No dobra to ja też.
Skuszę się na takie małe podsumowanko. Kiedyś to dopiero robiłam
analizy… Kiedy jeszcze pisałam tradycyjne pamiętniki co roku w Sylwestra
zamykałam się w pokoju i zapisywałam w ilu chłopakach się zakochałam w
tym roku, notowałam ulubione piosenki, wybierałam wydarzenie roku,
smutek roku, radość roku. I takie tam. Ale się skończyło. Może dlatego,
że w Sylwestra zaczęłam wychodzić? A może z innego powodu.
W każdym razie rok był moim zdaniem bardzo udany. Co prawda nie zdarzyło się w nim nic wielkiego – chociażby w porównaniu z 2007, przełomowym rokiem, ale żyło mi się spokojnie, wygodnie i raczej wesoło. Oczywiście zdarzały się złe chwile, o czym dobrze wiecie, ale chyba nie było ich aż tak wiele. Był to rok, w którym poczułam, że już naprawdę jestem dorosła i niezależna. Dowiedziałam się, że potrafię doskonale łączyć ze sobą pracę – czasami nawet po dwanaście godzin – ze studiami. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu, bo jestem systematyczna i potrafiłam zacząć uczyć się do kolokwium dwa tygodnie wcześniej. Do takich „większych” wydarzeń mogłabym zaliczyć oczywiście kupno samochodu. Oraz wyjazd w lutym na wakacje do Hiszpanii razem z Frankiem, który zupełnie sama zorganizowałam – od kupna biletów, po zorganizowanie planu podróży. W ciągu dziesięciu dni zjechaliśmy pół Hiszpanii – zwiedzając w dzień, podróżując w nocy. No i ten blog. To też w zasadzie większe wydarzenie
Nie sądziłam, że tak długo wytrwam. Nie sądziłam, że ktoś będzie
czytał moje wypociny. Ani że poznam tyle fajnych osób. I jeszcze jedna
rzecz. Takie zamknięcie pewnego rozdziału z przeszłości, kiedy spotkałam
moją dawną miłość i porozmawiałam z nim. Teraz jestem czysta. Nie mam
niedokończonych spraw. Mogę iść do nieba
Oprócz tego, że świetnie udało mi się pogodzić pracę z nauką, za swój największy sukces w tym roku uważam chyba to, że schudłam 12 kg. Pewnego wiosennego dnia spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że nie chcę tak wyglądać. Że źle się z tym czuję. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam ćwiczyć. I jeszcze tego samego dnia zaczęłam liczyć kalorie – wytrwale ważyłam wszystko, co zjadałam i obliczałam ile zjadłam, a ile spaliłam. I udało się. A od tamtej pory przytyłam tylko pół kilo. I to po świętach. A poza tym myślę, że to był rok dość rozrywkowy. No choćby te trzy wesela. I Sylwester, który mimo wszystko był jednym z lepszych, na jakich byłam.
Bo mnie się wydaje, że ja chyba nie mam w naturze narzekania. Martwię się na zapas – i owszem. Przejmuję się wszystkim dziesięć razy bardziej niż trzeba. Ale raczej staram się cieszyć z tego, co mam, bo przecież większość z tych rzeczy sama wybrałam, więc dlaczego miałabym podważać swoje własne decyzje?
Nie jestem optymistką - o, to na pewno nie. Raczej w genach od strony
mamy przejęłam czarnowidztwo, ale to też nie wynika z pesymizmu i
malkontenctwa tylko raczej z takiego bardzo realistycznego podejścia do
życia. Lepiej się pozytywnie rozczarować nie? Poza tym to mam trochę
pecha w życiu – w takich codziennych sytuacjach, ale nauczyłam się nie
zwracać na niego uwagi. Tak to już jest, niektórzy mają trudniej, ale to
ich nie zwalnia z tego, że o swoje muszą zawalczyć a potem mają prawo
się z tego cieszyć ani nie upoważnia do tego, że mogą siedzieć i nic nie
robić, bo przecież i tak im nic nie wyjdzie. A żeby nie było tak
całkiem pozytywnie, to jako moją porażkę roku zakwalifikuję wizytę u
wróżki!
Ostatnia rzecz. Last but not least chciałoby się powiedzieć… Franuś. No cóż, kolejny rok razem. I chyba jednak więcej dobrych chwil, bo jak sobie coś próbuję przypomnieć, to tylko te dobre rzeczy mi przychodzą do głowy. Poznaliśmy się pewnie jeszcze lepiej. Mamy jeszcze więcej wspólnych wspomnień. Kłóciliśmy się sporo – bo taką już mamy naturę, ale chyba jednak jakbym policzyła, to było więcej dni w zgodzie niż kłótni
A tu rok się skończył, a nowy zaczął, takim dużym kryzysem… Nie chcę
za dużo pisać na ten temat, żeby nie wyszło, że jestem jak chorągiewka
na wietrze. Powiem tak – być może za parę dni, znowu będę płakać i
zastanawiać się jaki ma sens to wszystko. Na chwilę obecną, widzę, że on
się bardzo stara. Ja wiem, że go kocham i chciałabym z nim być. I tak
mi podpowiada serce. A czasami, jak on wykręci jakiś numer, to mój rozum
się wtrąca i podważa to wszystko… W każdym razie jakby nie było – nasz
związek jest na cenzurowanym. Naprawdę postanowiłam się dokładnie
przyjrzeć temu co robimy dobrze, co źle i zobaczyć co się da z tym
zrobić. Ale jak się będę rozpływać nad tym, jaki to Franuś kochany, bo
mi o szóstej rano w piętnastostopniowym mrozie leci po świeże bułki,
mimo, że ma dzień wolny i mógłby spać, a za chwilę będę się wściekać, że
znowu sobie poszedł z kolegami albo coś tam, to proszę mi nie mówić że
jestem hipokrytką. Ja naprawdę jestem w stanie przeżywać szczerze dwie
skrajne emocje w ciągu paru minut nawet.
No a miało być krótko!
W każdym razie rok był moim zdaniem bardzo udany. Co prawda nie zdarzyło się w nim nic wielkiego – chociażby w porównaniu z 2007, przełomowym rokiem, ale żyło mi się spokojnie, wygodnie i raczej wesoło. Oczywiście zdarzały się złe chwile, o czym dobrze wiecie, ale chyba nie było ich aż tak wiele. Był to rok, w którym poczułam, że już naprawdę jestem dorosła i niezależna. Dowiedziałam się, że potrafię doskonale łączyć ze sobą pracę – czasami nawet po dwanaście godzin – ze studiami. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu, bo jestem systematyczna i potrafiłam zacząć uczyć się do kolokwium dwa tygodnie wcześniej. Do takich „większych” wydarzeń mogłabym zaliczyć oczywiście kupno samochodu. Oraz wyjazd w lutym na wakacje do Hiszpanii razem z Frankiem, który zupełnie sama zorganizowałam – od kupna biletów, po zorganizowanie planu podróży. W ciągu dziesięciu dni zjechaliśmy pół Hiszpanii – zwiedzając w dzień, podróżując w nocy. No i ten blog. To też w zasadzie większe wydarzenie


