*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koślawe dialogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koślawe dialogi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2015

Słomiany wdowiec i pranie.

Na wstępie zaznaczam, że notka zawiera słowo niecenzuralne :P

Wiecie, że Franek jest całkiem niezły w zajmowaniu się domem. Sprząta, gotuje, robi zakupy. Jeśli chodzi o to pierwsze, to naprawdę robi to zdecydowanie lepiej ode mnie. Ja mogę segregować i układać, ale pucowanie i szorowanie mnie denerwuje, mąż zaś robi to perfekcyjnie. Dawno temu, kiedy podejmowaliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu, ustaliliśmy ogólny podział obowiązków. Wynikało z niego między innymi, że pranie i prasowanie należy do mnie. Niemniej jednak, od czasu do czasu Franek zostaje w domu sam na dłużej i sam musi prać swoje brudy. Całkiem nieźle mu to teraz idzie. Ale ma przechlapane, bo cały czas wypominam mu jedną wpadkę sprzed kilku lat...
Franek mnie zabije za tę notkę :P Ale ponieważ wczoraj, robił w domu wielkie sprzątanie i miał się zabrać też za pranie, przypomniała mi się tamta sytuacja, której nigdy nie opisałam, bo uległam prośbom Franka, żebym na razie tego nie pisała, bo on się wstydzi :P I to "na razie" przeciągnęło się na kilka lat :P Ale myślę, że po takim czasie nabrał już do tego dystansu i mi odpuści. Choć w naszych rodzinach ta opowieść nadal krąży jako anegdotka ;))

A było tak... 
Wyjechałam na jakiś dłuższy weekend do Miasteczka, Franek chodził do pracy i któregoś dnia okazało się, że nie ma czystej koszuli do munduru.W tym celu zadzwonił do mnie po instrukcję obsługi pralki (która wtedy była nowym zakupem, pamiętacie Pralkówkę? ;))
No to tłumaczę: podziel najpierw ubrania na kupki według kolorów, jak to zrobisz, to będzie można prać... i robisz tak...wsypujesz najpierw proszek.. tak nie za dużo, do tej drugiej kreski na miarce..., wsypujesz do środkowej przegródki... no a teraz płyn do płukania, możesz trochę rozcieńczyć z wodą... wlewasz do ostatniej dziurki... masz? no to teraz zapinasz bęben, zamykasz pralkę i musisz ją nastawić... ustawiasz temperaturę.. i pokrętło na odpowiedni tryb, tak może być ten szybki... nie, nie musisz włączać żadnych dodatkowych opcji.. Ok, no to jak już gotowe, to włączasz start.

Franek włączył, powiedział, że już zrobione a po chwili...
F: O kurwa!
M:Co??? - pytam lekko spanikowana, bo już mam wizję, że woda się leje nie tam gdzie trzeba albo jeszcze coś gorszego się dzieje
F: NIC!!
M: No, co powiedz??? Bo się zdenerwowałam!
F Nic, mówię!!! - a po chwili, dużo ciszej - Ubrań nie wrzuciłem...

Myślałam, że padnę ze śmiechu! 
A Franek rozeźlony jeszcze do mnie mówi - A bo mi o tym nie powiedziałaś! :D:D

No proszę, jaki mężuś posłuszny, krok po kroku robił co należy, a żonka taka nieprecyzyjna :P Miejcie jednak nad nim litość, on normalnie nie jest taki gapowaty :D

czwartek, 11 grudnia 2014

Spakowani

Szaleję z tymi notkami ostatnio znowu ;) Wiem. Pewnie za mną nie nadążacie, ale nie wiem jak to będzie za jakiś miesiąc - dwa, więc piszę na zapas :)

Spakowaliśmy dzisiaj wstępnie torbę do szpitala. Wcześnie, bo właściwie zazwyczaj się to robi tak trzy tygodnie przed terminem, ale my już dawno stwierdziliśmy, że na pewno chcemy mieć to z głowy przed świętami. O dziwo, to głównie Franek naciskał już od początku grudnia, żebyśmy się tym zajęli - chociaż oboje lubimy mieć wszystko zawsze zapięte na ostatni guzik i dobrze zorganizowane, to zazwyczaj ja jestem motorem takich działań. A tym razem ja tylko przygotowałam tło, a Franek motywował, żeby zrobić to już.
Ale tak jest lepiej, bo te trzy tygodnie to będzie akurat na koniec roku - nie chcemy w czasie świąt jeszcze myśleć o tym, co trzeba dokupić albo wyprać a potem w pośpiechu się pakować. A poza tym święta planujemy spędzić tradycyjnie - czyli w rozjazdach. Lepiej więc, jeśli ta torba będzie jeździć z nami - tak na wszelki wypadek tylko oczywiście :) Mam nadzieję, że nie wywołujemy żadnego wilka z lasu, tudzież Tasiemca z mego łona... Tfu, tfu, tfu i odpukuję :)

Ponadto naszym celem było jeszcze sprawdzenie, czego nam brakuje. Ale właściwie niczego ważnego. Czekam jeszcze na jedną przesyłkę, która powinna przyjechać lada moment i tam będą jeszcze ze dwa drobiazgi, które dorzucę. 

Nie mamy jeszcze kocyka dla Tasiemca - to znaczy mamy, taki z tradycjami :) Bo to jest kocyk, który obszywała jeszcze moja babcia i którym ja byłam owijana, jako niemowlę. Jest ze mną do tej pory zupełnie przez przypadek - bo normalnie zostałby w domu mojego dziadka, gdzie moi rodzice mieszkali z nami przez pierwsze lata. Ale kiedy wujek wiózł mnie bladym świtem na egzaminy na studia, to dziadziu wrzucił dla mnie do samochodu poduszkę i ten kocyk właśnie. I tak został ze mną - najpierw w mieszkaniu studenckim, potem w tym pierwszym z Frankiem a teraz przyjechał do Podwarszawia i będzie tez dla Tasiemca :) Ale ponieważ jest taki mało dziecięcy, to postanowiliśmy, że do szpitala kupimy nowy, jakiś kolorowy :) I tak przyda się jeszcze jeden.

Zamówię sobie jeszcze koszulę nocną przez internet. Nie lubię koszul :/ Śpię zawsze w piżamach. Ale jakąś (i to chyba nawet nie jedną) trzeba w tych okolicznościach mieć - mama dała mi jedną swoją, ale nie wiem, czy te guziczki, które ma, odpinają się wystarczająco. W necie znalazłam taką specjalną do karmienia i tanią. Miałam/mam problem jeszcze z tym, co będę miała na sobie przy porodzie. W szkole rodzenia i na stronach niektórych szpitali piszą po prostu o jakimś starym, obszernym t-shircie na przykład. Ale nie mam takiego. Znaleźliśmy jednak starą koszulę Franka, która sięga mi przynajmniej do połowy uda i jest rozpinana na całej długości. Ale tak najbardziej odpowiadałoby mi rodzić w czymś dwuczęściowym - na przykład mam taką starą spódniczkę do kolana z lycry i do tego top na ramiączkach. Spakowałam to sobie - najwyżej mi nie pozwolą rodzić w takim stroju, ale w internecie albo na zdjęciach w szkole rodzenia widziałam, że takie też bywały. Zobaczymy. I tak wiem, że planować sobie mogę, a potem wyjdzie inaczej - i jestem na to przygotowana. Ale lepiej na wszelki wypadek jakiś plan mieć.

