*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2015

Zakupy na odległość.

Zrobiliśmy to! :) Naprawdę kupiliśmy prezent, który będzie dopiero prezentem pod choinkę :D Pokazałam Frankowi, co mi ostatnio wpadło w oko i też stwierdził, że to dobry pomysł, a ponieważ jest to rzecz piknikowa, a więc mocno sezonowa, wiemy, że w grudniu byłoby o nią trudno. Dzięki temu mamy już prezenty dla rodziców - Franka i moich.
Bo stwierdziłam, że ten prezent będzie również trafiony w przypadku moich rodziców. Ale kiedy poszliśmy do sklepu (Home&You) okazało się, że została tylko jedna sztuka. Mogliśmy oczywiście pojeździć po Warszawie i poszukać, ale najpierw zadzwoniłam do siostry, do Krakowa. Akurat wybierała się w weekend na zakupy, więc poprosiłam, żeby zajrzała do sklepu i zobaczyła, czy jest ten produkt. Wysłałam jej na telefon linka, żeby dokładnie wiedziała, czego szukać. Udało się. W dodatku była promocja, więc drugą rzecz zakupiłyśmy za 10 zł :)
Śmiejcie się, ale ja naprawdę uwielbiam robić wszystko z wyprzedzeniem i mieć poczucie kontroli nad pewnymi sprawami, nie znoszę za to gorączkowej bieganiny po sklepach, w tłumie ludzi i zupełnie bez pomysłu :D

W dobie sieciówek, internetu i mmsów tego rodzaju zakupy są naprawdę proste i zakup czegokolwiek nie stanowi zwykle żadnego problemu. My w rodzinie często je praktykujemy :)
Pierwszy raz zdarzyło się to dość dawno - chyba pięć, czy nawet sześć lat temu. Szukałam płaszcza zimowego, ale ponieważ miałam sesję na studiach nie miałam zbyt wiele czasu na chodzenie po sklepach. Za to moja mama pojechała na zakupy do Wrocławia i kiedy szukała czegoś dla siebie, znalazła płaszcz, który mógłby mi odpowiadać. Zadzwoniła, żebym się przeszła do Orsaya i zobaczyła. Zobaczyłam, przymierzyłam - pasował i w dodatku mi się podobał ;) Kupiłam. I wysłałam mamie mmsa, żeby pokazać jak wyglądam. 
W ogóle to chyba już wspominałam, że nie lubię ubrań kupować sama, bo lubię, kiedy ktoś na mnie spojrzy obiektywnym okiem i obejrzy dookoła, żeby stwierdzić, czy rzeczywiście w czymś dobrze wyglądam, czy tylko lustro sklepowe tak pokazuje. Dlatego też, kiedy zdarzyło mi się, że byłam na zakupach przypadkiem sama i coś znalazłam, to robiłam sobie zdjęcie i wysyłałam do mamy albo Franka, żeby się poradzić ;)

A najlepszą akcję zrobiłyśmy kiedyś z moją siostrą :) To było jak jeszcze mieszkałam w Poznaniu, więc pewnie jakieś trzy lata temu.
Zadzwoniła do mnie, że widziała w Kapphalu świetne białe spodnie, przymierzała i pasowały, ale akurat nie miała ze sobą pieniędzy (nie pamiętam, dlaczego nie mogła zapłacić kartą*, no ale nie mogła), więc postanowiła wrócić następnego dnia. Niestety okazało się, że rozmiar 34 został już wykupiony. Poprosiła więc, żebym sprawdziła, czy w Poznaniu będzie dostępny ten rozmiar. Sprawdziłam szybko w internecie, gdzie w Poznaniu znajdują się sklepy tej sieci i wstąpiłam po drodze do jednego. Żeby mi ułatwić sprawę (bo białych spodni przecież może być całe mnóstwo) siostra podała mi numer tego konkretnego modelu. Weszłam więc do sklepu i po prostu spytałam o rozmiar 34. Nie było. Zostały mi jeszcze dwa sklepy, w oddalonych od siebie dość znacznie lokalizacjach. W domu zjadłam obiad i zastanawiałam się jak to zrobić, żeby stracić jak najmniej czasu i nie pojechać gdzieś niepotrzebnie. W końcu odszukałam sobie w internecie numery telefonu do tych sklepów, zadzwoniłam i po prostu zapytałam o dostępność. Po jakichś 30 minutach już sprawdzałam w przymierzalni - tak na wszelki wypadek - te spodnie (były trochę za ciasne**), a po godzinie byłam z powrotem w domu i dzwoniłam do siostry z informacją, że mam :) 
To się nazywają zakupy za pośrednictwem, czy też raczej za pomocą nowoczesnych technologii! :))

