjdzie czas :) 
Na tę chwilę nie mogę się już doczekać, aż Wiking zacznie siedzieć. I raczkować, choć tego drugiego trochę mniej, bo wiem, że to się będzie wiązało z tym, że trzeba będzie raczkować za nim ;) Już mu wiele nie brakuje. Wiele razy już pisałam, że wyprzedza pod tym względem swoich rówieśników. Nie ma już problemu z tym, żeby przemieścić się z miejsca na miejsce. Bardzo często przybiera pozycję startową do raczkowania i wydaje mi się, że siedzenia również doczekamy się już w niedalekiej przyszłości, bo Wikuś bardzo często już prawie siedzi, podpierając się na łokciu na przykład.
Jest niezmiennie strasznie ciekawską istotą. Ostatnio jechałam z nim autobusem - był zawiązany w chuście. Usiedliśmy sobie, przez chwilę Wiking obserwował widok za oknem, a potem mało mi z chusty nie wylazł! Zaczął się przekręcać i wychylać w stronę współpasażerki. Pani czytała jakąś gazetę i Wikuś wypatrzył tam jakieś obrazki, które koniecznie chciał pomacać ;)
W domu też wyciąga rączki do wszystkiego i zaczęliśmy już etap, kiedy najlepszymi zabawkami są paczka chusteczek higienicznych czy pusta butelka po wodzie. Najchętniej bawiłby się oczywiście kablami, pilotami, telefonami itp, ale na to mu nie pozwalamy, co niekiedy spotyka się z głośnym sprzeciwem.

Nasz półroczniak ma jakieś 64cm długości i waży około 6,3 kg. Rośnie więc cały czas w swoim dość powolnym tempie i utrzymuje się w dole siatki centylowej. Wszystkie dzieci go przerastają, ale nas to szczególnie nie martwi, bo rozwija się normalnie (a ruchowo wręcz lepiej - bardzo możliwe, że właśnie dlatego, że jest lekki i jest mu łatwiej) a i my mamy mniej kilogramów do noszenia ;) 
Od jakichś dwóch tygodni Wiking już dostaje codziennie jeden posiłek, który nie jest mlekiem. Są to głównie papki ze słoiczków albo domowego wyrobu. W porze obiadowej sadzamy go też razem z nami przy stole na krzesełku do karmienia i podajemy jakieś warzywa w całości w ramach metody BLW, ale na razie Wikuś jest trochę za mały i nie bardzo po nie sięga. Chociaż już raz zgniótł w ręce jednego ziemniaka i skrzywił się na zapach pietruszki ;) Jednak przede wszystkim mamy na celu to, żeby siedział z nami przy stole i uczył się do czego służy pora obiadowa - dzięki temu zazwyczaj możemy w spokoju zjeść. 
Od tygodnia podajemy mu też do picia wodę a wczoraj napił się herbatki rumiankowej i bardzo mu smakowała. Przyznam, że nie mogę się doczekać, kiedy zacznie jeść jeszcze bardziej normalnie ;)

Ale ząbków jak nie było, tak nie ma. Nie martwi mnie to, szczególnie, że już kilka mam niezależnie od siebie mówiło mi, że to dobrze, bo podobno im później się pojawiają, tym są mocniejsze. Jednak są dni, kiedy Wiking bardzo się ślini i przy tym okropnie marudzi, więc pod tym względem wolałabym, żeby to ząbkowanie szło jakoś sprawniej.

To pół roczku trochę mnie rozczarowało, bo nie dość, że kamieni milowych nie odnotowaliśmy, to w ostatnim tygodniu Wikuś miał dwa bardzo złe dni, kiedy cały czas marudził. I nie wiem, czy to przez pogodę, czy ząbki, czy jeszcze coś innego. Ale może właśnie to jest ten okres marudzenia poprzedzający jakiś duży skok rozwojowy, który dopiero przed nami ;) Zobaczy się. Półrocze skłania też do refleksji na temat tego, jak ja się czuję jako matka i muszę się wreszcie za to zabrać! :)

video

video 

  video

poniedziałek, 6 lipca 2015

Spanie - czyli wikingowa rutyna dla zainteresowanych część 2 + dokumentacja :)

Dziś znowu bardzo długa notka, która zapewne nie każdego zainteresuje :)  Czujcie się usprawiedliwione te, którym się nie chce czytać ;P
Tym razem postanowiłam ugryźć temat spania i wyczerpać go na tyle, na ile to możliwe (tak całkiem to się chyba nie da, bo sytuacja jest dynamiczna ;)). Tak, jak poprzednio, aby nieco ułatwić, krótki plan:

1. Początki.
2. Pierwsze senne zwyczaje.
3. Drzemki w ciągu dnia.
4. Sen nocny.  
5. Zasypianie. 
6. Pobudki. 
7. Teoria vs. praktyka.
8. Powody do dumy :)
9. Podsumowanie.   
 
