*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą misz-masz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą misz-masz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2018

No i skończyło się rumakowanie...

...powiedziałam do mojej szefowej, dzwoniąc do niej po ostatniej wizycie u lekarza. Jak wspominałam ostatnio, miałam nadzieję, że pociągnę jeszcze chociaż o tydzień dłużej, a najlepiej o dwa, ale niestety się nie udało i od trzech dni siedzę w domu na zwolnieniu. Chociaż, prawdę mówiąc, spodziewałam się, że tak może się skończyć, kiedy na cztery dni przed planowaną wizytą pojawiły się plamienia. I rzeczywiście, okazało się, że to nic groźnego, ale że muszę przez parę dni odpocząć, żeby nie przeszarżować i nie doprowadzić do jakiegoś wcześniejszego porodu albo coś. Do tego doszedł jeszcze taki katar, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie miałam i dostałam przykaz, żeby ograniczyć spacery, nie wysilać się, nie ćwiczyć i absolutnie nie dźwigać. Właściwie już po jednym dniu stosowania się do zaleceń było ok i oczywiście teraz wyrywam się do pracy, bo jak to tak, dobrze się czuję i w domu siedzę?? :) Ale tak naprawdę nie ma sensu, żebym wracała, bo już po sobie posprzątałam, uporządkowałam wszystkie sprawy, przeszkoliłam zastępczynię i mój powrót na tydzień tylko by niepotrzebnie skomplikował sprawę. Od 1-go i tak musiałabym pójść na zwolnienie, bo w dniach mamy kilkudniowy wyjazd służbowy, na który oczywiście chciałam jechać i nawet był plan, że wygłoszę prezentację, ale to było jeszcze gdy myślałam, że będzie on parę dni wcześniej pod Warszawą. Kiedy okazało się, że miejscem docelowym jest Janów Podlaski, stwierdziłam, że nie mam zamiaru aż tak ryzykować i sobie odpuszczę :) 

Mojemu odpoczynkowi sprzyjało to, że Wiking pojechał na ferie do dziadków do Poznania:) Nie musiałam mu przynajmniej tłumaczyć, dlaczego nie mogę go brać na ręce. Waży co prawda niewiele jak na trzylatka, bo 12,5 kg, ale absolutny zakaz dźwigania to absolutny. No i w ogóle jednak nieobecność naszego kochanego synka zdecydowanie mocno mnie odciążyła i sprzyjała wypoczynkowi. Franek miał wolny weekend, więc mieliśmy też okazję przypomnieć sobie, jak to jest bez dziecka :) Nie byłabym sobą, gdybym w tym czasie nic nie zrobiła w domu oczywiście, ale ograniczyłam się do przejrzenia paru kartonów i uporządkowania sterty dokumentów, która czekała na mnie od wieków i tylko rosła. Kiedy sytuacja się ustabilizowała i upewniłam się, że 20-30 minut dziennie lekkich ćwiczeń dla ciężarnych szkody mi nie wyrządzi wróciłam do nich, bo bez tego zwyczajnie nie czułam się najlepiej ani fizycznie, ani psychicznie. 

Początek roku dał nam trochę popalić, sporo się działo. W związku z urodzinami Wikinga pierwszy tydzień zszedł nam na przygotowaniach mini imprezy dla gości. Pokusiłam się nawet na upieczenie pierwszego w życiu tortu i wyszedł całkiem niezły ;) Wikuś świętował również następnego dnia w przedszkolu i z tych emocji aż dostał wysokiej temperatury.
Ja w biurze miałam mnóstwo pracy, głównie ze względu na początek roku, ale również dlatego, że wiedziałam, że mam niewiele czasu na zrobienie tego wszystkiego. Musiałam przygotować wszystkie zestawienia, sprawozdania, uporządkować dokumenty... Było naprawdę intensywnie, ale opłaciło się, bo kiedy faktycznie nadszedł ten dzień, kiedy nagle musiałam ustąpić, miałam już właściwie wszystko posegregowane, rozpisane i nie było żadnych zaległości ani bałaganu. 

Jak wspomniałam, czuję lekki niedosyt, ale z drugiej strony potrafię też dostrzec pozytywne strony tego, że już jestem w domu. Zyskam jeszcze parę chwil tylko dla siebie w czasie, kiedy Wiking będzie w przedszkolu. Może trochę zwolnię, wyciszę się, bo jednak kiedy wracałam z pracy o 18:00 (a w czasie kiedy pracowałam na innym stanowisku nawet pół godziny później), niewiele już mi zostawało tego dnia. Ale jednak i tak odczuwam jakiś rodzaj satysfakcji, że przepracowałam prawie całą ciążę i nawet udało mi się to pogodzić z przeprowadzką i byciem mamą Wikinga.

To miało być takie wprowadzenie do notki, którą ostatnio napisałam w wordzie*, a wyszła ostatecznie cała notka :P Tak więc, żeby już dłużej nie przynudzać, o tym jak druga ciąża się różni od pierwszej i dlaczego nie jest sielanką oraz co właściwie robiłam, kiedy nie miałam czasu pisać, będzie następnym razem :D

*stwierdziłam ostatnio, że technologia postanowiła pokrzyżować mi plany jeśli chodzi o mój zamiar stopniowego powrotu na ten blog, bo nagle coś się stało i na komputerze domowym nie mogłam się zalogować na swój blog i w żaden sposób nie mogłam pozostawić komentarza ani u mnie, ani na jakimkolwiek innym blogu; na telefonie w ogóle nie mogłam się zalogować na bloggera; a blogowanie na służbowym w ogóle odpada, bo mamy pozakładane blokady na tego rodzaju strony :) 
Pisałam więc w wordzie, a jak wreszcie miałam chwilę, żeby się nad tym problemem pochylić, to okazało się, że to nic skomplikowanego, bo wystarczyło zainstalować inną przeglądarkę :D - to tak w razie, gdyby ktoś miał podobny problem ;) 

wtorek, 2 lutego 2016

Luźne myśli.

Normalnie muszę częściej do Was pisać, że Was nie widzę :P Od razu się trochę rozgadałyście ;) Taka luźna refleksja to była, a jaki efekt - od razu się przyznajecie na przykład do kolorowania :) Ale dziękuję za ten odzew, fajnie było z Wami pogadać, jak dawniej ;)
***
Zaczęło się u mnie w pracy dziać. Mniej więcej od drugiej połowy ubiegłego tygodnia ciągle mam co robić i od razu mam inną energię:) Polecenia lub prośby pomocy spływają do mnie z różnych stron i traktuję ogarnięcie wszystkiego jako wyzwanie. To lubię. Nie ma to jak czuć się potrzebnym. Jeszcze trochę, wszyscy się do mnie przyzwyczają i nagle się okaże, że zdziwią się jak mogli beze mnie funkcjonować :D Taki mam plan! :)
A tak bardziej serio - cieszę się, że jest coraz więcej spraw w które jestem angażowana, bo z każdym dniem lepiej poznaję specyfikę nowego miejsca pracy. Ale przyznam, że czasami zdarzają się gorsze dni, kiedy dostrzegam różne mniej przyjemne sytuacje - niedotyczące co prawda mnie bezpośrednio, ale wywołujące mniejszy lub większy niepokój. Choć to chyba normalne w każdym miejscu pracy. Celem moim na teraz jest wykazać się na tyle, żeby zechciano przedłużyć ze mną umowę po okresie próbnym.
***
Zbliża się wielkimi krokami ta konferencja na którą wyjeżdża całe biuro. Coraz więcej się o tym mówi. To jest duże wydarzenie w firmie. I tak jak podejrzewałam, mocno integrujące, jeśli wiecie co mam na myśli... Już słyszę, jakie niektórzy mają plany na wieczór. Szkoda, bo wygląda na to, że wcale nie skorzystam z tej pierwszej od wielu, wielu miesięcy nocy bez Wikinga :) Imprezować nie zamierzam za bardzo, bo odwykłam od tego i wolałabym nie sprawdzać mojej formy w środowisku zawodowym :P Ale też nie chciałabym wyjść na jakąś sztywniarę, która o siódmej kładzie się spać :) Zobaczymy, jak to w ogóle będzie wyglądało, na razie tylko słucham, a wiadomo, jak to z legendami bywa.
***
Wiking coraz więcej rozumie. Mówimy coś do niego, a on wskazuje palcem na wspomnianą rzecz lub do niej podchodzi. Nie do wiary, że to dziecko jeszcze rok temu wpędzało nas w poczucie bezradności, bo nie umieliśmy zgadnąć, o co mu chodzi. Dzisiaj Franek powiedział to, co często twierdzę i ja - że tak bardzo się cieszy, że Wiking jest już taki duży. Wygląda na to, że następne dziecko musi nam się jednak urodzić przynajmniej trzymiesięczne... :P
***
Dziwię się zawsze kiedy słyszę, że mama chowa się przed swoim dzieckiem z jedzeniem, bo na jego oczach nie może zjeść w spokoju... To prawda, dzieci w pewnym momencie zaczynają przechodzić przez fazę fascynacji jedzeniem. U Wikinga trwa to już od jakiegoś czas i wcale nie słabnie a wręcz się nasila. Ale nie widzę problemu, żeby jeść razem z nim. W niedzielę na przykład naszykowałam sobie grzanki z pomidorem i bazylią, do tego poskubałam trochę halibuta i pokroiłam mozzarellę. Wikingowi naszykowałam osobną porcję, w nieco innych proporcjach niż moje jeśli chodzi o skład tego drugiego śniadania. Posadziłam go na malutkim krzesełku przy małym plastikowym stoliku, sama uklęknęłam obok i tak oto zjedliśmy oboje w spokoju. A więc można :) I jeszcze można mieć z tego frajdę! (oczywiście mowa o dzieciach nie mających żadnych alergii pokarmowych)
***
Ubolewam bardzo nad tym, że ostatnio brakuje mi czasu na prasowanie. Muszę wybierać - a wieczorami wolę usiąść przy komputerze, poczytać albo zająć się jeszcze czymś innym niż stać przy desce. Nie odpuszczę prasowania nawet wikingowych ciuszków, bo nie wyobrażam sobie, że skoro ja chodzę w ubraniach wyprasowanych, to jego ubierałabym w wygniecione. Ale na dotychczas tylko jeden taki tydzień mi się zdarzył, kiedy kupka leży nieruszona - za chwilę będę mogła nadrobić, bo przyjeżdża do nas na parę dni wujek, to będzie mógł przypilnować Wikinga, kiedy ja będę prasowała (chodzi o to, żeby nie ściągnął sobie na przykład gorącego żelazka na głowę). I tak jestem usatysfakcjonowana z powodu tego, że w ciągu tych trzech tygodni mojej pracy, sporadycznie tylko zdarzyło się, że wyszłam rano z domu zostawiwszy jakieś naczynia w zlewie do umycia i tylko ze dwa razy jedliśmy na obiad byle co. Zwykle mamy jednak dwa dania, jak zawsze. Radzimy więc sobie całkiem nieźle. To mi daje tak lubiane przeze mnie poczucie kontroli nad własnym życiem. Niech i sobie nawet będzie złudne, ważne, że jest.
***
Idę się położyć. Czas już najwyższy, a czuję się naprawdę senna. Dobranoc :)