Miałam nadzieję, że uda mi się spakować do jednej małej torby, ale nie ma na to szans :/ Spakowałam osobno torbę dla dziecka i dla siebie. Jeden ze szpitali dość ironicznie pisze o tym, żeby pamiętać, że to nie dwutygodniowe wczasy, no ale jak człowiekowi każą spakować dwa ręczniki (wiem, że to orientacyjne, ale wyobrażam sobie, że akurat dwa ręczniki to się jednak mogą przydać), no to sorry, ale to zajmuje już niemal całą moją walizkę - taką o wymiarach bagażu podręcznego do samolotu (55x40x20). Będę więc miała prawdopodobnie dwie takie niewielkie torby zamiast jednej dużej - przynajmniej mi się rzeczy nie pomieszają (i nie włożę na siebie tasiemcowych śpiochów a jemu nie założę podkładu poporodowego zamiast pieluchy :P). W kolejnym tygodniu jeszcze będę pewnie dopieszczać i przepakowywać, ale ważne, że mamy już to raczej z głowy.

***

Kiedy zabieraliśmy się za to pakowanie mówię do Franka:
M: Najpierw pakujemy Tasiemca.
F: (spoglądając znacząco na mój brzuch) Tasiemiec jest już spakowany. Rozpakuje się w styczniu!

piątek, 14 listopada 2014

Wenus i Mars.

Przepaliła nam się jakiś czas temu w łazience jedna żarówka, a mnie szlag trafia, jeśli mam za ciemno. Ale ciągle nie mogliśmy się wybrać, żeby ją kupić, a jak już byliśmy na zakupach to ciągle zapominaliśmy. Dzisiaj wreszcie się udało. Po obiedzie Franek zapytał, czy wymieniałam żarówkę. Odparłam, że nie. Jakiś czas później poszłam do łazienki z żarówką i próbowałam odkręcić kinkiet, ale coś mi nie szło. Wołam więc do Franka:
M: Jak to się odkręca?
F: Co?
M: No to w łazience (widział, że brałam żarówkę, więc myślałam, że się domyśli, o co mi chodzi :))
F: To w łazience! Ale mi odpowiedziałaś! - i przyszedł...
F: Złaź mi stąd! - (znaczy się z krzesełka, na które weszłam, żeby dosięgnąć) - Dlaczego mi nie powiedziałaś, że mam wymienić żarówkę, tylko sama się za to zabrałaś?!
M: Bo pytałeś mnie, czy wymieniłam żarówkę.
F: No właśnie! Pytałem czy wymieniłaś, a nie kazałem Ci tego zrobić!

I na tym właśnie polega różnica między nami :P Gdybym ja zapytała Franka, czy wymienił żarówkę, to od razu miałabym na myśli to, że jeśli nie, to ma to zrobić :) 
Ach ten Wenus i Mars... :D

niedziela, 2 listopada 2014

Co robi Tasiemiec?

Podczas naszego pobytu w Miasteczku, Tasiemiec strasznie ruchliwy był. W Wiśle trochę mniej, ale w Miasteczku dokazywał równo. Całymi dniami się tam wiercił i robił fikołki, a dwa dni były takie, że aż mnie wkurzał, bo urządził sobie trampolinę z mojego pęcherza moczowego. Wracaliśmy dzisiaj samochodem i w pewnym momencie powiedziałam do Franka, że Tasiemiec dzisiaj wyjątkowo grzeczny, przez cały tydzień imprezował, a teraz siedzi i ledwo go czuję. Ale jak się okazało, niezbyt długo. 
Wieczorem:
M: O, Dzieciak znowu się kręci. Przez cały dzień był spokojny a teraz łazi i łazi...
Po chwili położyłam się, żeby obejrzeć z Frankiem program w TV. Ręce miałam splecione na brzuchu i czułam wszystkie ruchy. Nagle:
M: Ej, jak on teraz dziwnie pełza! Normalnie czuję jakiś kształt - nie wiem, ręka albo noga.. Zobacz!
Franek położył rękę na moim brzuchu:
M: Czujesz?
F: No, czuję..
M: Takie przesuwanie, nie?
F: No, przesuwanie.
M: Co on tam robi??
F: Nie wiem, meble może sobie przesuwa...

Po około piętnastu minutach:
M: O, chyba się uspokoił. Nie rusza się na razie.
F: No to wiadomo, co robił - ścielił sobie łóżko. Teraz poszedł spać.

środa, 22 października 2014

Zabiegane początki urlopu//dialog koślawy :)

Uff, nareszcie urlop! Też sobie, wbrew pozorom, z niego skorzystam, bo zrobię sobie wolne od mojego codziennego grafiku (który przecież trzyma mnie przy życiu :)) i od załatwiania miliona spraw, które ostatnio zaprzątały mi głowę. Odkąd się już tak mniej więcej dwa tygodnie temu ogarnęłam i zmobilizowałam, całe dnie mam dokładnie rozplanowane i absolutnie nie mam czasu na nudę. Ciągle coś robię - jak to ja! Chociaż oczywiście w moim grafiku jest też miejsce na relaks. Niemniej jednak teraz postanowiłam trochę się od tej codzienności odciąć, a sprzyjać ma temu również zmiana otoczenia.
Na razie przyjechaliśmy dzisiaj do Miasteczka, potem chcemy gdzieś dalej wyruszyć, choć jeszcze nasze plany nie bardzo są sprecyzowane, zwłaszcza, że pogoda się mocno popsuła. Franek ma wolne przynajmniej do 31 października - nie wiemy, jak świąteczny weekend, bo nie ma jeszcze grafiku. Według obliczeń (grafiki są układane w dość przewidywalny sposób zazwyczaj) wypadałoby, ze  1 i 2 listopada miałby wolne, ale nie wiadomo, czy przypadkiem ten urlop nie zakłócił harmonogramu, zwłaszcza, że na Wszystkich Świętych wypuszczonych będzie około 120 autobusów więcej. Nie nastawiamy się więc za bardzo na taki bonusowy wolny weekend, choć byłoby bardzo miło. Ale ja i tak chyba z Frankiem nie wrócę, bo bez sensu, żebym w Święto Zmarłych siedziała sama w domu w Warszawie. Zostanę tu chyba do czwartego, bo następnego dnia będziemy mieli prawdopodobnie w Wawie warsztaty z pierwszej pomocy dla niemowląt.
A tymczasem jeszcze nie udało nam się z tego kołowrotka do końca wykręcić :) Przy okazji załatwiłam w mojej firmie pewien ważny dokument (nie czekając na pismo z ZUSu, bo gdybym czekała, to możliwe, że już nie miałby kto mi go wystawić, za tydzień moja firma przestaje istnieć) i żeby było szybciej dostarczyłam go osobiście do urzędu. Na całą historię przyjdzie jeszcze czas, więc na pewno będę pisać o tym co, gdzie i jak załatwiałam, ale dzisiaj powiem Wam tylko tyle, że choćbym wysyłała dziesiątki maili, dzwoniła do stu różnych osób dla potwierdzenia  i osobiście rozmawiała jeszcze z kilkoma innymi, to i tak się okaże, że jeszcze jakiś papierek jest potrzebny :) 
I dzisiaj tak się właśnie okazało.
Podjęłam więc szybką decyzję i o godzinie 14 zapisałam się jeszcze dzisiaj na wizytę do lekarza w Opolu. Akurat na 18 był wolny jeden termin. Uroki posiadania abonamentu w sieci prywatnych poradni medycznych. Mam kartę, więc mogę korzystać z usług placówek w całej Polsce. Przejechaliśmy się więc, dostałam potrzebny papierek, a przy okazji przynajmniej zrobiliśmy  sobie dodatkowe badanie USG i dzięki temu wiem, że nie muszę się na pewno martwić tym, że chudnę. Tasiemiec to jest prawdziwy Tasiemiec :) - rośnie sobie zdrowo i jest nawet prawie o tydzień większy, niż wynikałoby z obliczeń, a tymczasem ja dalej chudnę i w 28 t.c.mam ledwo 2,5 kg więcej niż przed ciążą. Nie mam pojęcia, gdzie on siedzi i skąd bierze tkankę tłuszczową, ale jeśli to moja, to nie mam nic przeciwko, niech bierze na zdrowie :) 

