*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2016

Styczniowe podsumowanie na kolorowo :)

Postanowiłam podzielić się z Wami moją radosną twórczością :) Tak wyglądał miesiąc styczeń w moim kalendarzu:






Jak widać, czasami miałam więcej czasu i chęci na kolorowanie, innym razem mi tego brakowało, ale mam plan, żeby jeszcze to nadrobić i dokończyć :) Obrazek ze smokiem pomagał mi kolorować Wiking, choć na zdjęciu nie jest to aż tak widoczne :) A te guziki poniżej są ze strony początkowej, koloruję je więc stopniowo.

To sobie znalazłam rozrywkę nie? :P Coś w tym jest takiego, że wciąga, chociaż oczywiście na co dzień nie mogę poświęcić za wiele swojego wolnego czasu (w ilościach znikomych). Koloruję bez większego pomysłu, ot tak pod wpływem chwili. Czasami muszę rezygnować z jakiegoś koloru, bo Wiking stwierdza, że akurat potrzebna mu właśnie ta kredka, którą trzymam w ręce :D Nie będę taka, ustępuję mu.

A tak poza tym - styczeń minął w tempie ekspresowym! Generalnie był to miesiąc całkiem dla mnie udany. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nasze życie toczyło się tak dalej. Okazało się, że było łatwiej pod względem emocjonalnym niż się spodziewałam. I w ogóle chyba te rewolucyjne zmiany przyszły nam łatwiej, niż myślałam, chociaż nie powiem, że tak zupełnie bezboleśnie. Po prostu je zaakceptowaliśmy i staramy się dopasować do nowej rzeczywistości, i w miarę potrzeby naginać ją do siebie.
Przed rozpoczęciem pracy udało mi się zamknąć projekt "porządki generalne" w domu, co mnie bardzo cieszy, bo lepiej mi się teraz żyje ze świadomością, że wszystko jest na swoim miejscu. Przeczytałam w styczniu cztery książki (a że książka książce nierówna dodam, że łącznie było to 1884 strony). Zaliczyliśmy już odwiedziny moich rodziców, wujka, dziadka i siostry - i sama się zastanawiam, ile wobec tego mieliśmy weekendów, skoro były też takie, które bardzo przyjemnie spędziliśmy we własnym sosie. Mam wrażenie, jakby się rozmnożyły :D 
W pracy poznałam mnóstwo osób i powoli wdrażam się w swoje obowiązki. Liczę na to, że będzie ich przybywało, że stopniowo będę sobie wszystko organizować i za jakiś czas okaże się, że jestem niezastąpiona :)
W domu z kolei osiągnęliśmy względną harmonię. Spędzam teraz mniej czasu z Wikingiem, ale przyznam, że mam wrażenie, że jest on bardziej wartościowy. Po prostu w tych momentach, które mamy dla siebie skupiam się w 100% na Wikusiu - bawię się z nim, wygłupiam, przytulam. Nie myślę o tym, że coś jeszcze muszę zrobić albo że mam ochotę na coś innego, bo to jest chwila, którą chcę spędzić z dzieckiem. Okazuje się więc, że wszystko może mieć dobre strony.
I nawet blogowo wyszło dużo lepiej niż się spodziewałam, bo myślałam, że będę zmuszona zamilknąć, a tymczasem okazuje się, że pisanie idzie mi nadal całkiem nieźle. Prawdę powiedziawszy mam wrażenie, jakby to spora część blogosfery wyszła z domu i rozpoczęła teraz pracę, bo jakoś tak cicho jest u wielu z Was a i u mnie ruch zdecydowanie się zmniejszył. Najbardziej zauważalny jest brak niegdyś zawsze obecnych. Czasami zastanawiam się, gdzie się podziałyście :) Codziennie w pracy przy śniadaniu albo w przerwie obiadowej zaglądam do Was za pośrednictwem telefonu i nie mam co czytać! Tylko nieliczne z Was się ostatnio odzywają. Ale mam nadzieję, że to chwilowe :)
W każdym razie, to był całkiem dobry początek roku. Mam nadzieję, że pozostałe jedenaście dwunastych będą przynajmniej tak samo dobre!

piątek, 8 stycznia 2016

Znoowu, czyli jeszcze jedno podsumowanie :D

Sporo ostatnio było tutaj tych podsumowań, ale... pokuszę się o jeszcze jedno :) 
Bo to niesamowite, jak bardzo w ciągu roku zmienia się małe dziecko i naprawdę trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Siłą rzeczy wspominam teraz te nasze pierwsze wspólne chwile, dni i tygodnie i naprawdę nie mogę uwierzyć, że to małe, płaczące zawiniątko, to nasz Wikuś, który teraz urządza sobie zabawę, biegając (naprawdę, zaczyna już biegać) między pokojem a kuchnią. Który chodzi po pokoju, trzymając w jednej rączce wiaderko, drugą wrzucając do niego klocki rozrzucone po podłodze. Który potrafi już sam zamknąć zabezpieczenie szuflady (! na szczęście zamknąć, na to, że można je również otworzyć jeszcze nie wpadł, ale to pewnie kwestia czasu :P). Który podryguje w rytm muzyki, ilekroć usłyszy jej pierwsze takty. Który potrafi pokazać, że chce mu się pić, że chce na ręce albo że już nie chce jeść. Taki jest teraz nasz Wiking. 
Postęp, jaki robi dziecko w ciągu jednego roku jest niewyobrażalny. Z małej istotki, która właściwie nie dziwi i nie myśli, a jedynie czuje - i to głównie dzięki instynktowi, przeobraża się w małego człowieczka, który zaczyna wiedzieć, czego chce i często nawet wie, jak to osiągnąć. Wiking zdumiewa mnie coraz częściej tym, jak potrafi kojarzyć fakty. Ostatnio na przykład zaskoczyło mnie to, że potrafi się zwrócić do mnie o pomoc. Chodziło o drobiazg - Wikuś dorwał się do mojego telefonu. Kiedy zdarzało się to wcześniej (choć wyznajemy zasadę, żeby urządzenia typu telefon, tablet, laptop trzymać od niego jak najdłużej z daleka) , obracał sobie go w rączkach i był zadowolony. Ostatnio przestało mu to wystarczać. Telefon ma się świecić. Kiedy gaśnie (włącza się wygaszacz ekranu) przychodzi do mnie i oddaje mi telefon. Bynajmniej nie dlatego, że stracił nim zainteresowanie. Oddaje mi go i patrzy wyczekująco. Kiedy nic nie robię, zaczyna się niecierpliwić i jęczeć, kiedy - o zgrozo- zabiorę telefon uderza w płacz pełen złości. Kiedy naciskam guziczek powodujący, że telefon na parę sekund się znowu zaświeci, bierze go ode mnie z zadowoleniem. Telefon gaśnie, Wiking podchodzi i mi go oddaje... Niesamowite jest dla mnie to, że nikt go tego przecież nie uczył, a on po prostu nagle, z dnia na dzień, wie co robić (czytaj: nie umiem włączyć, idę do mamy, mama naprawi) To dziecko ma rok! W życiu nie spodziewałabym się, że taki maluch może być już taki kumaty!

Chyba pisałam już, że trochę żałuję, że w tych pierwszych miesiącach nie potrafiłam cieszyć się macierzyństwem. Potrzebowałam na to czasu i choć żałuję to nie mam żalu do siebie, bo uważam, że robiłam co mogłam i nie zawiniłam. Niemniej jednak są momenty, które wspominam z ogromnym sentymentem :) Ten całkiem malutki Wikuś też był na swój sposób fajny i bywało, że próbowałam na siłę wciskać go w śpioszki w rozmiarze 50 i 56, bo wydawało mi się to niemożliwe, że on rośnie :P Ale jednak zdecydowanie obcowanie z dzieckiem, które skończyło już pół roku sprawiało mi więcej radości.  Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wiking jest taki pogodny, rzadko marudzi, mało płacze (to znaczy płacze, ale zawsze wiadomo, dlaczego, więc szybko ten płacz mija)... Obym teraz nie zapeszyła ;P
O jedzeniu już pisałam ostatnio sporo i nic się nie zmieniło. Nadal jeszcze dokarmiam Wikusia piersią, ale już nie ma w tym żadnej regularności. Myślę, że oboje dojrzewamy do tego, żeby zakończyć ten etap. Wiking zdecydowanie woli zajadać się kromką chleba posmarowaną pastą z makreli - dostaje w łapę taką kanapkę i mimo, że górne zęby (cztery na raz) dopiero mu wychodzą, radzi sobie z nią sprawnie i po chwili domaga się kolejnej. A mordkę ma tak słodko umorusaną :)
W ciągu dnia sypia niewiele. Bywa, że ogranicza się tylko do jednej drzemki, ale najlepiej jednak funkcjonuje, gdy prześpi się raz w okolicach 9-10 i drugi raz między 14 a 15. Łącznie wystarczają mu dwie godziny snu w ciągu dnia. O śnie nocnym chciałabym jeszcze napisać całą notkę, więc teraz tylko napiszę tyle, że sypia całkiem nieźle. Zazwyczaj budzi się tylko raz - albo około północy i potem śpi już do rana, albo koło czwartej. Wolę pierwszą opcję. No chyba, ze budzi się dopiero o piątej - to mogłabym nawet zaakceptować na stałe, bo kiedy kładę się o 22, jest to godzina o której mogę wstać, zwłaszcza, kiedy zacznę pracować. Być może powinniśmy dążyć do tego, żeby zupełnie wyeliminować nocne karmienie, a co za tym idzie pobudkę, ale póki nam to szczególnie nie doskwiera, to dajemy mu się najeść. W końcu grubasem nie jest :)
Jeśli chodzi o wikingową higienę, niewiele się zmieniło. Nadal uwielbia się kąpać. Dzielnie znosi też mycie ząbków, choć zwykle chodzi mu o zjedzenie pasty. Ale czasami podczas ubierania po kąpieli dostanie w rączkę szczoteczkę i tak się nią zainteresuje, że zapomina lamentować i ogłaszać wszem i wobec, że niedobrzy rodzice chcą go ubierać. Najbardziej cieszy mnie, że już od dwóch miesięcy Wiking wie, do czego służy nocnik. Nie potrafi jeszcze zasygnalizować, że chce mu się na przykład siku, ale posadzony "na tronie" robi co trzeba. Nie tylko siku :) Przy zakładaniu pieluchy nadal się denerwuje i przekręca. Chyba, że osobą zmieniającą jest niania. Oboje z Frankiem zachodzimy w głowę, jak niania to robi, że on jej grzecznie leży i się prawie nie rusza??!!
Jeśli chodzi o zabawy, to Wiking nadal często jest samowystarczalny -co prawda nie potrafi zainteresować się jedną rzeczą przez dłuższy czas, ale lubi sobie chodzić po pokoju trzymając raz jakiś klocek, za chwilę pudełko, innym razem skarpetkę... Innym razem usiądzie i bawi się wyciągając wszystko z kosza albo wrzucając zawartość z powrotem. Prawdę mówiąc trudno mi nawet teraz dokładnie opisać, co on robi "w wolnym czasie", ale często jest tak bardzo zajęty, że aż żal mu się wtrącać w te zabawy :) A kiedy zaczyna domagać się uwagi, często wystarczy, że się usiądzie obok niego na podłodze. Nawet nic nie trzeba robić, on jest już zadowolony. 

Zmienił się ten nasz Wikuś bardzo. Nie do poznania. Czasami sama sobie się dziwię, że myślałam o nim, że jest trudny :P Chociaż w gruncie rzeczy nadal tak uważam, ale tu znowu wracamy do punktu wyjścia i do tego, że po prostu jestem zbyt wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi o sobie zapomnieć :) Ale chciałam się Wam pochwalić, że póki co opiekunka twierdzi, że takiego bezproblemowego dziecka jak Wiking to jeszcze pod swoją opieką nie miała. Mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Oczywiście nie tylko Wiking się zmienił, ja również. O tym też już pisałam. I Wy też pisałyście. Najbardziej zmieniło się oczywiście moje podejście. Ostatnio uświadomiłam sobie w pełni, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiking nauczył mnie jednej rzeczy, która powinna być dla mnie zawsze oczywista. Przecież to taki banał... Chodzi mianowicie o to, że wszystko mija... To właśnie przy dziecku nauczyłam się, że nie należy się do niczego przyzwyczajać. Dotyczy to oczywiście również tego co dobre, ale przede wszystkim sprawdzało się to w przypadku trudniejszych okresów i jakichś problemów - ze spaniem, z jedzeniem, ze złym samopoczuciem... Dzięki temu, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że nic nie będzie trwało wiecznie, świetnie radziłam sobie z gorszymi chwilami. A co ważniejsze, ta filozofia samoczynnie przeniosła się również na inne aspekty mojego życia! Nagle prawdziwie uwierzyłam w to, że wszystko minie. A także, że wszystko jest do przeżycia. I że nie ma sensu przejmować się tym, na co i tak nie mam wpływu. Nie twierdzę, że stałam się nagle niepoprawną optymistką, która niczym się nie martwi, ale jednak nabrałam ogromnego dystansu do wszystkiego i wyszło mi to na dobre.

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu z tych rzeczy już pisałam i się powtarzam. Ale przecież to cała ja :) A tego podsumowania jednak nie potrafiłam sobie odmówić :)

niedziela, 3 stycznia 2016

Pożegnanie z 2015.



Przecież, że musi być podsumowanie! Jakże by inaczej? :P
No to jaki był ten 2015 rok? Niezwykły – to na pewno. Takiego roku jeszcze nigdy nie miałam. Był on bardzo nietypowy  pod wieloma względami – prowadziłam zupełnie inny tryb życia, doświadczałam nowych emocji, uczyłam się, jak to jest być mamą...

Nie da się chyba podsumować inaczej minionego roku, jak pisząc, że upłynął mi on pod znakiem macierzyństwa. Rozpoczęłam go w szpitalu, w oczekiwaniu na Wikinga, o którym już wiadomo było, że przyjdzie na świat wcześniej niż to było prognozowane, nie było wiadomo tylko, o ile wcześniej. Tydzień później byliśmy już razem i rozpoczęliśmy oboje - a właściwie „obytroje” z Frankiem - nowy rozdział w naszym życiu. Bywało różnie, o czym doskonale wiecie, bo dzieliłam się tutaj większością moich przemyśleń, doświadczeń i odczuć.

Styczeń wspominam dość dobrze. Choć wtedy wydawało mi się, że Wiking wcale nie śpi i jest bardzo nietypowym noworodkiem, z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było wcale aż tak źle. Z sentymentem myślę o tamtych dniach. Potem było trochę gorzej – luty i pierwsza połowa marca jawią mi się jako bardzo trudne dla mnie miesiące, przede wszystkim pod względem psychicznym. Byłam zmęczona i smutna. Ale o dziwo, kiedy czytałam sobie notki z tamtego okresu, żeby się przygotować do tego podsumowania, stwierdziłam, że i tak wcale nie było tak źle! Owszem, pisałam o trudnych momentach, ale w gruncie rzeczy, przez większość czasu nie wydawałam się aż taka załamana i zrezygnowana, jak sobie to teraz wspominam. To bardzo ciekawe, bo zazwyczaj miałam tendencję do idealizowania przeszłości, a tym razem zrobiłam coś odwrotnego :) Tamten czas był dla mnie bardzo dziwny. Byłam często tak bardzo smutna, tak dużo płakałam, a jednocześnie nie potrafiłam znaleźć przyczyny mojej złej formy. Dziś też nie potrafię. Choć dziś wydaje mi się, że jednak rzeczywiście dopadł mnie ten słynny baby blues. Wtedy się z tego podśmiewałam, bo twierdziłam, że gdybym była w dołku psychicznym przez hormony, to na pewno bym o tym wiedziała. Dzisiaj jednak uważam, że w dużej mierze nie byłam wtedy sobą. Ale oczywiście nie zwalam całej winy na hormony – na pewno swój udział w tym wszystkim miał również fakt, że moje życie się tak bardzo zmieniło i początkowo miałam problem, żeby to zaakceptować w pełni.

W marcu zaczęłam jeździć z Wikingiem na spotkania z innymi mamami i to bardzo dobrze mi zrobiło.  Nie wróciła jeszcze dawna margolka, ale trochę odżyła. W kwietniu przyszła wiosna i było mi lepiej. Potem Franek miał urlop, więc większa część maja upłynęła mi szybko i bezboleśnie. Ale i tak ten czas mniej więcej do pierwszej połowy lipca dłużył mi się i kojarzy mi się w dużej mierze z odliczaniem. Ciągle na coś czekałam, „zaliczałam” dzień za dniem, starałam się funkcjonować jak najlepiej, sama siebie podnosiłam na duchu i całkiem nieźle mi to szło. Ale przyznaję, że trochę się męczyłam. Przełom nastąpił w lipcu. Wyjechałam z rodzicami na wakacje, ale przede wszystkim Wiking skończył pół roczku i stał się zupełnie innym dzieckiem. Nauczył się siadać i raczkować, był bardziej kontaktowy i obcowanie z nim od tamtej pory zaczęło mi sprawiać dużo więcej radości. Tak jest do dziś, choć tak naprawdę każdy dzień jest lepszy od poprzedniego. Sierpień wspominam wspaniale, to był czas, kiedy chyba po raz pierwszy poczułam czym tak naprawdę jest radość z macierzyństwa. Potem miałam krótki i dość lekki w przebiegu kryzys wrześniowy, a w październiku na całego zakochałam się w Wikingu i tak mi zostało do dzisiaj! :) Druga połowa roku minęła mi bardzo szybko, a listopad i grudzień to już tylko śmignęły nie wiem kiedy. Cieszyłam się obecnością mojego synka i tym, że spędzamy razem czas.  Wiking coraz mniej przypominał bezradnego niemowlaka, a z dnia na dzień stawał się bardziej samodzielnym małym chłopczykiem i to zdecydowanie bardziej mi odpowiadało. 

Powtórzę się po raz kolejny – nie jestem stworzona do bycia matką niemowlaka. A ponieważ dziecko uznawane jest za niemowlę do ukończenia pierwszego roku, uściślę, że nie jestem stworzona do bycia matką niemowlaka poniżej szóstego miesiąca życia :) Oczywiście na pewno nie bez znaczenia jest też fakt, że ja sama także się zmieniłam. Nauczyłam się wielu rzeczy, zaakceptowałam zmiany, zrozumiałam pewne sprawy. Myślę, że ta zmiana w moim odczuwaniu to wypadkowa kilku różnych czynników. Najważniejsze jednak, że nastąpiła i że poszła w dobrym kierunku. Sama dostrzegłam ją w moich notkach, bo z czasem stałam się bardziej świadoma swojego macierzyństwa, lepiej radziłam sobie z Wikingiem i ze swoimi emocjami. Mimo, że od samego początku darzyłam swoje dziecko ogromnym i szczerym uczuciem, dopiero z czasem potrafiłam o tym pisać i stałam się bardziej wylewna a moje opowieści o Wikusiu stały się cieplejsze. Potrzebowałam po prostu tego czasu.

Niemniej jednak, w tym roku byłam nie tylko matką. Jak już wiecie z przedostatniej notki, udało mi się zrealizować całkiem sporo wcześniejszych założeń. Zrobiłam sporo dla siebie i jestem z tego bardzo dumna. Ale po to była tamta notka, żebym się już dzisiaj nie powtarzała :) 
Muszę przyznać, że rok 2015 trochę mnie zmienił. Wydaje mi się, że to mimo wszystko zmiana na lepsze. Stałam się jeszcze bardziej zorganizowana, nauczyłam się wykorzystywać każdą wolną chwilę jak najbardziej efektywnie. Poza tym chyba nabrałam dystansu do otaczającego mnie świata a to z kolei pomogło mi choć trochę rozprawić się z moją tendencją do martwienia się na zapas. Mam nadzieję, że mi się to utrzyma... Zmieniłam też podejście do wielu spraw - czasami istotnych, innym razem do drobiazgów. 

Niestety miniony rok nie był najlepszy dla mnie i Franka jako małżeństwa. Nie chodzi o to, że było jakoś bardzo źle. Było... normalnie, prozaicznie, bez większych uniesień. Szara rzeczywistość nas trochę chyba przygniotła. Oczywiście, że było wiele pięknych chwil, ale generalnie brakowało mi trochę długotrwałej sielanki, która wcześniej była częścią naszej codzienności. Franek na pewno sprawdził się jako ojciec a także był dla mnie ogromnym wsparciem. Bez niego byłoby mi naprawdę bardzo trudno. Z drugiej jednak strony, trudy codzienności bardzo go męczyły - wracał z bardzo obciążającej pracy i nie mógł tak po prostu sobie odpocząć odcinając się od wszystkiego. Franek zawsze bardzo źle reagował na zmęczenie, a w tym roku się to nasiliło i niestety często był rozdrażniony i w złym nastroju. Być może w innych okolicznościach machnęłabym na to ręką i przeczekała, ale tym razem wyjątkowo źle to znosiłam. Pewnie nie raz za bardzo naciskałam i niepotrzebnie drążyłam temat. Poza tym moje różne nastroje też na Franka na pewno dobrze nie działały, więc oczywiście nie jestem bez winy. Ten rok pod tym względem był zdecydowanie gorszy od kilku poprzednich, ale też nie mogłabym powiedzieć, że to była katastrofa. Wydaje mi się, że wiele spraw za bardzo wyolbrzymiam. 
Mam nadzieję, że to, co gorsze, jest już za nami. Zdaję sobie sprawę z tego, że każde małżeństwo musi od czasu do czasu zaliczyć spadek formy oraz z tego, że ten spadek u każdej pary wygląda trochę inaczej.
Aczkolwiek z drugiej strony, w tym roku mieliśmy wyjątkowo dużo okazji, żeby cieszyć się swoim towarzystwem i spędzać czas razem. Franek miał aż cztery razy w ciągu roku dłuższy urlop podczas którego ładowaliśmy akumulatory naszego związku. To daje łącznie ponad osiem tygodni pięknych chwil, podczas których byliśmy razem i nadrabialiśmy ten gorszy czas :)

Rok 2015 był dla mnie rokiem bardzo towarzyskim. Częściej niż kiedykolwiek wcześniej przyjmowaliśmy u siebie gości, a ponadto zawarłam wiele nowych znajomości. Tak naprawdę udzielałam się towarzysko bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i dobrze mi z tym było :) 
Zdrowotnie też było całkiem nieźle, bo poza dwoma epizodami z problemami z żołądkiem, nic mi nie dolegało. Nie dopadło mnie nawet żadne poważniejsze przeziębienie. Do tego szybko doszłam do siebie po porodzie, a ciąża nie poczyniła spustoszeń w moim organizmie. Co więcej z zadowoleniem stwierdziłam, że figurę po porodzie mam lepszą niż kiedykolwiek wcześniej :)

Był to także rok bardzo rodzinny. Spędziłam dużo czasu z moimi rodzicami i najbliższą rodziną. Byłam razem z nimi na wakacjach i kilka razy na dłużej wyjechałam do Miasteczka, na co nie mogłam sobie pozwolić już od ładnych kilku lat. Z rodziną Franka też mieliśmy okazję spędzić sporo czasu. Ale przyznać trzeba, że ten rok trochę zmienił nasze relacje z rodzicami Franka. Nadal uważam, że to są wspaniali ludzie i naprawdę trudno o lepszych teściów, ale przyznaję, że trochę gorzej idzie mi dogadanie się z teściową niż to było przed narodzinami Wikinga (jego pojawienie się jest sprawą kluczową), za to poprawiły się moje stosunki (które zresztą dotychczas były w porządku) z teściem.
Niestety śmierć naszej rodziny nie ominęła w tym roku i w maju pożegnaliśmy Franka ciocię :(

Blogowo wypadłam w 2015 całkiem nieźle, choć spodziewałam się zgoła czegoś innego :) Myślałam, że będzie mnie tu mało, a tymczasem pisałam mniej tylko w pierwszych miesiącach, później nadrobiłam, a w ostatnich miesiącach w ogóle ruszyłam pełną parą :) Miałam w głowie mnóstwo pomysłów na notki i ciągle miałam ochotę pisać. Mam wrażenie, że moje blogowanie przeżywało swoisty renesans. Zauważyłam też, że trochę zmieniłam do niego swój stosunek. Zdecydowanie nabrałam zdrowego dystansu do pewnych kwestii i a także nauczyłam się nie przejmować tym, czym zupełnie nie warto się przejmować :) Na ten moment statystyki pokazują, że odwiedziło mnie 473762 osób, ale niestety w ubiegłym roku z wiadomych przyczyn nie spisałam sobie licznika i nie wiem jak to się ma do roku 2014 :) Za to wiem, że pod względem ilości napisanych notek, rok 2015 uplasował się na trzecim miejscu. Gdyby nie ten marny pierwszy kwartał, miałabym szansę nawet dorównać rokowi 2010 :) Zwłaszcza, że nawet wtedy nie pisałam więcej niż 20 notek na miesiąc, a w ostatnich miesiącach ten rekord pobiłam ;)
Co do tematyki - nie rozczarowałam samej siebie. To fakt, pisałam trochę więcej na temat Wikinga niż się spodziewałam - na przykład zupełnie nie myślałam, że będę zdawać comiesięczne relacje z jego postępów :) Ale potem poczułam, że chciałabym gdzieś to utrwalić. Niemniej jednak uważam, że nie zafiksowałam się tylko na dziecku, a tego właśnie chciałam uniknąć. Jasne, moja codzienność się zmieniła i kręciła się wokół niego, ale tego się spodziewałam, i jeśli ktoś myślał, że moje notki, w których będę wspominać o dziecku będą sporadyczne, to na pewno się rozczarował, ale też chyba nie do końca mnie zrozumiał :) Jednak mam poczucie, że o większości spraw pisałam ze swojej perspektywy i to ja jedna byłam w centrum tego bloga, nawet kiedy pisałam o dziecku, bo pisałam o swoich przemyśleniach i emocjach. Oczywiście powstawały też notki dla zainteresowanych, w których opisywałam codzienność Wikinga i jego zachowania, myślę, że wynikało to nie tyle z chęci opowiedzenia o tym, jaki on jest, tylko robiłam to dla porządku :) I dla siebie oczywiście:) Czułam, że bez tego mój blog byłby niekompletny.
W każdym razie przez ten rok moje życie toczyło się wokół dziecka, sztuczne więc byłoby gdybym tego nie opisywała tutaj. Ale jednak pisałam też sporo na inne tematy i czuję się usatysfakcjonowana, bo myślę, że ta wikingowa dominacja nie była jednak fiksacją :) Trudno mi to trochę opisać, w każdym razie chodzi mi o to, że nawet jeśli w centrum był Wiking, to nie na takiej zasadzie, że zniknęła margolka a pojawiła się tylko matka...
Jeśli ktoś to odebrał inaczej... Hmm, chyba trochę żałuję, bo mimo wszystko chciałabym w oczach innych pozostać dawną margolką, która po prostu dostała kolejną życiową rolę... Ale najważniejsze jest jednak dla mnie to, jakie są moje odczucia i że sama nie jestem sobą roczarowana :)
 
***
W kategorii Wydarzenie Roku bezapelacyjnie zwyciężają narodziny Wikinga. Przeżyciem Roku zaś był na pewno poród. Sukcesem Roku jest chyba jego ostatni miesiąc, kiedy to udało mi się sporo osiągnąć, ale jeśli już miałabym skupiać się na konkretach, to zdecydowanie sukcesem jest to, że zostałam przyjęta do nowej pracy i w dodatku znalezienie jej zajęło mi niecałe dwa tygodnie. Szybkie znalezienie niani też było całkiem niezłym osiągnięciem. Trudno wytypować mi zwycięzcę w kategorii Radość Roku, bo wiele miałam tych drobnych radości w ciągu minionych 365 dni:) A to chyba całkiem dobrze o nich świadczy :)Filmem Roku dla mnie jest chyba Everest, który zrobił na mnie duże wrażenie. Z książką jest gorzej, ale chyba najbardziej żyłam sagą o Harrym Potterze, którą to wreszcie (dzięki Wikingowi poniekąd) udało mi się przeczytać do końca. Zaskoczeniem Roku byłam chyba dla siebie ja sama :) Nie sądziłam bowiem, że mam w sobie tyle pięknych uczuć i że będę potrafiła obdarzyć nimi dziecko. Osiągnięcie Roku? Myślę, że moim największym osiągnięciem jest to, że przez większość czasu potrafiłam jednak na bieżąco doceniać to, co się dzieje wokół mnie i cieszyć się tym. Tak właśnie było, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Miałam świadomość, że to są niepowtarzalne chwile i skupiałam się na nich całą sobą.
Pewnie mogłabym tych kategorii jeszcze trochę powymyślać, ale spieszno mi już trochę do zakończenia tej notki. Przecież trzeba w końcu wyjść z przeszłości i zacząć żyć tym, co przed nami :)

To jeszcze raz - jaki był ten rok? Chyba jednak dobry. Nareszcie. Nareszcie po dwuletniej przerwie mogę to powiedzieć. Choć podkreślić należy, że był on jednak bardzo specyficzny. Trudno mi to trochę opisać, ale mam wrażenie, jakbym w tym roku żyła tak trochę obok całej reszty świata. Żyłam swoim życiem, które miało swój własny rytm i toczyło się trochę niezależnie od tego, co się działo wokół. Często wydawało mi się, że jestem totalnie oderwana od rzeczywistości, ale przyznać muszę, że dobrze mi z tym było i właśnie to chyba najbardziej spowodowało, że mogę stwierdzić, że ten rok był dla mnie dobry. Może to właśnie było mi potrzebne? Jeśli tak, to mam nadzieję, że wszystkie pozytywne odczucia i doświadczenia, które zebrałam w tej własnej, alternatywnej rzeczywistości, będą mi towarzyszyły w roku, który się właśnie rozpoczął, a w którym poniekąd wracam do obiegu...
Myślę jednak, że słowo, którego użyłam na początku jest bardzo trafne. Im więcej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że ten rok naprawdę był dla mnie niezwykły :) Wydaje mi się, że będę go wspominać latami i długo jeszcze będę pamiętać emocje, których doświadczałam. 

***
Wróżba jajcarska jeszcze nam się nie znudziła i w tym roku też się w nią pobawiliśmy :) Chociaż przyznam, że dość trudno zinterpretować nam to, co znaleźliśmy w naszych jajkach niespodziankach:
Trafiła nam się mniej więcej ta sama seria. Biżuteryjna :P To pierwsze to bransoletka Franka, drugie to mój pierścionek...  Ktoś ma jakiś pomysł, co to może oznaczać? :)) Swoimi domysłami podzielę się przy kolejnej okazji. Również wtedy odpowiem na komentarze pod wczorajszą notką, bo późno się już zrobiło, zależało mi, żeby się z dzisiejszym postem wyrobić, ale już się zmęczyłam :)
Wobec tego: dobranoc! :)

środa, 30 grudnia 2015

Co robiłam w tym roku, czyli wstęp do podsumowania :)

Wiecie, bo wiele razy o tym wspominałam, że nie znosiłam (i nie znoszę) kiedy ktoś wmawiał mi, jak będzie wyglądała moja przyszłość - na przykład jako matki. Kiedy byłam w ciąży, ciągle słyszałam, że zobaczę, jak wszystko się zmieni, jak na nic nie będę miała czasu, jak będę musiała zapomnieć o swoich przyjemnościach i tak dalej...
Nie zamierzam ściemniać, że kiedy pojawia się dziecko, to życie się nie zmienia. Owszem, zmienia się i to bardzo. Jest to rewolucja, której zresztą byłam świadoma od samego początku. Ale jeśli chodzi o resztę to jest już przede wszystkim kwestia organizacji. To prawda, że nie mam już tyle czasu, ile miałam kiedyś, bo przecież nie jest on z gumy, a logiczne jest, że dochodzi całe mnóstwo innych, czasochłonnych czynności a przez większość dnia zajmuję się Wikingiem, choćby bawiąc się z nim. Ale pojawienie się Wikusia nie oznaczało dla mnie automatycznie rezygnacji z robienia wszystkiego co lubię i poświęcania się temu, co sprawia mi przyjemność. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że dość szybko doszłam do perfekcji jeśli chodzi o wielozadaniowość i jeszcze lepszą organizację czasu.

To fakt, że na początku trochę miałam problem z tym, że nie mogę w dalszym ciągu stosować się do mojego planu dnia i grafiku, który sama sobie rozpisałam. Nie umiałam się początkowo odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie potrafiłam kilku rzeczy odpuścić i cały czas miałam wrażenie, że niepotrzebnie tracę czas. Wiedziałam jednak, że to jest błędne myślenie i wyleczyłam się z niego, a potem opracowałam sobie nowe grafiki i nowe plany dnia :) Zresztą wiecie, że początki mojego macierzyństwa w ogóle były dziwne i trudne, ale grunt, że udało mi się dość szybko wszystko sobie poukładać. W gruncie rzeczy, kiedy jakiś czas temu o tym myślałam, stwierdziłam, że przez ten rok miałam całkiem sporo czasu dla siebie. Ok, może nie tyle, ile bym miała bez Wikinga, ale jednak dużo udało mi się zdziałać, a poza tym, byłam bardziej efektywna, bo wiedziałam, że czasu nie mogę marnować, tak, jak to czasami bywało w moim innym życiu :P czyli w życiu przed dzieckiem.

Dzisiaj chciałam zrobić taki wstęp do podsumowania tego roku i skupić się na tym, co mi się udało jeśli chodzi o moje plany i czynności, których wykonywanie sprawia mi przyjemność - choć nie wiem, czy słowo pasje albo nawet hobby by pasowało :) Po raz kolejny cieszę się, że Wikuś urodził się na początku roku, bo dzięki temu można sobie tak fajnie wszystko podsumowywać :D
Wspominałam ostatnio o kilku sprawach, które chciałam pozamykać. Założyłam sobie, że do 31 grudnia skończę parę rzeczy. Na przykład śpiworek dla Wikinga, który robiłam na szydełku. Zabrałam się za niego dokładnie rok temu - w grudniu 2014. Późno, wiedziałam, że nie zdążę przed jego narodzinami, ale początkowo tempo miałam całkiem niezłe. Jeszcze w szpitalu trochę dziergałam, ale kiedy Wikuś się urodził, na jakiś czas szydełko poszło w odstawkę. Potem wróciło do łask - mniej więcej w kwietniu, kiedy to Wikuś potrafił się już bawić sam na macie. Ja wtedy siadałam obok  niego i szydełkowałam. Ale wtedy kończyłam swój sweter. Udało mi się to zrobić, ale ostatecznie trochę mi tam parę rzeczy nie wyszło, jak najdzie mnie natchnienie, to popracuję nad poprawkami, ale na jakiś czas szydełko odstawiłam. Wróciłam do niego jesienią, kiedy przypomniałam sobie o tym śpiworku i za punkt honoru sobie wzięłam, żeby Wiking jeszcze tej zimy z niego skorzystał. I proszę, oto i on! W całości zrobiony przeze mnie. Nie jest bez felerów, bo szyć nie bardzo już umiem i zamek jest wszyty niezbyt efektownym ściegiem, poza tym jak widać, zabrakło mi włóczki na końcówkę, a w sklepie był tylko inny odcień, ale powiedzmy, że tak miało być :P W gruncie rzeczy i tak uważam, że najważniejsze jest to, że robiłam to własnoręcznie specjalnie dla Wikusia.


Oprócz szydełkowania zajmowałam się także rejestrowaniem i analizą naszych wydatków, o czym Wam już parę razy wspominałam. Miałam sporo do nadrabiania, bo na początku tego roku okazało się, że trochę to zaniedbałam i że mam stosy paragonów od maja (!) 2014. Szkoda mi było je wyrzucić, więc nadrabiałam zaległości przez parę miesięcy. Wpisywałam po kolei paragony, analizowałam wyciągi bankowe i w lipcu byłam już na bieżąco. Wyobraźcie sobie, że jak sobie przeliczyłam wszystkie wpływy i wydatki, to nawet się okazało, że niewiele rzeczy mi umknęło, mimo tego, że przez tyle miesięcy nie zapisywałam wszystkiego, ale jednak udało się odtworzyć większość :) W lipcu tata pomógł mi dopracować moje excelowskie tabelki i od tamtej pory szło mi trochę sprawniej. Starałam się też już nie dopuszczać do zbyt dużych zaległości. Każdy miesiąc sumiennie analizowałam pod kątem wpływów, wydatków i oszczędności. To co udało się odłożyć, inwestowałam. Trochę czasu zajmuje mi zawsze przeanalizowanie tego wszystkiego i znalezienie najbardziej korzystnej opcji na ulokowanie pieniędzy w danym momencie, ale daję radę. W naszym małżeństwie można powiedzieć, że to ja trzymam kasę i to do mnie należy zarządzanie naszymi finansami :) Teraz pozostaje mi jeszcze podsumowanie roczne i o tym również pisałam wczoraj wspominając o zamykaniu projektów :P, ale stwierdziłam, że jednak muszę poczekać na początek roku, bo dopiero wtedy wpływa większość odsetek na rachunkach oszczędnościowych. Ale grunt, że wszystkie paragony mam zanotowane.

W tym roku miałam też sporo czasu na czytanie książek. Łącznie przeczytałam ich 29, do 30 brakuje mi jeszcze 200 stron książki Grocholi "Houston, mamy problem", ale szybko się ją czyta, więc myślę, że uda mi się do jutra sfinalizować również to :) Wiem, że na prawdziwych molach książkowych ilość pozycji nie robi wrażenia, ale chciałabym podkreślić, że jednak w wolnym czasie nie tylko czytałam. Gdybym każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie, to spokojnie przeczytałabym przynajmniej dwa razy więcej. Ale jak już wspominałam, lubię multitasking i robienie na raz wielu rzeczy sprawia mi przyjemność. Dodam jeszcze, że wszystkie książki były dość potężne jeśli chodzi o objętość. Rzadko miały mniej niż 500 stron i zdarzyło się tylko kilka pozycji, które liczyły ich 300. Najwięcej czytałam na początku podczas długich karmień. Bardzo miło wspominam ten czas :) Potem trochę rzadziej, ale kiedy zrobiło się ciepło, to często czytałam na dworze, kiedy Wiking spał ja przysiadałam sobie na ławeczce i praktykowałam ten sposób jeszcze w pierwszych dniach listopada. Później zrobiło się za zimno. Ale często czytam siedząc na podłodze z Wikingiem. On się bawi, a ja obok czytam i od czasu do czasu podam mu jakiegoś klocka, powygłupiam się z nim albo się poprzytulamy.

Nie da się ukryć, że moje blogowanie, wbrew temu, co myślałam także nie ucierpiało :) Prawdę mówiąc kredki margaretki rozkwitły w tym roku i dawno nie byłam tak płodna jeśli chodzi o nowe wpisy. Gdyby nie stosunkowo mała ilość notek w lutym, marcu i kwietniu (poniżej 10) to może nawet udałoby mi się dorównać rekordom z pierwszych lat blogowania :D Fakt, że nie komentuję u Was każdej notki, ale za to czytam i jestem na bieżąco u większości osób - a przynajmniej u tej części, która do mnie również zagląda regularnie.
Jeśli chodzi o blogowanie, to udało mi się zrealizować także inne przedsięwzięcie. Postanowiłam sobie bowiem, że do końca tego roku przekopiuję całe archiwum z bloga onetowskiego! Udało się to, a była to czynność bardzo czasochłonna, bo każdą notkę czytałam. Mało tego, czytałam również komentarze pod nią. A tych notek do przeniesienia było grubo ponad pięćset. Sporo więc czasu mi to zajęło, ale cieszę się, że zamknęłam tę sprawę. Pewnie jeszcze kiedyś pokuszę się o refleksję na ten temat, która mnie naszła podczas tych przenosin.

Zrobiłam też sporo porządków w domu. To jest akurat często syzyfowa praca, bo w domu często tak jest, że jak się skończy jedno, to drugie już czeka, potem trzecie, a jak się uda wszystko, to w pierwszym często już się zrobił bałagan albo porządek się zdezaktualizował :P Ale tak już chyba jest urządzony ten świat ;) Niemniej jednak zrobiłam porządki w dokumentach i w ubraniach. Przewertowałam nasze szuflady i przeorganizowałam kuchnię oraz łazienkę. Zabrałam się też za stare gazety i artykuły, choć to wymaga już sprecyzowania :) Otóż kiedy się przeprowadzałam z Poznania, miałam całkiem spory stosik kolejnych numerów jedynej babskiej gazety, którą czytuję w miarę regularnie (również teraz). Zostawiałam sobie je, bo czasami znajdowałam tam jakieś ciekawostki. Ale ponieważ ważyło to dość dużo, stwierdziłam, ze bez sensu to wszystko przewozić i po prostu przejrzałam każdy numer, wyrywając strony, które mnie interesowały z zamiarem późniejszego przeczytania i posegregowania tego. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabrałam się za to w innym życiu, tylko dopiero przy Wikingu, kiedy miałam już dużo mniej czasu :) Nie dałam rady jeszcze przejrzeć wszystkiego, ale jednak już całkiem sporo. Będę nad tym pracować dalej, choć pewnie teraz będzie jeszcze trudniej.

W ostatnim czasie sporo czasu zajęło mi też to, o czym pisałam niedawno. Czyli szukanie niani i szukanie pracy, a także to co się z tym wiązało, czyli pisanie CV i listów motywacyjnych, bo jednak nie poszłam na łatwiznę i nie wysyłałam do wszystkich tego samego szablonu :) Całe szczęście, że trwało to tylko przez część listopada i pierwszy tydzień grudnia.

Poza tym zajmowałam się oczywiście również domem. Gotowałam, prałam, prasowałam. Ogarniałam bieżące sprawy domowe. Oczywiście w tej kwestii miałam ogromną pomoc Franka. Wiem, że teraz nie jest modne używanie słowa "pomoc" w tym kontekście, ale zwał jak zwał ;) mnie to słowo nie bulwersuje, bo ja cały czas uważam, że my sobie po prostu pomagamy wzajemnie - Franek mi, a ja jemu. Faktem jest, że ja praktycznie wcale w domu nie odkurzam, nie myję podłóg ani łazienki i nie wykonuję jeszcze paru innych domowych czynności, bo zajmuje się tym Franek. Poza tym on często gotuje i sprząta w kuchni. Nie mam mu nic do zarzucenia jeśli o to chodzi, bo robi więcej, niż większość znanych mi facetów. Ale sobie też nie mam, bo też nie siedzę i nie pachnę, tylko dbam o to, żeby mieszkało nam się przyjemnie.

To są chyba sprawy, którym (oprócz rzecz jasna opieki nad Wikingiem :)) poświęcałam w tym roku najwięcej czasu. Ale to i tak nie wszystko, bo przecież jeszcze znajdowałam czas na spotkania ze znajomymi, na uczestnictwo w zajęciach dla maluchów, na rozwiązywanie krzyżówek albo czytanie czasopism w językach obcych. Jasne, że się nie rozdwoję (albo nawet i nie roztroję :P), więc świadoma byłam, że niektóre rzeczy muszę odpuścić. Nie wszystkim zajmowałam się tak samo intensywnie. Chyba jedyną rzeczą, której naprawdę zaczęło mi brakować, zwłaszcza w ostatnich miesiącach była aktywność fizyczna. Rzecz jasna w połogu nie ćwiczyłam, potem byłam na to trochę za chuda :P Powróciłam do ćwiczeń od czasu do czasu późną wiosną, ale potem stwierdziłam, że noszenie Wikinga, chodzenie z nim na długie spacery i ganianie za nim jest wystarczającą gimnastyką dla moich mięśni :) Odpuściłam więc. Chodziliśmy też na basen, ale późną jesienią poczułam, że brak mi trochę moich dawnych ćwiczeń. Niestety wtedy akurat trudno było mi jeszcze coś wcisnąć w mój grafik, bo zajęłam się wspomnianą wcześniej organizacją spraw zawodowo-rodzinnych :) Pomyślę, jak to zrobić w przyszłości...

Jak widać, nie próżnowałam jednak w tym roku, a moje życie nie ograniczało się do zabawy z Wikingiem i zmieniania mu pieluch :) Oczywiście, że mam o wiele mniej czasu, niż rok temu, ale też nie jest tak, że wcale go nie mam. A w ogóle to stwierdziłam, że jeśli na coś mi tego czasu nie wystarczyło i jeśli się z czymś nie wyrabiałam, to tylko dlatego, że jest tyle rzeczy, których nie umiem i nie chcę odpuszczać :) Gdyby nie to, tego czasu miałabym jeszcze więcej. Albo... mniej, bo przecież nie od dziś wiadomo, że im więcej jest do zrobienia, tym mniej czasu to zajmuje :D

Nie wiem, czy uda mi się wrócić jutro z podsumowaniem właściwym całego roku, ale może zajrzę choć na chwilę ;)

piątek, 17 lipca 2015

Skok w kolejny rok.

Dziś mija nam kolejny wspólny rok. To już razem dziewięć. Dokładnie dziewięć lat temu, w ciepły lipcowy wieczór się poznaliśmy, spędziliśmy razem noc (ale to nie tak, jak myślicie ;)) i w zasadzie od tamtej pory jesteśmy razem.
Wielkiego świętowania dzisiaj nie było. Trochę nad tym ubolewam, ale odkąd wzięliśmy ślub Franek już nie jest tak chętny do celebrowania tej właśnie rocznicy, bo twierdzi - nie bez racji - że ta wrześniowa jest ważniejsza. Ja właściwie się z nim zgadzam. Jeśli mam być szczera to i ja od trzech lat nie czuję tego klimatu do świętowania - może to kwestia tego, że nie wyjeżdżamy (wcześniej zwykle akurat byliśmy na wakacjach), może tego, że nie dzieje się nic niecodziennego, w tym roku może to jeszcze dodatkowo obecność Wikinga... W każdym razie jakoś też nie czuję magii tego dnia, zaciera mi się trochę jego znaczenie, bo to, że jesteśmy razem stało się w pewien sposób... oczywiste :)
 Trochę mi żal, ale jakoś tak samo wychodzi. Pamiętamy o tym dniu, rozmawiamy, robimy małe podsumowanie (choć rzecz jasna z mojej inicjatywy, bo to ja taka "podsumowująca" jestem :)), składamy sobie życzenia i mówimy o tym, jak dobrze, że kolejny wspólny rok za nami i cieszymy się na następne. Ale bez wielkiego celebrowania.
Dziś na przykład po prostu cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Franek miał wolne i wyszliśmy we trójkę na długi spacer podczas którego odbyliśmy przyjemną pogawędkę. Chyba fakt, że spędziliśmy ten dzień razem powoduje, że jakoś nie czuję, że jest wybrakowany :)

Miniony wspólny rok był przede wszystkim przełomowy! Dziewięć lat temu właśnie gdzieś zostało zapisane, że z tej naszej znajomości urodzi się Wiking. Bardzo lubię tego rodzaju rozważania - że gdyby nie ten jeden dzień, zbieg okoliczności i suma zdarzeń, wszystko potoczyłoby się inaczej i bylibyśmy oboje w zupełnie innym punkcie życia. Ale najbardziej niesamowite jest właśnie to, że tamten dzień zadecydował o tym, czy Wiking będzie istniał, czy nie... On nawet jeszcze nie wie o tym, że w pewnym sensie 17 lipca 2006 roku był najważniejszym w jego życiu ;)
W każdym razie, wracając do tego wspólnego roku - razem czekaliśmy i razem przeżyliśmy narodziny naszego dziecka. To był bardzo ważny czas, ale przyniósł wiele zmian. I to prawda, że narodziny dziecka są sprawdzianem dla związku. Na pewno można się wiele na swój temat dowiedzieć, ale przede wszystkim siłą rzeczy to wydarzenie ma wpływ na relację między dwojgiem ludzi. 
Dla nas ostatnie półrocze było bardzo... Hmm, szukam odpowiedniego słowa i chyba będzie nim "burzliwe". Oczywiście nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby nie Wiking, ale zdecydowanie trochę nam w życiu namieszał. Z jednej strony jego pojawienie się bardzo nas do siebie zbliżyło. Z drugiej spowodowało, że bywamy zmęczeni i mamy mniej czasu na wszystko, co może rodzić frustrację. Ta frustracja czasami się odbija na naszym związku. Jednak wcale nie uważam, że to przez pojawienie się dziecka. Raczej przez nasze charaktery.

Czasami miewamy naprawdę trudne dni. Franek jest zmęczony a to u niego zawsze powodowało poddenerwowanie. Zamyka się wtedy w sobie, a mnie jest trudno się z tym pogodzić. Próbuję z nim rozmawiać, on nie chce, ja się denerwuję, smucę, czasami płaczę. On z kolei na to reaguje jeszcze większym zdenerwowaniem i koło się zamyka. Ale najtrudniejsze jest to, że... zdaniem Franka nic złego się nie dzieje. I przez to ja sama głupieję trochę i zastanawiam się, skąd wobec tego u mnie ponure myśli na temat naszego związku. To nie zdarza się często i teraz, kiedy wszystko jest w porządku, nawet dziwnie mi się o tym pisze, bo nie umiem się wczuć w te emocje, które wtedy mnie dopadają. W każdym razie czasami jestem naprawdę pełna żalu i mam wrażenie, że nie damy rady, a krótko potem znowu wszystko wraca do normy i jest dobrze. Czasami dzieje się tak po rozmowie, a czasami ot tak, bez przyczyny, nagle jest w porządku i wszystkie moje obawy ulatują.
Może więc problem tkwi we mnie (choć jestem przekonana, że gdyby nie to, że Franek bywa taki nerwowy, to byłoby nam łatwiej). Może za dużo analizuję, niepotrzebnie drążę i suszę głowę Frankowi czasami. Ale w tych gorszych dniach po prostu nie umiem inaczej.
Jednak jakkolwiek by nie było, cały czas trwamy przy sobie i żadne z nas nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Tego jednego jestem pewna - że nawet kiedy Franek warczy i ma fochy, to w gruncie rzeczy nie jest to skierowane przeciwko naszemu związkowi i dla niego to jest oczywiste, że jesteśmy i będziemy razem. Wiem, że jego uczucia się nie zmieniają. Ale może właśnie dlatego tak trudno jest mi wtedy, bo myślę, o ile łatwiej byłoby, gdyby nie te jego (i moje pewnie też) złe dni.
Cóż, oboje swoje mamy za uszami, taka jest prawda. Nie jesteśmy ideałami. I nasze małżeństwo też idealne nie jest. Jesteśmy razem szczęśliwi, jest nam razem dobrze, ale przyznam, że chciałabym, żeby niektóre rzeczy się nieco poprawiły. Tęsknię za tym czasem między nami z okresu 2010-2013, mam wrażenie, że wtedy to była sielanka. Może więc to okoliczności sprawiają, że teraz jest jak jest, bo przecież mniej więcej od dwóch lat musimy borykać się z różnego rodzaju problemami.
Mam jednak nadzieję, że ze wszystkim sobie poradzimy i więcej będzie tych dobrych dni. Takich jak dziś. Kiedy zapewniamy się o wzajemnym przywiązaniu i o tym, jak jesteśmy dla siebie ważni. Właściwie to, że jesteśmy razem jest fundamentem wszystkiego. Musimy chyba popracować nad tym, żeby o tym nie zapominać w żadnej sytuacji.

Chaotyczna trochę ta dzisiejsza notka, bo właściwie chyba sama sobie jeszcze tego w głowie nie poukładałam. A może dzisiaj po prostu nie mam najlepszego dnia na tego rodzaju analizy i jeszcze kiedyś, w bardziej sprzyjających okolicznościach, a nie przy rocznicy do tego wrócę :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Siódemka, czyli niecodzienne podsumowanie.

Ależ ten czas leci! Minął kolejny rok od "spisu powszechnego" :P, który tu na blogu urządziłam z okazji szóstej rocznicy istnienia bloga Kredki Margaretki. A wydaje mi się, że to było tak niedawno, kiedy to Wasze liczne komentarze dodały mi skrzydeł i utwierdziły w przekonaniu, że chcę pisać i możliwe, że jednak nie tylko dla siebie ;)
A tymczasem dziś mija dokładnie siedem lat od tego dnia, kiedy może nie postanowiłam, że zacznę pisać, bo to się stało chyba kilka a może kilkanaście dni wcześniej, ale od dnia, gdy po prostu kliknęłam po raz pierwszy "publikuj" :) Nieudolne były te moje pierwsze notki (choć wcale nie uważam, żeby teraźniejsze były szczególnie wysokich lotów), ale miło mi się do nich wraca. A z biegiem czasu dochodziłam do wprawy i czasami, kiedy czytam coś archiwalnego, to sama się sobie dziwię, że wyszło mi coś takiego :D

Ech, mam wrażenie, jakby to było wczoraj, a z drugiej strony wydaje mi się, że minęły lata świetlne i jestem już zupełnie inną osobą - ot, taki paradoks. Jestem nawet kimś innym niż właśnie rok temu. Nie do wiary, jak wiele się zmieniło - rok temu miałam pracę, za to nie wiedziałam, że jestem w ciąży (a może nawet jeszcze nie byłam). Dzisiaj jestem bez pracy, za to mam synka i to jest mój nowy etat, do końca życia... Nigdy nie przewidziałabym takiego rozwoju wypadków.

Wiecie, kiedy tak rozmyślałam sobie o tej mojej rocznicy blogowej i siłą rzeczy o jakimś podsumowaniu, zorientowałam się, że ze względu na to, że Tasiemiec pokrzyżował mi plany, nie podsumowałam sobie tego roku 2014. W związku z tym czuję pewien niedosyt. Stwierdziłam więc, że może dzisiejsza okazja będzie dobra, aby takiego króciutkiego podsumowania jednak dokonać, jakkolwiek dziwaczne by się to nie wydawało :) W końcu trochę się zazębia ten rok kalendarzowy z blogowym :)
Oj tam, niejedno już moje dziwactwo przeżyłyście, to i z tym się pogodzicie ;)
 
A dziwny był ten rok i trudno mi go jednoznacznie ocenić. Bo ogólnie rzecz biorąc, wcale nie był pomyślny. Kosztował nas bardzo wiele nerwów. Nie wiem, czy to nie był najbardziej stresujący rok w całym moim życiu, bo w zasadzie ciągle się czymś stresowałam - najpierw brakiem pracy Franka, później tym, czy zostanie zatrudniony, poza tym cały czas wisiało nade mną widmo likwidacji mojej firmy, które się przecież ziściło - więc potem stresowałam się bezrobociem, a do tego jeszcze cukrzycą ciążową, a co za tym idzie, przebiegiem ciąży. Oj tak, rok 2014 upłynął mi pod znakiem stresu! 
Ponadto, wydarzyło się kilka przykrych dla mnie rzeczy, chociaż utraty pracy chyba nic nie przebije. Mogłabym spisać ten rok na straty, gdyby nie dwa wydarzenia, na tyle ważne i dobre, że go ratują... W dodatku jeszcze wydarzyły się niemal w tym samym czasie. Jest to fakt, że Franek dostał pracę, na której bardzo mu zależało i którą bardzo lubi oraz oczywiście moja ciąża, która wraz z początkiem bieżącego roku się skończyła.
Myślę, że blogowo dało się to wszystko odczuć, bo przecież ten kolorowy świat towarzyszył mi cały czas i pisałam w nim na bieżąco. Cieszę się, że chyba przełamałam kryzys, który kiedyś się pojawił i chociaż chciałam pisać, to jakoś mi nie szło. Mniej więcej od marca 2014 wreszcie pisałam naprawdę regularnie :) Chociaż nie udało mi się, nie zdążyłam, napisać o jeszcze kilku istotnych dla mnie sprawach, chociaż szkice nadal gdzieś są i może jeszcze ujrzą światło dzienne ;)
A jak będzie wyglądał ten kolejny rok? Blogowo? Myślę, że tendencję już widać - jest dokładnie tak, jak się spodziewałam, czyli niestety nie mam na pisanie tyle czasu, ile bym chciała. Często muszę podejmować szybką decyzję, czy w chwili, kiedy Wiking śpi, napiszę notkę, odpowiem na komentarze, odwiedzę Wasze blogi, odpiszę na maila, czy może w ogóle nie włączę komputera i zajmę się czymś innym. Jedna notka zwykle pisana jest na raty - bywa, że przez kilka dni ;) Jakoś musiałam przywyknąć do nowej rzeczywistości i zaadaptować do niej bloga, ale chyba ważne, że jednak piszę, nie zniknęłam :) I piszę wcale nie tak mało przecież mimo wszystko, bo póki co wychodzi osiem notek na miesiąc.
Mam niestety problem z regularnym komentowaniem Waszych notek :( Przepraszam za to, ale nie wiem, kiedy będzie mogło się to zmienić. Mogę jedynie zapewnić, że regularnie zaglądam na większość blogów, które mam w linkach (albo nawet nie mam :)). Głównie dotyczy to osób, które znam najdłużej, które są mi w jakiś sposób bliskie, których życie cały czas mnie interesuje, a także tych, które odzywają się u mnie - nawet nieregularnie. Ale ostatnio pomyślałam sobie, że wzorem paru innych osób i ja muszę zweryfikować listę blogów do odwiedzania. Bez sensu jest utrzymywać pozory znajomości w imię jakiejś dziwnie pojmowanej (z mojej strony :)) lojalności. Bo kiedyś ktoś u mnie coś skomentował, nawet przypadkiem, a ja już czuję, że wobec tego i ja powinnam odwiedzać tego bloga, mimo, że autorka w zasadzie nic o mnie nie wie. Albo inaczej - autorka o mnie zapomniała i stałam się dla niej tylko kolejną osobą nabijającą statystyki. Do mnie nie zagląda od miesięcy i nie odpowiada na moje komentarze. Kiedy człowiekowi zaczyna brakować czasu, weryfikacja dokonuje się samoistnie, bo właśnie wtedy zauważam, bez których blogów nie mogę się obejść, na których z Was mi zależy (wierzcie mi, że zależy, nawet gdy wydaje Wam się, że o Was zapomniałam, bo nie komentuję) i których pisaninka bardzo mnie interesuje :)
A nieblogowo? Jaki będzie ten rok? (haha, naprawdę dziwne pytanie zważywszy na fakt, ze minął już pierwszy jego kwartał :P) Nie mam pojęcia! Na pewno upłynie pod znakiem opieki nad Wikingiem. Na razie na tym się skupiam i wiem, że będzie ciężko, bo już przecież jest. Ale mam nadzieję, ze tych dobrych chwil będzie jednak coraz więcej, że jakoś się nam to wszystko poukłada i nawet jakaś praca dla mnie się wreszcie znajdzie...

Fajnie tu być. Aż wierzyć mi się nie chce, że to już tyle lat i zastanawiam się często, ile to jeszcze potrwa? :) Bo przecież chyba nie będę pisać w nieskończoność. Dziękuję, że nadal tu jesteście. W szczególności dziękuję Smoczycy, Izie, Młodej Kobiecie, Ken G., Niedyskretnej, Flo., Meg, Antylce, Roksannie, Poli, Polly, Wici, M., Nikki, Jutrzence i Zgadze - (kolejność przypadkowa i mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam, jeśli tak, to bardzo, bardzo przepraszam) - bo Was znam najdłużej, o ile mnie pamięć nie myli, to będzie jakieś 7-6 lat :) Ale dziękuję także każdej osobie, która do grona moich czytelników dołączyła później, nawet jeśli to było niedawno. Cieszy mnie to, bo po to między innymi mój blog jest otwarty - abym mogła zawierać wciąż nowe znajomości, choć to wygląda już zupełnie inaczej niż jeszcze pięć lat temu.
Cieszę się, że jest takie miejsce, w którym cały czas mogę pisać o tym, co mnie cieszy, co martwi, czym żyję. I że jesteście jego częścią.

Ha! Udało się tę notkę napisać już za trzecim podejściem dzisiaj! Wikuś jest dla mnie bardzo łaskawy. Chyba rozumie powagę sytuacji :D