*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie niefajni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie niefajni. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 listopada 2014

Kiedyś już o tym było...

Miałam opisać sytuację, która jakiś czas temu spotkała mnie, kiedy jechałam autobusem komunikacji miejskiej. Wracałam wtedy z tego szpitala, w którym spędziłam cały dzień na oddziale patologii ciąży. Byłam naprawdę wykończona całym tym czekaniem, zestresowana tym wszystkim co usłyszałam oraz badaniami, głodna! i po prostu zdołowana tym wszystkim. Jednym słowem, naprawdę miałam wszystkiego dość i chciałam już być w domu.
Niestety do domu takiej prostej drogi nie miałam, bo musiałam wsiąść w jeden autobus, a potem przesiąść się w kolejny i widziałam, że wg. rozkładu na tę przesiadkę mam tylko minutę - jeśli bym się spóźniła musiałabym czekać pół godziny. Dlatego też przezornie postanowiłam usiąść sobie z przodu autobusu, żeby widzieć, czy ten autobus, na który się mam przesiąść nie będzie jechał przypadkiem przed nami (np. ze względu na jakieś opóźnienie) - wtedy wybiorę trasę alternatywną.
Z przodu były wolne dwa siedzenia. Już tam siadałam, kiedy podeszła starsza pani z laską. Uśmiechnęłam się i odsunęłam się, żeby ją przepuścić. Ale ona zaprotestowała i powiedziała, że ona nie może tak siadać, bo noga ją boli i że autobus szarpie i coś tam. Nie do końca zrozumiałam, ale wydawało mi się, że wobec tego chodzi jej o to, że mam usiąść przy oknie a ona chce z brzegu. Tak też zrobiłam. Ale pani kontynuowała swój wywód. Na początku wydawało mi się, że to takie zwykłe utyskiwanie - że chciała sobie ze mną porozmawiać i wyżalić się na swój los. Grzecznie więc słuchałam z uśmiechem, coś tam nawet przytaknęłam, ale mina mi zrzedła, kiedy się zorientowałam, że ta baba ma do mnie pretensje! Nie bardzo wiem o co, ale naprawdę cały czas ze złością mówiła, że ją ta noga boli i że ja nie wiem jak to jest. Zdezorientowana odparłam w ramach obrony, że ja chciałam sobie usiąść, bo jestem w ciąży i nienajlepiej się czuję. Na co ona, że "e tam ciąża!" Ciąża to nic i ona już czeka na operację i boli ją ta noga, a autobus szarpie i ja nawet nie wiem co to znaczy, jak to boli. Wtedy się już wkurzyłam i odpowiedziałam, że nie rozumiem, dlaczego ma do mnie pretensje o to, że autobus szarpie! Przecież do nie moja wina. Coś tam jeszcze krzyczała (bo już podniosła głos), ale powiedziałam jej, że ja teraz rozmawiam przez telefon i proszę, żeby mi nie przeszkadzała, po czym zadzwoniłam do Franka, żeby go poinformować, że wracam. Więcej się do niej nie odzywałam przez całą drogę.
Siedziałam jak na szpilkach, kiedy zbliżaliśmy się do przystanku, z którego miałam ten drugi autobus. Niestety! Zobaczyłam, że właśnie odjeżdża i o ile zdążyłabym w normalnych okolicznościach jeszcze przeskoczyć z jednego na drugi, to mój autobus zatrzymało czerwone światło i już nie było na to szans. Musiałam więc kontynuować jazdę tym autobusem i wysiąść dopiero na przedostatnim przystanku. Liczyłam na to, że ta kobieta wyjdzie wcześniej, ale pech chciał, że jechała do końca :( Kiedy zbliżaliśmy się do mojego przystanku chwilę wcześniej zapytałam grzecznie, czy pani wysiada. Odpowiedziała, że nie, na co ja, że ja teraz będę wysiadać. A ta znowu zaczęła się na mnie drzeć, że ona mówiła, że ją noga boli i ona nie może wstawać, żeby mnie wypuścić!
No to już mnie zirytowało totalnie, powiedziałam, że ja tutaj MUSZĘ wysiąść i PROSZĘ, żeby mnie przepuściła. A ona nadal nie chciała tego zrobić i znowu zaczęła swoją tyradę, jak to ja nie wiem, jak to jest i że boli ją noga, i że autobus szarpie. Odpowiedziałam, że przykro mi, że ma problemy z nogą, ale nie rozumiem, co JA mam z tym wspólnego i dlaczego ma do mnie jakiekolwiek pretensje!
I wtedy zrozumiałam! (nie pamiętam już dokładnie, jakie jej słowa naprowadziły mnie na ten trop) Jej cały czas chodziło o to, że ja w ogóle ośmieliłam się tam usiąść! Nie miałam prawa, rozumiecie? Bo to było JEJ miejsce! A konkretnie - oba miejsca były jej.
Tymczasem autobus już się zatrzymywał na moim przestanku i naprawdę się przestraszyłam, że mnie ten babsztyl nie wypuści, więc zaczęłam się już trochę na siłę przeciskać, czemu oczywiście towarzyszyło jej święte oburzenie i nadal opowiadanie o tym, jak to ją boli noga. Przy wyjściu powiedziałam jej jeszcze mniej więcej, że zupełnie nie rozumiem, o co jej chodzi i dlaczego od samego początku ma do mnie pretensje, mimo, że nic jej nie zrobiłam i że nie ma monopolu na siedzenie w autobusie, a jak widać miejsca są dwa, więc wydawało mi się, że mogę sobie z jednego skorzystać. Oczywiście coś tam jeszcze za mną krzyczała, ale już wysiadłam.
I wtedy właśnie już nie wytrzymałam i się poryczałam :( Chyba nerwy mi totalnie puściły, bo nie dość, że wykończył mnie ten szpital, to jeszcze spotkała mnie taka nieprzyjemna przygoda! Najbardziej chodziło mi o to, że ja naprawdę byłam dla tej kobiety uprzejma, uśmiechałam się, starałam się wysłuchać (kiedy myślałam, że to po prostu towarzyska pogawędka, jaką czasami ludzie sobie w autobusie ucinają)! Na początku naprawdę nie zorientowałam się, że ona jest na mnie wkurzona i że nie podoba jej się, że ja w ogóle pozwoliłam sobie zająć tamto miejsce. Było mi strasznie przykro, że w swoim odczuciu nic złego nie zrobiłam, a jednak oberwałam :(
Wiecie, że przeżywałam to jeszcze przez dwa dni! Na szczęście później mi przeszło.