piątek, 22 stycznia 2016

Trochę tego i owego.

Dokładnie rok i jeden dzień po tym (albo przed tym, bo na sam koniec powstało jakieś zamieszanie z datą porodu i w szpitalu jakoś tak obliczyli, że wyszło 23 stycznia), jak Wiking miał się urodzić, nasz Dzieciak waży 8,4 kg i mierzy 72 cm. A wiemy o tym stąd, że dziś Wiking poszedł z tatą się szczepić. Pamiętam, jak umawiałam nas na tą wizytę... To było w listopadzie albo nawet jeszcze październiku (do naszego pediatry takie są terminy). Obliczyłam sobie wcześniej, kiedy Franek będzie miał wolny weekend - tak na wszelki wypadek, bo kiedy ostatnio (w sierpniu chyba to było) Wiking był szczepiony to później był bardzo marudny po południu - żebym nie była sama. Postarałam się o wizytę możliwie jak najpóźniejszą, żeby Franek zdążył już wrócić z pracy i pójść do lekarza z nami. Słowem, przygotowałam się od każdej strony i tylko nie przewidziałam, że to ja będę rodzicem, którego przy tym szczepieniu nie będzie :P Jakoś mi wtedy przez myśl nie przeszło, że faktycznie będę już pracować, bo mi się tak szybko uda coś znaleźć. Życie lubi zaskakiwać :)

Ale póki co Wikuś dzisiaj był w bardzo dobrym nastroju i nic nie wskazywało na to, żeby to szczepienie w ogóle go obeszło. Zapłakał tylko przy ukłuciu, potem śmiał się już z wygłupów taty. Mnie przywitał szerokim uśmiechem, a teraz już od dwóch godzin smacznie śpi. Oby tak dalej, mam nadzieję, że jutro też nic się nie będzie działo, bo się nasłuchałam trochę o tej szczepionce i bałam się, jak Wiking ją zniesie. A na jutro mamy ambitne plany, bo jedziemy po długiej przerwie na zajęcia dla małych dzieci (już nie mogę pisać, że dla niemowląt, bo przecież Wiking to już nie niemowlę :P). W innym miejscu, w innej kawiarni, ale z tą samą panią. Zobaczymy, co Wikuś na to.

Nie wiem, co było tego przyczyną, ale faktem jest, że dzisiaj od rana byłam w wyśmienitym humorze - ale nie z gatunku tych, kiedy człowiek sobie myśli "ale mam dzisiaj fajny dzień, tak mi wesoło i radośnie...", tylko raczej nareszcie poczułam, że wszystko jest na swoim miejscu. Ostatnio to wiedziałam, ale tego nie czułam. Mam nadzieję, że to dobry objaw i powoli wszystko zaczyna się już w mojej głowie i nie tylko układać. Oczywiście nadal tęsknię bardzo za niektórymi momentami, ale taka już jest domena czasu, że mija i trzeba się z tym pogodzić.

Czas pędzi jak szalony, kiedy pracuje się osiem godzin dziennie. I nawet mimo tego, że obłożona robotą nie jestem, to czas w biurze też płynie mi bardzo szybko. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Tak naprawdę nadal jeszcze niewiele o samej pracy mogę powiedzieć. Na pewno nie czuję się już tak, jak ostatnio pisałam, czyli nie jest mi tak nieswojo i obco. Przeszło mi mniej więcej tydzień temu. Wydaje mi się, że to całkiem niezły rezultat. W większości sytuacji całkiem swobodnie przemieszczam się po całej firmie, a nawet kursuję w te i we wte, bo tego wymagają niektóre z moich obowiązków. Nie mam też problemów z nawiązywaniem kontaktów z innymi. Do jednego z handlowców powiedziałam dzisiaj nawet "a sio", jak mi coś w ustawieniach komputera chciał zmieniać, więc możecie sobie wyobrazić, że się nie spinam za bardzo ;) To tak pokrótce, postaram się napisać więcej na ten temat, ale muszę się trochę zastanowić, co właściwie o tym wszystkim myślę, bo chyba nie jestem pewna :P Tak czy inaczej, nie jest źle. 
A najważniejsze, że mam pracę. Coś, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało mi się totalną abstrakcją stało się faktem i na pewno jest się z czego cieszyć. A ogromnym plusem tego, że się pracuje jest na przykład to, że co tydzień (zazwyczaj) ma się weekend :P Żegnam Was więc piątkowo i życzę udanego weekendu :)

niedziela, 17 stycznia 2016

Życiowy misz-masz.

Właśnie dobiega końca pierwszy weekend matki polki pracującej :) Szkoda, ale cóż, następny za pięć dni... Spędziłam z Wikingiem duuużo czasu, szczególnie dzisiaj, bo wczoraj odwiedzili nas mój wujek z dziadziem, a ja skorzystałam z okazji i wyskoczyłam kupić sobie buty. Ale dziś byliśmy razem bez przerwy i było naprawdę fajnie :) Jak za starych dobrych czasów mogłabym powiedzieć :P Bawiliśmy się i rysowaliśmy. To znaczy ja kolorowałam swój kalendarz, a Wikuś bardzo chciał mi pomagać, tylko nie umiałam mu wytłumaczyć, żeby nie wyjeżdżał za linię :P Nie no oczywiście o kolorowaniu z jego strony to jeszcze nie ma mowy, na razie to dopiero trzyma kredki i próbuje mnie naśladować, ale chyba jeszcze nie do końca zajarzył o co chodzi, bo tylko czasami jego kredka jakiś ślad na papierze zostawia. Zaliczyliśmy też dwa spacery, a wieczorem poszliśmy do kościoła. Franek pracował, więc wcześniej nie było jak. To spowodowało, że Wiking się pod wieczór trochę "nabodźcował" i trudno mu było zasnąć. Wiercił się w łóżeczku i choć był zmęczony, to miał ochotę się bawić. Ale zgasiłam światło, wzięłam go do łóżka i położyłam obok. Głaskałam go bardzo delikatnie po pleckach i główce (on to bardzo lubi), i szeptałam jakim jest kochanym chłopczykiem i zasnął w ciągu paru minut :)
Zyskałam więc trochę czasu dla siebie, choć niewiele, bo musiałam jeszcze było parę innych drobnych spraw do załatwienia. Teraz czekam, aż wyschnie mi lakier na paznokciach, więc korzystając z okazji usiadłam do notki. 
Tak to ostatnio u mnie wygląda, że mam mało czasu na trylion różnych czynności :) Bo tu trzeba guzik przyszyć, tu buty wypastować, przetrzeć umywalkę, przygotować Wikingowi ubranko, ugotować mu obiadek i tak dalej. Muszę sobie wiele rzeczy bardzo dokładnie planować - no bo na przykład takie pranie... Prasować teraz właściwie mogę tylko w weekendy i to tylko wtedy, kiedy Franek może odwracać uwagę Wikinga od żelazka, więc muszę tak to organizować, żeby z kolei sterta ubrań do prasowania nie leżała przez pół tygodnia na fotelu na przykład. Albo gotowanie zup... Kiedyś robiłam to rano, ale teraz nie mogę ryzykować, że Wiking będzie spał dłużej niż ja i że nie będzie rano marudził. Muszę więc kombinować inaczej. Nawet umycie głowy staje się wyzwaniem logistycznym (bo Wikuś uwielbia włazić do brodzika - nieważne, że jest w ubraniu i nieważne, że woda leje się strumieniami :)) Ale grunt, że daję radę póki co. Notki co prawda nie pojawiają się już codziennie, jak zapewne zauważyłyście, ale wieczorami często mam ochotę też na inną rozrywkę, wiecie, że zajęć to mi nigdy nie brakuje :)