 1. Początki.
Pisałam Wam wiele razy, że Wiking praktycznie od samego początku niewiele spał. A przynajmniej nie tak wiele, jak sobie wyobrażałam, bo przecież naczytałam się i nasłuchałam, że takie noworodki to tylko śpią i jedzą! Jakże się rozczarowałam!
 Wiking już w szpitalu, tuż po tym jak się urodził, "przeczuwał" niemal całą noc. W każdym razie, kiedy w okolicach północy przewieźli nas do sali poporodowej, zasnęłam niemal od razu. Był to sen mocny, choć przerywany co chwilę. Za każdym razem, gdy się obudziłam, zaglądałam do łóżeczka, a tam leżało małe zawiniątko, które mimo środka nocy cały czas się gapiło w jeden punkt.
Później spał już trochę więcej i z perspektywy czasu oraz w porównaniu do tego, co jest teraz wydaje mi się, że to było mimo wszystko całkiem sporo. Teraz widzę, że Wiking spał a potem budził się na jedzenie. Problemem było to, żeby zasnął ponownie, a jeszcze większym to, że kiedy nie spał (i nie jadł) to po prostu strasznie płakał! Zdarzały się chwile, kiedy po prostu sobie leżał i na coś patrzył, ale nie było ich wiele. Przede wszystkim jednak płakał i to właśnie spowodowało, że nasze wspólne początki były takie trudne. Nie wiem, może inne dzieci płaczą tak samo dużo, ale ja miałam zupełnie inne odczucia.

Problematyczne było też uśpienie Wikinga, nie bardzo potrafiłam odczytywać poprawnie sygnały, które mi wysyłał. Ale przyznaję się też do tego, że wtedy, gdy z kolei nie płakał, często na siłę próbowałam go uśpić, bo zwyczajnie nie wiedziałam, że u noworodka występuje coś takiego jak faza czuwania (nikt - z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę- mi o tym nie mówił wcześniej :P). Straciłam zupełnie niepotrzebnie sporo nerwów irytując się, że dziecko nie zasypia, choć (w moim mniemaniu) powinno.
Co ciekawe, zrozumiałam swój błąd dopiero, gdy zauważyłam, że popełnia go ktoś inny - mianowicie moja teściowa :) Ona właśnie, kiedy do nas przyjechała, próbowała za wszelką cenę uśpić małego, mimo, że ja widziałam, że jemu się wcale nie chce spać. Ale musiałam stanąć z boku, żeby to dostrzec :)
Jedynie moja mama, kiedy żaliłam jej się przez telefon, że Wiking nie śpi, ciągle mi powtarzała (i powtarza do dzisiaj), że to normalne i że z dnia na dzień będzie spał coraz mniej.

2. Pierwsze senne zwyczaje.
Faktem jest jednak, że nie sądziłam, że tak szybko to nastąpi :) Bowiem nasz Wiking drastycznie zmniejszył sobie ilość snu dziennego.
Ale od początku... Przez długi czas nie było w tym spaniu i nie-spaniu żadnego rytmu. Ale później pojawił się jakiś jego zarys. Wstawaliśmy rano, ubieraliśmy się, potem chwilę Wikinga zabawiałam i brałam go do karmienia. A on przy piersi sobie zasypiał. Zwykle siedziałam wtedy przez cały czas jego drzemki (różnie, czasami tylko godzinę, ale potem był czas, że spał nawet trzy) trzymając go na kolanach i zajmując się swoimi sprawami, które sobie zawczasu przygotowałam, żeby mieć wszystko pod ręką. Czasami delikatnie odkładałam Wikinga obok siebie, choć to było ryzykowne, bo Wikuś miał i ma bardzo lekki sen.
Potem dziecko się budziło na jakiś czas a następnie zasypiało w chuście, do której zwykle je zawiązywałam, kiedy chciałam zrobić coś w domu. Kolejna dłuższa drzemka była około godziny 14/15, kiedy wychodziłam z Wikingiem na spacer. On zasypiał niemal od razu, potem wracałam do domu i Wiking nadal spał - łącznie jakieś 2-3 godziny.