Niestety, teraz naprawdę często mam okazję jeździć komunikacją miejską w godzinach, kiedy średnia wieku pasażerów to jakieś 70+. I choć aż tak poruszającej przygody na szczęście już nie miałam, to na przykład ostatnio jeden starszy pan dosłownie zabijał mnie wzrokiem, że nie wstaję (i oczywiście wstałam - przesiadłam się na miejsce z tyłu, bo było wolne - nie tylko jedno zresztą! ale widocznie to miejsce właśnie należało do tego pana a ja wykazałam się niesamowitą ignorancją, nie wiedząc o tym). 
A innym razem, kiedy jechałam na badanie krwi - znowu na czczo i znowu trochę osłabiona (chyba ta cukrzyca powoduje nasilenie tych objawów, bo nie powinnam dopuszczać do zbyt niskiego poziomu cukru i jeśli nie mogę zjeść pierwszego śniadania, to naprawdę niedobrze się czuję). Usiadłam sobie na brzegu, ale miejsce obok mnie było wolne. Usiadłam więc bokiem, żeby ktoś mógł swobodnie tam usiąść - nie chciałam się przesunąć, bo wysiadałam dosłownie za dwa przystanki, a mój był przystankiem na żądanie i chciałam mieć łatwy dostęp do przycisku "stop". Wtedy do autobusu władował się człowiek, stanął koło i mnie i powiedział: "przesuń się pani!" Żadne tam proszę, tylko przesuń się i już. Odparłam, że ja niedługo wysiadam i wstałam, żeby go przepuścić (chociaż naprawdę przejście było swobodne, bo nogi miałam z boku) - a facet po prostu sobie usiadł na tym moim miejscu i nie przesunął się dalej, więc musiałam stać. Co prawda tylko dwa przystanki, ale dość odległe (bo to była linia pospieszna) i do tego w korkach :/

No i wyszłam tu na jakąś marudę, niewdzięczną gówniarę, która narzeka na ludzi starszych, ale naprawdę generalnie nic nie mam do takich osób, tylko po prostu opisuję to, co faktycznie mi się przytrafiło. Wiecie, mam wrażenie, że w porównaniu do Poznania podobnych sytuacji tutaj jest jednak więcej - wiele razy byłam nie tyle uczestniczką, co po prostu świadkiem tego, że starsza osoba nie siadała na wolne miejsce w autobusie, tylko podchodziła do konkretnego zajętego siedzenia i prosiła, żeby ktoś się przesiadł. Kiedyś matka siedziała obok swojego dziecka, a starsza kobieta podeszła i powiedziała, że chce tam usiąść. Naprawdę, ja wiem, że szacunek należy się starszym - tak, jak należy się każdej innej osobie zresztą. Ale postawy roszczeniowej nie znoszę :/ I dlatego mimo wszystko podtrzymuję swoje zdanie, że na szacunek trzeba sobie jednak też zasłużyć. Bo jak mam szanować babę, która na mój uśmiech odpowiada mi pretensją, a na grzeczne zapytanie fochem?
Możliwe też, że ostatnio bardziej zwracam uwagę na takie sytuacje, bo wcześniej jeździłam trochę mniej (nie licząc Poznania oczywiście) i w innych godzinach. Rzadko siadałam, a teraz staram się jednak usiąść, jeśli widzę wolne miejsce, bo po pierwsze, nie chciałabym, żeby spotkało mnie znowu takie zasłabnięcie, jak jakiś czas temu, a po drugie zwyczajnie boję się, że się uderzę lub przewrócę przy jakimś gwałtowniejszym hamowaniu itp. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam.

Ale żeby nie było tak ponuro, to dodam, że oczywiście na szczęście są też inne sytuacje, które pokazują, że starsze osoby to nie tylko zrzędy, które nie potrafią spoglądać dalej niż czubek własnego nosa. Są uśmiechnięte, sympatyczne. Potrafią podziękować za ustąpione miejsce, przyjaźnie zagadać. I zrozumieć. Tamtego dnia, kiedy byłam w szpitalu, kilka godzin wcześniej miałam właśnie okazję taką osobę spotkać. Pielęgniarka miała zaprowadzić mnie, jeszcze jedną ciężarną i jedną starszą panią na oddział szpitalny. Okazało się, że chwilowo nie działała winda i trzeba było albo dość długo czekać, albo przejść dość spory kawałek i potem jeszcze pokonać kilka pięter schodami. Pielęgniarka zapytała tej pani, czy ona da radę, na co ta odpowiedziała, żeby nią się nie przejmować, żeby lepiej zatroszczyć się o te pani w ciąży, bo im pewnie jest trudniej. To było naprawdę bardzo miłe. Ja co prawda tego brzucha dużego nie mam (w przeciwieństwie do tej dziewczyny, która szła ze mną, jej na pewno było ciężej), ale mimo to faktycznie z tą wydolnością jest u mnie teraz słabo i szybko dostaję zadyszki. Dobrze wiedzieć, że jednak niektóre starsze panie, pomimo tego, że same mają jakieś dolegliwości (bez powodu by jej przecież do szpitala nie przyjmowali) potrafią też życzliwie spojrzeć na innych i nie uważają, że ciąża to nic :)

sobota, 9 listopada 2013

Cisza nocna - ciąg dalszy




Uwaga! Będzie długo, bo sytuacja jest złożona. Czytacie na własną odpowiedzialność ;)
***
Niestety, wygląda na to, że nasi sąsiedzi to przypadek beznadziejny. W poniedziałek wieczorem, kiedy znowu wrócili po 22 i włączyli radio i telewizję, Franek zadzwonił do ich drzwi.  Ja przez ścianę słyszałam jakieś poruszenie i Franek też słyszał, że pod drzwi na pewno ktoś podszedł, ale mu nie otworzyli, mimo, że dzwonił ponownie i czekał dość długo.
Jednak odnieśliśmy wrażenie, że jest trochę ciszej. Zasnęliśmy, a kiedy przebudziłam się później, stwierdziliśmy, że jest naprawdę dużo lepiej. Następnego dnia byłam naprawdę w dobrym nastroju. Kto by pomyślał, że taki drobiazg może tak wpłynąć na człowieka. Ale niestety, mój optymizm okazał się przedwczesny, bo następnej nocy spałam łącznie może trzy godziny. Zasypiałam, budziłam się, zasypiałam, budziłam – średnio co godzinę. Aż w końcu obudziłam się o 3:40 i już do rana nie zasnęłam. O 6:40 muzyka przycichła. W środę byłam zmęczona i zdołowana. Franek postanowił, że tym razem zaczai się na nich pod drzwiami (praktycznie codziennie wracają o tej samej porze) jak będą wracać i z nimi pogada. Ale ja pomyślałam, że wcześniej zapytam innych sąsiadów, czy nie mają z tym problemu, bo wydawało mi się to niemożliwe! I dobrze mi się wydawało.

Sąsiadka, która mieszka bezpośrednio pod tym głośnym mieszkaniem od razu powiedziała, że owszem, przeszkadza im ta muzyka, zwłaszcza, że gra całą noc, ale już się do tego przyzwyczaili w ciągu tych dwóch lat, bo ci ludzie w momencie, gdy zwraca im się uwagę są agresywni i w ogóle zachowują się dziwnie. Opowiadała mi, że mieli z nimi nieciekawe przejścia, że dostawali do skrzynki pogróżki, że facet wlazł sąsiadce do domu i się awanturował, że oskarżał ją, że pali papierosy i jemu dym leci do mieszkania (ona mówi, że ma niemowlę w domu i ani ona ani nikt z domowników nie pali). Dodała, że ta muzyka to w zasadzie od niedawna jest, ale najgorsze są awantury, które się tam u nich odbywają, że się biją i wręcz sobą rzucają. (tego akurat nie słyszeliśmy – raz tylko słyszeliśmy jakąś krótką kłótnię, ale to akurat jak dla mnie o niczym nie świadczy, ja też jak się wkurzę to krzyczę). Że w ogóle to oni zwrócili im uwagę z powodu tego, że ta kobieta głośno się zachowywała podczas seksu oraz właśnie o krzyki i stukanie w rury i od tego się wszystko zaczęło.  Generalnie opowiadała mi dużo i dość chaotycznie, nie jestem pewna, czy wszystko dobrze zrozumiałam, ale pointa była taka, że oni się po prostu poddali, bo już nie mieli siły się użerać. Że ci ludzie po prostu nie są normalni, a już na pewno mają wszystko poprzestawiane jeśli chodzi o tryb życia.
Oczywiście po tym, co usłyszałam poczułam się jeszcze gorzej i postanowiliśmy, że Franek nie będzie z nimi rozmawiał, bo nawet jeśli będzie grzeczny, to się okaże, że będą zachowywać się jeszcze bardziej złośliwie. Zamiast tego zadzwoniłam do właścicielki właściwie tylko po to, żeby jej przedstawić sytuację. Ona się bardzo tym przejęła (co mnie zdziwiło, bo od jakiegoś już czasu jestem przyzwyczajona, że musimy sobie ze wszystkim sami radzić, bo właściciele mieszkania , nawet jeśli życzliwi, to zdecydowanie się nie interesują za bardzo mieszkaniem i naszymi problemami, tylko w mieszkaniu studenckim miałam właścicieli, na których można było liczyć w każdej sytuacji). Kiedy powiedziałam jej, że nie podejmujemy się rozmowy z nimi, bo się zwyczajnie boimy, to ona stwierdziła, ze w takim razie ona się w to musi włączyć i żebym dała znać, jak sąsiedzi wrócą do domu (nawet jak będzie późno) to ona z mężem przyjedzie i z nimi porozmawia.