Jutro zaczynam kolejny tydzień pracy. Teraz już pewnie będzie dużo bardziej intensywnie. Na jutro mam już zaplanowane dwa spotkania, poza tym będę miała cały stos umów do przeczytania. Zaczyna się rozkręcać. Za miesiąc jadę wraz z całym biurem na trzydniową konferencję. To będą moje pierwsze noce bez Wikinga! Jakoś to będę musiała przeżyć. Myślałam, że Franek będzie niezadowolony, bo on nigdy nie lubił moich delegacji, ale przyjął to ze spokojem, a na moją sugestię, że poprosimy moją mamę, żeby wzięła urlop i przyjechała powiedział - "a co, ja sobie nie poradzę?". :) Ale uświadomiłam go, że jednak może być ciężko, kiedy będzie szedł do pracy na 3:00 albo 4:00, a niania przyjdzie dopiero po siódmej... No, ale to dopiero za miesiąc. Dzisiaj muszę się skupić na teraźniejszości. 
Ciekawa jestem, jaki będzie ten tydzień, mam nadzieję, że to nie jest tak, że skończyła się taryfa ulgowa i wrzucą mnie na głęboką wodę :) Ostatnio już było lepiej. W czwartek i piątek zupełnie swobodnie rozmawiałam już z kilkoma osobami i bez większego skrępowania wchodziłam do kuchni pełnej ludzi. A nawet zjadłam "lancz" (znaczy się kefir wypiłam:P) w towarzystwie ;) Poza tym zdarzyło się parę razy, że jakiś manager pierwszy się ze mną witał, w dodatku używając mojego imienia, więc od razu było mi raźniej, bo to nie było takie bezosobowe.
No to kończę, bo pora spać. Dobranoc! :)

piątek, 18 grudnia 2015

Szalony grudzień.

Naprawdę szalony! Czas przyspieszył jeszcze bardziej, ostatnie dwa dni jesteśmy ciągle w biegu! Czekamy na święta, mam nadzieję, że wtedy trochę zwolnimy.
Wirus przysłużył nam się o tyle, że Franek dostał aż trzy dni zwolnienia - nie poszedł do pracy w poniedziałek, bo w niedzielę do późna czuł się źle, a w jego zawodzie jednak trudno funkcjonować z problemami żołądkowymi, no bo jak? Potrzebował więc na ten jeden dzień zwolnienia i poszedł do lekarza, który dał mu zwolnienie aż na trzy dni. Dzięki temu mogliśmy więc jeszcze parę spraw pozałatwiać.

W środę zaklepaliśmy sobie nianię Kingę i spotkaliśmy się z nią w celu omówienia najdrobniejszych szczegółów. Po spotkaniu pojechaliśmy do nowej przychodni przyszpitalnej, bo chcieliśmy umówić Wikinga na wizytę do specjalisty. Straciliśmy tam kupę czasu, bo staliśmy w kolejce, która bardzo powoli się posuwała do przodu aż w końcu, kiedy przed nami zostały już tylko dwie osoby, system padł i niczego nie załatwiliśmy! Niestety zmarnowaliśmy prawie dwie godziny :( Byłam niepocieszona, ale Franek to był naprawdę wściekły, że nie udało nam się załatwić tej - jakby nie było - istotnej sprawy. 
Następnie popędziliśmy do mojej nowej pracy, bo miałam tam się zgłosić do kadr. Stałam tam przebierając nogami, bo potem spieszyliśmy się na zajęcia dla niemowląt - bardzo zależało mi, żeby pojechać, bo przecież to ostatni raz i chciałam się pożegnać. Z tego wszystkiego więc, kiedy dostałam skierowanie na badania wstępne i kwestionariusze do wypełnienia, nie upomniałam się o list intencyjny, który babka od HR przekazała kadrom. Zupełnie zapomniałam, no i ta kobieta w kadrach też - zadzwoniła do mnie dopiero po dwóch godzinach, czy będę mogła podjechać jeszcze raz... Na zajęcia na szczęście zdążyliśmy :) A potem już do domu, w którym też było sporo do zrobienia, więc ani się obejrzeliśmy i trzeba było kłaść się spać.

Wczoraj z kolei pojechaliśmy (Wiking i ja) z Agnieszką i Adasiem do Muzeum Narodowego, bo tam jest w czwartki akcja "Mamy w muzeum" i już dawno byłyśmy na to wyjście umówione. Wróciliśmy około 14, z pociągu odebrała nas Kinga i przyszła z nami do domu. Zajęła się Wikingiem w ramach oswajania go ze swoją osobą. Ja się zajęłam sobą, bo na 18 byłam umówiona na spotkanie ze znajomymi z poprzedniej pracy. Ale musiałam wyjść wcześniej, żeby właśnie jeszcze podjechać po ten list intencyjny do nowej pracy :) I wszystko w biegu! Na szczęście wieczorem usiadłam sobie w knajpce ze znajomymi i udało mi się odsapnąć. 

Dzisiaj już jest trochę wolniej. Od rana jest u nas niania i zajmuje się Wikusiem. Teraz wyszła z nim na spacer, a ja załatwiam domowe sprawy i siedzę przy komputerze, jak widać :) Kiedy wrócą, pojadę do galerii handlowej, bo od dawna mam dla wszystkich prezenty, tylko nie dla Franka (a przynajmniej nie w całości), bo nie było kiedy tego załatwić. 
Jutro jesteśmy umówieni z (już nie) hiszpańską Karoliną, będzie nam robić hiszpańską tortillę na obiad :) W niedzielę akcja - pakowanie, a w poniedziałek z samego rana jedziemy do Miasteczka.

Dzieje się dużo, zaczynam nie wyrabiać, a to przecież dopiero początek! W styczniu, to dopiero się zacznie. Niestety muszę się liczyć z tym, że znowu będę musiała wszystko sobie przeorganizować i że pewnie znowu mój blog zwolni z produkcją notek :P (Dla wielu z Was to w sumie dobra wiadomość - nie będziecie się już skarżyć, że nie nadążacie z czytaniem :D) Dlatego też mam ambitny plan, żeby w grudniu napisać o wszystkim, co w ostatnim czasie mnie nurtowało. A sporo tych tematów jest, spisuję je sobie na karteczce - ale może chociaż najważniejszą część tych zaplanowanych i naszkicowanych notek uda się opublikować :) Dotychczas szło mi to całkiem dobrze, mam nadzieję, że zakończę ten rok blogowo zaspokojona ;)

środa, 18 listopada 2015

O wszystkim trochę.