* swoją drogą płatność kartą to naprawdę udogodnienie, odkąd Biedronka wprowadziła w swoich sklepach terminale, to nie wiem, czy gdzieś jeszcze (rzecz jasna poza małymi sklepikami, gdzie się to nie opłaca) nie ma możliwości płatności kartą! W każdym razie ja prawie nigdy nie mam ze sobą gotówki i kiedy jest nagle potrzebna, to mam duży problem :) Swoją drogą to dobry sposób na różnego rodzaju "zaczepiaczy", którzy zbierają na fundacje albo piwo - mówię po prostu, że nie mam gotówki.

** byłyśmy z siostrą swego rodzaju fenomenem jeśli chodzi o rozmiary - spodnie mojej siostry zawsze były na mnie za ciasne, bo miałam szersze uda i biodra, za to moje spódnice nigdy się nie dopinały na niej, bo ona z kolei miała trochę więcej w pasie :P To brzmiało dość tajemniczo, że nie możemy się wymieniać ciuchami, bo obie jesteśmy "za grube" na ubrania tej drugiej, ale wynikało to po prostu z innej budowy ciała. (Piszę w czasie przeszłym, bo teraz niestety jestem chudsza zarówno od mojej mamy, jak i siostry, więc co najwyżej mogę im pooddawać swoje stare ubrania, z wymienianiem się jest gorzej.)

niedziela, 14 grudnia 2014

Świąteczne zakupy i wizytacja

W tym roku niestety nie udało nam się zrealizować naszego planu, żeby świąteczne zakupy mieć z głowy już na początku grudnia - po prostu za szybko nam ten czas zleciał :) W jeden weekend musieliśmy pojechać do Miasteczka, bo nie mieliśmy innego dogodnego terminu, a trzeba było stamtąd odebrać rzeczy, które dostaliśmy od brata Franka dla Tasiemca (moi rodzice zabrali je z Poznania, kiedy byli tam na urlopie - swoją drogą Tasiemiec będzie spał w łóżeczku, które przejechało przez pół Polski - z Poznania do Miasteczka a potem jeszcze do Warszawy :P). Później kiedy Franek miał wolne, to musiał jechać do Poznania do urzędu i tak nam zeszło. 

Kiedy chcemy kupić świąteczne prezenty, zazwyczaj zabiera nam to mniej więcej dwa-trzy dni. Najpierw robimy wstępny rekonesans (tak jeszcze w listopadzie) - oglądamy co w ogóle jest w sklepach, zaczynamy na ten temat myśleć, zbieramy pomysły i później mamy czas na to, żeby ewentualnie poszukać czegoś podobnego lub na przykład zamówić prezent w internecie. Najbardziej opłaca się to z książkami! Zamówiłam sobie jedną w Empiku, drugą w Matrasie - zaznaczyłam opcję odbioru osobistego w tych księgarniach, do których i tak bym zajrzała - w ten sposób zaoszczędziłam 20 zł!
Nasza druga wyprawa jest już zazwyczaj konkretna - po zakup tego, co sobie postanowiliśmy i ewentualnie rozejrzenie się za czymś jeszcze. A trzecia to już tylko dokupowanie ewentualnych brakujących elementów :)

Na rozpoznanie terenu rzeczywiście wybraliśmy się jeszcze w listopadzie. Dzięki jednodniowej wycieczce po sklepach urodziło nam się już w głowach kilka pomysłów, które później trzeba było tylko doszlifować. Szlifowanie miało się odbyć w czwartek, ale niestety Franek się rozchorował (jakieś żołądkowe problemy) i musiał wrócić. Mnie już było szkoda tego, że cały dzień sobie zorganizowałam pod kątem tych zakupów i zostałam, wędrując trochę po galerii, porównując ceny i szukając inspiracji. Myśleliśmy, że wczoraj uda nam się wszystko kupić, ale niestety pojechaliśmy do złej galerii handlowej :) To znaczy - wiedziałam już co chcę kupić, bo już to widziałam w sklepach, ale niestety w innych galeriach i okazało się, że w tej dzisiejszej nie było tego, co sobie upatrzyliśmy :/ Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;) Kupiłam sobie za to przy okazji sweterek :) Taki długi, za pupę, wiązany. Będzie jak znalazł do legginsów i do mojej drugiej zimowej kurtki, która pomimo, że jest w rozmiarze XS, sięga mi aż do połowy uda i lepiej w niej wyglądam, gdy mam na sobie spódnicę albo właśnie legginsy i jakąś tunikę, tudzież długi sweter. Zakupy więc się nam udały. Ale dzisiaj musieliśmy się jeszcze wybrać do jednego sklepu. Poszło nam sprawnie i udało nam się już właściwie na dobre zamknąć temat prezentów świątecznych dla bliskich :) Pozostaje nam jeszcze tylko pakowanie. No, z jednym prezentem jest trochę więcej zachodu, bo postanowiłam go wykonać własnoręcznie, więc trochę to jeszcze potrwa, ale materiały mam, więc jestem dobrej myśli. Tylko zdolności manualnych trochę mi brakuje, ale mam nadzieję, że nadrobię czymś innym :)

W zasadzie to mamy teraz już zamknięty temat zakupów w ogóle, bo dla Tasiemca też już mamy prawie wszystko. Prawie, bo jeszcze musimy kupić materacyk do łóżeczka i potrzebujemy chwili do namysłu. Byliśmy dzisiaj w sklepie i w razie czego będzie można w każdej chwili po niego tam podjechać, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy się do końca, jaki rodzaj kupimy i czy przypadkiem nie zamówimy go przez internet.

Można więc powiedzieć, że nasz plan został zrealizowany - do świąt zostało nam półtora tygodnia, a my możemy się już skupić na tym, co w tym czasie najważniejsze, zamiast gorączkowo biegać po sklepach albo stresować się, że nie ma jeszcze tego albo tamtego dla Tasiemca :)
Aaaa, no, oczywiście, jedno jeszcze do załatwienia zostało ;) Mianowicie prezent dla Franka. Ale w czwartek jeszcze nie byłam pewna, co chcę mu dać, a w weekend z wiadomych względów nie mogłam mojego zamiaru zrealizować. We wtorek mam wizytę u lekarza, więc przy okazji się wybiorę do pobliskiego sklepu. Nie sama się wybiorę, tylko z Dorotą, bo się właśnie zapowiedziała na jutro :) Przyjeżdża przed południem i zostanie u nas do środy :)) Jak zwykle wszyscy się bardzo z tego cieszymy. Co prawda trochę krótko będzie, ale będziemy się starać namówić ją na jeszcze jedną wizytę w pierwszej połowie stycznia, a ona twierdzi, że jej do odwiedzenia nas namawiać szczególnie nie trzeba, więc jeśli tylko rozkład zajęć jej na to pozwoli, to przybędzie ponownie. Ale póki co cieszymy się z tej najbliższej wizyty :)

wtorek, 25 listopada 2014

Tasiemiec ma już coś swojego.