Rzeczywiście tak zrobili – otwarto im drzwi (pewnie dlatego, ze byli w kurtkach, sąsiad nie wiedział, kto to) i rozmawiali dość długo. Właściciele powiedzieli, że mieszkają obok i grzecznie prosili o przyciszenie telewizora jeśli nie o 22, to chociaż o tej 23. Nie słyszeliśmy tej rozmowy, ale właściciele od razu po niej do nas przyszli i powiedzieli co i jak. Mówili, że ten sąsiad też się skarży na innych – właśnie na te papierosy i coś tam jeszcze. Że oni są rzekomo księgowymi (!!??) i pracują po nocach, więc, żeby nie zasnąć, puszczają telewizję i radio. Generalnie właściciel powiedział, że to są normalni ludzie i nie ma co się ich bać. Właścicielka natomiast chyba miała mieszane uczucia, powiedziała, ze nie są to ludzie jakoś specjalnie otwarci, ale dało się porozmawiać i jakoś się dogadali. Na tym stanęło. Jak to właściciele powiedzieli – oni zrobili pierwszy krok i teraz musimy poczekać na efekty, oni byli bardzo grzeczni i po prostu bardzo prosili o tę ciszę. Zobaczymy co będzie dalej. Ale właściciele dodali jeszcze, że w tej sytuacji zrozumieją, jeśli będziemy chcieli zrezygnować i godzą się na to (umowę mamy do końca sierpnia, a jeśli wyprowadzimy się wcześniej tracimy kaucję) bez żadnych warunków.

Tamta noc była... – po prostu błoga! Jak się kładliśmy, to coś tam było słychać, ale delikatnie. Zasnęliśmy i spaliśmy calutką noc, a rano obudziliśmy się wypoczęci i w doskonałych humorach. Wczoraj to dopiero byłam w dobrym nastroju, choć gdzieś tam z tyłu głowy miałam obawy, że... No właśnie. Nie pomyliłam się, bo znowu to okazało się krótkotrwałe i dzisiejsza noc już taka cicha nie była.  Ale i tak nie było najgorzej, bo telewizora rzeczywiście nie było słychać, tylko muzykę. Franek nie mógł zasnąć i ostatecznie położył się w drugim pokoju. Ja zasnęłam i spałam kilka godzin. Przebudziłam się koło czwartej i muzykę słyszałam, ale od razu zasnęłam i kiedy wstawałam o szóstej to była cisza. Nie wiem na ile było ciszej niż w inne dni, a na ile po prostu psychicznie się inaczej nastawiłam na tyle, że udało mi się w miarę spokojnie przespać tę noc.
Niemniej jednak rano obudziłam się dość zrezygnowana. A to nie koniec tej opowieści, bo rano, zupełnie przypadkiem spotkałam tego sąsiada! Wyszłam na korytarz po rower, który tam zostawiłam a facet akurat wychodził z domu. Ostrożnie powiedziałam „dzień dobry” a gdy mi odpowiedział (zawsze to coś), bardzo grzecznie, niemal uniżenie powiedziałam, ze wiem, że „ciocia” z nim już rozmawiała i dziękuję za to, że jest faktycznie ciszej, ale gdyby tak się jeszcze dało trochę muzykę przyciszyć. On mi na to, ze muzyki w ogóle by nie było, gdyby nie tupanie w mieszkaniu nad nimi i że już tym na górze zwracał uwagę i więcej do nich nie pójdzie, bo oni na pewno robią to złośliwie. A lepiej słuchać muzyki niż tego tupania. Zgodziłam się z nim, ale powiedziałam, że niestety u nas to słychać  - na co on, że to wina ścian, bo muzyka to już nie w tym pokoju sąsiadującym z nami (był już w połowie schodów, jak ja nie znoszę, gdy do kogoś coś mówię, a ten zamiast się zatrzymać to idzie!). Zdążyłam się jeszcze z nim zgodzić, ale mimo to powiedziałam, że chodzi o odrobinę cichsze słuchanie, bo przedwczoraj naprawdę było idealnie. Ale w zasadzie na to już mi nic nie odpowiedział, tylko coś tam mruknął w stylu „mhm” i już był na dole.

Cóż, jak widać, wygląda na to, że nic z tym się nie da zrobić. Nie wiem na ile ściszenie telewizora wynika z tego, że faktycznie dostosowali się do ustaleń z właścicielami i wzięli sobie prośby do serca, a na ile z ich kaprysu. Nie wiem, kto w tym wszystkim jest tym złośliwym, a kto agresywnym. Nie wiem, ile prawdy było w opowieści sąsiadki z dołu (nie sądzę, żeby miała ściemniać, ale chodzi o to, że może oni też nie byli w porządku i na przykład zwracali uwagę po chamsku lub robili awantury). Nie wiem, jacy to tak naprawdę ludzie. Prawda na pewno leży gdzieś po środku. Ale jest mi przykro, że ludzie robią sobie na złość a my na tym cierpimy. Staramy się być w porządku, a tak naprawdę nie wiem, czy mimo tego, że naprawdę byłam baardzo grzeczna, to czy na przykład nie wkurzyłam faceta. Nie był jakoś bardzo chamski, ale na pewno też nie nazwałabym go sympatycznym. Był może lekko opryskliwy, ale z drugiej strony nie odebrałam tego personalnie. Nie wiem nadal tak naprawdę jaki to człowiek i czy naprawdę ktoś wobec nich jest złośliwy, ale wiem, że to jednak nie jest normalne, żeby przez całą noc prowadzić dzienny tryb życia, przeszkadzając innym w odpoczynku. Praca pracą, ściany ścianami, ale cisza nocna ciszą nocną i najbardziej boli mnie ta bezradność, bo co niby możemy zrobić, skoro dobrej woli brak, a oni najwyraźniej mają gdzieś to, czy komuś przeszkadzają.

Nie wiem, co dalej. Dzisiaj znowu wyjeżdżamy, tym razem do Poznania i nie dowiem się, jaka pod względem głośności będzie dzisiejsza noc.
Podniosło mnie na duchu – bardzo – zachowanie właścicieli. To, że się zaangażowali w sprawę i że w razie czego moglibyśmy zrezygnować (chociaż ani trochę nie jest nam to na rękę, bo naprawdę wcale nie tak łatwo znaleźć fajne mieszkanie, ale przede wszystkim nie chce nam się już szukać i – najważniejsze – znowu się pakować, przewozić, rozpakowywać!).  Przynajmniej wiemy, że są w porządku. Od razu się lepiej poczułam, nawet wiedząc, że raczej nic nie wskórają. Spróbuję się psychicznie jakoś do tego pozytywnie nastawić – w sensie nauczyć się ignorować muzykę (wszak nie jest najgorzej, mogło być jakieś dudnienie, albo imprezy) i nie zakładać, że nie zasnę. Wczoraj już mi się to w dużej mierze udało, ale to trudne, bo gdy zbliża się wieczór, naprawdę czuję jak rośnie we mnie niepokój. Ale teraz już wiem jak to wygląda i przynajmniej pozbyłam się nadziei, że jak się pogada, to coś się zmieni... Kupię sobie stopery do uszu – może nauczę się jednak z nimi spać. Ostatecznie naprawdę przeniesiemy się chociaż na niektóre noce do drugiego pokoju, ale naprawdę nie chciałabym, bo przecież nie po to mamy dwa pokoje... Cóż, zobaczymy. Jakoś trzeba będzie przetrzymać tę sytuację.