Kiedy wracaliśmy, zachciało mi się pić, odszukałam więc gdzieś pod siedzeniem wodę. Niestety spadła mi nakrętka, próbowałam jej szukać, ale było za ciemno. Nie uśmiechało mi się jechać przez kolejne pół godziny trzymając otwartą butelkę w ręce, więc Franek się zatrzymał, a ja zaczęłam szukać:
M: O, no zobacz! Jeest! :)
F: Znalazłaś?
M: Tak! Moją szminkę! Nawet nie wiedziałam, ze ją zgubiłam!
Chwilę później siedzę sobie zadowolona na fotelu pasażera (nakrętka też się znalazła :)) wącham i oglądam szminkę:
F: Co to za szminka?
M: Moja.
F: A jaki kolor?
M: Noo, taki fajny...

środa, 24 września 2014

Nie dla wrażliwych*

* Franek nie pozwolił mi publikować tej notki, bo powiedział, że zaraz posypią się na nas gromy, że się tak nieładnie wyrażamy i że będziemy strasznymi rodzicami... Uspokoiłam go, że macie poczucie humoru i potraficie wychwycić moment, kiedy mrugam do Was okiem, więc nie zawiedźcie mnie :P Ale jeśli rzeczywiście ktoś nie ma dystansu do ciąży, macierzyństwa i jest przewrażliwiony na punkcie pieszczotliwych określeń dzieci (narodzonych i nie) to lepiej niech nie czyta :))

Na początek wyjaśnienie: Franek ma kilka takich swoich powiedzonek. Wielu z nich nawet teraz nie umiem przytoczyć, ale w jeśli nadarza się konkretna sytuacja, jestem w stanie przewidzieć kiedy powie na przykład "jasny piernik"!" Kiedy coś go niecierpliwi albo powtarza się wielokrotnie, to zawsze mówi, że np. nie będzie tego robił sto pięćdziesiąt razy! Nie sto, nie dwieście, nie dziesięć, zawsze jest sto pięćdziesiąt. A kiedy mówi o czymś malutkim, to stosuje zwrot "małe gówienko". Walczę z tym, bo nie przepadam za żadnymi pozornie łagodnymi gówienkami, dupami i pieprzeniem w codziennym języku, ale małego gówienka jeszcze nie udało mi się zlikwidować.

Siedzimy sobie ostatnio przed telewizorem. Leci jakiś przypadkowy program, matka trzyma na rękach niemowlę. Mówię do Franka:
M: Niedługo my też takie będziemy mieli, wyobrażasz sobie?
F: Noooo...
M: A tak serio, myślisz czasami o tym?
F: Jasne, ze myślę, Często się nad tym zastanawiam.
M: I co sobie myślisz?
F: No tak się martwię trochę, jak ja będę to podnosił (tutaj następuje gest chwytania noworodka na ręce). Takie to małe gówienko... - do mojego brzucha - oj, sorry, bez urazy, wiem, że ty wszystko już słyszysz...

Jakiś czas temu mówię do Franka:
M: A jak będzie dziecko to już przestaniesz mnie pewnie kochać i nie będę już dla Ciebie najważniejsza na świecie.
F: Będziesz, będziesz. Dziecko będzie też najważniejsze, ale moja żonka zawsze będzie dla mnie najważniejsza na świecie.
M: A dlaczego?
F: Bo tak!
M: Ja ci powiem dlaczego! Bo dziecko będzie, będzie, a potem dorośnie i pójdzie sobie w świat, a żonka zostanie!
F: Oooo, a nie da się na odwrót?? :P
M: /wzrok Bazyliszka/

wtorek, 12 sierpnia 2014

Groźba

Dzień jak co dzień. Budzę się rano o 6, włączam radio i słucham wiadomości. Leżę jeszcze przez chwilę. Franek, który ma dzisiaj wolne też się przebudza, zamieniamy ze sobą kilka słów. W końcu mówię, że wstaję, bo muszę barszcz na obiad przed pracą ugotować. Franek na to:
F: Ooo, barszczyk, mniam, ale mam ochotę. Już się nie mogę doczekać, aż zjem pyszny barszczyk.
M: A jak mi nie wyjdzie i nie będzie pyszny?
F: To dostaniesz... buzi w tyłek!

czwartek, 17 lipca 2014

Bynajmniej nie o jedzeniu

Szykujemy wczoraj wieczorem spóźniony obiad. To znaczy Franek szykuje, a ja się kąpię. Przychodzi do łazienki i pyta się mnie:
F: Ile chcesz paluszków rybnych?
M: Hmm... normalnie zjadłabym trzy, ale jakoś teraz tak późno się zrobiło to nie mam ochoty.. Dwa!
Za chwilę wychodzę z łazienki i reaguję na wezwanie Franka, że mam sobie nakładać. Jakoś tak mi zapachniało i ładnie zawyglądało... Nałożyłam sobie trzy... Patrzę na Franka i czekam na jego reakcję:
F: Wiedziałem, że trzeba usmażyć jednego więcej. Zawsze tak jest.
Po chwili nakłada mi ziemniaki:
M: Ee, coś za mało, jeszcze mi nałóż..
F: Nie zjesz!
M: Zjem, jednak jestem głodna. Mogę trochę wziąć od ciebie? No nie żałuj miii...
F: Echh.. no dobra, tylko potem nie zdychaj, że się za bardzo najadłaś. Ty zawsze jesz oczami!
Po 10 minutach:
M: Franuuuś.... Weźmiesz ode mnie troszkę ziemniaczków, bo ja już nie mogę...?
F: (spoglądając na mój talerz) Wiesz, że to jest właśnie ta porcja, której ci "pożałowałem" ?

Ach, jak on mnie dobrze zna :) Wszak miał czas, żeby mnie poznać - dziś właśnie mija osiem lat od naszego pierwszego spotkania, a że czasu nie marnowaliśmy, to również od czasu naszego "bycia razem". I to o tym ma być dzisiejsza notka :)

Jutro zaczynamy kolejny, dziewiąty już wspólny rok. Tym samym zdałam sobie sprawę z tego, że w ubiegłym roku w mojej notce "Szczęśliwa siódemka, czy kryzys siódmego roku" zwyczajnie popełniłam błąd w obliczeniach :) Bo owszem, rocznica była siódma, ale rozpoczynający się wspólny rok, nad którym się zastanawiałam był już ósmy :) Jaki był?

Trudny. Oj, bardzo trudny, zwłaszcza na początku. W lipcu 2013 wydawało się, że wychodzimy na prostą, pojawiła się propozycja pracy dla Franka, wszystko zmierzało ku temu, że znowu będziemy razem. Ale później okazało się, że tak naprawdę czekają nas bardzo trudne miesiące. Ech, nawet nie chce mi się do tego wracać :(
To był też trudny rok dla nas jako małżeństwa. Może nie kryzysowy, ale bywały naprawdę trudne dni, kiedy nie potrafiliśmy sie porozumieć i odnaleźć. Franek był zmęczony swoją chorobą a później bezrobociem. Ja cały czas martwiłam się tym, co będzie. Trudno było nam dojrzeć jakieś perspektywy. Oboje byliśmy sfrustrowani i nie potrafiliśmy się wzajemnie pocieszyć. Za Franka mówić nie mogę, ale wiem, jak czułam się ja - potrzebowałam pocieszenia, przytulenia i słów, że jakoś się ułoży - ale potrzebowałam tego ciągle. A Frankowi się wydawało, że jak już raz to powiedział, to powinnam przestać się martwić i dlaczego ja znowu płaczę..?
Ale pomimo tych ciężkich czasów było też wiele dobrych dni między nami - na pewno więcej.  Nie zwątpiliśmy w siebie. Ja nie miałam pretensji do Franka, że nie ma pracy, on nie miał do mnie żalu, że to przeze mnie dla mnie zrezygnował z tej, którą tak lubił... A przecież mogło się tak zdarzyć. Być może mieliśmy przejściowe kłopoty ze zrozumieniem swoich wzajemnych potrzeb emocjonalnych, ale nie kłóciliśmy się wcale dużo i nasz związek funkcjonował całkiem harmonijnie.
Mam nadzieję, że to już za nami...Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie zmierzało w dobrym kierunku i najgorsze naprawdę za nami. To co było, znowu przetrwaliśmy. Pewnie wiele jeszcze prób nas czeka, ale przezwyciężając te przeciwności losu z ostatniego roku dołożyliśmy kolejną cegiełkę, aby wzmocnić tę budowlę, jaką jesteśmy MY.
Podsumowując - mimo, że nie siódmy :) - to był kryzysowy rok, ale tak życiowo, a nie dla naszego związku.

Świętować pewnie jakoś szczególnie nie będziemy, bo jak zawsze w lipcu mamy kumulację małych uroczystości i zazwyczaj wszystkie obchodzimy w dniu moich urodzin. Poza tym teraz waga tego dnia nieco się zmniejszyła, bo ważniejsza jest dla nas rocznica ślubu. Niemniej jednak osiem wspólnie przeżytych lat to jest coś i warto o nich pamiętać :) Warto, by ten dzień był niezwykły w swej zwyczajności choćby przez pamięć o tym, że tylko zbieg okoliczności sprawił, że się spotkaliśmy. A z drugiej strony może i tak miało być, skoro tak szybko stwierdziliśmy, że coś między nami jest. Myślę, że zostanę przy tym, że widocznie ten zbieg okoliczności miał się wydarzyć i mało brakowało, aby było inaczej, ale jednak te lata wyglądały właśnie tak, a nie inaczej.

Szkoda, że nie mogę cofnąć się w czasie i powiedzieć tamtej Margolce, która o tej porze właśnie jechała do pracy i odliczała godziny do wieczornego świętowania z okazji pomyślnego zakończenia sesji z Dorotą, że tego własnie wieczoru, nie ruszając sie z domu pozna swojego przyszłego męża, a za osiem lat będzie spodziewającą się dziecka szefową "działu" logistyki w warszawskiej firmie.
Ciekawe jaką miałaby minę :P

Na ten rok i kolejne życzę nam tylko jednego - oby tak dalej... "Tamto" niech nie wraca...

piątek, 11 lipca 2014

Koślawe dialogi, na dobry weekend :)

 Dziwny dzień mam dzisiaj od rana, wstałam jakaś połamana i wszystko robię w zwolnionym tempie. Ale w pracy z robotą wyrobiłam się dzisiaj dość szybko i teraz dopadł mnie syndrom piątku, czyli przebieram już nogami, żeby wyjść z biura i rozpocząć weekend, mimo, że wcale nie jest specjalnie obiecujący. Ale jednak co wolne to wolne :) Czas umilam sobie konwersacją smsową z Dorotą. Rozmawiamy sobie o grupie krwi, bo właśnie się dowiedziałam, że Franek ma najrzadszą na świecie AB- (ja mam 0+). Napisała, że nie wie jaką ma, ale jej tato też ma AB- i jakiś lekarz jej mówił, że prawdopodobnie ma też minus na co odpisałam jej:

M: Bo podobno w 60% rh dziedziczy sie po ojcu. Dzieciak może po Franku minus odziedziczy (chociaż on dostał po mamie) a kijowo trochę z minusem
D: Jak chłopak to pół biedy. Gorzej jak dziewczynka. Ale teraz to już nie ma z tym takich problemów.
M: No, ale i tak lepiej zeby był plus :) 
D: A ja bym wolała minus. Wtedy jest takie mniej popularne :D
M: Ale więcej problemów :) Zresztą plus zawsze się lepiej kojarzy :P
D: Ja żyję prawie 30 lat. Nie wiem jaką mam grupę i też nie mam z tym problemu. A zero też się źle kojarzy!
M: Wcale nie! Zero to równowaga. A poza tym to z plusem jest:)
D: Taaa, jasne :D
M: Gupia jesteś Ty minusie jeden!
D: Przynajmniej zerem nie jestem!

 ***
Jakiś czas temu leżeliśmy sobie z Frankiem na łóżku i rozmawialiśmy. On leżał w taki sposób, że głowę miał na moim brzuchu. Ja byłam tego dnia jakaś nieswoja, trochę się martwiłam różnymi rzeczami. Franek pyta mówi więc:
F: Co się stało? Widzę, że coś ci leży na żołądku...
M: Taa.. Twoja głowa...

***
To przypomniało nam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to miałam poważną kontuzję pleców i nie mogłam samodzielnie funkcjonować bez pomocy Franka. Pewnego dnia musiałam umyć głowę. Ale oczywiście nie wchodziło w grę utrzymanie zwykłej pozycji pochylonej nad wanną, więc  pochyliłam się, ale podtrzymując się obiema rękami krawędzi wanny, a Franek miał mi umyć włosy.
Odkręcił więc wodę, nalał mi na włosy szampon, a nagle ja zaczęłam krzyczeć "auuua, ał, ał, boli" jednocześnie śmiejąc się. Franek kompletnie zgłupiał i pyta się mnie - co? co się stało? woda za gorąca, czy co?. Ale ja nadal cały czas się śmiałam i krzyczałam, że boli... 
W końcu udało mi się jakoś opanować i przez śmiech wykrzyczałam:
zejdź z mojej stopy!! :D

czwartek, 1 marca 2012

Koślawe dialogi cz.3

To dziwne, mam mnóstwo pomysłów na notki – jest wiele rzeczy, o których chciałabym napisać, nad którymi się zastanawiam. Jest tego tyle, że muszę sobie koncepty zapisywać – ale to wcale nie znaczy, że mogłabym tak siedzieć i pisać non stop :) Kilka notek zaczęłam, ale stwierdziłam, że jeszcze nie nadają się do opublikowania. Sama nie wiem z czego to wynika. Tak czy inaczej, dzisiaj też niczego mądrego nie będzie, żadnych przemyśleń ani refleksji, być może to jeszcze nie czas na ten czy tamten temat :) Za to dawno nie było koślawych dialogów, wieki całe w zasadzie, a zdarzają nam się, zdarzają :)
Jakiś czas temu na przykład słyszę jak Franek rozmawia przez telefon z mamą. Nie wiem dokładnie czego rozmowa dotyczyła – to znaczy wiem, że chodziło o kolczyki, ale dlaczego o nich rozmawiali to nie wiem. Domyślam się, że Pani Mama zapytała, czy noszę kolczyki, a Franek odpowiedział:
- Nie, Margolka nie nosi kolczyków. Ona nosi tylko te… tipsy*!
Szkoda, że nie widziałyście mojej miny, gdy spojrzałam odruchowo na swoje paznokci :P

A parę dni temu siedząc w pracy odebrałam telefon od Franka:
- Słoneczko moje kochane! (ton wskazywał na silne zniecierpliwienie, już sobie wyobrażałam frankowatego zaciskającego zęby, walczącego ze zbliżającym się wybuchem złości)
- O nie! Czego chcesz? Albo co znowu przeskrobałam?
- Gdzie jest miarka?
- No jak to gdzie? W tej szafce narożnikowej, w której trzymamy garnki.
- W której szafce? Z garnkami? Gdzie ona niby jest?? Nie widzę żadnej miarki!
- Franuś, mogę się założyć, że jak tylko przyjade do domu, to od razu ją znajdę, na pewno tam jest. Chyba, że przełożyłeś, ale wtedy to już musisz sam sobie radzić.
- Niczego nie przekładałem! – w tle słyszę trzaskanie garnkami - Nie ma! A w ogóle kto to widział trzymać miarkę tam, gdzie garnki są!
- U mnie w domu zawsze miarka była tam gdzie garnki, więc tam ją włożyłam. A masz lepsze miejsce? U nas w kuchni to najlepszy schowek dla miarki.
- Ale jej nie ma tutaj! Przeszukałem już wszystkie garnki! – trzaska nadal, przekłada, wykłada… w końcu mówi - No i czym ja ten stół teraz zmierzę???
- ????? Yyyy, znaczy się o CENTYMETR ci chodziło?? To trzeba było tak od razu! W przedpokoju jest- w szufladzie.

Znalazł po chwili. No skąd mogłam wiedzieć, że on na centymetr mówi miarka :) U mnie się tak nigdy nie mówiło. Żeby jeszcze dodał przymiotnik „krawiecka”…  Poza tym wiedziałam, że Franek obiad będzie robił, więc myślałam, że do odmierzania objętości mu miarka potrzebna :P Grunt, że później już znalazł od razu! Swoją drogą – dlaczego Franek się ciągle mnie pyta, gdzie co leży? Przecież oboje tam mieszkamy? :) Żeby to jeszcze było jak w tym dowcipie:
- Kochanie? Gdzie sól?
- W szafce na makaron, w puszcze po cukrze z napisem kakao…
No dobra, zdarza się, czasami i u nas tak jest :P Ale on się mnie pyta nawet o rzeczy, które sam gdzieś położył :) Ja jakoś zawsze sama sobie muszę radzić…
*widzę, że nie wszyscy zrozumieli, że Franek miał na myśli klipsy :)

wtorek, 29 listopada 2011

Olśnienie.

Olśniło mnie :) Stwierdziłam, że moja aktywność na blogowisku wcale nie jest tak oczywiście odwrotnie proporcjonalna do ilości mojego wolnego czasu. Tak naprawdę, głównym wyznacznikiem jest ilość spraw, które mam w danym momencie na głowie. I rzecz jasna jedno z drugim się trochę wiąże – bo kiedy mam dużo spraw do załatwienia to i czasu mam mniej, ale czasami jest tak, że znalazłoby się trochę czasu na napisanie notki albo na zostawienie komentarza, ale blogowanie należy do tych czynności, które (z reguły:)) sprawiają mi przyjemność. A ja, żeby móc w pełni czerpać przyjemność z przyjemności :) muszę mieć czysty umysł ! Umysł niezaprzątnięty żadnymi zaległymi sprawami, rzeczami do zrobienia i załatwienia.
Ja po prostu muszę najpierw wykonać wszystkie moje obowiązki, żeby móc w pełni skupić się na innych czynnościach – w szczególności dotyczy to właśnie blogowania.
Czasu mogę mieć cały czas tyle samo, tylko spraw, którymi się zajmuję i o których myślę, więcej :) Kiedy piszę, lubię wiedzieć, że w tej chwili mogę się skoncentrować tylko na tej czynności – nikt ani nic nie będzie mi przerywało, mogę się wsłuchać w moje myśli. Nie lubię pisać po łebkach – byle coś opublikować. Bo czasami mam potrzebę, żeby po prostu pisać, ale właśnie tej czystości umysłu mi brakuje :) No i pojawia się notka, która wcale mi się nie podoba, bo mam wrażenie, że nie wyszła z mojego wnętrza, a jakimś skrótem obok przelazła :D Ale najczęściej w takich sytuacjach po prostu odpuszczam.
Podobnie jest z czytaniem Waszych blogów – a właściwie nawet bardziej z komentowaniem. Nie lubię komentować w pośpiechu i byle jak. Wolę nie zostawiać w ogóle znaku, że byłam, niż pisać jakieś głupoty :)

A tak swoją drogą zauważyłam znowu mały przestój chyba? :) Jakaś mniejsza ogólna aktywność w blogosferze nastąpiła, ciekawa jestem, czy to jest zaraźliwe, czy aura tak na wszystkich działa, czy może po prostu zbieg okoliczności? :)
U mnie w pracy zaczyna się gorący okres, ale na razie jakoś sobie z nim radzę. Udaje mi się ogarnąć wszystkie sprawy i oczyścić umysł dość szybko. Podobnie popołudniu. Dlatego na razie chyba się tak najgorzej moje pisanie nie zapowiada, chociaż wolałabym mieć jeszcze więcej czasu na to :)

***
A w ramach peesu ciąg dalszy Kluseczki:
 Mamy w domu taką niepisaną umowę, że jak jedna osoba robi obiad to druga zmywa. Ostatnio robiłam na obiad kopytka. Jak zwykle w przypadku potraw mocno mącznych bałagan był większy niż zwykle. Franek wchodzi i łapie się za głowę:
- Aaaale sprzątania! I ja to wszystko muszę zmywać…
- Smakowały kluseczki?
- Smakowały…
- To jak się chciało kluseczek na obiad to teraz trzeba po kluseczkach posprzątać.
- Chyba po KluseczCE – rzecze Franek wskazując na mnie :)
***
Posprzeczaliśmy się niedawno. Spięcie trwało parę minut i szybko o nim zapomnieliśmy. Siada Franek obok mnie i mówi:
- Przesuń się trochę Kluseczko…, a nie, nie mogę tak do ciebie mówić, bo przed chwilą na mnie warczałaś. Kluseczki nie warczą.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Na weekend pojechałam do Miasteczka. Franek musiał zostać w Poznaniu, coby Poznaniacy mogli się przemieszczać z jednego końca miasta na drugi za pomocą środków komunikacji miejskiej. Tak się złożyło, że w tamtą stronę zabrałam się z kimś samochodem, wracałam już pociągiem. Franuś miał po mnie przyjechać na dworzec, ale pomagał w czymś tacie i zadzwonił, że nie wie czy się wyrobi, ale, że jeśli trzeba to przyjedzie i potem wróci z powrotem do rodziców. Powiedziałam, że nie ma problemu, sama dojadę. Kiedy weszłam do domu zadzwonił:
- Co tak ciężko oddychasz?
- Bo dopiero do domu weszłam.
- Aż tak się zmęczyłaś?
- No, bo ciężką walizkę miałam.
- Pytałem przecież, czy masz ciężki bagaż, przyjechałbym!
- Nie, pytałeś, czy mam dużo bagażu. A nie miałam – była tylko jedna walizka. Ale ciężka :)

Dalej podczas rozmowy Franek stwierdził, że musimy się w tym tygodniu wybrać na zakupy, bo lodówka pusta:
- Nic nie ma, nawet zupę całą zjadłem.
- Ooo, to coś nowego, zawsze jak Ci na weekend zostawię coś do zjedzenia to i tak zostaje.
- Ale bardzo dobra była ta zupa, więc zjadłem.
- Taaak? Czyli inne moje zupy nie są dobre?
- Inne są nawet lepsze.
- Jak to lepsze, a co z tą było nie tak?? *
- Ta była jeszcze lepsza od tych lepszych.
- Czyli z tamtymi coś jest nie tak!
- Nie, ta zupa jest lepsza, a tamte jeszcze lepsze a ta jest najlepsza od tych najlepszych, które są najlepsze, a lepsza…
- Dobra, dobra, wybrnąłeś… Kończę, bo muszę się rozpakować.
- Ok, to pa. Aha! Ryba, to piwko, które przede mną schowałaś w szufladzie wyciągnąłem i włożyłem do lodówki, żebyś miała schłodzone…**

***

* Spokojnie, to była podpucha ;) Muszę przecież czasami być stereotypową zołzą ;)
**Już dwa razy Franek wypił mi piwko, które sobie zachomikowałam w lodówce, więc teraz chomikuję gdzieś indziej :) Zdaje się, że muszę zmienić dziuplę…

sobota, 20 sierpnia 2011

Fajny Franek.

Muszę Wam powiedzieć, iż stwierdzam, że ten Franek to jednak fajny jest. Oczywiście stwierdzam tak co jakiś czas od ponad pięciu lat, ale postanowiłam się do tego oficjalnie przyznać :D

Zaskoczył mnie ostatnio kilka razy. Zwłaszcza wczoraj. Byłam umówiona z Dorotą na 18 na jogę, zależało mi bardzo, żeby pójść, a jak na złość musiałam zostać dłużej w pracy, czego się kompletnie nie spodziewałam do ostatniej chwili. Na domiar złego byłam akurat w pracy rowerem a nie samochodem, więc wychodząc o 17:25 nie miałam szans, żeby dojechać na pętlę, oddać rower a potem jeszcze jechać tramwajami z przesiadką i zdążyć. Ale naprawdę bardzo mi zależało, zadzwoniłam więc do Franka i zapytałam po cichutku, czy nie chciałby po mnie przyjechać samochodem. Właściwie tak tylko dla zasady spytałam, bo nie oczekiwałam, że rzuci wszystko i po mnie przyjedzie. Pomyliłam się. Autentycznie rzucił wszystko – akurat robił obiad, wyłączył piekarnik, przebrał się i jeszcze po drodze dzwonił do mnie sprawdzając gdzie jestem i w którym miejscu mnie zgarnie. Franuś naprawdę się spisał. Przybyłam spóźniona jedną minutę. A potem wróciłam do domu i czekał na mnie ciepły obiad.

A to nie był pierwszy raz, gdy Franek mnie tak uratował. Pamiętam czasy, gdy jeździłam do poprzedniej pracy na siódmą. Otwierałam biuro. Parę razy zdarzyło mi się w moim roztrzepaniu zostawić w domu klucze. Żebym nie musiała tłuc się znowu autobusem i tramwajem, tracąc godzinę, Franuś poświęcał się i wstawał bladym świtem, żeby mi te klucze dowieźć.

Już kilka razy było tak, że pytałam, czy mógłby mi przywieźć moją torbę ze strojem na aerobik, bo nie zdążyłabym, gdybym jeszcze musiała po nią iść do domu… Pytał tylko, czy wszystko jest przygotowane i zgadzał się bez gadania. Raz nawet sam mi tę torbę pakował, jak mu powiedziałam, co mi jest potrzebne…

Jest sezon na słonecznik, który po prostu uwielbiam! Najlepszy jest do kupienia na targu, który niestety jest poza moim zasięgiem, bo gdy jadę do pracy, to dopiero się rozkłada, a gdy wracam, wszystkie stoiska są już zwinięte. Więc gdy Franek ma wolne idzie na ten targ specjalnie po ten słonecznik dla mnie!

Szczytem wszystkiego było, kiedy tydzień temu przyszłam do domu, a on powiedział, że umówił się z kolegami. Zrobiłam smutną minkę i powiedziałam, że szkoda, bo straaaaszną miałam tego dnia ochotę na lody i myślałam, że się na nie wybierzemy. Więc wyszedł domu, poszedł do sklepu, kupił mi tego loda, przyniósł i znowu wyszedł – tym razem na spotkanie z kolegami. Normalnie spełnił moją zachciankę – bo niczym innym to nie było.

Mogłabym mnożyć takie przykłady. Muszę przyznać, że pod tym względem Franek jest niesamowity – zawsze mogę na niego liczyć. Przy czym nie naciskam, nie stroję fochów. Najczęściej ja go nawet nie proszę, a zwyczajnie pytam, bo zdaję sobie sprawę z tego, że po prostu może mu się nie chcieć z domu wychodzić tylko po to, żeby mnie było wygodniej. Owszem, zdarza się czasami, że odmawia. A ja nie mam do niego pretensji. Ale takich sytuacji jest naprawdę niewiele. Za to tych, kiedy coś mi przywozi, gdzieś po mnie przyjeżdża, coś załatwia dla mnie, nawet nie potrafię zliczyć.
Kochany jest i zawsze kiedy robi dla mnie coś takiego, nie mogę wyjść z podziwu, bo nie wiem, dlaczego to robi*. Mam nawet wyrzuty sumienia czasami, bo nie mam pojęcia, jak mam mu się za to odwdzięczyć? Chętnie zrobiłabym dla niego coś takiego, tyle, że on mnie rzadko o coś prosi… Staram się więc wynagradzać mu to jakoś inaczej, chociaż i tak jestem pewna, że on robi dla mnie dużo więcej, niż ja dla niego**.
***
*Wrócił Franek z pracy i wierciłam mu dziurę w brzuchu, żeby mi powiedział, dlaczego. W końcu otrzymałam odpowiedź, że chce, żeby mi było miło :)


** Zainspirowana swoją własną notką podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Frankiem. Odpowiedział mi:
- No jak nie, ty dla mnie też dużo robisz.
- Co na przykład?
- No na przykład powiem ci teraz, żebyś pojechała mi po pizzę, a ty pojedziesz i mi ją przywieziesz…
(nie pojechałam. Zamiast tego przyniosłam mu rybę z lodówki, która została nam jeszcze z wczoraj. Wygląda na usatysfakcjonowanego :))

środa, 9 marca 2011

Ciąg dalszy następuje.

No dobrze, napisałam co mi na wątrobie leżało. Mam ogromną nadzieję, że ta notka pomoże mi niejako odczarować tego bloga i że znowu będzie tak jak dawniej :) Nie chcę żadnej autocenzury z powodu lęku przed bycia ocenioną. Być może nie da się tego uniknąć, więc spróbuję chociaż zmienić do tego podejście. Tak czy inaczej, wiem, czego mi najbardziej brakowało. 
Jestem osobą bardzo emocjonalną, a od jakiegoś czasu zaczęłam się powstrzymywać od okazywania emocji tu, na moim blogu. Muszę z tym skończyć. A więc znowu będę pisać o tym jak się wkurzyłam na Franka albo jak mi smutno – bo tak :) Albo że się cieszę nawet z takiej głupiej rzeczy, że mi Franek obiecał, że pójdziemy jutro na McFlurry do Mc Donaldsa :) Jeszcze całkiem niedawno moje pisanie to były głównie emocje i chciałabym do tego wrócić po prostu. Poza tym, zauważyłam, że ilekroć chciałam napisać po prostu o tym, co robiłam „wczoraj” kasowałam całą notkę, bo stwierdziłam, że nie będę przynudzać. A co tam, jak będę miała ochotę, to o tym napiszę, najwyżej trochę się znudzicie :)
Zobaczymy, co z tego wyjdzie i czy kredki margaretki dalej będą moimi kredkami :)

***
Dostałam wczoraj smsa od Hiszpańskiej Ani. Spytała mnie jak przygotowania do wyjazdu, bo to przecież już za tydzień. Zrobiłam wielkie oczy i aż do niej zadzwoniłam (i tak do jutra musiałam wygadać 20zł, które zostały mi na koncie, bo w przeciwnym razie by przepadły :P). Dziewczynom się coś pokićkało i czekałyby na nas szesnastego :) Na szczęście teraz już wszystko wyjaśnione i obeszło się bez komplikacji. BTW: odprawę on-line już zrobiłam :D Nie ma odwrotu. Nawet jak mnie Franek zdenerwuje, to muszę go brać ze sobą.

