*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 listopada 2015

O Miasteczku rozważań ciąg dalszy.

Dzisiaj jeszcze o Miasteczku będzie, bo chciałabym dokończyć moje rozważania sprzed paru dni, kiedy pisałam o wyjeździe stamtąd, o moich odczuciach w związku z tym i wniosku, że jest mi tam tak dobrze głównie dlatego, że jestem na wakacjach. 

Prawda jest taka, że pomimo tych wszystkich radosnych chwil, które przeżywałam jako dziecko i nastolatka, zawsze się w Miasteczku trochę dusiłam. Atmosfera tu panująca nigdy do mnie nie przemawiała - do moich rodziców zresztą też nie i wspominałam, że nie polubili nigdy tego miejsca, choć oczywiście się do niego przyzwyczaili. Przymiasteczko jest już dwa razy większe (pod względem liczby ludności cztery razy) i chyba już tam czulibyśmy się bardziej komfortowo. 
Ale później wyjechałam do Poznania i choć początkowo czułam się przytłoczona jego ogromem, to dość szybko stwierdziłam, że to jest miasto w sam raz dla mnie, jeśli chodzi o wielkość. Kiedy tak sobie pomyślałam, to trafiłam do Warszawy :) Czyli miasta, o którym Franek, Poznaniak od urodzenia, powiedział, że Poznań przy nim to wiocha! I okazało się, że nawet do takiej wielkości można się przyzwyczaić, chociaż jednak odległości tu są trochę za duże, Poznań jednak lepszy. Trochę odbiegam od tematu, chociaż właściwie nie do końca...

Bo czy osoba, która tak jak ja, od ponad dziesięciu lat mieszka w miastach o liczbie ludności przekraczającej pół miliona, mogłaby bez żalu wrócić do Miasteczka, w której tych ludzi jest prawie sto razy mniej? :) W których większość sklepów zamyka się o 17:00 (no, teraz już jest lepiej, bo są markety, ale jeszcze za moich czasów osiedlowy sklepik czynny do 19 to był luksus), nie mówiąc już o tym, jaki jest w nich asortyment, nie ma gdzie iść na fitness, nie ma kina a w bibliotece nie wiedzą czym jest ochrona danych osobowych? :) No raczej nie...

Franek bardzo lubi jeździć do Miasteczka. Podoba mu się, że jest cicho, spokojnie, że niedaleko jest duży las, do którego można iść na spacer. Lubi leniwe tempo życia i samo Miasteczko, które po prostu mu się podoba. Nie raz mówi, że mógłby się tam przeprowadzić i zamieszkać na stałe.
Jest to jakiś sposób na życie i odrzucając moje obiekcje związane z wielkością miejsca zamieszkania zostałby tylko jeden powód, dla którego ta opcja jest raczej niemożliwa. Ale za to bardzo poważny powód - po prostu brak perspektyw, głównie jeśli chodzi o pracę. Pewnie, jakieś tam szanse na jej znalezienie są, ale jednak niewielkie. Pewnie mogłabym pracować w jakiejś firmie, choć raczej nie w Miasteczku, aczkolwiek przypuszczam, że praca nie spełniałaby do końca moich oczekiwań. Jeśli chodzi o Franka to w zasadzie szanse na zatrudnienie byłyby co najwyżej w Opolu. 

To oczywiście też byłoby jakieś rozwiązanie - przeprowadzić się do Opola, które jest 40 km od Miasteczka. Mielibyśmy rodziców bardzo blisko. Ale w zasadzie co by nam to dało poza tym? Opole to nie jest miasto naszych marzeń, więc skoro są inne możliwości, to po co w ogóle brać pod uwagę przeprowadzkę właśnie tam, gdzie i tak nikogo nie znamy a samo miasto zdecydowanie nie ma aż takich możliwości jak Poznań, czy Warszawa. Ja do Opola nic nie mam, nie mam żadnych negatywnych skojarzeń z nim, ale wśród większośc moich znajomych pokutuje opinia, że wylądowanie tam to swego rodzaju porażka - że ktoś się chciał wyrwać z Miasteczka lub Przymiasteczka, ale okazało się, że nie stać go na więcej. Kilkoro moich znajomych z liceum trafiło tam przez przypadek na studiach, czuli się bardzo pokrzywdzeni i chcieli się jak najszybciej wyrwać, co im się udało. 
Z kolei inni się tam przeprowadzili już po studiach, więc to kwestia oczekiwań a także tego jak się komu życie układa pewnie...  W każdym razie ja raczej nie patrzyłabym na to z perspektywy jakiejś porażki (zresztą myślę, że teraz też się inaczej myśli niż w czasach liceum) i gdyby nagle przede mną stanęła jakaś dobra wróżka i powiedziała, że oto daje mi i Frankowi w Opolu dobrze płatną pracę, w której będziemy się czuli spełnieni, tylko muszę się zdecydować w ciągu 10 minut, to chyba bym się zdecydowała (a na Gdańsk na przykład niekoniecznie w tych okolicznościach :)) 
No ale dobrej wróżki jak nie było, tak nie ma, a Franek mówi o tym, że chciałby zamieszkać w Miasteczku a nie w Opolu, więc ta opcja odpada.
A w Miasteczku z kolei raczej szans na pracę by nie miał - ani jako kierowca komunikacji miejskiej, ani jako kucharz :)
Inna sprawa, że jestem przekonana, że Miasteczko tak bardzo mu się podoba głównie dlatego, że tak jak mnie, kojarzy się z weekedami, urlopem i błogim lenistwem :) Inaczej byłoby, gdyby tam żył na co dzień. Frustrowałby się, że niczego nie można załatwić po południu, że nie ma za bardzo gdzie chodzić i że wszyscy ludzie go znają, choć inni jego nie :) Franek często mówi, że ta specyficzna miasteczkowa mentalność mu nie przeszkadza - rozumiem go, bo mnie też nie przeszkadza aż tak bardzo. Ale tylko dlatego, że potrafię się od tego odciąć - nie przejmuję się tym, że na pewno są osoby, które o nas gadają (bo że gadają to pewne, takie mają hobby! :)), tym, że jakaś obca baba potrafi zaczepić nas i powiedzieć, że ładne mamy firanki w oknach (!), że sporo ludzi jest zwyczajnie zawistnych i fałszywych. Naprawdę można się tym nie przejmować i nie żyć problemami innych ludzi, moja rodzina nigdy nie angażowała się w te wszystkie układy i układziki, plotki i konflikty, niemniej jednak zdecydowanie wolę anonimowość, jaką daje większe miasto - nawet takie jak Podwarszawie. Czuję się po prostu bardziej swobodnie. Myślę, że Franek tak się czuje w Miasteczku, bo nie łączą go z nim żadne wspomnienia, nie zna ludzi, tym bardziej więc nie interesuje go, co sobie gadają :)