Na pewno nie mam zamiaru popadać w konflikt z tymi ludźmi ani robić nikomu na złość – nawet w myśl zasady „oko za oko”. To nie w moim stylu – ani mi to humoru nie poprawi, ani problemu nie rozwiąże. Ktoś musi być mądrzejszy i wolę, żebym to była ja.

środa, 30 października 2013

Cisza nocna.

Tym razem mamy problem dużo bardziej prozaiczny w porównaniu do tych innych, z którymi musimy się borykać od jakiegoś czasu i na które niewiele możemy poradzić, tylko musimy się uzbroić w cierpliwość i czekać na rozwój wypadków.

Prozaiczny, ale niestety nie taki błahy, bo bardzo uciążliwy. Problem z sąsiadami. Nigdy nie miałam problemów ze snem. Zasypiałam szybko, budziłam się po ośmiu godzinach wypoczęta. W nocy czasami się na chwilę przebudzałam, czasami nie. Tymczasem od tygodnia - a dokładnie od ubiegłego poniedziałku, kiedy to po raz pierwszy spaliśmy w nowym mieszkaniu, nie przespałam spokojnie, bez stresu i przebudzania się ani jednej nocy. Franek tak samo. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej zmęczona i w sumie zmartwiona sytuacją, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli przejść nad tym do porządku dziennego. 

Tydzień temu napisałam notkę, ale nie opublikowałam jej ostatatecznie bez konkretnego powodu. Oto jej fragment: 

(...)sąsiedzi za ścianą niestety mają włączony telewizor non stop w dodatku na tyle głośno, że go słyszymy. Rozumiem, że ściany są cienkie, ale na pewno głośność jest ustawiona wyżej niż normalnie. Ubolewaliśmy z Frankiem nad tym, że ciągle nie możemy trafić na jakichś normalnych ludzi, którzy zachowują się w miarę cicho po 22giej! Ok, ja rozumiem, że nie każdy chodzi spać tak, jak my. Nie ma przymusu. Ale czy naprawdę nie można zachowywać się w miarę cicho? Już nawet nie chodzi o imprezy (choć to też musieliśmy czasami przeboleć - ale jeśli zdarza się od czasu do czasu, to się nie czepiamy, bo każdemu się należy) - ale o głośne rozmowy, telewizję, muzykę. Czy nie można trochę tego ściszyć skoro trwa cisza nocna? Nie rozumiem tych ludzi.  Ja wstaję o szóstej - czyli wcześniej niż wiele osób. Cisza nocna akurat się kończy, ale to nie znaczy wcale, że włączam radio i telewizor na cały regulator albo wydzieram się zamiast mówić do Franka. Powiedzcie mi (bo przecież wiele z Was chodzi spać późno) czy naprawdę nie da się późnym wieczorem i w nocy funkcjonować ciszej z poszanowaniem tych, którzy chcą spać? Ktoś może uznać, że się czepiam, bo w końcu ktoś sobie tylko telewizję ogląda (to z boku, bo z góry płynęła jakaś muzyka - nie żadna rąbanka, spokojna, nawet przyjemna - ale nie w momencie, gdy miesza się z Polsatem i wtedy, gdy chcę spać). Nie chcę, naprawdę nie chcę wyjść na czepialską (...)

Tak pisałam po dwóch nocach przespanych (albo raczej nie do końca przespanych) w nowym miejscu. W zasadzie nie podchodziłam do tego jeszcze do końca serio, byłam pewna, że tak się po prostu zdarzyło i chociaż doskwierało mi to, to myślałam, że może trochę się czepiam. Generalnie myślałam, że to zwykła sytuacja - dzisiaj wkurzają mnie sąsiedzi, ale za chwilę o tym zapomnę, bo to jednorazowa sytuacja. Ale teraz już tak nie myślę.
Sąsiedzi codziennie wracają do domu w okolicach 22giej. Mniej więcej pół godziny później włączają telewizor a chwilę później radio. Mam wrażenie, że im głośniej on nastawia telewizję, tym głośniej ona słucha muzyki (tak, bo okazało się, że ta muzyka to nie z góry płynie, tylko z tego samego mieszkania). 
Telewizja jest tak głośno, że słyszę dokładnie każde słowo! I ściany na pewno są cienkie, ale dla porównania napiszę Wam, że w tym samym czasie Franek siedzi w drugim pokoju i nie ma zamkniętych drzwi. Też ogląda TV, ale ja nie słyszę jego programu, tylko ten za ścianą! Mało tego - Franek w tamtym pokoju, który jest narożny i jego ściany nie sąsiadują z innymi mieszkaniami,również słyszy telewizję i muzykę sąsiadów!

Wiecie, to jest naprawdę nie do wytrzymania, bo o ile jestem w stanie zasnąć, to budzę się po godzinie i nie mogę zasnąć, bo jest jeszcze głośniej. Od czasu do czasu słychać jeszcze, jak do siebie krzyczą - a jest już po północy. Przysypiamy na chwilę, budzimy się znowu na przykład o drugiej i z ulgą stwierdzamy, że telewizja chyba wyłączona (choć nie zawsze), ale jest to ulga krótkotrwała, bo okazuje się, że muzyka cały czas jest na tyle głośno, że słychać dokładnie jaki to utwór. Śpimy, ale w tle cały czas słyszymy, że jest głośno, więc nie jest to mocny sen. Przebudzamy się o czwartej, a sytuacja jest bez zmian.
Wczoraj uciszyło się o szóstej. Dziś parę minut po piątej. Czy to jest normalne??

Zawsze mieszkałam w bloku i zawsze to sobie chwaliłam. Nie marzę o własnym domu,   a to, że czasami słychać sąsiadów po prostu akceptowałam jako wadę, ale nie taką, żeby obrzydziła mi to mieszkanie (piszę to, bo nie chciałabym, żeby niechcący dyskusja pod postem sprowadziła się do wyższości mieszkania nad domem i na odwrót, bo uważam, że jedno i drugie ma wady i zalety, a co kto wybiera zależy wyłącznie od subiektywnych predyspozycji, przyzwyczajeń i oczekiwań :)). Różne bywały sytuacje, sąsiedztwo bywało mniej lub bardziej uciążliwe. Wkurzaliśmy się czasami na głośną muzykę, albo studentów zbiegających z góry (to w Poznaniu), ale zazwyczaj były to sytuacje sporadyczne, o których wiedzieliśmy, że się skończą np około trzeciej, albo po prostu wiedzieliśmy, że akurat ktoś ma urodziny. 
Zdajemy sobie sprawę z tego, że chodzimy spać stosunkowo wcześnie i nie mieliśmy wielkich pretensji nawet, gdy ktoś zachowywał się dość głośno do północy. Ale tym razem jest inaczej - po pierwsze dlatego, że to trwa calutką noc, po drugie dlatego, że to nie jest jakaś tam okazja, ale wygląda na to, że taki zwyczaj mają ci ludzie. Wracają późno i nie oglądając się na innych włączają i radio i telewizję. Rozumiem, że można oglądać/słuchać nawet całą noc, ale przecież można to robić trochę ciszej. Tymczasem głośność jest na pewno wyższa od standardowej, bo kiedy wyjdzie się na klatkę schodową, wszystko słychać. Kiedy my mamy włączone radio, to ledwo słychać je w kuchni... A w nocy wszystko przecież jeszcze bardziej się niesie.