3. Drzemki w ciągu dnia.
Były momenty, kiedy wydawało mi się, że jest "idealnie", a było to w dni, gdy Wiking niemal bez przerwy spał. Miałam wrażenie, że oto właśnie zagościła u nas "normalność" :) Tyle, ze to nigdy nie trwało długo. Myślę, że po trzecim miesiącu zaczęły się już u Wikinga kształtować jakieś nawyki. Zasypiał trzy lub cztery razy dziennie na godzinę lub dwie. Było to około godziny 9:00, 12:00 i 15:00 najczęściej, a czasami jeszcze około 18 zasypiał na jakieś 30 minut.
Zawsze kiedy następowało skrócenie czasu drzemek, bardzo je odczuwałam:) I frustrowało mnie to, bo zwykle kilka dni trwało zanim dotarło do mnie, że po prostu zwyczaje małego się właśnie zmieniły i dopiero wtedy opuszczała mnie irytacja związana z nieudaną próbą uśpienia Dzieciaka.
Najlepiej było, kiedy Wiking miał 4/5 miesięcy. Wtedy wszystko nam się ładnie ustabilizowało i każdy dzień wyglądał bardzo podobnie. Wikuś zasypiał trzy razy dziennie mniej więcej na godzinę (godziny mniej więcej były te same) i czasami dodawał sobie jeszcze tę jedną trzydziestominutową późnym popołudniem.
 
Ale i to się skończyło. Ta zmiana również kosztowała mnie chwilową utratę dobrego nastroju, zwłaszcza, że dokonała się stosunkowo niedawno, bo krótko po tym, gdy Wiking rozpoczął szósty miesiąc życia. Godziny drzemek nadal pozostały takie same, niestety teraz zazwyczaj synek zasypia raptem na 30 minut.
No proszę, jak się to wszystko zmienia - jeszcze trzy miesiące temu drzemka trwająca godzinę była rozczarowująca, teraz każda taka jest przyjemnym zaskoczeniem :)
Chociaż od trzech dni ta pierwsza, poranna drzemka (krótko po śnie nocnym, bo zazwyczaj nie mijają nawet dwie godziny od pobudki, bywa, że już po godzinie Wiking chce spać) trwa właśnie godzinę. Lepiej, kiedy tak jest, bo Wikuś budzi się z niej w zdecydowanie lepszym nastroju, no ale raczej zmusić go do niczego nie mogę, nawet jeśli wiem, że to będzie dla niego lepsze ;)


4. Sen nocny. 
Jeśli chodzi o sen nocny, to muszę przyznać, że od samego początku Wiking był dla nas łaskawy. Bardzo rzadko fundował nam nieprzespaną nockę, myślę, że do tej pory nie było takich sytuacji więcej niż palców u rąk... I to też nie było tak, że cała noc była nieprzespana. Co najwyżej budził się częściej niż zwykle, a sporadycznie zdarzało się, że Wiking z jakiegoś powodu nagle wrzeszczał w środku nocy i trudno było go uspokoić. Czasami pomagało nakarmienie mlekiem modyfikowanym, czasami suszarka, a czasami trzeba było po prostu przeczekać. Myślę, że problemem był bolący brzuszek, a niedawno zdarzyła nam się taka sytuacja ze względu na katar Wikinga, który mu ewidentnie przeszkadzał w oddychaniu i jedzeniu (z tym, że to już było po piątej, więc raczej nad ranem niż w nocy). Jeśli już to częściej się zdarza, że Wiking budzi się na przykład o drugiej albo trzeciej i... jest wyspany :) Śmieje się, gada do siebie, próbuje zwrócić na siebie uwagę, wstaje na czworaki itp. Ale to na szczęście też nie jest zbyt częste :)
Generalnie nocami się wysypiamy, choć nie oznacza to, że je przesypiamy... Nie, Wiking nadal budzi się regularnie na karmienie. Ciekawa jestem, czy to się zmieni, gdy osiągnie wagę 6,5kg, bo słyszałam, ze tak bywa, ale nie bardzo w to wierzę. Na razie Wiking budzi się 4/5 godzin po uśnięciu, a potem jeszcze ze dwa razy. Zwykle są to okolice północy, trzeciej i piątej nad ranem. Ale różnie to bywa. Dotąd dwa razy tylko się zdarzyło, że spał "ciurkiem" sześć godzin lub więcej w nocy. Niemniej jednak, nie uważam w związku z tym nocy za nieprzespane, bo te pobudki w "normalnym" wydaniu mi nie przeszkadzają. Zwykle chodzi tylko o to, żeby wyciągnąć Wikinga z łóżeczka i przystawić do piersi, przełożyć na drugą stronę albo dla odmiany do łóżeczka odłożyć. W takich wypadkach robię to niemal przez sen i od razu potem zasypiam. Gorzej, gdy Wikingowi coś dolega i trochę dłużej stęka i wierci się, bo czasami mnie to bardziej wybudza, ale ogólnie naprawdę się wysypiam.