Czasami popuszczam wodze fantazji i zastanawiam się, jakby to było, gdybyśmy tam zamieszkali. Zdecydowanym plusem jest bliskość mojej rodziny a także fakt, że bez problemu moglibyśmy tam kupić mieszkanie, nawet bez kredytu. Ale na tym chyba plusy się kończą :) Owszem, jest mi ta bardzo dobrze, sielsko i tęsknię za tym miejscem, ale wiem, że to dlatego, że bywam tam tylko w warunkach urlopowych, które rządzą się zupełnie innymi prawami :) Mam świadomość, że męczyłabym się tam na dłuższą metę. Kiedy jadę tam sama na wakacje, nie przeszkadza mi, że siedzę w domu z Wikingiem i prawie nigdzie nie wychodzę. Ale przecież zwariowałabym, gdyby nagle okazało się, że tak wygląda moja rzeczywistość - bez pracy, bez faceta (gdyby z jakiegoś powodu Franka z nami nie było), ciągle na garnuszku rodziców... Prowadziłabym takie samo życie, które przez ostatnie trzy tygodnie mnie zachwycało i relaksowało, a w tym wypadku stałoby się moim jarzmem. 
A nawet gdybyśmy mieli tam zamieszkać we trójkę - myślę, że za bardzo już przywykłam do myśli, że duże miasto daje po prostu ogrom możliwości, zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i o rozrywkę i formę spędzania czasu wolnego.

Fajnie jest sobie pogdybać i powyobrażać sobie, jakby to było zamieszkać znowu w Miasteczku ze swoją rodziną. Ale jednak te przemyślenia nigdy nie wychodzą poza sferę gdybania właśnie :) Nigdy nie braliśmy tego na serio pod uwagę, więc i Wy nie bierzcie tej notki na serio :) Lubię się czasami nad tym pozastanawiać, a ostatnio myślałam o tym szczególnie często. Ale właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że urok Miasteczka tkwi właśnie w tym, że tylko tam bywam i się relaksuję. Jasne, że człowiek się może przyzwyczaić do życia wszędzie (coś o tym wiem ;)), ale skoro nie ma takiej potrzeby, to po co mamy sobie zabierać nasze sielskie miejsce relaksu? :)

Na koniec dodam, że syndromu może już nie mam, ale tęsknię jeszcze bardzo za tym co było jeszcze parę dni temu, wspomnienie tamtej codzienności jeszcze są świeże. Wiem, że zbledną i zapomnę, ale na razie tej sielanki mi brak :)

sobota, 9 listopada 2013

Cisza nocna - ciąg dalszy




Uwaga! Będzie długo, bo sytuacja jest złożona. Czytacie na własną odpowiedzialność ;)
***
Niestety, wygląda na to, że nasi sąsiedzi to przypadek beznadziejny. W poniedziałek wieczorem, kiedy znowu wrócili po 22 i włączyli radio i telewizję, Franek zadzwonił do ich drzwi.  Ja przez ścianę słyszałam jakieś poruszenie i Franek też słyszał, że pod drzwi na pewno ktoś podszedł, ale mu nie otworzyli, mimo, że dzwonił ponownie i czekał dość długo.
Jednak odnieśliśmy wrażenie, że jest trochę ciszej. Zasnęliśmy, a kiedy przebudziłam się później, stwierdziliśmy, że jest naprawdę dużo lepiej. Następnego dnia byłam naprawdę w dobrym nastroju. Kto by pomyślał, że taki drobiazg może tak wpłynąć na człowieka. Ale niestety, mój optymizm okazał się przedwczesny, bo następnej nocy spałam łącznie może trzy godziny. Zasypiałam, budziłam się, zasypiałam, budziłam – średnio co godzinę. Aż w końcu obudziłam się o 3:40 i już do rana nie zasnęłam. O 6:40 muzyka przycichła. W środę byłam zmęczona i zdołowana. Franek postanowił, że tym razem zaczai się na nich pod drzwiami (praktycznie codziennie wracają o tej samej porze) jak będą wracać i z nimi pogada. Ale ja pomyślałam, że wcześniej zapytam innych sąsiadów, czy nie mają z tym problemu, bo wydawało mi się to niemożliwe! I dobrze mi się wydawało.

Sąsiadka, która mieszka bezpośrednio pod tym głośnym mieszkaniem od razu powiedziała, że owszem, przeszkadza im ta muzyka, zwłaszcza, że gra całą noc, ale już się do tego przyzwyczaili w ciągu tych dwóch lat, bo ci ludzie w momencie, gdy zwraca im się uwagę są agresywni i w ogóle zachowują się dziwnie. Opowiadała mi, że mieli z nimi nieciekawe przejścia, że dostawali do skrzynki pogróżki, że facet wlazł sąsiadce do domu i się awanturował, że oskarżał ją, że pali papierosy i jemu dym leci do mieszkania (ona mówi, że ma niemowlę w domu i ani ona ani nikt z domowników nie pali). Dodała, że ta muzyka to w zasadzie od niedawna jest, ale najgorsze są awantury, które się tam u nich odbywają, że się biją i wręcz sobą rzucają. (tego akurat nie słyszeliśmy – raz tylko słyszeliśmy jakąś krótką kłótnię, ale to akurat jak dla mnie o niczym nie świadczy, ja też jak się wkurzę to krzyczę). Że w ogóle to oni zwrócili im uwagę z powodu tego, że ta kobieta głośno się zachowywała podczas seksu oraz właśnie o krzyki i stukanie w rury i od tego się wszystko zaczęło.  Generalnie opowiadała mi dużo i dość chaotycznie, nie jestem pewna, czy wszystko dobrze zrozumiałam, ale pointa była taka, że oni się po prostu poddali, bo już nie mieli siły się użerać. Że ci ludzie po prostu nie są normalni, a już na pewno mają wszystko poprzestawiane jeśli chodzi o tryb życia.
Oczywiście po tym, co usłyszałam poczułam się jeszcze gorzej i postanowiliśmy, że Franek nie będzie z nimi rozmawiał, bo nawet jeśli będzie grzeczny, to się okaże, że będą zachowywać się jeszcze bardziej złośliwie. Zamiast tego zadzwoniłam do właścicielki właściwie tylko po to, żeby jej przedstawić sytuację. Ona się bardzo tym przejęła (co mnie zdziwiło, bo od jakiegoś już czasu jestem przyzwyczajona, że musimy sobie ze wszystkim sami radzić, bo właściciele mieszkania , nawet jeśli życzliwi, to zdecydowanie się nie interesują za bardzo mieszkaniem i naszymi problemami, tylko w mieszkaniu studenckim miałam właścicieli, na których można było liczyć w każdej sytuacji). Kiedy powiedziałam jej, że nie podejmujemy się rozmowy z nimi, bo się zwyczajnie boimy, to ona stwierdziła, ze w takim razie ona się w to musi włączyć i żebym dała znać, jak sąsiedzi wrócą do domu (nawet jak będzie późno) to ona z mężem przyjedzie i z nimi porozmawia.

