No i po weselu. Cała sobota przypominała cyrk na kółkach
Ślub był o 17.30 więc wydawało się, że mamy tyyyle czasu. Oczywiście
tylko się wydawało. W piątek nic nie robiłam w domu, czytałam książki,
poszłam na aerobik a w zlewie czekała cała góra naczyń do zmywania, w
pokoju druga taka góra – ubrań do prasowania. Ale myślę sobie – w sobotę
wszystko zrobię, bo przecież co ja przez cały dzień będę robić? Rano
wstałam, zjadłam śniadanie i leniwie wynurzyłam się z domu. Poszłam
kupić kartkę ślubną, kwiaty, wypłaciłam pieniądze z bankomatu, kupiłam
rajstopy, cienie do powiek, poszłam do kosmetyczki na regulację brwi…
Jak wróciłam była dwunasta, ale zamiast się wziąć za zmywanie oglądałam
telewizję, bo na 13 miałyśmy z Panią Mamą (czyt. mamą Franka – wyjaśnię
później) fryzjera. Myślałam, że wrócimy o trzeciej i co ja będę robić
jeszcze te dwie godziny… Rzeczywiście wróciłyśmy o trzeciej, ale Pani
Mama powiedziała, że jeszcze jakąś zupę zjemy, bo zanim będzie jedzenie
na weselu, to padniemy z głodu. No i tak się zrobiło, że była szesnasta a
my w proszku! Ja biegiem do siebie, miałam czterdzieści minut na
wyprasowanie sukienki, swetra, makijaż, no w ogóle na wszystko.
Spanikowana spóźniłam się na „zbiórkę” u Franka dziesięć minut, a
jeszcze paznokcie nie pomalowane! Przychodzę a oni jeszcze gorzej stali z
przygotowaniami niż ja. Ostatecznie wyszliśmy dwadzieścia minut później
niż planowaliśmy. Ale grunt, ze zdążyliśmy. A wszystko przez to, że
mieliśmy tyyyyle czasu


Panna
młoda śliczna była. I w ogóle para młoda bardzo dobrana. Wesele minęło
mi strasznie szybko! Bawiłam się bardzo dobrze, a nogi mnie nawet bardzo
nie bolały, mimo, że nie miałam zbyt wygodnych butów. Jest tylko jedno
ale… Za dużo wypiłam. Nie zatrułam się ani nic z tych rzeczy. Po prostu
takie głupoty gadałam, ze chwilami żałuję, że wszystko pamiętam. Jak się
za dużo napiję, to się robię strasznie ekhm jak to określić… milutka
Wszystkich kocham. A właściwie to jest tak, że mówię wtedy to co
myślę, a ponieważ bardzo dobrze czuję się w rodzinie Franka to latałam
do wszystkich i im opowiadałam jak to bardzo ich lubię. Najpierw mówiłam
Frankowi, że jego kuzynka Kasia tak ślicznie wygląda (właśnie panna
młoda) i że jest taka fajna i że tak ją lubię, a właściwie to ją kocham i
muszę jej to powiedzieć. Franek chciał mnie powstrzymać, ale gdzie tam…
Na szczęście Kasia nie popatrzyła na mnie jak na idiotkę, ale również
przyznała, że od początku mnie polubiła. Babci Franka opowiadałam, jak
to będzie się fajnie bawić na naszym weselu z… moim dziadkiem.
Ratunkuuu!!! Ja to naprawdę powiedziałam. Ale to jeszcze nic! Z mamą
Franka zaczęłam gadać i się zapytałam czy mogę mówić do niej Pani
Mamo!!!!! AAAAaaa! Pozwoliła, nie wiem czy się odważę tak do niej
powiedzieć, ale na potrzeby bloga – jak znalazł
Więc jak będzie o Pani Mamie to właśnie o niej. Ale to też jeszcze
nic. Rozmawiałam z nią i zaczęłam mówić, że my to nie będziemy darły
kotów w przyszłości i będziemy dobrą synową i teściową… Potem poszłam do
kibelka i zrobiło mi się trochę słabo. Nie było mi niedobrze ani nie
kręciło mi się w głowie, ale strasznie zmęczona się zrobiłam i bałam
się, ze jak usiądę przy stoliku to zasnę. Nie było mnie jakieś pół
godziny i Pani Mama przyszła zapytać jak się czuję. Wzięła mnie na
zewnątrz, Pan Tata przyniósł mi herbatę (walczył o nią jak lew, bo nie
chcieli mu dać – „ale teraz wydajemy barszcz a nie herbatę”) a my tak
siedziałyśmy i gadałyśmy o różnych rzeczach, namawiałam ją żeby rzuciła
palenie, pytałam czy nie smutno jej że nie ma córeczki, przyznała że
czasami, no to ja jej, że jak jej będzie smutno to ma zadzwonić i sobie
gdzieś pójdziemy… No to się spoufaliłam… Jak wracaliśmy to namówili
mnie, żebym poszła do nich spać. Pani Mama dała mi swoją koszulę nocną i
poszliśmy spać. A rano kac moralny taki, że masakra!!! Jak sobie
przypominałam wszystko to normalnie się chciałam pod ziemię zapaść.
Poszłam na chwilę do siebie, ale zaraz wróciłam na obiad do Franka.
Powiedział, że jak mnie nie było, to jego mama powiedziała, że jestem
fajna… Może jednak AŻ TAK się nie wygłupiłam. Ale kurczę tak to jest jak
się pije. Mimo, że nie byłam jakoś bardzo pijana, to język mi się
rozwiązał aż za bardzo i tak się spoufaliłam ze wszystkimi. Dorota
stwierdziła, że widocznie mogłam sobie na to pozwolić. No może… Ehhh.
Już dzisiaj jest lepiej, może za parę dni przestanę się czerwienić jak
będę myśleć o weselu.
Ale ogólnie to fajnie było.