***
Z okazji Dnia Kobiet zadzwonił do mnie wczoraj mój kuzyn. Rozmawiałam z nim przy Franku, który słyszał tylko:
Tak, jestem z Frankiem…  Nie już jest ok… (ostatni raz rozmawialiśmy akurat gdy pokłóciłam się z Frankiem i miałam doła). Mogę rozmawiać, on siedzi obok i słucha, ale się na pewno nie pogniewa… Tak, teraz jest już grzeczny i nie ma fochów :) Na razie jest dobrze, odpukać… No, wszystko po staremu, w porządku… Też dobrze, ale starzeje się… To znaczy cały czas jest żwawy i pełen energii, ale ma kłopoty z uszami. Nie zawsze słyszy, nie reaguje na przykład na dzwonek do drzwi….

Na te ostatnie kilka słów Franek zrobił dziwną minę a potem złapał się za uszy i nie rozumiejącym wzrokiem spojrzał na mnie. 

Cóż nie mógł wiedzieć, że gdy mój kuzyn dowiedział się już, co słychać u nas, zapytał też co u moich rodziców, siostry i psa :)))

czwartek, 1 lipca 2010

Coby tak ładnie podsumować…

Co prawda obecnie co innego mi w duszy gra, ale że nie lubię zostawiać niedokończonych spraw – a dotyczy to również tego bloga :) – cofnę się jeszcze na moment do tematu o wzajemnym szacunku i ustępowaniu miejsca w celu zrobienia małego podsumowania :)

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze pod jedną i drugą notką – służą one jako doskonałe uzupełnienie moich postów i tak naprawdę dopiero z nimi temat można uznać może nie za wyczerpany ale przynajmniej omówiony :) Pisałyście o swoich doświadczeniach w podobnych sytuacjach, zwracałyście również uwagę na pewne kwestie, które pominęłam, czy to z braku miejsca, czy też przez nieuwagę. Dziękuję za dyskusję :) Wniosek z niej jest jeden – szanujmy się nawzajem i wykazujmy się empatią a także nie nadużywajmy życzliwości innych i nie nadużywajmy przysługujących nam przywilejów.

A na koniec chciałam jeszcze popełnić jedną niepoprawnie polityczną wypowiedź. Mianowicie taką, że uważam, iż są miejsca, w których obowiązuje po prostu zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Najlepszym przykładem tego wydaje mi się kościół. Chodzę do kościoła regularnie, ale przyznaję, że bardzo nie lubię stać – po prostu kiedy stoję całą mszę, to potem bardzo bolą mnie plecy w odcinku lędźwiowym (pamiętacie, ze miałam z tym problemy) – choć to może dziwne, bo przecież kręgosłup najbardziej jest obciążony podczas siedzenia, ale jednak… Wychodzę więc do kościoła zawsze dużo wcześniej – tak, żeby być przynajmniej 10-15 minut przed rozpoczęciem mszy. I dlatego właśnie uważam, że miejsce siedzące mi się należy. Jeśli ktoś chce usiąść, zawsze może przyjść wcześniej, co oczywiście nie jest możliwe na przykład w środkach komunikacji miejskiej. Oczywiście tutaj też mogą się zdarzyć wyjątki i zdarzyło mi się kiedyś, że mimo, iż przyszłam wcześniej, ustąpiłam babulince, która stanęła na początku mszy koło mojej ławki…

A pamiętacie moją wycieczkę do Irlandii? Jak pisałam, że już się bałam, że będę musiała ustąpić dziecku miejsca przy oknie? Tu też specjalnie w kolejce ustawiłam się na samym początku, żeby zająć sobie dobre miejsce i miałabym w nosie, że ktoś powiedziałby mi, jaka to ja jestem niedobra i dziecku żałuję fajnego miejsca :) Odmówiłabym i już – można było się ustawić wcześniej i stać tak jak ja godzinę :) Albo wykupić po prostu priority boarding. No w życiu czasami trzeba być egoistą, no. 

***

Na sam koniec jeszcze zaserwuję Wam krótką anegdotę. Kiedy jedziemy tramwajem z Frankiem, to zawsze siadam mu na kolanach. I kiedyś usiedliśmy na miejscu oznaczonym jako to dla matki z dzieckiem. Na którymś z przystanków wsiadł do pojazdu mężczyzna z dwu-trzy letnim dzieckiem na rękach. Zerwaliśmy się, żeby mu ustąpić, a on na to:
 ”Spokojnie, niech pan siedzi, pan ma takie duże dziecko, ja mogę swoje na rękach potrzymać” :D 
Strasznie to było sympatyczne i świadczy o tym, że w środkach komunikacji miejskiej można spotkać również przemiłych ludzi :)

sobota, 19 czerwca 2010

Zwyczajne rozmowy.

Kiedy siedzimy razem z Frankiem przed telewizorem to czasami prowadzimy takie oto rozmówki:

F: Ale dlaczego oni się tak denerwują?
M: Bo Michał chce powiedzieć Izabeli, że Kubuś jest synem Wiktora a nie Andrzeja.
F: Kto to jest Wiktor?
M: Brat Michała i Andrzeja. Zginął w wypadku samochodowym w pierwszym odcinku i miał romans z Basią i Kingą.
F:Już mi się wszystko pomieszało.
M: No to jeszcze raz: Basia miała romans z Wiktorem i urodziła Kubusia, a potem okazało się, że Kinga, no wiesz, żona Michała, też miała romans Wiktorem, ale Michał o tym nie wie, ale Andrzej się dowiedział, bo Kubuś ma inną grupę krwi no i powiedział Michałowi a Michał chce powiedzieć Izabeli,która była żoną Wiktora.
F: A ona z kim spała?
Odpowiadam lekko oburzona:
M: Z nikim! To nie Moda na sukces! Tu nie każdy z każdym.
Franek z niedowierzaniem:
F: A już myślałem…

A tymczasem parę dni temu oglądaliśmy razem mecz Francja vs. Meksyk. Niebieskie koszulki vs. zielone.
M: A ten w żółtej koszulce co biega między nimi, to kto?
F: A to piłkarzowi z Urugwaju się pomyliło i wyszedł na boisko.
Spojrzałam na Franka, żeby sprawdzić, że na pewno żartuje:
M: Aż taka głupia to nie jestem. Myślałam, że to może jakiś libero jest albo coś…
Po chwili interesuje mnie sędzia:
M: A jak ten sędzia wszystko widzi, on chyba musi biegać za nimi co?
F: No i biega.
M: Oj to się biedny nabiega chyba najwięcej ze wszystkich. A gdzie on jest?
F: Biega.
M: Nie widzę…
F: To ten twój libero właśnie…