Rzeczywiście tak zrobili – otwarto im drzwi (pewnie dlatego, ze byli w kurtkach, sąsiad nie wiedział, kto to) i rozmawiali dość długo. Właściciele powiedzieli, że mieszkają obok i grzecznie prosili o przyciszenie telewizora jeśli nie o 22, to chociaż o tej 23. Nie słyszeliśmy tej rozmowy, ale właściciele od razu po niej do nas przyszli i powiedzieli co i jak. Mówili, że ten sąsiad też się skarży na innych – właśnie na te papierosy i coś tam jeszcze. Że oni są rzekomo księgowymi (!!??) i pracują po nocach, więc, żeby nie zasnąć, puszczają telewizję i radio. Generalnie właściciel powiedział, że to są normalni ludzie i nie ma co się ich bać. Właścicielka natomiast chyba miała mieszane uczucia, powiedziała, ze nie są to ludzie jakoś specjalnie otwarci, ale dało się porozmawiać i jakoś się dogadali. Na tym stanęło. Jak to właściciele powiedzieli – oni zrobili pierwszy krok i teraz musimy poczekać na efekty, oni byli bardzo grzeczni i po prostu bardzo prosili o tę ciszę. Zobaczymy co będzie dalej. Ale właściciele dodali jeszcze, że w tej sytuacji zrozumieją, jeśli będziemy chcieli zrezygnować i godzą się na to (umowę mamy do końca sierpnia, a jeśli wyprowadzimy się wcześniej tracimy kaucję) bez żadnych warunków.

Tamta noc była... – po prostu błoga! Jak się kładliśmy, to coś tam było słychać, ale delikatnie. Zasnęliśmy i spaliśmy calutką noc, a rano obudziliśmy się wypoczęci i w doskonałych humorach. Wczoraj to dopiero byłam w dobrym nastroju, choć gdzieś tam z tyłu głowy miałam obawy, że... No właśnie. Nie pomyliłam się, bo znowu to okazało się krótkotrwałe i dzisiejsza noc już taka cicha nie była.  Ale i tak nie było najgorzej, bo telewizora rzeczywiście nie było słychać, tylko muzykę. Franek nie mógł zasnąć i ostatecznie położył się w drugim pokoju. Ja zasnęłam i spałam kilka godzin. Przebudziłam się koło czwartej i muzykę słyszałam, ale od razu zasnęłam i kiedy wstawałam o szóstej to była cisza. Nie wiem na ile było ciszej niż w inne dni, a na ile po prostu psychicznie się inaczej nastawiłam na tyle, że udało mi się w miarę spokojnie przespać tę noc.
Niemniej jednak rano obudziłam się dość zrezygnowana. A to nie koniec tej opowieści, bo rano, zupełnie przypadkiem spotkałam tego sąsiada! Wyszłam na korytarz po rower, który tam zostawiłam a facet akurat wychodził z domu. Ostrożnie powiedziałam „dzień dobry” a gdy mi odpowiedział (zawsze to coś), bardzo grzecznie, niemal uniżenie powiedziałam, ze wiem, że „ciocia” z nim już rozmawiała i dziękuję za to, że jest faktycznie ciszej, ale gdyby tak się jeszcze dało trochę muzykę przyciszyć. On mi na to, ze muzyki w ogóle by nie było, gdyby nie tupanie w mieszkaniu nad nimi i że już tym na górze zwracał uwagę i więcej do nich nie pójdzie, bo oni na pewno robią to złośliwie. A lepiej słuchać muzyki niż tego tupania. Zgodziłam się z nim, ale powiedziałam, że niestety u nas to słychać  - na co on, że to wina ścian, bo muzyka to już nie w tym pokoju sąsiadującym z nami (był już w połowie schodów, jak ja nie znoszę, gdy do kogoś coś mówię, a ten zamiast się zatrzymać to idzie!). Zdążyłam się jeszcze z nim zgodzić, ale mimo to powiedziałam, że chodzi o odrobinę cichsze słuchanie, bo przedwczoraj naprawdę było idealnie. Ale w zasadzie na to już mi nic nie odpowiedział, tylko coś tam mruknął w stylu „mhm” i już był na dole.

Cóż, jak widać, wygląda na to, że nic z tym się nie da zrobić. Nie wiem na ile ściszenie telewizora wynika z tego, że faktycznie dostosowali się do ustaleń z właścicielami i wzięli sobie prośby do serca, a na ile z ich kaprysu. Nie wiem, kto w tym wszystkim jest tym złośliwym, a kto agresywnym. Nie wiem, ile prawdy było w opowieści sąsiadki z dołu (nie sądzę, żeby miała ściemniać, ale chodzi o to, że może oni też nie byli w porządku i na przykład zwracali uwagę po chamsku lub robili awantury). Nie wiem, jacy to tak naprawdę ludzie. Prawda na pewno leży gdzieś po środku. Ale jest mi przykro, że ludzie robią sobie na złość a my na tym cierpimy. Staramy się być w porządku, a tak naprawdę nie wiem, czy mimo tego, że naprawdę byłam baardzo grzeczna, to czy na przykład nie wkurzyłam faceta. Nie był jakoś bardzo chamski, ale na pewno też nie nazwałabym go sympatycznym. Był może lekko opryskliwy, ale z drugiej strony nie odebrałam tego personalnie. Nie wiem nadal tak naprawdę jaki to człowiek i czy naprawdę ktoś wobec nich jest złośliwy, ale wiem, że to jednak nie jest normalne, żeby przez całą noc prowadzić dzienny tryb życia, przeszkadzając innym w odpoczynku. Praca pracą, ściany ścianami, ale cisza nocna ciszą nocną i najbardziej boli mnie ta bezradność, bo co niby możemy zrobić, skoro dobrej woli brak, a oni najwyraźniej mają gdzieś to, czy komuś przeszkadzają.