Wiking chodzi spać stosunkowo wcześnie, bo zwykle o 19:40 już śpi. Ale skoro my  Frankiem kładziemy się wcześnie, no to raczej jest zrozumiałe :) Dzięki temu zawsze mamy jakąś godzinę - dwie dla siebie. Zresztą on chyba nawet nie byłby w stanie wytrzymać dłużej, bo już po osiemnastej jest bardzo zmęczony i często marudny z tego powodu, więc to w zasadzie samo tak wyszło, że on o tej porze chodzi spać, bo jeszcze cztery miesiące temu zasypiał później - koło 21, a wcześniej to nawet dopiero i 23, ale wtedy to jeszcze wszyscy byliśmy nieogarnięci :)
Oczywiście to się wiąże z tym, że Wiking się dość wcześnie budzi. Śpi średnio 10, maksymalnie 11 godzin w nocy. Ale prawdę mówiąc nawet nie jestem pewna, czy spałby dłużej, gdyby zasypiał później, zwłaszcza w miesiącach letnich. Bo mieliśmy już czas, gdy już od czwartej lub piątej robił pobudkę :) Chyba trochę pomogło powieszenie koca na oknie i przykrycie go matą piankową. Ale jako, że zawsze  byłam rannym ptaszkiem, pobudka w okolicach 6:30 nie jest dla mnie traumatyczna. Potem jeszcze sobie przez jakiś czas leżymy w łóżku i wstajemy, gdy Wiking zaczyna się niecierpliwić, zwykle w okolicach ósmej.

5. Zasypianie.
Jak już wspomniałam, zasypianie sprawiało Wikingowi sporo problemów. Właściwie zasypiał wyłącznie przy piersi. Czasami pomagało też noszenie. Kiedy miał dwa, trzy miesiące zasypiał przy piersi w ciągu dnia, natomiast wieczorem na rękach albo czasami, kiedy to nie wyszło, a nadchodziła pora naszego snu, po prostu kładłam się do łóżka, Wikinga obok i gasiłam światło. Czasami nawet zanim zgasiłam światło, czytałam przez chwilę książkę. Zwykle nie było problemu, żeby Wikuś zasnął. Mniej więcej od trzech miesięcy wieczorami Wiking zasypia sam - w takim sensie, że nie trzeba go nosić, przytulać itp. Na początku kładłam go do wózka i bujałam, dopóki nie zasnął. A gdy zobaczyłam, że zasypia bez problemu, położyłam go do łóżeczka. Zwykle Wikuś zasypia w ciągu 5-10 minut. Moje zadanie polega na tym, żeby obok niego siedzieć i... nie pozwalać przewracać mu się na brzuszek, bo wtedy od razu wstaje na czworaki i ze spania nici. Czasami jest tak, że kładę Wikinga i on tak sobie leży, patrzy na misia śpiewającego kołysanki, ssie smoczka (czasami nie ssie, ale jednak częściej zasypia ze smoczkiem) i powoli zamyka oczy. A czasami musi się powydzierać. Wrzeszczy-cisza-wrzeszczy-cisza. Ja przytrzymuję (żeby się nie przekręcał), głaszczę, podaję smoczka. Długo to nie trwa, zwykle do dziesięciu minut.  Najgorzej, kiedy Wiking jest rozbawiony -uśmiecha się, gada, próbuje się bawić. Wtedy z uporem maniaka ignoruję jego zaczepki, układam na boczku, przykrywam... Zwykle kończy się tym, że Wiking się w końcu wkurza i zaczyna wrzeszczeć, a ja wiem, że to dobry znak, bo za chwilę zaśnie ;) Tylko dwa razy nam się zdarzyło, że usypianie trwało dłużej, raz pół godziny. A raz oboje z Frankiem opadliśmy z sił! Przez półtorej godziny Wiking ani myślał zasnąć, cieszył się ze wszystkiego, bawił się i nie robił sobie nic z naszych dobranockowych buziaków. W końcu pomogła suszarka.