Oprócz tego, że świetnie udało mi się pogodzić pracę z nauką, za swój największy sukces w tym roku uważam chyba to, że schudłam 12 kg. Pewnego wiosennego dnia spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że nie chcę tak wyglądać. Że źle się z tym czuję. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam ćwiczyć. I jeszcze tego samego dnia zaczęłam liczyć kalorie – wytrwale ważyłam wszystko, co zjadałam i obliczałam ile zjadłam, a ile spaliłam. I udało się. A od tamtej pory przytyłam tylko pół kilo. I to po świętach. A poza tym myślę, że to był rok dość rozrywkowy. No choćby te trzy wesela. I Sylwester, który mimo wszystko był jednym z lepszych, na jakich byłam.
Bo mnie się wydaje, że ja chyba nie mam w naturze narzekania. Martwię się na zapas – i owszem. Przejmuję się wszystkim dziesięć razy bardziej niż trzeba. Ale raczej staram się cieszyć z tego, co mam, bo przecież większość z tych rzeczy sama wybrałam, więc dlaczego miałabym podważać swoje własne decyzje?

Ostatnia rzecz. Last but not least chciałoby się powiedzieć… Franuś. No cóż, kolejny rok razem. I chyba jednak więcej dobrych chwil, bo jak sobie coś próbuję przypomnieć, to tylko te dobre rzeczy mi przychodzą do głowy. Poznaliśmy się pewnie jeszcze lepiej. Mamy jeszcze więcej wspólnych wspomnień. Kłóciliśmy się sporo – bo taką już mamy naturę, ale chyba jednak jakbym policzyła, to było więcej dni w zgodzie niż kłótni

No a miało być krótko!