Nie wiem, co dalej. Dzisiaj znowu wyjeżdżamy, tym razem do Poznania i nie dowiem się, jaka pod względem głośności będzie dzisiejsza noc.
Podniosło mnie na duchu – bardzo – zachowanie właścicieli. To, że się zaangażowali w sprawę i że w razie czego moglibyśmy zrezygnować (chociaż ani trochę nie jest nam to na rękę, bo naprawdę wcale nie tak łatwo znaleźć fajne mieszkanie, ale przede wszystkim nie chce nam się już szukać i – najważniejsze – znowu się pakować, przewozić, rozpakowywać!).  Przynajmniej wiemy, że są w porządku. Od razu się lepiej poczułam, nawet wiedząc, że raczej nic nie wskórają. Spróbuję się psychicznie jakoś do tego pozytywnie nastawić – w sensie nauczyć się ignorować muzykę (wszak nie jest najgorzej, mogło być jakieś dudnienie, albo imprezy) i nie zakładać, że nie zasnę. Wczoraj już mi się to w dużej mierze udało, ale to trudne, bo gdy zbliża się wieczór, naprawdę czuję jak rośnie we mnie niepokój. Ale teraz już wiem jak to wygląda i przynajmniej pozbyłam się nadziei, że jak się pogada, to coś się zmieni... Kupię sobie stopery do uszu – może nauczę się jednak z nimi spać. Ostatecznie naprawdę przeniesiemy się chociaż na niektóre noce do drugiego pokoju, ale naprawdę nie chciałabym, bo przecież nie po to mamy dwa pokoje... Cóż, zobaczymy. Jakoś trzeba będzie przetrzymać tę sytuację.

Na pewno nie mam zamiaru popadać w konflikt z tymi ludźmi ani robić nikomu na złość – nawet w myśl zasady „oko za oko”. To nie w moim stylu – ani mi to humoru nie poprawi, ani problemu nie rozwiąże. Ktoś musi być mądrzejszy i wolę, żebym to była ja.

środa, 30 października 2013

Cisza nocna.

Tym razem mamy problem dużo bardziej prozaiczny w porównaniu do tych innych, z którymi musimy się borykać od jakiegoś czasu i na które niewiele możemy poradzić, tylko musimy się uzbroić w cierpliwość i czekać na rozwój wypadków.

Prozaiczny, ale niestety nie taki błahy, bo bardzo uciążliwy. Problem z sąsiadami. Nigdy nie miałam problemów ze snem. Zasypiałam szybko, budziłam się po ośmiu godzinach wypoczęta. W nocy czasami się na chwilę przebudzałam, czasami nie. Tymczasem od tygodnia - a dokładnie od ubiegłego poniedziałku, kiedy to po raz pierwszy spaliśmy w nowym mieszkaniu, nie przespałam spokojnie, bez stresu i przebudzania się ani jednej nocy. Franek tak samo. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej zmęczona i w sumie zmartwiona sytuacją, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli przejść nad tym do porządku dziennego. 

Tydzień temu napisałam notkę, ale nie opublikowałam jej ostatatecznie bez konkretnego powodu. Oto jej fragment: 

(...)sąsiedzi za ścianą niestety mają włączony telewizor non stop w dodatku na tyle głośno, że go słyszymy. Rozumiem, że ściany są cienkie, ale na pewno głośność jest ustawiona wyżej niż normalnie. Ubolewaliśmy z Frankiem nad tym, że ciągle nie możemy trafić na jakichś normalnych ludzi, którzy zachowują się w miarę cicho po 22giej! Ok, ja rozumiem, że nie każdy chodzi spać tak, jak my. Nie ma przymusu. Ale czy naprawdę nie można zachowywać się w miarę cicho? Już nawet nie chodzi o imprezy (choć to też musieliśmy czasami przeboleć - ale jeśli zdarza się od czasu do czasu, to się nie czepiamy, bo każdemu się należy) - ale o głośne rozmowy, telewizję, muzykę. Czy nie można trochę tego ściszyć skoro trwa cisza nocna? Nie rozumiem tych ludzi.  Ja wstaję o szóstej - czyli wcześniej niż wiele osób. Cisza nocna akurat się kończy, ale to nie znaczy wcale, że włączam radio i telewizor na cały regulator albo wydzieram się zamiast mówić do Franka. Powiedzcie mi (bo przecież wiele z Was chodzi spać późno) czy naprawdę nie da się późnym wieczorem i w nocy funkcjonować ciszej z poszanowaniem tych, którzy chcą spać? Ktoś może uznać, że się czepiam, bo w końcu ktoś sobie tylko telewizję ogląda (to z boku, bo z góry płynęła jakaś muzyka - nie żadna rąbanka, spokojna, nawet przyjemna - ale nie w momencie, gdy miesza się z Polsatem i wtedy, gdy chcę spać). Nie chcę, naprawdę nie chcę wyjść na czepialską (...)

Tak pisałam po dwóch nocach przespanych (albo raczej nie do końca przespanych) w nowym miejscu. W zasadzie nie podchodziłam do tego jeszcze do końca serio, byłam pewna, że tak się po prostu zdarzyło i chociaż doskwierało mi to, to myślałam, że może trochę się czepiam. Generalnie myślałam, że to zwykła sytuacja - dzisiaj wkurzają mnie sąsiedzi, ale za chwilę o tym zapomnę, bo to jednorazowa sytuacja. Ale teraz już tak nie myślę.
Sąsiedzi codziennie wracają do domu w okolicach 22giej. Mniej więcej pół godziny później włączają telewizor a chwilę później radio. Mam wrażenie, że im głośniej on nastawia telewizję, tym głośniej ona słucha muzyki (tak, bo okazało się, że ta muzyka to nie z góry płynie, tylko z tego samego mieszkania). 
Telewizja jest tak głośno, że słyszę dokładnie każde słowo! I ściany na pewno są cienkie, ale dla porównania napiszę Wam, że w tym samym czasie Franek siedzi w drugim pokoju i nie ma zamkniętych drzwi. Też ogląda TV, ale ja nie słyszę jego programu, tylko ten za ścianą! Mało tego - Franek w tamtym pokoju, który jest narożny i jego ściany nie sąsiadują z innymi mieszkaniami,również słyszy telewizję i muzykę sąsiadów!

Wiecie, to jest naprawdę nie do wytrzymania, bo o ile jestem w stanie zasnąć, to budzę się po godzinie i nie mogę zasnąć, bo jest jeszcze głośniej. Od czasu do czasu słychać jeszcze, jak do siebie krzyczą - a jest już po północy. Przysypiamy na chwilę, budzimy się znowu na przykład o drugiej i z ulgą stwierdzamy, że telewizja chyba wyłączona (choć nie zawsze), ale jest to ulga krótkotrwała, bo okazuje się, że muzyka cały czas jest na tyle głośno, że słychać dokładnie jaki to utwór. Śpimy, ale w tle cały czas słyszymy, że jest głośno, więc nie jest to mocny sen. Przebudzamy się o czwartej, a sytuacja jest bez zmian.
Wczoraj uciszyło się o szóstej. Dziś parę minut po piątej. Czy to jest normalne??

Zawsze mieszkałam w bloku i zawsze to sobie chwaliłam. Nie marzę o własnym domu,   a to, że czasami słychać sąsiadów po prostu akceptowałam jako wadę, ale nie taką, żeby obrzydziła mi to mieszkanie (piszę to, bo nie chciałabym, żeby niechcący dyskusja pod postem sprowadziła się do wyższości mieszkania nad domem i na odwrót, bo uważam, że jedno i drugie ma wady i zalety, a co kto wybiera zależy wyłącznie od subiektywnych predyspozycji, przyzwyczajeń i oczekiwań :)). Różne bywały sytuacje, sąsiedztwo bywało mniej lub bardziej uciążliwe. Wkurzaliśmy się czasami na głośną muzykę, albo studentów zbiegających z góry (to w Poznaniu), ale zazwyczaj były to sytuacje sporadyczne, o których wiedzieliśmy, że się skończą np około trzeciej, albo po prostu wiedzieliśmy, że akurat ktoś ma urodziny. 
Zdajemy sobie sprawę z tego, że chodzimy spać stosunkowo wcześnie i nie mieliśmy wielkich pretensji nawet, gdy ktoś zachowywał się dość głośno do północy. Ale tym razem jest inaczej - po pierwsze dlatego, że to trwa calutką noc, po drugie dlatego, że to nie jest jakaś tam okazja, ale wygląda na to, że taki zwyczaj mają ci ludzie. Wracają późno i nie oglądając się na innych włączają i radio i telewizję. Rozumiem, że można oglądać/słuchać nawet całą noc, ale przecież można to robić trochę ciszej. Tymczasem głośność jest na pewno wyższa od standardowej, bo kiedy wyjdzie się na klatkę schodową, wszystko słychać. Kiedy my mamy włączone radio, to ledwo słychać je w kuchni... A w nocy wszystko przecież jeszcze bardziej się niesie.

Franek wczoraj próbował dotrzeć do tych ludzi, ale nie otworzyli mu - nie wiem, czy nie słyszeli pukania, czy nie chcieli otworzyć... Dzisiaj wyjeżdżamy na kilka dni (i nocy), więc odpuścił, ale po weekendzie będzie już dzwonił dopóki mu nie otworzą albo zaczepimy ich na korytarzu w momencie, gdy będą wracać do domu (zawsze to słyszymy).
Nie chcemy żadnych konfliktów, nie chcemy się czepiać. Nigdy w zasadzie nie zwracaliśmy uwagi sąsiadom, nawet jak coś nas denerwowało, bo w dużej mierze hołdujemy zasadzie "wolnoć Tomku w swoim domku", ale to już naprawdę jest trudne do zniesienia. Chcielibyśmy załatwić to polubownie, ale boję się, bo nie wiem co to za ludzie, a zachowują się w moim odczuciu trochę dziwnie. Zwłaszcza, że raz Franek spotkał sąsiadkę na korytarzu i nie odpowiedziała mu na powitanie.
Druga kwestia, która mnie dziwi i powoduje, że czuję się jeszcze gorzej to fakt, że właścicielka mieszkania (notabene zaoferowała, że jako właściciel zadzwoni po straż miejską, gdyby nie udało nam się tego załatwić) mówi, że nikt jej się nigdy na to nie skarżył. Zastanawia mnie też, że innym sąsiadom to nie przeszkadza.

Czy to my jesteśmy jacyś nienormalni? Przewrażliwieni? W gorszych momentach zaczynam tak myśleć. Ale powiedzcie, czy tak powinno być, że o godzinie 3 nad ranem jestem we własnej sypialni i dokładnie słyszę każde słowo filmu, który ogląda sąsiad i wiem, jakiej piosenki słucha sąsiadka?? (bądź na odwrót, ale tak przyjęliśmy sądząc po natężeniu ich głosów, gdy ze sobą "rozmawiają")

Musiałam się chyba trochę wyżalić. Wiem, że ludzie mają większe problemy (sami takie mamy!) i nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego może stanowić kłopot. Ale nigdy dotychczas nie miałam sytuacji, żebym nie mogła spokojnie przespać kilku nocy z rzędu, żebym nie mogła zaznać ani chwili ciszy w godzinach 22-6. Codziennie jestem bardziej zmęczona.

wtorek, 22 października 2013

Przeprowadzeni

Jesteśmy już przeprowadzeni. Właściwie nawet sprawnie nam to poszło. Miałam doskonały pomysł, żeby z pracy pożyczyć wózek i dzięki temu samochód rozpakowywaliśmy za jednym zamachem - ewentualnie dwoma. Nie wyobrażam sobie ile kursów musielibyśmy zrobić, bez tego wózka. A właściwie sobie wyobrażam, bo pamiętam jak to było ostatnio.
Wczoraj oddaliśmy klucze i dostaliśmy zwrot większej części kaucji. W przeciągu miesiąca powinniśmy dostać resztę oraz częściowy zwrot opłaty za wynajem.
Za nami pierwsza noc w nowym mieszkaniu. Mam mieszane uczucia. Mieszkanie jest bardzo fajnie urządzone i ma dość wysoki standard, ale nie mam takich pozytywnych przeczuć, jak w przypadku tego, z którego się wyprowadziliśmy :( Jak na razie próbujemy jakoś ogarnąć te wszystkie kartony i torby. Mam wrażenie, że ostatnio było jakoś łatwiej, mimo, że byłam sama.
Miejsce jest fajne i mam nadzieję, że jednak się zaaklimatyzuję, ale na razie część rzeczy mi przeszkadza - na przykład wielkie łóżko z bardzo miękkim materacem, w który się zapadam. 
Nie było źle, ale mam nadzieję, że kolejne dni będą coraz lepsze. A jeszcze większą nadzieję mam na to, że to tylko przez moje nastawienie coś mi nie do końca pasuje i że mi się to odmieni. 
A tymczasem znikam, bo pracę powoli kończę, a w domu jeszcze nie mam internetu.
Dzisiaj przyjeżdża Dorota, na chwilę tylko, bo jutro już wraca. Ale cieszę się bardzo, ostatnio pomogła mi uporać się z dołem, może teraz też tak będzie. Przez ostatni miesiąc nasz kontakt trochę się zdezintensyfikował, bo ona miała obronę i zaczynała nową pracę, ja tyle na głowie. Ale napisała mi wczoraj "Kupiłam na jutro bilet :) mega się cieszę że cię zobaczę :*" - i od razu wywietrzały mi z głowy smutne myśli na temat tego, że może się jednak oddalamy od siebie? Franek się zawsze ze mnie śmieje, gdy się z nim dzielę swoimi obawami :)

sobota, 5 listopada 2011

Gorączka sobotnich porządków.

No to dostałam kopa. Nareszcie, bo długo na niego czekałam :) Tak to już ze mną jest, że chociaż bardzo lubię porządek, a widok bałaganu w mieszkaniu kiepsko wpływa na mój nastrój, to niestety na co dzień czasu i chęci wystarcza tylko na jakieś bieżące sprzątanie. Do prawdziwych porządków potrzebny mi jest nastrój :) Od czasu do czasu zdarza się, że planuję w weekend przeorganizować zawartość moich szafek albo wypucować ten, czy inny kąt mieszkania, ale jak przychodzi co do czego, niewiele z tego wychodzi – albo wyskoczy mi jakieś spotkanie, albo samopoczucie nie sprzyja, albo coś tam jeszcze. Na szczęście od czasu do czasu zdarza się też taka sobota, kiedy to natchnienie na mnie spływa i udaje mi się dokonać wszystkiego, co sobie zaplanowałam, z nawiązką. I dziś właśnie mam za sobą taką czyściutką sobotę :)
Najpierw zawadzał mi trochę Franek, bo zalegał dzisiaj dość długo w łóżku. Odpuściłam więc sobie pokój i zabrałam się za gotowanie kartoflanki na wędzonce. Ogarnęłam z grubsza kuchnię, a potem odczekałam jeszcze tylko aż przeszkoda w postaci Franka wyjdzie do pracy i zabrałam się za przeglądanie zawartości szafek w pokoju.
Musicie wiedzieć, że u mnie tego rodzaju porządki nigdy krótko nie trwają. Wszelkie czynności tego typu niestety zajmują mi bardzo dużo czasu, bo nie potrafię tak po prostu szybko zadecydować, co gdzie położyć, co wyrzucić, a co jeszcze zostawić. Głównie do tego właśnie jest ten nastrój potrzebny :) Ale dzisiaj udało się nawet bez większych przestojów. Po dwudziestej wyrzucałam już ostatnie śmieci i wycierałam ostatnie pyłki kurzu. Wszystko wygląda całkiem przyzwoicie. Miło jest tak teraz siedzieć w czystym, pachnącym mieszkaniu, z poczuciem, że zasłużyłam na niedzielny wypoczynek.
Nie oznacza to jednak, że wszystko jest już tak, jak powinno być :) Z zewnątrz – owszem, ale w przyszłości czeka mnie jeszcze przegląd kilku pudełek i teczek upchniętych w szafkach i szufladach, a to już naprawdę grubsza misja. To wszystko będzie musiało pewnie poczekać, aż ponownie zostanę natchniona :)
Ale i tak jestem zadowolona, bo z czystym sercem mogę już stwierdzić, że pozbyliśmy się już wszystkich prowizorek (które jak wiadomo zawsze są najtrwalsze) po naszej przeprowadzce sprzed ponad roku. Wyjątkiem są dwie szafki w przedpokoju, które oczekują na przegląd, ale tak poza tym wszystko chyba już jest na swoim miejscu. A łatwo też nie było, bo przez te kilkanaście miesięcy sporo nowych sprzętów, akcesoriów i drobiazgów się pojawiło.
Najważniejsze jednak, że dzisiejsza misja zwieńczona została sukcesem :)

sobota, 9 października 2010

Podróż sentymentalna.

Wróciłam na stare śmieci. Rodzice Franka wyjechali na weekend na jakąś wycieczkę a my pilnujemy Brutusa i od wczoraj śpimy u nich w domu. Wczoraj wieczorem wyglądałam sobie kilka razy przez okno i spoglądałam w stronę okien mojego dawnego mieszkania… Najpierw było ciemno, potem jedno się rozjaśniło – okno „nie mojego” pokoju. „Moje” nadal było ciemne. Wspominałam czas, kiedy we wcześniejszych latach szłam nocować do Franka i sprawdzałam na przykład, czy Ela jest w domu. Kiedy zaświeciło się również „u mnie”, przypomniałam sobie czas jeszcze wcześniejszy, kiedy zaglądałam, żeby sprawdzić, czy Dorota już wróciła albo czy już poszła spać. Patrzyłam na zasłonięte rolety i odtwarzałam w myślach wygląd tego pokoju. Tu łóżko, obok stół… Mój kolorowy kalendarz na ścianie, mój bałagan pod stołem i mnóstwo szpargałów na parapecie…
Wiem kto tam teraz mieszka. Wróciła tam moja wcześniejsza współlokatorka, jeszcze z czasów przed Elą. Potem wyprowadziła się, bo chciała mieszkać z siostrą, kiedy ja się przeprowadzałam, znalazłam kilka jej rzeczy, zadzwoniłam i od słowa do słowa okazało się, że szukają mieszkania. Nie jest to moja bliska koleżanka, ale od czasu do czasu się widujemy (pomagała mi na przykład przy wyborze studiów podyplomowych) albo ona dzwoni do mnie z jakimś mieszkaniowym pytaniem. I akurat traf chciał, że zadzwoniła do mnie dziś, kiedy siedziałam u Franka, powiedziałam, że zaraz u niej będę.
Bez problemu przypomniałam sobie kod od domofonu – ba, ja go nawet nie zdążyłam zapomnieć, palce same mi go wystukały. Dziwnie było mi pukać w „moje” drzwi. Przedpokój wcale się nie zmienił, wchodziłam do siebie, ale zapach już nie był mój. Kiedy weszłam do „mojego” pokoju zobaczyłam sporo zmian… Ustawienie mebli takie samo, ale to już nie jest mój pokój. Niby nie wiele się zmieniło, ale jednak – nie moje rzeczy, nie mój klimat. Przede wszystkim miałam wrażenie jakby pokój był zagracony :) I nie chodzi o to, że był bałagan, po prostu ja miałam mnóstwo rzeczy, ale raczej małych, Asia miała więcej luzu na półkach, ale za to wszystkie jej sprzęty są większe – większe łóżko, większe biurko, dodatkowe krzesło i druga pralka, której nie miały gdzie wcisnąć, więc stoi sobie w kącie :) To wszystko razem sprawiło, że wiedziałam, że to już nie to samo miejsce :) Przyjemnie mi się tam siedziało, wyczuwałam jeszcze moje wibracje, które pozostały w murach po tych sześciu latach :) Ale cóż, to już nie jest mój dom.
Miło było tam wrócić. W dodatku jeszcze zbieg okoliczności sprawił, że akurat przyszła właścicielka mieszkania i z nią też trochę pogawędziłam :) Widocznie właśnie dziś miałam się tam znaleźć.
Przyznam, że myślałam, że oswajanie się z nowym mieszkaniem zajmie mi więcej czasu, poszło całkiem szybko. Myślałam też, że stare będzie częściej gościło z moich snach – a tymczasem przyśniło mi się raptem dwa, trzy razy. I jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, dzisiaj czułam się w tym mieszkaniu tak samo jak w jednym z tych snów – zresztą śniłam właśnie o tym, że odwiedziłam Asię. Nie miałam wrażenia, że jestem u siebie, ale wiedziałam, że przyszłam tylko w odwiedziny w miejsce, które kiedyś było mi bardzo bliskie.

Pewnie, że trochę tęsknię, ale bardziej za tamtymi czasami, niż za samymi czterema ścianami. Dotarło do mnie, że tak naprawdę najbardziej szkoda mi okolicy a nie samego mieszkania. Cóż, teraz jest inny czas, być może za kilka lat znowu będę go wspominać z sentymentem (oby:))
 Jedno jest pewne – ostatnie sześć lat i wszystkie miejsca towarzyszące mi w tym okresie na zawsze będą mi w jakiś sposób bliskie. Zawsze będą mi się kojarzyły z pierwszymi latami samodzielności, z dojrzewaniem i z beztroską.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Studenckie mieszkanie.

Przeczytałam dzisiaj na Onecie tekst o castingach na współlokatorów. Albo na lokatorów. W ogóle temat ostatnio jest na czasie, bo już kilka reportaży w telewizji widziałam, również o tym co się dzieje w tej kwestii w samym Poznaniu. I przyznam, że to wszystko jest dla mnie totalną abstrakcją. Wierzę, że tak jest, ale mimo wszystko wydaje mi się to absurdalne. Przyznam, że miałam wyjątkowe szczęście od samego początku w związku z mieszkaniem. (Przynajmniej tym w Poznaniu, bo hiszpańskie mieszkanie to już inna bajka :))

Większość moich znajomych z liceum i nie tylko na studia wybierała się do Wrocławia. Tylko ja, Dorota i jeszcze jeden kolega z klasy wybrał Poznań. Kiedy dostałam się na uczelnię w Pyrlandii i dowiedziałam się, że Dorota też będzie tu właśnie studiować, skontaktowałam się z nią i umówiłyśmy się, że poszukamy mieszkania razem. Jak powiedziałyśmy, tak zrobiłyśmy, kilka dni później wybrałyśmy się nocnym pociągiem w czterogodzinną podróż do Poznania. Jechałyśmy zupełnie w ciemno. To nie były jeszcze czasy, kiedy byłyśmy specjalnie zaznajomione z internetem, nie miałyśmy żadnej gazety z ogłoszeniami. Po prostu wysiadłyśmy na dworcu i na piechotę (przyzwyczajone byłyśmy, że się wszędzie chodzi, komunikacja miejska to było niemal jak UFO ;)) poszłyśmy w jedyne miejsce gdzie byłam w stanie trafić z pamięci – na moją uczelnię. Tam wyciągnęłyśmy mapę, zaznaczyłyśmy obszar, który nas interesuje – czyli wszędzie miało być blisko :) Obszar był naprawdę niewielki i obejmował raczej centrum. Zerwałyśmy kilka ogłoszeń (wiem, wiem, nieładnie, ale nie chciałyśmy konkurencji :)), zaopatrzyłyśmy się w kartę telefoniczną (bo z komórki to jeszcze drogo wychodziło :)) i zaczęłyśmy dzwonić. Umówiłyśmy się w czterech miejscach.

Pierwsze – stancja, mieszkanie ze starszym panem (tak po siedemdziesiątce). Chyba miał nadzieję, że pomożemy mu z gotowaniem, sprzątaniem i takie tam. Kiedy zapytałyśmy, czy mogą nas odwiedzać znajomi odpowiedział: „no tak, czasami jakaś siostra albo mama, no bo chłopaki to nieee, oczywiście, że nie”… Pożegnałyśmy się i dość szybko zdecydowałyśmy, że tam nie chcemy mieszkać :)
Drugie miejsce było mieszkaniem studenckim. Oprócz nas mieszkałoby tam chyba pięć osób, łazienka, kuchnia do podziału. Dla nas jeden pokój, tylko zupełnie nieumeblowany. Nawet bez łóżka. Napaliłyśmy się strasznie, bo nam się spodobało (nie wiedziałyśmy chyba co oznacza takie mieszkanie :)) Już prawie się zdecydowałyśmy. Ale pojechałyśmy dalej.
Tyle, że w trzecie miejsce nie dojechałyśmy, bo nie wiedziałyśmy co to znaczy po poznańsku „nadusić” :)) Ale to jest do opowiedzenia przy innej okazji.
Od razu pojechałyśmy w czwarte miejsce.

I tam zostałyśmy. Dorota przez następne pięć a ja sześć lat.

Mieszkanie dwupokojowe, dość dobrze wyposażone niemal w centrum. Dorota na swoją uczelnię miała 10 minut piechotą lub jeden przystanek tramwajem. Ja, odpowiednio – 20 lub 4 :) Lokal co prawda nie był urządzony nowocześnie, ani nawet niezbyt ładnie – ot, każda szafka z innej parafii :) Ale było swojsko, domowo, właściciele byli w porządku (wszystko dla nas załatwiali, co tylko było nam potrzebne, łącznie z pralką) i było tanio. Od razu się zdecydowałyśmy. O 15tej już wracałyśmy do Miasteczka. W ogóle się nie zmęczyłyśmy, nie zdołowałyśmy fatalnymi warunkami, czy cenami z kosmosu. Szybko, łatwo i przyjemnie znalazłyśmy mieszkanko na kilka następnych lat.

Mieszkanie miało dwa pokoje, my chciałyśmy mieszkać w jednym no i na nas dwie cena była dość wysoka, więc trzeba było znaleźć kogoś do drugiego pokoju. Przez sześć lat obeszło się bez castingów. Przez dwa lata mieszkała z nami Ola, kolejne dwa Asia i ostatnie – Ela. Wszystkie były moimi bliższymi lub dalszymi znajomymi. O współlokatorkach w zasadzie też mogłabym napisać osobną notkę, więc teraz powiem tylko, że żyło nam się razem całkiem dobrze. I nie wiem, czy to kwestia szczęścia, czy tego, że po prostu byłyśmy bezkonfliktowe i tolerancyjne wobec swoich dziwactw mniejszych i większych.

Jeśli chodzi o moje obecne mieszkanie, to już wiecie, że również go nie szukałam, tylko w zasadzie ono znalazło mnie :) Nie wiem nic o tych wielotygodniowych poszukiwaniach, wrednych właścicielach, cenach z kosmosu, fatalnych warunkach, nieznośnych współlokatorach… Poszukiwanie mieszkania i późniejsze mieszkanie w nim było (i jest) dla mnie po prostu sielanką. Szczęściara ze mnie :) 

  ***
Nic jeszcze nie wiadomo. Siostra leżała sama w sali pooperacyjnej, więc na chwilę wpuścili do niej moich rodziców. Była przytomna, ale bardzo wycieńczona po narkozie. Nic nie wiadomo – lekarza już nie było, a ona wcześniej nie była w stanie o nic pytać. Nie wiemy jak wyglądał zabieg (choć kobiety, które z nią leżały na sali mówiły, że operacja była dość krótka) i co dalej. Może jutro. Nadal proszę o wsparcie i dziękuję za to wszystko, co już od Was dostałam :*

czwartek, 12 sierpnia 2010

„Tamto” odeszło.