W ciągu dnia Wiking zasypia jeszcze szybciej, bo zwykle w 2-5 minut, ale prawie zawsze poprzedzone jest to wrzaskiem :) Był czas, gdy jeśli uchwyciłam w porę, że jest zmęczony i układałam go do snu (zazwyczaj w wózku kładę go na boczku, daję coś do trzymania do rączki lub daję coś, do czego może się przytulić) po chwili zasypiał. Ale teraz najczęściej nawet jeśli w samą porę zainterweniuję, to on i tak tuż przed zaśnięciem musi trochę pokrzyczeć :/ Wygląda to tak, że zamyka oczy, sprawia wrażenie, że "odpłynął" i nagle się zrywa, przewraca na czworaki i wrzeszczy - i tak parę razy. Chyba po prostu chciałby tak zamknąć oczy i od razu zasnąć, a jak się tak nie dzieje, to się wkurza. Na szczęście zwykle trwa to naprawdę krótko. Poza tym, to, że zawsze sobie trochę pokrzyczy wynika chyba z tego, że dużo rzeczy go interesuje wokół i sam jest rozdarty - jest śpiący ale nie chce spać, bo wydaje mu się, że prześpi coś ważnego :P

6. Pobudki.
Z pobudkami bywa różnie. Kiedy był malutki, zawsze budził się z płaczem, ogłaszając wszem i wobec, że jest głodny. Potem zwykle budził się stękaniem i pokasływaniem, które były wstępem do płaczu, ale czasami, jeśli w porę się podeszło i wzięło na ręce, obeszło się bez płaczu. Teraz w ciągu dnia w momencie przebudzenia albo po prostu szeroko otwiera oczy albo przewraca się na brzuszek (o ile już na nim nie leży, bo jego ulubiona pozycja do spania to już od jakiegoś czasu na brzuszku), wstaje na czworaki i płacze. W nocy stęka, że chce jeść. A po nocnym śnie nie wiem dokładnie jak się budzi, bo zwykle budzę się dopiero w momencie, kiedy on już jest w pozycji klęku podpartego lub na brzuszku, patrzy na mnie i gaworzy ;)

7. Teoria vs. praktyka.
Zawsze byłam zdania, że kiedy dziecko śpi, nie należy chodzić wokół niego na paluszkach. I tego się trzymaliśmy przez jakiś czas. Kiedy Wiking był malutki, rzeczywiście zachowywaliśmy się normalnie - rozmawialiśmy, gotowaliśmy, sprzątaliśmy itp. Niestety, życie zweryfikowało ten pogląd, bo z biegiem czasu Wiking zaczął mieć bardzo lekki sen (przynajmniej ten dzienny). I skończyło się na tym, że trochę na tych palcach chodzimy - co prawda w tle zazwyczaj słychać radio lub telewizję, ale rozmawiamy ściszonymi głosami i staramy się nie hałasować. Gdyby Wiking nie miał tak lekkiego snu, to pewnie byśmy się zachowywali normalnie, ale w takim wypadku jednak wolimy nie ryzykować niemal pewnego wybudzenia, w dodatku gwałtownego, więc z wrzaskiem... Staramy się w ten sposób uszanować jego prawo do odpoczynku (i swoje prawo do świętego spokoju w tym czasie :P) - w końcu kiedy ja zasypiam to też nie chcę, żeby ktoś mi nad głową tłukł talerzami :D

8. Powody do dumy :) 
Myślę, że fakt, że Wiking zasypia w łóżeczku jest bardzo dużym sukcesem. W dużej części moim, bo to moja determinacja i cierpliwość się do tego przyczyniły :) Jakże się cieszę, że przed snem Wikinga nie trzeba nosić ani bujać, a przede wszystkim, że nie zasypia przy piersi! Ufff! Dzięki temu ja nie jestem uwiązana, a co ważniejsze, uśpić może go każdy. Na karmienie nocne i tak zabieram go do naszego łóżka i potem śpi z nami (chociaż czasami ewidentnie domaga się odłożenia do łóżeczka i tam od razu zasypia). Być może pamiętacie, że na początku byłam rozczarowana faktem, że Wiking śpi z nami w łóżku. W dużej mierze zmieniłam zdanie, bo po pierwsze naprawdę to polubiłam, a po drugie jest to po prostu wygodne. Ale podkreślałam, że chodzi mi przede wszystkim o zasadę. Że inaczej jest, gdy dziecko śpi z nami, bo wszyscy tego chcemy, a inaczej, gdy tak jest, bo w inny sposób się nie da. Odkąd Wikuś zasypia w łóżeczku bez problemu, to, że sypia również z nami nie jest już dla mnie absolutnie żadnym problemem, a wręcz czerpię z tego przyjemność :) Po prostu świadomość, że nie musi wcale tak być jest dla mnie bardzo pokrzepiająca. Mam poczucie kontroli nad tym i nad zasadami, które sami ustalamy. 
Cieszę się też, że mamy wieczory dla siebie - krótkie, bo krótkie, ale zawsze! A także odczuwam ogromną satysfakcję na myśl o tym, że zwykle bezbłędnie rozpoznaję moment, kiedy Wikinga trzeba położyć.