Franek wczoraj próbował dotrzeć do tych ludzi, ale nie otworzyli mu - nie wiem, czy nie słyszeli pukania, czy nie chcieli otworzyć... Dzisiaj wyjeżdżamy na kilka dni (i nocy), więc odpuścił, ale po weekendzie będzie już dzwonił dopóki mu nie otworzą albo zaczepimy ich na korytarzu w momencie, gdy będą wracać do domu (zawsze to słyszymy).
Nie chcemy żadnych konfliktów, nie chcemy się czepiać. Nigdy w zasadzie nie zwracaliśmy uwagi sąsiadom, nawet jak coś nas denerwowało, bo w dużej mierze hołdujemy zasadzie "wolnoć Tomku w swoim domku", ale to już naprawdę jest trudne do zniesienia. Chcielibyśmy załatwić to polubownie, ale boję się, bo nie wiem co to za ludzie, a zachowują się w moim odczuciu trochę dziwnie. Zwłaszcza, że raz Franek spotkał sąsiadkę na korytarzu i nie odpowiedziała mu na powitanie.
Druga kwestia, która mnie dziwi i powoduje, że czuję się jeszcze gorzej to fakt, że właścicielka mieszkania (notabene zaoferowała, że jako właściciel zadzwoni po straż miejską, gdyby nie udało nam się tego załatwić) mówi, że nikt jej się nigdy na to nie skarżył. Zastanawia mnie też, że innym sąsiadom to nie przeszkadza.

Czy to my jesteśmy jacyś nienormalni? Przewrażliwieni? W gorszych momentach zaczynam tak myśleć. Ale powiedzcie, czy tak powinno być, że o godzinie 3 nad ranem jestem we własnej sypialni i dokładnie słyszę każde słowo filmu, który ogląda sąsiad i wiem, jakiej piosenki słucha sąsiadka?? (bądź na odwrót, ale tak przyjęliśmy sądząc po natężeniu ich głosów, gdy ze sobą "rozmawiają")

Musiałam się chyba trochę wyżalić. Wiem, że ludzie mają większe problemy (sami takie mamy!) i nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego może stanowić kłopot. Ale nigdy dotychczas nie miałam sytuacji, żebym nie mogła spokojnie przespać kilku nocy z rzędu, żebym nie mogła zaznać ani chwili ciszy w godzinach 22-6. Codziennie jestem bardziej zmęczona.

środa, 22 lutego 2012

Każdy kij ma dwa końce.

Myślę, że całkiem sporo dobrego o naukach napisałam i zdecydowanie dałam do zrozumienia, że nasza opinia na ten temat jest jak najbardziej pozytywna. Ale wspomniałam też o drugiej stronie medalu :) Zazwyczaj tak bywa, że wszystko ma dobre i złe strony – i w tym wypadku nie wszystko mi się tak bardzo podobało.
Przyznam nawet, że po pierwszym spotkaniu miałam mieszane uczucia. Pierwsza jego połowa prowadzona była przez miłe małżeństwo i fajnie było posłuchać tego, co mają do powiedzenia. Na drugą część miał przyjść proboszcz i omówić kilka kwestii organizacyjnych, ale nie dotarł (nadrobił to na ostatnim spotkaniu), więc w jego zastępstwie wystąpił pan, który jest opiekunem tych nauk – nazwijmy go Panem Czesiem. Pan Czesio, choć wyglądał bardzo poczciwie i sympatycznie na wstępie nas zrugał za używanie terminu „nauki” przedmałżeńskie, zamiast „katechezy” przedmałżeńskie. Przyznaję, to drugie słowo w wielu wypadkach było bardziej adekwatne, ale bez przesady – czegoś się jednak uczyliśmy, nie wiem w jaki sposób słowo „nauka” miałoby uwłaczać tym spotkaniom :) Ale to tylko taki szczególik, tak naprawdę nie podobało mi się nastawienie Pana Czesia do nas, czyli narzeczonych. Krótko mówiąc sprowadzało się ono do tego, że większość z nas, którzy na kurs przybyliśmy wcale na małżeństwo nie zasługuje, bo tacy z nas grzesznicy. A w ogóle to w większości się rozwiedziemy całkiem niedługo.Z tego pierwszego spotkania wychodziłam lekko zdołowana. Nie brzmiało zachęcająco to wszystko, co usłyszeliśmy, ale przede wszystkim, czułam się wręcz przytłoczona ciężarem winy i grzechów jakimi zostałam obarczona i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrehabilitować :) Małżeństwo to ciężka praca i raczej nie podołamy – choćbyśmy się nie wiem jak starali. A w ogóle to na pewno myślimy, że to tylko zabawa a nie święty sakrament. To by było na tyle :) Na szczęście Pan Czesio się za wiele nie udzielał a na późniejszych spotkaniach wydawał się jakby mniej straszny – może za bardzo wczuł się w rolę zastępując samego księdza proboszcza? :)
Zresztą już kolejny wykład wymazał moje negatywne odczucia, bo dotyczył właśnie trudności w małżeństwie oraz miłości małżeńskiej. Prowadzony był przez kobietę z poradni, która wplatała opowieści o prawdziwych przypadkach z jakimi spotkała się w czasie swojej pracy. To, co mówiła pozwoliło nam uwierzyć, że nie ma trudności nie do pokonania dla dwojga ludzi, którzy chcą być razem i którzy się kochają. A nawet jeśli się pogubili, ale wierzą w swoje małżeństwo, to nigdy nie jest za późno. Z kolei na innym spotkaniu usłyszeliśmy, że wcale nie jesteśmy tacy źli a nasza wina znowu nie taka wielka.
Ale była jeszcze jedna katecheza, która mnie trochę zdegustowała, dotycząca odpowiedzialnego rodzicielstwa. Już na samym początku zirytowało mnie to, że babka czytała wszystko z kartki i kompletnie nie nawiązywała kontaktu wzrokowego, czy jakiegokolwiek innego ze słuchaczami. To nawet nie było podpieranie się notatkami. Ale to i tak dałoby się przeżyć, tylko, że ta kobieta była totalną… męską szowinistką :)) Kobieta pracować oczywiście w dzisiejszych czasach powinna, więc nie chodzi o zagonienie jej do garów, ale moje drogie, nie oczekujmy od zmęczonego pana męża pomocy w jakichś prozaicznych i przyziemnych obowiązkach. On jest stworzony do wyższych celów – na przykład do świecenia przykładem :) Dzieciom rzecz jasna ma świecić, podczas zabawy na przykład. Bo kobieta dzieci wychowuje i oczywiście jest przez nie kochana, ale to facet jest tym prawdziwym autorytetem, on nie musi prosić ani krzyczeć (od krzyków to jest mama) bo wystarczy, że jest, a dzieci już wiedzą, co mają robić :) Mężczyzna jak najbardziej dziećmi się ma zajmować i nie wolno nam męża od wszystkiego odsuwać (z tym się akurat zgadzam) ale to kobieta powinna się mocno poświęcać dla rodziny i dzieci – no, generalnie to facet spija całą śmietankę (dokładnie tego zwrotu użyła) jeśli chodzi o rodzicielstwo – kobieta ma cierpieć z godnością i być wdzięczna za wszystko :)
Należy podkreślić, że to moje bardzo subiektywne odczucia – po prostu od początku mi kobita nie podeszła i jakoś niełatwo mi było później zmienić swoje nastawienie. Franek nie wszystko odebrał tak jak ja, więc nie wykluczam tego, że przesadzam (ale z drugiej strony on jednak jest facetem :P, może zwyczajnie nie zwrócił uwagi na to, co mnie najbardziej zabolało). Poza tym tutaj podałam wersję bardzo mocno skróconą i uproszczoną, pewnie także trochę wyolbrzymioną, żeby dokładnie podkreślić, o co mi chodzi. Ale sprawiedliwie muszę dodać, że nie wszystko, co mówiła (czytała :)) ta pani wydawało mi się nieżyciową bzdurą i trochę mimo wszystko z tego skorzystałam. A tak w ogóle, gdy później zerknęłam na rozpiskę, to zobaczyłam, że ten wykład miał być prowadzony przez jakiegoś faceta, więc ona prawdopodobnie była w zastępstwie – co tłumaczyłoby jej nieprzygotowanie.
Zdecydowanie te zajęcia podobały mi się najmniej. Frankowi z kolei nudziło się na innym wykładzie, prowadzonym w jego odczuciu monotonnie i raczej nieciekawie. Ale i tak nie zmienia to naszych ogólnych odczuć, które jednak są jak najbardziej pozytywne. Nie chciałam jednak podawać wersji totalnie wyidealizowanej :)) Myślę, że każdy po prostu ma jakieś kwestie, na których punkcie jest mniej lub bardziej przewrażliwiony a to zakłóca odbiór – dlatego zawsze wybierając się na takie nauki trzeba być przygotowanym, że nie wszystko, co usłyszymy nam się spodoba i będzie zgodne z naszymi przekonaniami. Ważne jednak, żeby mimo wszystko znaleźć coś dla siebie – my skupiliśmy się na tym, co do nas bardziej przemawiało i  to z tego czerpaliśmy najwięcej korzyści.

czwartek, 17 listopada 2011

Dlaczego nie lubię anonimów?

Bałam się publikować tę notkę… Ale cóż, iskra w końcu poszła i ujrzała ona światło dzienne. Trudno, stało się.
Przykra sprawa, ale niestety się zdarza i to nie raz…
Piszemy notkę, ludzie ją komentują i nagle pojawia się jakiś nowy komentujący – podpisuje się nic nie mówiącym nam nickiem, nie przedstawia się, nie pisze skąd się tu wziął, po prostu komentuje daną notkę. (podkreślam, że nie chodzi mi teraz o notki polecone!) Ale komentuje w taki sposób, aby komuś sprawić przykrość, aby mu dokopać, aby go obrazić, skrytykować. W wersji łagodniejszej - wyrazić swoją zupełnie odmienną opinię, chociaż czasami w sposób mimo wszystko pozostawiający trochę do życzenia…
I niestety, ale jestem pewna, że w dużej części takich przypadków komentuje w ten sposób osoba, która jest stałym gościem na naszym blogu, która często nawet prowadzi swój blog, która nie jeden raz komentowała życzliwie… Przykre. Prawda? Oburzające. Zgadzam się. A jeśli kogoś oburza fakt, że w ogóle mogę podejrzewać stałych czytelników o coś takiego, to mu powiem, że te podejrzenia są mocno uzasadnione w moim wypadku…
Te różne liczniki odwiedzin i statystyki można sobie zamieszczać na swojej stronie dla picu. Ja zrobiłam to kiedyś z konkretnych powodów… Wtedy liczniki pomogły mi w pewnej kwestii, a więc stwierdziłam, ze jeszcze kiedys mogą się przydać i ich nie usuwałam. Być może nie wszyscy wiedzą o tym, że niektóre z tych statystyk pozwalają także na śledzenie IP osób, które odwiedzają, czy komentują. Na pewno nie wiedzą o tym osoby, które potrafią jedną notkę skomentować życzliwie a przy okazji drugiej dokopać blogerowi – tyle, że pod innym nickiem. I wiecie co? Absolutnie nie chodzi mi o to, że komentują w taki sposób - że obrażają, sprawiają przykrość albo po prostu kompletnie nie zgadzają się z tym, co napisał bloger. Ale nie znoszę obłudy, a czymże innym jest takie zachowanie?? Jak można postępować w ten sposób? Kto w ogóle może postępować w ten sposób? Tylko tchórz bez zasad… Nie zgadza się, ale nie podpisze się swoim nickiem, bo przecież nie chce absolutnie blogera urazić. Albo nie chce, żeby sobie bloger o nim coś złego pomyślał… Ma o blogerze niskie mniemanie, ale sobie samemu opinii nie chce popsuć, może nie chce się narazić innym… Cóż za problem? Napisze, co mu na sercu leży, tyle, że się nie podpisze.
I dlatego właśnie jestem uczulona na anonimy. Ktoś powie, że przecież tak naprawdę każdy może sobie jakiś nick wymyślić i pod nim komentować. Owszem, ale przecież wiecie doskonale, że z czasem się komentujących w jakiś sposób poznaje. Jeśli stale komentują podpisując się tak samo, to nawet gdy nie prowadzą swojego bloga, wyrabiamy sobie na ich temat jakąś opinię, mamy w stosunku do nich jakieś odczucia, mniej więcej wiemy, czego sie po nich spodziewać, czasami nawet wiemy o nich całkiem sporo – tu w zależności od tego, ile taki komentujący o sobie w komentarzu opowie. Nie chodzi więc mi o osoby, które same bloga nie prowadzą i komentują mniej lub bardziej regularnie. Mam na myśli komentarze podpisane nickami z kosmosu, które odzywają się tylko raz a potem już nie wracają.
Dotychczas przynajmniej ze dwa razy zdarzyło się, że wydawało mi się, że jakaś blogerka komentowała złośliwie pod innym nickiem. Może było tak więcej razy, ale te statystki śledzę rzadko, więc tego nie wiem. W każdym razie – pewności nigdy nie miałam. Ale całkiem niedawno, przez zupełny przypadek jedną taką osobę przyłapałam. Naprawdę przez przypadek, bo się wcale o to nie starałam. Nie podejrzewając niczego nawet skomentowałam tego samego dnia z rana notkę tej osoby :) A tu potem taka niespodzianka… Oczywiście, stuprocentowej pewności nie mam nigdy – ale na 99% wiem, że ktoś tak zrobił. Ten jeden procent zostawiam – bo jak powiedział Franek, ktoś może dzielić komputer z inną osobą. Chociaż zastanówcie się, jakie są na to szanse :) A nawet jeśli - ziarno nieufności zostało już zasiane…
Na szczęście nie jest to osoba szczególnie mi na blogowisku bliska, więc tak totalnie wiary w blogowanie nie straciłam. Ale niesmak niestety pozostał. Uważajcie na przypadkowych komentujących. A Wy, dwulicowi – zastanówcie się dwa razy…
Szacunku do przypadkowych anonimów nie mam za grosz.Chyba rozumiecie teraz, dlaczego?
Ps. Na ewentualne pytania, dlaczego nie zablokuję opcji komentowania albo chociaż jej nie ograniczę odpowiadam od razu – bo nie o to tu chodzi! A poza tym, taki mam kaprys i już :)
Ps2. Jestem pewna, ze osoby, które nie mają niczego takiego na sumieniu, nie wezmą tej notki do siebie i nie odczują z mojej strony jakiegoś braku zaufania. Zapewniam, daleka jestem od rzucania pochopnych oskarżeń.

czwartek, 10 marca 2011

Margolka na mydle.

W zasadzie już od dość dawna wiem, że największymi oszustami są operatorzy sieci komórkowych. A ta w której jestem to już na pewno. Dlatego tym bardziej zachodzę w głowę, jak to się stało, że dałam się im nabrać :/ Ale to i tak sprawa drugorzędna. Najbardziej bulwersuje mnie to, że bezczelnie wmawiają człowiekowi coś, co później okazuje się przynajmniej półprawdą…
Ale od początku… Dotychczas byłam dość zadowolona z warunków jakie wynegocjowałam przy ostatnim podpisywaniu umowy. Płaciłam miesięcznie 35 zł, z której to kwoty pobierano mi pieniądze za rozmowy i smsy a do tego miałam 360 minut do dwóch numerów – do Franka i mamy. Niecały miesiąc temu zadzwoniła do mnie kobieta z sieci i zaproponowała zmianę planu taryfowego. Miałabym płacić 39 zł miesięcznie więcej, w zamian dostałabym do dwóch numerów 2400 minut, a minuta rozmowy miała kosztować 7 groszy mniej. Odmówiłam, powiedziałam, że nie jest mi potrzebny aż taki pakiet bezpłatnych minut i generalnie nie jestem zainteresowana zmianą. Babka strasznie mnie męczyła, więc powiedziałam jej, że muszę sobie wszystko obliczyć i się zastanowić. Kazałam jej zadzwonić za kilka dni.
Musicie wiedzieć, że nie należę do takich klientów, którzy łykną wszystko. Biorę pod uwagę każdą ewentualność. Przy podpisywaniu umowy na nowych warunkach sprawdzam swoje billingi z ostatnich miesięcy i dokładnie je analizuję – wyliczam ile wysyłam średnio smsów, ile rozmawiam, z kim itd. Dzięki temu jestem w stanie wyliczyć sobie, który wariant najbardziej mi się opłaca. Nie chcę po prostu płacić za coś, co nie będzie mi potrzebne. Wiele razy już przy okazji takich telefonów odmawiałam i wręcz uświadamiałam rozmówcy/rozmówczyni, że doskonale wiem, że taka oferta nie jest ani trochę korzystna dla abonenta…
O sprawie nie dali mi zapomnieć. Po kilku dniach zadzwoniono do mnie ponownie – tym razem był to facet, ale od razu powiedziałam mu, że przemyślałam sprawę i zdania nie zmieniłam. Rozpoczął ze mną długą dyskusję. Wyłuszczyłam mu wszystko dokładnie i przedstawiłam moje obliczenia. Ale on cały czas drążył. Pytałam go nawet jaką oni z tego mają korzyść, bo skoro to taka wspaniała oferta, to by im się przecież wcale nie opłacało mnie na nią namawiać… Byłam uparta i tłumaczyłam, dlaczego nie chcę zmieniać planu. Ale on też był uparty i chyba całkiem nieźle przeszkolony. Ostatecznie mnie przekonał… Tyle, że wprowadził mnie w błąd, uważam, że świadomie. Dobrze wiedział, na czym mi zależy, więc mówił w taki sposób, że ominął niewygodne fakty.
Dzisiaj rozpoczął się nowy okres rozliczeniowy na nowych zasadach i o mało nie spadłam z krzesła jak zobaczyłam tę ich wspaniałą ofertę! 2400 minut było, a jakże. I 39 złotych  abonamentu również. Ale do tej pory było tak, że mój abonament działał trochę jak telefon na kartę – wiedziałam za co płacę. Wysłałam 3 smsy, pobrano mi 60 groszy, rozmawiałam pół minuty, ściągano 28… A teraz w ramach tych 39 zł dostałam po prostu 60 minut wymiennych na 120 smsów. Łatwo obliczyć, że w tym momencie minuta rozmowy kosztuje mnie 65 groszy, a sms 33… A w zasadzie wcale nie opłaca mi się smsować, bo jeden sms jest wart tyle co pół minuty, a często w pół minuty powiem więcej niż się zmieści w wiadomości tekstowej…
Żeby jeszcze dobitniej przedstawić różnicę: dotychczas płaciłam 35 złotych i ani grosza więcej. Ta kwota wystarczała na 62,5 minuty albo na 175 smsów. Teraz za 39 zł mam 60 minut lub 120 smsów…

Ten pacan „zapomniał” mi powiedzieć, że teraz nie dysponuję już kapitałem złotówek, a kapitałem minut… Taki szczegół drobny. A jeszcze drobniejszy – że bardzo łatwo obliczyć można, że to po prostu zdzierstwo, zwłaszcza po tym, czym dysponowałam dotychczas. Jestem wściekła, bo wprost zapytałam, czy moje smsy i minuty będą „schodziły” z tej kwoty abonamentu. Odpowiedział, ze tak – no i nie skłamał przecież, tyle, że nie powiedział całej prawdy :/ A minuta kosztuje mniej niż kosztowała mnie dotychczas, owszem, ale dopiero jak już wykorzystam te 60 minut i ten koszt dodawany jest do stałej kwoty. O tym wszystkim dowiedziałam się, kiedy postawiłam na nogi połowę call center tej sieci wydzwaniając do nich kilka razy między godziną 7:20 a 8:00…
Chciałam rozmawiać bezpośrednio z tym gościem (oczywiście zapisałam sobie jego nazwisko, bo czułam, że mogą być kłopoty) i powiedzieć mu co o nim myślę. Ale pani stwierdziła, ze nie ma takiej osoby w bazie. Ciekawa sprawa… Ostatecznie wskórałam tyle, że mój telefon uznali jako reklamację i od przyszłego miesiąca mają mi przywrócić abonament na starych zasadach. Niczego nie podpisywałam, wszystko odbywało się telefonicznie a w dodatku telefon jest na mojego tatę. W razie czego zawsze może on powiedzieć, że cała ta zmiana odbyła się bez jego zgody.
Na razie czekam na kolejny miesiąc i zobaczę co się wydarzy. Przede wszystkim zależy mi na pozbyciu się tej „oferty”, później zastanowię się, czy nie ubiegać się jeszcze o zwrot jakichś kosztów (straciłam całkiem sporo – na przykład pieniądze, których nie wykorzystałam w poprzednim okresie rozliczeniowym, normalnie przeszłyby na kolejny miesiąc) oraz skargę personalną na tego konkretnego pracownika, bo uważam, że wprowadził mnie w błąd. Z naszej rozmowy łatwo byłoby wywnioskować, na czym mi zależało, o co pytałam i w jaki sposób mi odpowiadał…
Jestem wściekła. Przede wszystkim na siebie, za to, że dałam się zrobić w konia, mimo, że zawsze bardzo dokładnie wszystko sprawdzam i nie daję się nabrać na ładnie wyglądające promocje. Zawsze dostrzegam drugie dno i tylko oceniam, na ile jest ono dla mnie uciążliwe. Tym razem nie udało mi się to, bo facet był tak dobrze wytresowany, że przez 20 minut rozmowy tak operował faktami, żeby przypadkiem nie zdradzić się z tym, że od początku miałam rację wyliczając mu wszystko i udowadniając, że jego propozycja w żaden sposób nie jest dla mnie korzystna.
Wybaczcie ten długi wywód o sprawach niezbyt interesujących, ale chciałam przestrzec Was przed takimi rozmowami. Zazwyczaj szybko je kończę i nie daję się w ciągać w opowieści o wspaniałych ofertach. Zrobiłam wyjątek i wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle…
Pewnie, moja wina, że choćby podczas rozmowy nie wzięłam kalkulatora w łapę i nie podzieliłam sobie 39złotych na 60 minut… Ale sugerowałam się kwotą za minutę, którą operował. Pewnie, ze na prochach nie byłam, wiedziałam na co się zgadzam. Ale nie zmienia to faktu, że uważam takie metody manipulowania faktami (i klientem) za paskudne. Z tą siecią prawdopodobnie się pożegnamy za jakiś czas (Franek też jakiś czas temu się wkopał, na szczęście w porę się zreflektował, że to ściema), a jeśli tak będzie nie omieszkam powiadomić ich, komu zawdzięczają utratę klienta. Tak, wiem to jego praca. No cóż, miał pecha, że trafił na mnie. A i tak przecież nie wyleci – wykonał swoją robotę…

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Krajobraz po poleceniu.

(Znowu magluję temat, wiem…  Ale chyba już taka moja natura, że dopóki nie jest wymaglowany, to uznaję go za niezamknięty…)
Przyznam szczerze, że ostatnio z mniejszą chęcią zaglądałam na bloga. Pewna osoba osiągnęła chyba swój cel. Zawsze uważałam, że jestem odporna na polecenia na stronie głównej, bo zdarzyło się to kilka razy, oczywiście przez mój blog przetoczyło się mnóstwo przypadkowych czytelników, zaliczyłam kilka niepochlebnych komentarzy, ale zawsze potrafiłam sobie z nimi poradzić i  nie przejmowałam się specjalnie tym, co wypisywały osoby kompletnie mnie nie znające.
Tym razem zaskoczyło mnie to, że kilka osób przeczytawszy notkę „Zła kobieta”, zauważyło, że mam problem ze sobą, że problem ten jest ogromny i nadaje się do leczenia (w ten sposób kilka osób pisało wcale nie złośliwie, a zupełnie w dobrej wierze) i że stroję fochy wręcz nie do zniesienia. Nie było tych komentarzy wcale tak wiele, ale zaskoczyło mnie to na tyle, że aż poprosiłam Franka, żeby przeczytał notkę oraz komentarze i się do tego odniósł. Franek w ogóle nie rozumiał komentarzy tego rodzaju, bo po pierwsze stwierdził, że ja przecież o fochach nie pisałam, a po drugie zdziwił się (tak jak ja), że ci ludzie widzą w tym taki problem. On, jako osoba bezpośrednio zainteresowana, w ogóle nie zauważył jakichś anomalii w moim zachowaniu i tak naprawdę zapomniał, że w ogóle się wybrał na jakieś spotkanie i że może mnie się nie do końca to podobało. Ulżyło mi, bo martwić to bym się mogła, gdyby on, spędzający ze mną całe dnie, stwierdził, że potrzebuję pomocy specjalisty… Pewnie gdyby nie całe to polecenie, sama też zapomniałabym o moich dylematach, bo nigdy nie wpadłabym na to, że to może być jakiś problem emocjonalny, z którym sobie nie mogę poradzić.
Kolejna rzecz, która zawsze mnie uderza w takich wypadkach – nie tylko na moim blogu, ale na wszystkich innych – to zarzut, że my, piszące, nie potrafimy znieść krytyki i w ogóle komentarza negatywnego od osoby spoza grona „towarzystwa wzajemnej adoracji”. Uważam to za kompletną bzdurę, bo przecież z wieloma z Was nie raz się ścinam w jakiejś dyskusji, nie zgadzamy się ze sobą, wymieniamy opinie, czasami krytykujemy. W końcu takie konflikty zdarzają się w każdej rodzinie, dlaczego więc nie w blogowej? :) Tyle tylko, że potrafimy dojść do porozumienia i ze spokojem wyjaśniamy sobie swoje racje.
A inna sprawa, że przecież to oczywiste, iż nikt krytykowany być nie lubi i zazwyczaj w pierwszym odruchu przeciwko temu się broni i buntuje. Poza tym, niby na jakiej podstawie mam uznać, że jakaś obca osoba, która przeczytała jedną moją notkę krytykuje konstruktywnie i w dobrej wierze – dlaczego mam wierzyć, że chce dla mnie dobrze? Przecież tak naprawdę guzik ją obchodzę, więc to chyba zrozumiałe, że nie traktuję takiego krytykowania poważnie, a raczej odbieram to jako atak na moją osobę.


O tym wszystkim jednak dość szybko zapomniałam. Tym, co wytrąciło mnie trochę z równowagi i sprawiło że na kilka dni straciłam serce do blogowania, był komentarz pewnej kobiety, która nie siliła się nawet na odniesienie do tego, co napisałam, a od razu przeszła do rzeczy, tj. do totalnego objeżdżania mnie i mojego bloga. Zrobiło mi się przykro, bo przecież nie każdemu musi się moja pisanina podobać, ale krzywdy nikomu nie robię pisząc, ani nikogo do czytania nie zmuszam, więc jeśli się komuś nie podoba to wychodzi i tyle. Komentarz napisany był z udziałem ogromnych negatywnych emocji, nie był suchy, wręcz ociekał złośliwością i okrucieństwem. I powiedziałabym, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, negatywną energią.  Chyba dlatego mnie to tak ruszyło – unikam konfliktów, nie lubię mieć z nikim na pieńku i w głowie mi się nie mieści, że można pisać w ten sposób tylko po to, żeby kogoś obrazić, sprawić mu przykrość i jeszcze pewnie czerpać z tego satysfakcję. Z komentarza wywnioskowałam, że jest to osoba inteligentna i zwyczajnie zła. Dodam jeszcze, że kobieta  zarzuciła mi okropny styl – długie, wielokrotnie złożone zdania i rozwlekłe pisanie z ogromną ilością błędów gramatycznych i stylistycznych. Prawda zawsze boli, więc owszem, ukłuło mnie, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mam problem ze zwięzłością i zwyczajnie gadami, i piszę za dużo. Ale o błędach nic mi do tej pory nie było wiadomo, poza oczywiście, sporadycznymi przypadkami i ten tekst mnie boleśnie zaskoczył.
Wiem, co myślicie – że niepotrzebnie się przejmuję. Pewnie, ja też to wiem. Ale boli to, że blog był zawsze dla mnie ogromną przyjemnością, a tu ktoś usiłuje mnie pozbawić tej przyjemności pisania i sprawił, że na kilka dni z wchodziłam na blogowisko z mieszanymi uczuciami. Poza tym zawsze uważałam siebie za osobę, która nie wadzi nikomu, a tu się okazuje, że owszem, wadzi. I to w zasadzie samym faktem swojej bytności, no bo czym innym się tej pani naraziłam? I to też boli. Co prawda teraz już emocje opadły i podchodzę do tego inaczej i z większym spokojem, niemniej jednak, niesmak pozostał.
Napiszecie na pewno, że to normalne przy poleceniach, że trzeba to ignorować itd. Wiem, sama skomentowałabym taką notkę identycznie. Ale mimo wszystko, chciałam o tym napisać. Co prawda długo zastanawiałam się, czy publikować tę notkę, ale ostatecznie przecież blog ma też spełniać funkcję terapeutyczną. A już nie jeden raz przekonałam się, że kiedy się tutaj wygadałam, zrobiło mi się lepiej :)
A, i dodam jeszcze, że mimo wszystko Onetu wcale nie mam dość, bo to przecież nie jego wina.  Nie może odpowiadać za czytelników.
***
A tak poza tym, to jesteście niesamowite. W ciągu kilku dni w rankingu konkursu podskoczyłam do góry chyba o dwadzieścia kilka miejsc. Przyznaję, że absolutnie się tego nie spodziewałam. Dziękuję Wam  za wszystkie ciepłe emocje, które kryją się za każdym wysłanym na mnie smsem.
Ps. I wytrzymajcie jeszcze chwilkę konieczność logowania, obiecuję, że wkrótce zniknie.