Wróciliśmy już na dobre, teraz się już nigdzie nie wybieramy przez najbliższy miesiąc :) Wczoraj już mi się nie chciało pisać, położyliśmy się z Frankiem wcześniej spać, bo noc z poniedziałku na wtorek była bardzo ciężka dla całej naszej trójki. Jeszcze nigdy od urodzenia Wikinga nie mieliśmy tak nieprzespanej nocy, Wikuś budził się dosłownie co chwilę. Nawet co 10 minut. Dopiero nad ranem zasnął na trochę dłużej. Coś mu dolegało, choć nie jesteśmy pewni co. 
Ale dzięki temu spał całą drogę z Poznania do Warszawy. Ja sobie też troszkę odespałam, zdrzemnęłam się raptem na 20 minut, ale zregenerowałam dzięki temu siły. Franek nie mógł, bo prowadził, ale trzymał się dzielnie. Po powrocie przeszliśmy się do lekarza, bo Wiking od poniedziałku nie miał już stanu podgorączkowego, za to pojawił się brzydki kaszel. A lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej jakaś choroba próbowała złapać Wikinga, ale jego układ odpornościowy był na tyle silny, żeby się obronić (podwyższona temperatura przez parę dni) i teraz została już tylko jakaś końcówka, nie ma więc powodów do obaw ani nawet do tego, żeby leczyć to farmakologicznie.
Wczoraj nareszcie się wyspaliśmy. Wikingowi pewnie było lepiej we własnym łóżeczku i na starych śmieciach. No i już go nic nie męczyło. Oby tylko tak dalej :)

Czas w Poznaniu oczywiście też minął nam bardzo szybko, ale udało nam się zaliczyć wszystkie zaplanowane wizyty, a przynajmniej te z pakietu podstawowego ;) Wczoraj, kiedy siedziałam w samochodzie uświadomiłam sobie, że przez ten ostatni tydzień prawie wcale nie zajmowałam się Wikingiem! Oczywiście nie mam na myśli takich podstawowych czynności jak ubieranie, przewijanie, czy karmienie (choć już naprawdę coraz mniej karmię piersią, może jednak uda się w miarę naturalnie z tego zrezygnować), ale przez pozostały czas to teściowie albo Franek bawili się z Wikusiem, czytali mu, nosili go, czy nawet usypiali. Ja w tym czasie siedziałam przy komputerze, szydełkowałam, a najczęściej wychodziłam z domu po prostu. Teściowie kiedyś chyba trochę bali się Wikinga :) Teraz już się do niego przekonali i nie mają oporów przed zajmowaniem się nim, odkąd stał się bardziej kontaktowy i można się z nim bawić. Mieliśmy więc z Frankiem sporo czasu dla siebie. Ale kiedy jesteśmy tylko we trójkę i tak jestem bardzo odciążona, bo naprawdę jest tak, że kiedy Franek ma wolne to i ja mam wolne :)  Nie wiem, jak ja się przyzwyczaję później do "starych porządków", bo przecież nie było ich już od ponad miesiąca. Ale na pewno damy radę.

A tymczasem przed nami jeszcze tydzień wolnego. Mamy sporo spraw do pozałatwiania i wzięliśmy się do roboty - przede wszystkim jeśli chodzi o planowanie. Bo wiadomo, że grunt to dobry plan :) Doskonale funkcjonujemy, jeśli sobie wcześniej wszystko przemyślimy i opracujemy. I tak, spisaliśmy sobie wszystko, co mamy do załatwienia. Rozpisaliśmy to mniej więcej na dni. Rozplanowaliśmy też sprawy jedzeniowe, czyli głównie obiady nasze i Wikinga i zrobiliśmy zakupy. Już dawno zauważyliśmy, że kiedy sobie nie przemyślimy tej sprawy to jemy zdecydowanie mniej zdrowo i w ogóle jakoś tak byle jak, bo albo nie mamy czegoś w lodówce, albo nie mamy czasu żeby coś przygotować, bo za późno o tym pomyśleliśmy. Dlatego staramy się mieć wstępny jadłospis na tydzień. Oczywiście nie jesteśmy niewolnikami naszych planów i przewidujemy jakieś odstępstwa a także pozostawiamy jakiś margines błędu. No i jakaś rozrywka i czas wolny też są oczywiście przewidziane - właśnie o to chodziło, żeby sobie ustalić to, co mamy do zrobienia na dany dzień, bo dzięki temu wiemy, kiedy można sobie pozwolić na jakiś odpoczynek.

Pojechaliśmy dzisiaj na zajęcia z Wikingiem, po pięciu tygodniach przerwy. Był zachwycony i znowu brylował ;) Prowadząca określiła go mianem gwiazdy dzisiejszego spotkania, bo po prostu było go najwięcej widać. Inne dzieciaki też były super - znowu była wyjątkowo fajna grupa - z tym, że Wikuś był po prostu najbardziej ekspresywny w swoich zachwytach i na wszystkim robiło to wrażenie. Uczestniczył w zabawach, powtarzał gesty, śmiał się na głos i był asystentem prowadzącej, która demonstrowała na nim różne ćwiczenia i zabawy. Naprawdę pojęcia nie mam, co sprawia, że on się w taki sposób zachowuje - czy chodzi o znajome otoczenie, czy tak bardzo lubi muzykę, czy może po prostu taką ma osobowość. W domu też się taki często jest, dużo się śmieje, radośnie zwiedza całe mieszkanie i nas zaczepia, jednak im więcej bodźców, tym lepiej. Chwalę się tym naszym Wikingiem, wiem, ale widocznie każda matka musi czasami wejść w taką rolę :) W każdym razie tak bardzo mnie to cieszy, że aż muszę się tą radością podzielić :)

poniedziałek, 9 listopada 2015

Przerwa w podróży.



I faktycznie w Podwarszawie czekała na mnie inna rzeczywistość, tak jak się spodziewałam. Choć dość szybko w nią wsiąknęłam, przyznaję. Sporo rzeczy miałam i mam do zrobienia, a zaczęłam od małego przemeblowania :) Stwierdziłam, że jedna z rzeczy, która tutaj jest bardzo uciążliwa, a której nie było w Miasteczku (a przynajmniej nie do tego stopnia) to to, że ciągle Wikinga muszę przeganiać z dwóch miejsc. Wcześniej oczywiście też tak było, ale dopiero po tym w miarę spokojnym okresie w Miasteczku uderzyło mnie to ze wzmożoną siłą. Jedno miejsce to stolik, na którym stoi laptop. I nieistotne, czy ja przy tym laptopie akurat siedzę (ostatnio przy Wikingu bardzo rzadko), czy nie. Stolik parę razy był widoczny na zdjęciach, które tu zamieszczałam, więc może pamiętacie, że jest on akurat tylko trochę powyżej wysokości oczu Wikinga, a więc chętnie się na niego wiesza, żeby zobaczyć co na nim stoi lub wyciąga rączki, żeby wszystko z niego pościągać. Poza tym na dole ma półeczkę, na którą Wikuś ciągle właził. Drugie miejsce to parapet z kwiatami, który też kiedyś był widoczny na jednym ze zdjęć .
Postanowiliśmy zamienić miejscami stolik i duży stół. Tym sposobem komputer stoi teraz na wysokim stole, który nie jest już tak atrakcyjny dla Wikinga i mogę sobie nawet oglądać lub podczytywać czasami coś na laptopie, bo z reguły nie zwraca to wikingowej uwagi. Mały stolik stoi teraz przy ścianie i fotelu, więc Wiking ma do niego utrudniony dostęp, a na półeczce położyłam pudło z jego zabawkami.
Niestety gorzej jest z parapetem. Na to nie mam sposobu. Oczywiście mogłabym pozabierać kwiaty, ale po pierwsze nie mam tyle miejsca na innych oknach, po drugie wolałabym, żeby się Wiking nauczył, że jak „nie wolno” to nie wolno. A po trzecie – i najważniejsze, to i tak nie rozwiązuje problemu, bo Wikinga kwiaty interesują bardziej przy okazji, a główną atrakcją jest widok z okna. W zasadzie to mu się nie dziwię (choć z trzeciego piętra i tak słabo widać, zwłaszcza, że akurat w sąsiedztwie nie ma nic ciekawego i nic się nie dzieje), ale problemem jest to, że Wikuś nie może sobie ot tak do okna podejść, tylko wchodzi na ten niski parapet, który dla niego i tak jest za wysoki i potem on zapomina, że żeby zejść, nie może sobie ot tak kroczku do tyłu postawić. I zdarza się, że traci równowagę i uderza się o podłogę. Nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić, więc póki co pozostaje mi ciągle próbować odwracać jego uwagę od okna. W Miasteczku oczywiście też były miejsca niedozwolone, ale akurat znajdowały się w łazience (muszla klozetowa) i w kuchni (szuflady i szafki), a większość czasu spędzaliśmy w pokoju. Tam nie było owoców zakazanych, więc Wikuś głównie grzecznie bawił się swoimi zabawkami, ewentualnie otwierał sobie szafki, ale ich zawartość mógł sobie wywalać do woli. Cóż, jakoś trzeba będzie to przeczekać, choć przyznaję, że frustruje ciągła konieczność odciągania dziecka od okna.
W Podwarszawie oczywiście ciągle mam coś do roboty i to jest duża różnica pomiędzy moją codziennością tu, a tą miasteczkową :) Jasne, że tam też prałam, prasowałam i zmywałam naczynia, ale było to w o wiele mniejszym zakresie. W domu to zawsze znajdę sobie coś do zrobienia. I nie powiem nawet, że się czuję uciśniona tym faktem, bo ja nawet lubię te mniejsze i większe porządki, ale w Miasteczku mogłam sobie spokojnie siedzieć i zajmować się Wikingiem a często przy okazji swoimi przyjemnościami. Tutaj za dużo myślę o tym, co bym jeszcze zrobiła, gdyby Wikuś na chwilę zapomniał o moim istnieniu :) Jednak nie ma to jak wakacje! Bez dwóch zdań!
A tak poza tym, to miałam wrażenie, że może nie tyle opuściła mnie wena, co straciłam tego „pałera” do pisania :) Pewnie się teraz w głowę pukacie, bo przecież dopiero co przedwczoraj notkę pisałam (no ale wcześniej były prawie codziennie :)), ale chodzi bardziej o moją głowę :) Ale jak przyjechałam do Miasteczka też tak było przez pierwsze dni, więc pewnie się muszę zaaklimatyzować a potem znowu wrócę do tych wszystkich pomysłów, które jeszcze we mnie siedzą :)
 
Choć na tą aklimatyzację to za wiele czasu nie mam, bo za chwilę - najpóźniej pojutrze, wyjeżdżamy do Poznania :) Więc chyba sobie odpuszczę, bo po co mam się dwa razy aklimatyzować :P
Cieszę się, że jesteśmy znowu we trójkę, razem z Frankiem, ale przyznaję, że tęsknię już za Miasteczkiem i za naszą codziennością tam. Żal mi bardzo niektórych momentów. Wiem, że taka kolej rzeczy, ale smutek trochę jest, choć staram się mu nie poddawać.

wtorek, 3 listopada 2015

Listopadowe plany.