9. Podsumowanie.
Notkę tę pisałam na raty, przez kilka dni. I przez ten czas okazało się, że doświadczyliśmy wszystkiego, o czym napisałam ;) Był wieczór z długim zasypianiem, była trudna noc, kiedy to Wikuś sporo jęczał i był rozbudzony, ale były też godzinne drzemki w ciągu dnia i zasypianie bez krzyków. Można więc podsumować, że w kwestii zasypiania każdy dzień jest inny, chociaż ewidentnie występują również elementy stałe. Jakiś czas temu, z ciekawości zaczęłam zapisywać godziny i czas trwania snu synka. Okazało się, że codziennie spał 12,5-13,5 godzin na dobę, z czego 2,5-3 godziny to były dzienne drzemki. Ale to się zmieniło i teraz ten czas się skrócił do 11-12 godzin. Ostatnio Wikuś śpi krócej w nocy, bo jest to raptem 9 godzin, czasami nawet niecałe. Niestety zaczął wcześniej wstawać, bo o 5:30 (nawet, gdy zasypiał później niż zwykle), wolałabym, żeby to było chwilowe, bo te pół godziny dla mnie jednak robi różnicę ;)
W każdym razie, teraz już się nauczyłam, że drzemki to jedynie przerywniki w ciągu dnia, a nie podstawa. Oczywiście czasami trochę żałuję, bo to oznacza mniej czasu dla mnie, ale chciałam mieć bardziej kumate dziecko, to mam :) Na szczęście zazwyczaj Wiking przynajmniej przez godzinę każdego dnia bawi się sam. Generalnie i tak uważam, że - tak, jak wspomniałam wcześniej - odnieśliśmy sporo sukcesów w dziedzinie usypiania i zasypiania, więc nie jest źle. 
Na koniec dodam jeszcze tylko, że na samym początku, kiedy Wiking spał do ósmej/dziewiątej, nie raz budziłam się wcześniej i myślałam o tym, że powinnam wrócić do swojego nawyku wstawania o szóstej. Myślałam o tym, co mogłabym zrobić w tym czasie... Przez tyle lat to była moja stała godzina pobudki, że czułam się niekomfortowo "wylegując" się jeszcze w łóżku, mimo, że nie czułam się wypoczęta. Na szczęście stosunkowo szybko wytłumaczyłam sobie, że czas mnie nie goni i mogę sobie jeszcze poleżeć. Wkrótce nie stanowiło to dla mnie problemu i wyrzuty sumienia mnie opuściły. Jakże się cieszę, że się do tego przekonałam, bo dzisiaj bym na pewno żałowała! W końcu co innego wstawać o szóstej z własnej woli, a co innego, kiedy ktoś (nawet taki mały ktoś) nas do tego zmusza ;)

A oto jedna z ulubionych pozycji Wikinga do spania! Kolejna rzecz, którą chyba ma po mnie ;) Odkąd się nauczył przewracać na brzuszek robi to również w nocy! W ogóle strasznie się wierci również w nocy, wędruje po całym łóżeczku . Lubi się do czegoś przytulić i prawie zawsze śpi na brzuchu.

 W swoim łóżeczku Wiking nie ma żadnych poduszek. To zdjęcie zrobiłam rano, kiedy mały sobie jeszcze przysnął obok mnie w łóżku, przytulony do frankowej poduchy ;)

Ps. Z ostatniej chwili: 
Jakąś godzinę temu położyłam się z Wikingiem i przysnęliśmy przy karmieniu. Potem ja wstałam i cyknęłam mu takie zdjęcie:
 
Problem w tym, że trzeba go pilnować, jak zaśnie u nas na łóżku, bo po chwili już spał w takiej pozycji:
 
 Ale zwykle jeśli śpi na dużym łóżku to z Frankiem: