W czwartek wieczorem poczułam się zmęczona. Z jednej
strony wiedziałam, że mam dużo nauki, ale uczyłam się codziennie i tego
dnia wróciłam z hiszpańskiego i już mi się nic nie chciało. I niestety
tak mi się utrzymywało przez cały weekend. Dzisiaj wieczorem też miałam
zamiar się pouczyć, ale skończyło się na Reddsie i teraz mi błogo, a
uczyć się nie chce. Trudno. To jest chyba tak zwane zmęczenie materiału.
A na niedzielę mam esej do napisania, mam dopiero niecałą połowę:( No
nic intelektualnie się niespecjalnie rozwinęłam ostatnio. Zatroszczyłam
się za to o ciało. Zaliczyłam wczoraj wizytę u kosmetyczki i fryzjera. A
dzisiaj miała być długa kąpiel w olejkach i takich tam, ale nie było mi
dane. Od rana nie było wody na połowie osiedla. Rura pękła.
Przeczekałam do 14 i w końcu poszłam do Franka pod prysznic i na obiad,
bo przecież bez wody to nawet nie mogłam obiadu zrobić. I dla ducha też
trochę było. Przeczytałam dwie książki. A od jutra trzeba się wziąć do
roboty. Na niedzielę esej, a potem na 15 lutego następne koło i znowu
prezentacja. Na pewno ostatnia w tym roku. I prawdopodobnie ostatnia na
tych studiach. Już bliżej niż dalej

I tak weekend minął na niczym. Ja to jednak nie mogę mieć całych dni
wolnych. Nic wtedy nie robię. A jak wracam z pracy o 16, a na 19 już
lecę na hiszpański to nagle w te trzy godziny zrobię dużo więcej niż w
taką sobotę. Chyba idę spać, bo naprawdę mi błogo po tych piwkach:)
Ps. A za dwa miesiące lecę do Londynu.
Ps. A za dwa miesiące lecę do Londynu.