To tylko dwie z wielu jakie prowadzimy podczas wspólnego oglądania :) Nic nadzwyczajnego, ale nie chodzi mi o to, żeby było zabawnie albo mądrze. Chciałam tylko w ten sposób powiedzieć o tym, że jeśli decydujemy się na wspólne życie, to wiadomo, że będziemy musieli zmienić niektóre swoje przyzwyczajenia i przyzwyczaić się do przyzwyczajeń drugiej osoby.
Franek nie narzeka, że o ósmej chcę oglądać serial. Ja już nie stękam, kiedy on chce oglądać mecz. Staramy się polubić to, co lubi drugie… Jasne, że nic na siłę. Ale nie uprzedzamy się z góry i próbujemy znaleźć coś wspólnego. Okazuje się, że nawet nam to wychodzi. Nie chcemy, żeby wspólne życie oznaczało konieczność rezygnacji z tego, co lubimy. Franek się zainteresował losami Brzozowskich, mnie się podobają akcje piłkarzy. Wszystko da się jakoś pogodzić. Co prawda konflikt interesów prędzej czy później się pojawi (na przykład w niedzielę chciałam oglądać debatę polityczną, a Franek mecz), ale wtedy trzeba będzie znaleźć jakiś kompromis. Cały czas się uczymy. A to dopiero początek.


Ale chciałam dodać, że moje seriale na ogół nie są aż tak skomplikowane, i nie jestem aż taką sportową ignorantką :) W końcu najważniejsze, że wiem, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”:)  

Dopisek:
Muszę sprostować, bo widzę, ze nie wszyscy dobrze zrozumieli o co mi chodzi :) – drugi telewizor absolutnie nie jest rozwiązaniem. Bo nie chodzi o to, żebyśmy się zamknęli każde w innym pokoju z pudłem. Chodzi o to, żeby polubić to, co lubi drugie i żeby spędzać czas razem.
A co do sportu: z tym libero żartowałam :) Ale faktem jest, że nie byłam pewna, czy ten gość w żółtej koszulce jest sędzią, bo zawsze sędzia był ubrany na czarno. Ale spokojnie, fanką sportu nie jestem, ale orientuję się co i jak – wiem co to jest spalony i wiem na jakiej zasadzie liczone są punkty w turniejach :) Nie zapominajcie, że mieszkałam ze studentką AWF. No i mężczyźni w mojej rodzinie też nie byli laikami, więc spokojnie :) Nie jest to moje hobby, ale orientuję się całkiem dobrze :)

piątek, 18 czerwca 2010

Atak małolatów i rycerz w zielonej puszce.

Sennie się zrobiło ostatnio na moim blogu, ale mam nadzieję, że za bardzo nie ziewacie :)

No bo tak – mój sen o tych nieszczęsnych zaręczynach, to był pikuś przy tym co śniło mi się w nocy ze środy na czwartek :) To dopiero był koszmar. Śniło mi się, że jakieś naćpane małolaty chciały mi się włamać do domu. To znaczy na początku chodzili tylko po domach i zbierali na piwo, ale potem wszystko się zmieniło i stali się uzbrojonymi w noże nastolatkami. A jakże – krew też była. I ja sama walcząca z drzwiami, bo kilka razy próbowałam zamknąć je na klucz i nie do końca mi się udawało. Ostatecznie do mojego domu wdarła się tylko żeńska część tych bandziorów i była całkiem grzeczna, a chłopaki próbowali wszystkiego – i tych noży, i podpaleń. Do Franka nie mogłam się dodzwonić, a w ogóle to nawet się cieszyłam, bo wolałam, żeby on nie przychodził i się nie narażał. Niby przyszły z pomocą Dorota i Juska, ale obie się w zasadzie skumały z jedną z tych „złoczyń” i w najlepsze sobie oglądały z nią telewizję, podczas gdy ja próbowałam odeprzeć szturm pozostających na korytarzu uzbrojonych małolatów na moje drzwi wejściowe.
Normalnie w przypadku takich przykrych i dość strasznych snów dochodzę w nich w pewnym momencie do wniosku – „aaa spoko, to tylko sen, obudzę się i będzie ok, więc zobaczymy co też się tutaj wydarzy” – autentycznie często zdarza mi się tak myśleć we śnie. Ale okazało się, że tym razem moja podświadomość postanowiła mnie oszukać i w momencie kiedy sobie w tym śnie tak pomyślałam – obudziłam się. Tyle, że obudziłam się we śnie – żeby było jaśniej: śniło mi się, że śni mi się ten napad a kiedy obudziłam się z tego snu, okazało się, że to nie sen i małolaty dalej mnie chcą atakować. No i tym sposobem męczyłam się z nimi aż do piątej, kiedy to się obudziłam, włączyłam radio i leżałam do szóstej jak zwykle o tej porze słuchając wiadomości dla rolników :)

No i co Wy na to? Wesoło mam ostatnio w tej mojej psychice co? :D A tak całkiem serio, od jakichś dwóch tygodni mam problemy z zaśnięciem. Jest to dla mnie coś niespotykanego, bo normalnie zasypiam w momencie, kiedy przyłożę głowę do poduszki. A ostatnio kręcę się ciągle i nie mogę zapaść w taki prawdziwy głęboki sen mniej więcej do drugiej. Trochę śpię – to wiem, bo czas mi dość szybko płynie i jakieś tam sny na jawie miewam, ale ogólnie nie jest ciekawie. Potem zasypiam snem głębokim i śnią mi się jakieś głupoty. No i rano budzę się zmęczona – nie żebym zaraz zaspała, bo to jest dla mnie niewykonalne. Przeważnie budzę się przed budzikiem tak o 5:40, ale nie zmienia to faktu, że czuję się wykończona i mam fatalnie podpuchnięte oczy.

Nie wiem co jest tego powodem. Ale zaczyna mnie to denerwować. Tak sobie myślę, że pewnie to trochę przez to, że jest tak długo jasno. Kładę się o 22, a za oknem jeszcze szarawo. – ale nie wiem, czy to mogłoby mieć aż taki wpływ. Może za późno się kładę – w takim sensie, że często przed spaniem trochę się wyciszałam – na przykład czytając książkę. Ostatnio tego nie robiłam. Ale też nie jestem pewna czy to to, bo z drugiej strony potrafiłam wrócić z aerobiku, wykąpać się, walnąć do łóżka i po minucie spać jak zabita :) A z drugiej strony może to właśnie przez książki, bo trzy które przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni to był horror i dwa thrillery psychologiczne.

W każdym razie wczoraj zasypiałam z Frankiem u boku, więc wyjątkowo nie miałam z tym problemu. Co prawda Brutus ciągle mi się na nogi ładował (dlaczego on śpi na mnie a nie na Franku???) i mnie rozbudzał, ale Franek niczym ten dzielny rycerz go natychmiastowo zganiał, zanim zdążyłam miauknąć, że mi ciężko :) Sny dzisiaj też miałam niewydarzone, ale jakoś to zniosłam, bo co jakiś czas Franek lekko mnie wybudzał, bo się akurat do mnie przytulał a rano wstał i zrobił mi śniadanie.

A propos rycerzy, wczoraj Franek rzecze do mnie:
- Przyjadę po ciebie po hiszpańskim.
- Przyjedziesz?? O jak fajnie. Na koniu?
- Na jakim koniu??
- No na koniu – a konkretnie na białym rumaku.
- Nie.
- Ooo, czyli nie jesteś moim księciem na białym koniu…
- Nie. Jestem rycerzem, który przyjedzie zieloną puszką.
- ???
- No tramwajem przyjadę, no.