Trzeci tydzień już siedzimy w Miasteczku i jest nam tu bardzo wygodnie :) Pisałam wcześniej, że na pewno zostaniemy przynajmniej na dwa, nie wiedziałam, kiedy wrócimy, bo wiele zależało od grafiku Franka na listopad, którego wcześniej nie znaliśmy. Nie wiedzieliśmy więc, czy będzie mógł po nas przyjechać w ten weekend.
Okazało się, że nie może - ani w następny też nie. Teraz miał wolną tylko niedzielę, w następny weekend pracuje. No ale nie będziemy już jednak przesadzać i w najbliższą sobotę wujek nas zawiezie do Podwarszawia. Teoretycznie moglibyśmy tu jeszcze zostać, ale z różnych względów postanowiłam jednak wrócić. I tak będzie mi wystarczająco trudno po tych trzech tygodniach :) Ale tak poza tym, to potem Franek ma urlop i mamy tym razem inne plany niż przyjazd do Miasteczka.
Wobec tego nie będzie tak źle ;) W niedzielę jeszcze zostanie ze mną przez pół dnia wujek, potem wróci Franek. Następnie będę musiała sobie jakoś ogarnąć dwa dni, a od środy 11 listopada, Franek rozpocznie dwutygodniowy urlop. 
Pojedziemy do Poznania. Pewnie tam spędzimy bardzo intenstywne towarzysko dni :) Już teraz lekko licząc będziemy chcieli spotkać się przynajmniej z sześcioma osobami/parami :) A będzie na to niecały tydzień, bo na pewno na kolejną środę będę chciała już być z powrotem, żeby Wikuś mógł wreszcie pójść na zajęcia :) Zresztą raczej nie ma co dłużej w Poznaniu siedzieć, bo tam po prostu jest niewygodnie na takim małym metrażu z Wikingiem. Inna sprawa, że przy okazji ostatnich wizyt Franek szybko tracił cierpliwość do swojej mamy :P Ale może teraz będzie inaczej. 
W każdym razie i tak chcemy wrócić, bo podczas drugiej części frankowego urlopu będziemy próbowali wdrażać pewne plany w życie i musimy być w związku z tym w Podwarszawie. Może jeszcze potem gdzieś sobie wyskoczymy na dwa lub trzy dni, a jeśli nie, to będziemy sobie robić wycieczki, ale to wszystko wyjdzie w praniu. Zobaczymy - najważniejsze, żeby udało nam się ruszyć z miejsca jeśli chodzi o pewne przedsięwzięcia.
Urlop Franek ma mieć do 25go, potem chyba idzie tylko jeden albo dwa dni do pracy i znowu ma dwa wolne dni :P A później już się zacznie grudzień i grafiku jeszcze nie mamy, ale już w okolicach dwudziestego znowu będziemy razem, bo Franek wykorzysta swój urlop ojcowski. Pojedziemy na święta do Miasteczka a potem do Poznania. 
Po Nowym Roku wrócimy do Podwarszawia i.. Cóż, będzie nas czekała nowa rzeczywistość, choć na razie nie mamy pojęcia jaka ona będzie. Na ten moment pewne jest tylko to, że od ósmego stycznia Państwo przestanie mi płacić za "nicnierobienie" jakim jest pełnoetatowa opieka nad absorbującym maluchem i będę się bardzo niekomfortowo czuła jako osoba prawdziwie bezrobotna. Mam nadzieję, że jednak rok 2016 będzie miał dla nas jakąś miłą niespodziankę i nie potrwa to długo...

Niemniej jednak, ostatnie dwa miesiące tego roku zapowiadają się całkiem obiecująco, więc staram się jeszcze nie martwić na zapas, choć oczywiście coraz bardziej się on kurczy :) Ale ciii, są momenty w życiu, kiedy trzeba po prostu poczekać, nie myśleć i zbierać siły na później. Teraz jest ten czas.
Pomyślałam sobie też ostatnio, że kto wie, czy ostatnie półtora miesiąca przed moim przyjazdem do Miasteczka nie były również ostatnimi typowymi na moim urlopie macierzyńskim. Czas pokaże, ale jeśli tak, to przyznaję, że się nie zdążyłam nimi nacieszyć, bo o tym nie pomyślałam :) Teraz też niby jestem z Wikingiem sama przez większość czasu, ale w Miasteczku, więc jest trochę inaczej. Potem będziemy przez długi czas z Frankiem i może jeszcze tylko w grudniu będzie tak, jak wcześniej, chociaż oczywiście na pewno już tak jak wcześniej nie będzie, bo Wiking lubi sobie zmieniać swoje rytuały, a każdy dłuższy wyjazd powoduje małe przemeblowania i w konsekwencji zmiany w rutynie dnia codziennego.
Nie narzekam jednak. Na razie cieszę się ostatnimi dniami, jakie przyszło nam tu spędzić. Bardzo możliwe, że już więcej taki czas nie nadejdzie, kiedy sobie będę mogła trzy tygodnie bezkarnie posiedzieć w Miasteczku :)

wtorek, 13 października 2015

Gubię się w swoich emocjach :)

Ku rozczarowaniu tych, którzy już zacierali ręce z uciechy i ku pocieszeniu tych, które się o mnie martwiłyście napiszę - rozwodu nie będzie :P
Przynajmniej na razie :D Bo kto wie, co napiszę znowu za parę dni, może znowu się wkurzę i będę musiała wylać trochę żali? Nie wiem, czy to przez to, że ostatnimi czasy serwuję sobie regularne powroty do przeszłości w postaci notek sprzed lat, w każdym razie zauważyłam ostatnio u siebie silną potrzebę pisania również emocjonalnych notek :) Był czas, że sobie to odpuszczałam i czekałam, aż mi przejdzie. Wracałam dopiero z analizą. Teraz muszę się przede wszystkim wygadać. Może za jakiś czas znowu mi ta faza minie ;)

Tak, czy inaczej, nic wielkiego się nie stało, dzień jak co dzień. Franek wracał z pracy (znowu późno, ten tydzień naprawdę jest kiepski, jeśli o to chodzi :( Franek zawsze wstawał do pracy w nocy lub nad ranem, kiedy ja jeszcze spałam, ale wracał wtedy w okolicach godzin 12-14, a teraz jest to 16-17), a ja akurat spacerowałam z Wikingiem. Zauważył nas, zatrzymał samochód i z daleka widziałam, że śmieje się do nas. Ja miałam dzisiaj całkiem przyjemny dzień, byliśmy z Wikingiem u tej koleżanki z Podwarszawia, którą poznałam kiedyś w poczekalni u lekarza. To był zupełnie spontaniczny wypad, ale bardzo miły. Miałam ochotę więc się podzielić opowieścią o tym i nie chciało mi się udawać, że jestem niedostępna i obrażona. No właśnie, problem ze mną jest taki, że ja nie umiem się długo gniewać. Może i byłam wściekła przedwczoraj, ale już wczoraj w zasadzie mi przeszło (choć jeszcze miałam żal), a dzisiaj już praktycznie nie pamiętałam o co mi chodziło. I jak tu karać faceta?
Oczywiście teraz już wszystko wygląda zupełnie inaczej i myślę sobie, że nie wiem, o co mi za bardzo chodziło, bo przecież wcale nie było tak źle... Ale z drugiej strony jestem też świadoma, że uczucie rozżalenia jeszcze mi wróci przy jakiejś kolejnej okazji, kiedy się z Frankiem rozminiemy w swoich potrzebach...

Pogadaliśmy dzisiaj trochę. Później się trochę czymś martwiłam, a Franek powiedział dokładnie to, co sobie myślałam - a więc trafił w punkt, bo pocieszanie mnie polega zwykle na tym, żeby mi powiedzieć to, czego świadomie lub podświadomie oczekuję ;) Lubię, jak jest taki. Franek potrafi być taki mądry życiowo... Nie musi mówić dużo, ale jak już coś powie, to trafi w punkt. Lubię też, kiedy widzi, że coś mnie gryzie, pyta o co chodzi lub nawet nie pyta, bo wie i po prostu udziela wsparcia. Szkoda, że tak nie może być codziennie :) Teraz znowu tkwię w poczuciu, że wszystko jest dobrze i o co właściwie mi chodziło, przecież sielanka jest cały czas, tylko momentami jej nie zauważam... Ale bardzo możliwe, że za chwilę mi to poczucie już przejdzie.

Ech, dziwny jest ten październik. Wykańcza mnie psychicznie. Wiking chyba też się ostatnio czuje nie najlepiej. Mam wrażenie, że coraz więcej rozumie i chyba trochę go przeraża ta coraz większa świadomość własnego istnienia. Jest kochany, ale jednocześnie chwilami bardzo niespokojny i jakby zalękniony. Nie wiem, czy przypadkiem nie przechodzimy przez coś w rodzaju lęku separacyjnego z opóźnionym zapłonem... Ale o tym będzie innym razem.
No więc dziwny jest ten październik. I w dodatku naprawdę bredzę ;)

środa, 23 września 2015

Znowu bez konkretów.

Czy muszę znowu powtarzać, że jak jest u nas Dorota, to zawsze wszystko wygląda inaczej? :) Pewnie nie muszę, bo piszę o tym konsekwentnie od ponad dwóch lat, czyli odkąd się tu przeprowadziliśmy i Dorota nas odwiedza. A więc ostatnie dni oczywiście były inne w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Rutyna ta sama, ale w towarzystwie od razu wszystko było po prostu weselsze :)
Teraz muszę jeszcze jutrzejszy dzień będzie zwykłą codziennością, ale w piątek Franek ma wolne i będę miała wychodne, muszę więc sobie coś wymyślić na ten dzień :) Nie chce mi się już po sklepach łazić, bo ostatnio załatwiłam wszystko, co musiałam. Szkoda, że idzie jesień i że robi się chłodniej (choć podobno ma jeszcze być bardzo ciepło), bo już sobie tak nie posiedzę w parku na ławeczce z książką... Ale coś na pewno sobie wykombinuję!
W sobotę przyjadą do nas mój wujek z dziadziem. Cieszę się, bo w weekend niestety Franek bardzo długo pracuje - aż do 16, więc cały dzień praktycznie siedziałabym sama z Wikingiem, a tak będziemy mieli towarzystwo. Z kolei w następny znowu weekend przyjeżdżają teściowie. Rozpoczął się nam więc ostatnio maraton odwiedzinowy :) Co zresztą znajduje odzwierciedlenie na moim blogu, bo mi się robią zaległości :P Nie ma notek codziennie, a pomysły na nie są, więc teraz muszę nadrabiać. 
Dzisiaj mi się to raczej nie uda, bo niedługo jedziemy z Wikusiem do Warszawy na nasze zajęcia. A napisać muszę o tych zajęciach właśnie, a głównie o zmianie Wikinga i towarzystwie, które tam mamy. O dwóch rocznicach. O trwających dniach idealnych (oby się nie skończyły, zanim zdążę napisać :P) i jeszcze o wielu innych rzeczach. To jest okropne, z jednej strony "czyszczę" archiwum publikując i aktualizując zaległe notki, z drugiej ciągle nowe pomysły mam w głowie. Powiem Wam, że dawno już nie miałam tak płodnego blogowego okresu :) Wróciłam chyba mentalnie do pierwszych trzech lat blogowania. Korzystam, bo pewnie kiedyś to się skończy.
Dziś Wiking bardzo ładnie spał w nocy, zasnął przed 20 zanim mu doczytałam bajkę na dobranoc i nie przebudził się mniej więcej do północy, a wtedy też tylko na moment i z łóżeczka wzięłam go na jedzenie dopiero koło 4tej. Potem spał jeszcze dwie godziny, czyli jak zawsze obudził się o szóstej. Nie chciał już spać i podczas gdy ja jeszcze trochę dosypiałam, on bawił się taką lampką, która rzuca kolorowe cienie na ścianę (gwiazdki, księżyce itp). Ale szybko zapragnął drzemki i już od ósmej śpi, więc teraz siedzę jak na szpilkach, bo na pewno lada moment się obudzi. Dorota przed chwilą pojechała, więc siadałam tylko na chwilę, żeby coś napisać, ale że nie lubię pisać na raty, to nie chciałam brać się za poważniejszy lub bardziej złożony temat ;)


poniedziałek, 21 września 2015

Tak na szybko.

Dzięki Dziewczyny za porcję bardzo miłych słów. Trochę wsparcia, podobnych doświadczeń i pocieszenia - tego mi było na pewno trzeba ;) Nie wiem, jak będzie dalej i może wkrótce znowu się będę Wam żalić, bo nie wiem jak długo potrwa nasze wracanie do dawnej formy, ale na razie jest dobrze, więc nie będę marudzić :)

Weekend bardzo nam się udał! Było dokładnie tak, jak oczekiwałam. To znaczy, że spędziliśmy trochę czasu z moimi rodzicami, ale przede wszystkim udało nam się świętowanie tylko we dwoje. Mieliśmy trochę czasu dla siebie, mogliśmy wyskoczyć tu i tam.. O szczegółach jeszcze napiszę, bo teraz tak tylko na chwilę wpadłam. 

Rodzice pojechali wczoraj o 17 i pewnie dopadłby mnie syndrom przedszkolaka, gdyby nie to, że już godzinę później zawitała do nas Dorota :) Super! Zostanie u nas do środy i bardzo mnie to cieszy. My też mamy swoją rocznicę do świętowania, ale o tym też będzie innym razem. Teraz uciekam, bo Wikuś na razie śpi, a Dorota sama się obsługuje i najpierw pozmywała nam naczynia (tylko czekać aż odezwą się głosy, ze zapraszam gości, żeby mi sprzątali w domu :P spoko, nie pozwoliłam jej, ale i tak to zrobiła) a teraz robi sobie kawę, więc korzystam, ale nie chcę nadużywać cierpliwości naszego gościa :D

wtorek, 25 sierpnia 2015

Brak tematu przewodniego.

Mamy za sobą bardzo przyjemny długi weekend - Franek ma bardzo fajny grafik w drugiej połowie sierpnia, bo ma dużo dni wolnych. Miał wolny wtorek i środę, potem sobotę, niedzielę i poniedziałek a teraz pracuje dziś i jutro, a w czwartek i piątek ma znowu wolne. Niestety to wiąże się z tym, że ma mało tzw. "krótkich dni" i zazwyczaj pracuje 8-10 godzin. W dodatku chodzi na późniejsze godziny, czyli tak między 5 a 7, a to oznacza, że wraca dopiero między 15 a 16 do domu. Ma to swoje dobre i złe strony - wieczorami mamy trochę więcej czasu dla siebie, bo chodzimy spać o 22 a nie godzinę wcześniej. Ale za to Franek wraca bardzo zmęczony, no i czasami jeszcze musi się chwilę zdrzemnąć, co oznacza, że duchem jest obecny dopiero późnym popołudniem, krótko przed tym, jak kładziemy Wikinga spać. No, ale nie chcę narzekać za bardzo, bo nie jest aż tak źle. W końcu dzięki temu właśnie tyle dni ma wolnych. Ciekawa jestem, jaki będzie grafik wrześniowy, choć na pewno nie tak przyjemny, bo etat jest większy o 16 godzin niż w sierpniu...

No dobra, nie o tym miałam. Trochę o weekendzie miało być, a konkretnie o tym, że mieliśmy gości. Był u nas kuzyn Franka z żoną. To inny kuzyn, niż ten, o którym już parę razy tu wspominałam :) Chyba łatwiej będzie, jeśli posłużę się imionami. A więc tamten kuzyn to Wojtek z żoną Anetą i dziećmi Kubą i Gabrysią, a ten to brat Wojtka - Maciej z żoną Asią. Wkrótce będę pisać z żoną Asią i córeczką Hanią, ale to dopiero od połowy listopada :) 
W każdym razie rewelacyjnie spędziliśmy te trzy dni! Byliśmy trochę pełni obaw, bo z Wojtkiem i Anetą już od dawna świetnie się dogadujemy, a z Maćkiem i Asią po prostu mieliśmy raczej ograniczony kontakt i dość rzadko się widywaliśmy. Ale mamy teraz nadzieję, że to się zmieni, bo okazuje się, że zdecydowanie odbieramy na tych samych falach. A fajnie byłoby, żeby dzieciaki miały ze sobą dobry kontakt, w końcu będą z tego samego rocznika, choć przez pierwsze lata będzie ich dzieliła bardzo duża różnica wieku, bo aż dziesięć miesięcy.

Nie pisałam więc, bo byłam bardzo zajęta miłym spędzaniem czasu - chodzeniem po Warszawie, długimi rozmowami, graniem w Pędzące żółwie i śmianiem się tak bardzo, że o mało się nie posikałam :P Na szczęście moje mięśnie dna miednicy chyba aż tak się nie rozjechały po porodzie, bo trzymałam się dzielnie :D

Teraz mi trochę łyso, że znowu jest w domu tak pusto i cicho. Chociaż... z tym cicho to nie do końca, bo Wiking taki całkiem cichy to nie jest. Ale w ramach ćwiczenia pisania krótko zwięźle i na temat (choć zbliżam się ku końcowi tej notki i jeszcze nie wiem, jaki jest jej temat ;), rozwinięcie tego zagadnienia pozostawię na inny czas :) 

W dodatku dzisiaj nastąpiła mała katastrofa. Wiem doskonale, że Wikinga łapki są szybsze niż moje, więc staram się przewidywać, co może go zainteresować, za co chwycić, pociagnąć i szarpnąć. Nie wiedziałam jednak, że ma taką podzielność uwagi, że pijąc mleko z mojej piersi może jednocześnie chcieć napić się mojej herbaty z mojego kubka. Jak nie wystrzelił tą swoją małą łapką w jego kierunku... Kubek pełen nie był co prawda, ale i tak część jego zawartości wylała się wprost na klawiaturę naszego całkiem nowego (bo przecież kupionego we wrześniu 2014, więc w naszej świadomości ciągle nowego!) laptopa :( I teraz się boję co z tego wyniknie. Na razie odpaliłam stary komputer, choć to bardzo uciążliwe... A co będzie dalej, to zobaczymy.
Kiedyś sobie wylałam na laptopa kieliszek białego wina. Tylko touchpad się zepsuł, a byłam taka cwana, że miałam jeszcze gwarancję i udawałam, ze nie wiem co się stało, że się zepsuł... Licząc się oczywiście z tym, że powiedzą, że zalania gwarancja nie obejmuje - a ja wtedy powiem: "ojej, jak to zalania? to on był zalany??? to na pewno moja współlokatorka!" (biedna Ela :P) Ale naprawili... 
Niechże teraz nawet i ten touchpad nie działa - i tak go nie używam - ale byleby klawiatura i wszystkie podzespoły działały jak trzeba! Trzymajcie kciuki.

A tak w ogóle to mi trochę żal, bo dostałam dzisiaj okres. Pierwszy po prawie półtorarocznej przerwie. Wiem, że to normalne i że i tak długo bez niego pociągnęłam, bo Wiking ma już od jakiegoś czasu dietę rozszerzoną.  Ale nadal karmię go dwa razy w nocy i kilka razy w dzień (choć fakt, ostatnio przerwy się wydłużyły). Miesiączka nigdy mi szczególnie nie dokuczała, więc to nie o to chodzi, tylko o to, że mi żal, że kolejny etap za nami... :)


niedziela, 2 sierpnia 2015

Skrótowo o wszystkim.

Oo, jak mnie dawno tu nie było :) Czuję się, jakbym wracała z dalekiej podróży! Dziwnie tak pisać prawie codziennie a potem mieć dwutygodniową przerwę. Chociaż w gruncie rzeczy jeszcze nie wróciłam, bo moje wakacje trwają jeszcze przez tydzień. Ale chyba powoli czas się ogarnąć, bo się potem nie pozbieram z pisaniem tego wszystkiego, co mi po głowie chodzi. A chodzi dużo! Ale postanowiłam sobie, że to będą wakacje absolutne i że odcinam się od internetu, nie przeszkodził mi w tym nawet smartfon!
Najpierw byliśmy w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Ależ tam są wspaniałe tereny! Na pewno będziemy musieli się z Frankiem jeszcze wybrać tu i ówdzie, wszak to niedaleko, będzie można wyskoczyć na jednodniową wycieczkę nawet. Ale i na weekend być może kiedyś odwiedzilibyśmy znowu to samo gospodarstwo agroturystyczne. Pewnie jeszcze opiszę dokładniej jak było.
Wiele się zmieniło w czasie tych dwóch tygodni - między innymi postarzałam się o rok :). Ale przede wszystkim Wiking znowu robi postępy z dnia na dzień. Sam siada i siedzi zupełnie stabilnie, raczkuje, wspina się na wszystko, co możliwe i staje przy meblach. Do tego jasno pokazuje, że chce jeść albo się przytulić. Franek nie widział go przez tydzień i jak wczoraj wysłałam mu zdjęcie Wikinga, to był w szoku, że się już tak zmienił. Coraz lepsze to nasze dziecko jest. Ale były też trudne dni, bo zaliczyliśmy "trzydniówkę", a wtedy co prawda Dzieciak bywał momentami wyjątkowo cichy i mało ruchliwy (nawet zasnął na macie podczas zabawy), ale przez większość czasu dość mocno marudził, bo męczyła do gorączka. Na szczęście mu przeszło i w ostatnich dniach jest już znowu bardzo pogodny i zaabsorbowany otaczającym go światem.

Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie sobie wypoczęłam. Ale znacie mnie chyba na tyle, że wiecie, iż najlepiej odpoczywam coś robiąc :) Coś, co sprawia mi przyjemność. A przyjemność sprawia mi na przykład wykonywanie różnego rodzaju obliczeń i udało mi się w ostatnim czasie nadrobić wszystkie zaległości w tej materii :) Znowu mam absolutną kontrolę nad naszymi wydatkami, bo chwilowo mi się wymknęły, a sterta paragonów do przejrzenia rosła z dnia na dzień. Ale już jest dobrze, a tata pomógł mi opracować nieco lepszy system rozliczeń. Czuję ogromną satysfakcję i zadowolenie z siebie - a to z kolei wywołuje u mnie błogie uczucie relaksu. Ponadto trochę poczytałam i pokrzyżówkowałam :) Aa, no i jeszcze zrobiłam porządki w moim pokoju w Miasteczku - musieliśmy zrobić małe przemeblowanie, żeby wstawić tam łóżeczko. To skłoniło mnie do przejrzenia wszystkich szuflad i szafek. Pisałam wielokrotnie, że mam naturę chomika, więc mam masę szpargałów, pamiątek, świstków i rzeczy, będącymi dla innych śmieciami. Na szczęście z czasem część drobiazgów traci swe znaczenie sentymentalne, więc mogłam je wyrzucić. Pozbyłam się też sporej ilości przeterminowanych dokumentów. Nie dojrzałam jeszcze do tego, żeby wyrzucić na przykład notatki ze studiów albo stare numery "Filipinki" i "Cogito". Ostatni taki remanent robiłam przed ślubem (wtedy też było przemeblowanie, bo w miejsce mojego panieńskiego łóżka, wchodziło dwuosobowe :P), ciekawe kiedy kolejny! Być może za parę lat znowu się zrobi nieco luźniej.

Odpoczywam więc na różne sposoby - psychicznie i fizycznie. Jeszcze przez tydzień będę się cieszyć mentalnymi wakacjami, a potem wrócę do szarej rzeczywistości, która będzie też w pewien sposób nowa, bo nieco inne dziecko już do domu przywiozę :) A moim rodzicom urlop kończy się już jutro, więc po raz pierwszy od dłuższego czasu zostanę sama z Wikingiem. Czas się zacząć powoli przestawiać :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Plany na wakacje

Ojej, chyba się za bardzo w to blogowanie wciągnęłam w ostatnich tygodniach, pisząc notki codziennie bądź co drugi dzień, bo teraz nie było mnie tu pięć dni i mam wrażenie, że wieki całe minęły :) Co dziwniejsze - wybiło mnie to z rytmu i teraz muszę się trochę pozbierać.
Przyczyna mojej nieobecności jest bardzo zwyczajna - wkręciłam się w robienie pewnych porządków, a już tak mam, że w takich wypadkach zależy mi, żeby uporać się ze wszystkim jak najszybciej (co zazwyczaj i tak oznacza długo ;)), więc każdą wolną chwilę poświęcam właśnie temu. A że wolnych chwil za wiele nie mam, no to... wiadomo.

A tak poza tym, to przyjechali do nas w ten weekend rodzice Franka i chociaż zajęli się Wikingiem, to z komputerem mi było nie po drodze - jak to u mnie zwykle bywa, kiedy mamy gości. Bardzo możliwe, że w lipcu będę blogować mniej, właśnie ze względu na gości. Tylko kiedy ja wreszcie napiszę o tym wszystkim, o czym ciąglę planuję? ;)
W każdym razie, już się nie mogę doczekać wakacji! Nie będą to oczywiście dla mnie takie typowe wakacje, ale z drugiej strony, skoro nie pracuję, to chociaż trochę sobie skorzystam. Nie pisałam jeszcze o moich planach wakacyjnych, prawda?
Jeden "gościnny" weekend już za nami. Teściowie byli nad morzem i wracając wstąpili do nas, mimo, że nie bardzo im było po drodze :) Teraz czekamy na Dorotę! Przyjedzie w piątek, ale niestety zostanie tylko na weekend, w poniedziałek rano będzie musiała już wyjeżdżać. Nie udało się zaplanować na razie dłuższych odwiedzin, bo jeszcze w czwartek musi być w Szczecinie na obronach, a z kolei w następnym tygodniu leci na wycieczkę do Moskwy. 
Ale już parę dni później przyjedzie do nas mój wujek i zostanie niecały tydzień. Następna w kolejce jest Ala. Chociaż dopóki już u nas nie będzie, to nie uwierzę, że dojedzie ;)) Tak naprawdę to już ostatni dzwonek na jej przyjazd, bo później nie będzie mi za bardzo pasowało, a we wrześniu to już się nie będzie się raczej na takie wycieczki wybierała tuż przed porodem. Plan jest taki, żeby przyjechała z R., ale taki pracoholik z niego, że nie wiadomo, czy się uda. A co gorsza, trudno cokolwiek z nim zaplanować (o tak, tak, pamiętam doskonale, jak to było, kiedy z nim pracowałam!). Dwa terminy już nam nie wyszły, więc ostatecznie jesteśmy umówione tak, że najwyżej przyjedzie około 15go sama na dzień lub dwa. Zobaczymy. 
Później przyjeżdżają moi rodzice i zaczynamy urlop właściwy! To znaczy ja i Wiking, bo Franek swój urlop miał już w maju... A my z rodzicami chcemy się wybrać na parę dni na jakieś wczasy - niedaleko i żeby nie było za dużo ludzi. Chodzi nam po głowie Kampinos, bo przy okazji moglibyśmy podjechać na rehabilitację, którą Wiking będzie akurat miał. Tylko muszę znaleźć jakąś kwaterę, która się będzie nadawała dla półrocznego dziecka. Potem pojedziemy do Miasteczka i zostaniemy tam prawie dwa tygodnie. Stamtąd w weekend trzeba będzie pojechać do Poznania, bo jesteśmy zaproszeni na wesele. 
Później wrócimy już do Podwarszawia, gdzie pewnie będę zmagać się z syndromem przedszkolaka... Niestety. Ale może na pocieszenie znowu wpadnie do nas jeszcze wujek, któremu będą się kończyć wakacje, a potem jeszcze Dorota. 
I tak upłyną nam dwa miesiące i nadejdzie wrzesień. Co będzie wtedy, jeszcze nie planuję. Wiem tylko, że będziemy mieć już w domu ośmiomiesięcznego brzdąca. To się dopiero okaże, jakich rozrywek będzie nam dostarczał :)

A tymczasem Wikuś się nam trochę przeziębił niestety i od sobotniej nocy męczy go lekki katarek. Mam nadzieję, że szybko mu przejdzie, bo kto lubi mieć katar? A takiemu maluszkowi, który oddycha wyłącznie przez nos to już w ogóle bardzo przeszkadza. Ale na szczęście i tak wydaje mi się, że nie jest aż tak bardzo marudny, jak mógłby być. Odpukać! ;)

środa, 13 maja 2015

Urlopowy mix

Od niedzieli jesteśmy w Miasteczku. W związku z tym trochę mnie tu mniej, bo sporo czasu spędzamy na świeżym powietrzu, a kiedy nawet jesteśmy w domu, to dostęp do komputera mam utrudniony.  Poza tym Wiking znowu chyba ma tydzień marudzenia, a wtedy trzeba poświęcać mu więcej czasu :) Z nim to tak już jest - jak na huśtawce.
Ale zgodnie z moimi przypuszczeniami, kiedy przyjechaliśmy w niedzielę, synek był bardzo spokojny i nie histeryzował tak, jak wtedy, gdy przyjechaliśmy do Poznania. Myślę, że naprawdę wtedy przestraszył się tym szumem wokół jego osoby, który powstał. 
Jednak wbrew moim obawom w sobotę, podczas dużego spotkania rodzinnego, wszystko było ok. Przede wszystkim goście schodzili się stopniowo a spotkanie było na działce teściów. Wikuś był chyba trochę odurzony świeżym powietrzem, bo najpierw ciągle spał - budził się tylko na jedzenie, a potem znowu zapadał w drzemkę. Obudził się na dobre dopiero około 16tej, czyli w samą porę na witanie gości :) To było bardzo miłe popołudnie, mimo, że trochę się bałam, jak będzie, z różnych względów. A tymczasem spędziłam ten czas wspaniale, całkowicie się rozluźniłam, porozmawiałam z lubianymi przeze mnie żonami kuzynów Franka i mogłam nawet zapomnieć przez chwilę, ze mam dziecko :) Serio, tak się nim zajęły kuzynka i żona kuzyna, że ja byłam potrzebna tylko do karmienia :) Obie mają już dwójkę dzieci, ale nieco starszych (7,5,5 i 2 lata) więc z przyjemnością wzięły pod swoją opiekę niemowlaka, chyba się trochę stęskniły.
Ogólnie pobyt w Poznaniu można podsumować jako bardzo towarzyski. Trochę odpoczęłam, choć może nie aż tak bardzo, na ile liczyłam. Część moich obaw w ogóle się nie potwierdziła, a niektóre niestety tak, ale przynajmniej byłam na to przygotowana. Bardzo mile zaskoczył nas teść, przestał się już obawiać Wikinga, brał go na ręce, zabawiał go a nawet usypiał wieczorami, dzięki czemu Franek mógł wychodzić na spotkania z kolegami, a ja spokojnie oglądałam Na Wspólnej i czytałam. Z kolei teściowa trochę nas rozczarowała, choć tego się spodziewaliśmy. Nie chodzi konkretnie o opiekę nad wnukiem, czy jej brak, tylko ogólnie o jej zachowanie. Niestety od jakiegoś już czasu zauważyliśmy, że się zmieniła, na niekorzyść. Nie wiemy, co jest tego przyczyną, być może stres w pracy albo złe samopoczucie, ale od pewnego czasu naprawdę miewa dość nieznośne humory. Gdyby to było moje zdanie, myślałabym, że może jestem jakaś przewrażliwiona i uprzedzona. Ale to jest opinia Franka i to on jest tym dużo bardziej rozczarowany (co zresztą jest zrozumiałe). Niemniej jednak, poza kilkoma epizodami, było przyjemnie.
Ale jak wiecie, i tak zawsze z większym utęsknieniem czekam na przyjazdy do Miasteczka :) I właśnie się doczekałam. Dni zaczęły płynąć jeszcze szybciej. Moja mama wzięła sobie urlop, więc mogliśmy pozałatwiać kilka spraw - na przykład zrobiliśmy wczoraj zakupy. Franek musiał sobie kupić kilka koszulek z krótkim rękawem, po tym, jak mu ostatnio zrobiłam przegląd garderoby. Przy okazji i ja sobie coś kupiłam. Stwierdziłam, że opłaca się być chudą :P Pamiętacie może, że krótko po porodzie kupiłam sobie trzy pary spodni i dwie spódnice w Camaieau i zapłaciłam za wszystko 150 zł. Tym razem zakupiłam między innymi getry za 14 zł i sukienkę. Sukienki co prawda nie potrzebowałam, ale od razu wpadła mi w oko. W dodatku okazało się, że była jakaś zaniżona rozmiarówka i nikt nie chciał paniom w sklepie kupować rozmiaru 36, bo się w niego nie mieścił. Sukienki zostały przecenione za 100 na 30 zł. I ja się w tę małą 36 zmieściłam, więc grzechem byłoby taką promocję odpuścić :) 
W ogóle to już się przyzwyczaiłam do siebie tak, jak wyglądam i już mi się nie wydaje, ze jestem za chuda, więc wcale nie mam ochoty przytyć. Obawiam się, że wręcz będę bardzo niezadowolona, kiedy mi tych kilogramów zacznie przybywać.
Poza tym nareszcie odwiedziłam bibliotekę - od paru miesięcy czytałam tylko książki, które miałam w domu, a wypożyczalnię omijałam szerokim łukiem. Przeczytałam wszystko, łącznie z wszystkim częściami Harrego Pottera! Kurczę, przyznam, że naprawdę się wkręciłam. I stwierdzam, że zdecydowanie nie są to książki dla dzieci (przynajmniej nie od czwartej części). Wyobraźcie sobie, że tak się wczułam, że zdarzało mi się mieć złe sny z Lordem Vodemortem w roli głównej :) A kiedy skończyłam serię, poczułam nawet żal, ze to już koniec. W końcu przez dwa miesiące żyłam non stop sprawami Hogwartu :) Ale wczoraj się obłowiłam i wypożyczyłam sobie pięć grubych książek i już nie mogę się doczekać, aż je ugryzę. Tylko muszę jeszcze przebrnąć przez 150 stron kryminału, który teraz czytam.
I tak nam właśnie mija czas urlopowy, który ani się obejrzymy, dobiegnie końca... Ale póki co, jeszcze cztery dni. Staram się więc nimi cieszyć.