Właśnie się zorientowałam, że przecież już kilka dni temu minął miesiąc od kiedy się przeprowadziliśmy. Ameryki nie odkryję – ale ten czas leci! Strasznie szybko minął mi ten miesiąc, chociaż z drugiej strony, „tamto” moje życie wydaje mi się już tak bardzo odległe… Pewnie, że tęsknię za tamtym osiedlem, tamtym mieszkaniem, tamtym życiem, ale już mniej niż na początku. A przede wszystkim tęsknię, ale wiem i godzę się z tym, że „tamto” już nie wróci. Przyznać muszę, że się chyba przyzwyczaiłam. I że poszło mi całkiem szybko. W zasadzie już po jakichś dwóch tygodniach zorientowałam się, że to jest dla mnie normalne, że to do tego domu właśnie wracam po pracy. Po trzech tygodniach stwierdziłam, że naprawdę lubię to mieszkanie, podoba mi się i przyznałam rację wszystkim, którzy mówili mi, że jest dużo ładniejsze od poprzedniego lokum. 

Za tamtym miejscem zawsze pewnie będę tęsknić. Tak jak tęskni się za wakacjami u babci, czy za szkołą podstawową. Tamto mieszkanie na zawsze będzie dla mnie symbolem najlepszego okresu w moim życiu (jak na razie :) mam nadzieję, że będą jeszcze lepsze, lub równie dobre :)). Ale teraz już wiem, że pod innym adresem jest moje miejsce. Muszę przyznać, że z większą radością wracam do tego mieszkania niż tamtego. Przede wszystkim cieszy mnie już sam fakt, że w autobusie zawsze mam miejsce siedzące i mogę sobie ze spokojem poczytać :) W tramwaju różnie z tym bywało :) Potem wchodzę do domu i czuję się u siebie. Ogarniam to, co trzeba, a potem wystawiam sobie fotel na nasz duży balkon i potrafię tak siedzieć kilka godzin z nosem w książce :) Korzystam póki jest ciepło. Aaaha, i mieszkanie już nie ma obcego zapachu :)

Oczywiście doskonale wiecie, że miewam dołki. Ale one są spowodowane czymś innym. Już nie tym, że chcę wrócić do tego, co minęło. I chyba stopniowo doszłam do tego, co mnie tak naprawdę gryzie. Ale to już temat na kiedy indziej. W każdym razie – zobaczę, czy uda mi się z tym uporać i jakoś pogodzić. Bo jest to kilka spraw, które po prostu musiałabym zaakceptować. Na razie jestem na etapie postanowienia, że zmieniam nastawienie i staram się znowu cieszyć tym, czym mogę, tak jak wcześniej. Mam nadzieję, że uda mi się, tak jak zawsze się udawało, bo męczy mnie bardzo stan zdołowania.

sobota, 7 sierpnia 2010

Drzwi antydziadkowe.

Jak tak sobie niedawno rozmawiałyśmy w komentarzach o naszych doświadczeniach związanych z drzwiami, zamkami i kluczami, przypomniało mi się jeszcze kilka mniej lub bardziej zabawnych historii „zamkowych”

Jedna wydarzyła się pięć lat temu. Byłam wtedy między pierwszym a drugim rokiem studiów i pojechałam do Poznania, żeby tam odbyć praktyki ogólnozawodowe. To był przełom sierpnia i września.W czerwcu gościła u nas Juska (wtedy studiowała w innym mieście) i miała klucze Doroty, która już miała wakacje i wróciła do Miasta. Kiedy Juska wyjeżdżała, Dorota nakazała jej zostawić klucze w mieszkaniu w Poznaniu, bo miała jechać na jakiś obóz i potem wracać przez Poznań do Miasta. Juska zatrzasnęła więc drzwi i klucze przeleżały sobie grzecznie przez kolejne dwa miesiące na szafce.
Na początku września Dorota zadzwoniła do mnie, że przyjedzie w sobotę. Problem pojawił się w momencie, kiedy okazało się, że w piątek wracam do Miasteczka na weekend. Jak przekazać klucze Dorocie? Wpadłyśmy na pomysł, żeby zostawić je u sąsiada – starszego pana, który nie wiedzieć właściwie czemu darzył moją współlokatorkę szczególną atencją.

W czwartek wieczorem zaniosłam klucze do sąsiada. I się przestraszyłam. Zamykałam drzwi na łucznik, ale uświadomiłam sobie, ze skoro Dziadek (tak nazywałyśmy tego pana) ma klucze, to jeszcze mi wejdzie w nocy do mieszkania. Wiedziałam, że oka nie zmrużę, bo po prostu wkręciłam sobie, że on pewnie ma jakieś złe zamiary. I nagle oświeciło mnie, jak zapobiec ewentualnemu wtargnięciu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i uspokojona zasnęłam snem sprawiedliwego.
Rano wychodziłam do banku, gdzie odbywałam praktyki studenckie. Ubrałam się, zjadłam śniadanie, spakowałam torebkę i chciałam wyjść. Chciałam, ale się nie udało. Drzwi były zamknięte na dwa zamki – na górny typu „Łucznik” i dolny, którego nigdy nie zamykałyśmy będąc w mieszkaniu, a który tym razem zamknęłam w obronie przed Dziadkiem, a który można otworzyć tylko kluczem z obydwu stron.
Tylko gdzie te klucze??? Zamknęłam się w mieszkaniu i w ten sposób sama na siebie zastawiłam pułapkę. Wywaliłam wszystko z torebki – nie ma. Przeszukałam koszyczek, w którym zawsze leżą klucze – brak. Przewróciłam całe mieszkanie do góry nogami – nadal nie znalazłam. Poodsuwałam nawet wszystkie szafki i nic! Totalnie zrezygnowana usiadłam na łóżku. I nagle… oświeciło mnie tak samo jak dzień wcześniej! Jedynym sposobem na to, żeby Dziadek nie wlazł mi w nocy do mieszkania, razem ze swoimi niecnymi zamiarami było zamknięcie zamków – górnego i dolnego, z tym, że w tym dolnym trzeba było po prostu zostawić klucz – wtedy nikt z zewnątrz swojego klucza by nie włożył. Poszłam do przedpokoju. A jakże. Klucze spokojnie w zamku tkwią.
Nie pytajcie dlaczego ich nie zauważyłam przy pierwszej próbie wyjścia. To tylko kolejny przykład mojego roztrzepania :)