Gdy nadchodzi listopad, zawsze myślę sobie „byle do
lutego”. I później powtarzam to sobie w każdy zimny i ciemny dzień. Bo
muszę powiedzieć, że luty to ja lubię. Oznacza on koniec tego
nieszczęsnego stycznia zwiastującego początek roku – a ten nie wiedzieć
czemu trochę mnie dołuje, bo zawsze się boję, że będzie gorzej
Może dlatego, że częściej jestem zadowolona z roku, który minął i
wcale nie chcę, żeby coś się zmieniało. A przecież to tylko symboliczna
granica… Ale do rzeczy – w lutym nareszcie robi się jasno. Popołudnia są
już dłuższe, gdy wracam z pracy, towarzyszy mi jeszcze słońce. No i
rano – coraz przyjemniej się wstaje
Luty zwiastuje nadejście marca – a ten to z kolei miesiąc wiosenny, przynajmniej kalendarzowo. Kto by nie lubił wiosny?
No, może są tacy, ale jeśli o mnie chodzi, to jest to moja ulubiona
pora roku. W lutym już nawet śnieg i mróz można jakoś łatwiej przełknąć,
bo wiadomo, że to takie ostatnie podrygi – „a niech sobie ma ta zima,
niech pomyśli, że jest ważna” – tak sobie myślałam podczas ostatnich
mrozów i śniegów po łagodnym grudniu i styczniu
Ale wierzę w to, że teraz to jednak już nam bliżej do wiosny, niż
dalej. Wszystko się topi, błotko wszędzie, ale jakoś to przeżyję
Ważniejsze jest to, że ptaszki zaczynają świergolić i coraz cieplej
się robi. Słoneczko przyświeca coraz dłużej. No lubię luty i już
***





Lubię też takie popołudnia jak dziś – w pracy chwilowy przestój, więc wróciłam szybciej. Odpuściłam sobie aerobik, bo Franek ma dzisiaj wolne, więc wolałam ograć go w rummikub. Potem jeszcze dwa rządki w moim sweterku (jeszcze moment i będą całe plecy, przede mną tylko rękawy ;)) przy odcinku Desperate Housewives i przy paru kieliszkach wina. Przyjemny relaks, ale jak to mówił pewien miś – pora na dobranoc.
***
W tle leciał któryś tam odcinek Jasia Fasoli. Mr. Bean wybierał się właśnie na wakacje i pakując walizkę nie mógł zdecydować się, którą koszulkę zabrać. Zrobił więc wyliczankę, a gdy nie podobało mu się to, co wypadło, zmienił kolejność. Franek spojrzał na mnie i już wiedziałam co powie: „jakbym widział Margolkę”.
Przyznaję się