Tak w październiku stwierdziliśmy, że trzeba będzie się rozejrzeć za jakimś wózkiem, bo podobno czasami długo się czeka. Nie mogliśmy się za to zabrać, bo na myśl o tym, że musimy wejść do jakiegoś sklepu dziecięcego typu Smyk (może i mają tam fajne zabawki, ale jak dla mnie to panuje tam totalny chaos i bałagan!) byliśmy chorzy :) Wreszcie wpadliśmy na jakże genialny pomysł skorzystania z wyszukiwarki i wpisaliśmy po prostu "wózki Warszawa" :D Znaleźliśmy jeden sklep, który nas zainteresował, przeczytaliśmy jeszcze jakiś jeden artykuł w temacie, żeby chociaż mniej więcej wiedzieć, o co pytać i pojechaliśmy. 

Wcześniej na temat wózków nie wiedzieliśmy praktycznie nic, poza tym, że nie bardzo chciałam wózek ze skrętnymi kołami. Poprosiliśmy o pomoc panią w sklepie i trochę nam opowiedziała, co i jak. Potem przeszliśmy jeszcze na drugą stronę ulicy, gdzie był drugi sklep tych samych właścicieli i to było na tyle. Mieliśmy już jakiekolwiek pojęcie. Wiedzieliśmy na przykład, że nie podobają nam się wózki zagraniczne, bo wydawały nam się jakieś niepraktyczne (w sensie nie na polskie warunki, a już na pewno nie na polską zimę) oraz że nie ma sensu wydawać na nie kilku tysięcy, skoro można kupić naprawdę fajne polskie wózki dużo taniej. Ideałem dla nas, a w szczególności dla mnie - jeśli chodzi o wygląd był taki wózek:


Po prostu bardzo podobają mi się wózki w stylu retro, takie, jakie były kiedyś, a nie te, które przypominają mi trochę pojazdy kosmiczne :P I ogólnie właśnie nie byłam przekonana do skrętnych kół. Ale decyzji nie podjęliśmy. Po prostu wiedzieliśmy już to i owo i musieliśmy się z tematem przespać. 

Przesypialiśmy tak mniej więcej miesiąc - nie wracając w ogóle do tematu. Aż w końcu dojrzeliśmy do tego, żeby dokonać tego pierwszego, poważnego zakupu. Tym razem pojechaliśmy samochodem, żeby sprawdzić, jaki wózek zmieści nam się w ogóle do bagażnika. Kiedy weszliśmy do sklepu, od razu podeszliśmy do tego, który oglądaliśmy jako pierwszy (to nie ten ze zdjęcia). Jeszcze raz sobie go dokładnie obejrzeliśmy, wywieźliśmy na zewnątrz, wpakowaliśmy do samochodu. I stwierdziliśmy, że nam się podoba. Wózek miał skrętne koła co prawda, ale kiedy dowiedziałam się, że można je zablokować, to stwierdziłam, że zawsze lepiej mieć alternatywę, niż jej nie mieć i skapitulowałam :)

Dziwnie nam jakoś było z tym, że tak pierwszy lepszy wózek chcemy brać, więc dla świętego spokoju poszliśmy znowu do tego drugiego sklepu obejrzeć raz jeszcze ten mój typ. Ale tak, jak się spodziewaliśmy, stelaż zajmował nam trochę za dużo miejsca w bagażniku i byłoby za dużo zachodu z pakowaniem się. W dodatku był sporo cięższy. Mimo tego, że naprawdę bardzo mi się podobał z wyglądu, stwierdziliśmy, że jednak względy praktyczne są dla nas ważniejsze i zrezygnowaliśmy z niego.

Obejrzeliśmy jeszcze jeden model, który koniecznie chciała nam wcisnąć pani sprzedawczyni (bo jej znajoma taki ma i bardzo sobie chwali, czy coś tam), ale jakoś nas nie przekonała. To znaczy plusem było to, że składał się jeszcze sprawniej niż ten pierwszy wózek i miał większy koszyk, ale jakoś tak mniej zgrabny był. 
Wróciliśmy więc do pierwszego sklepu (głównie ze względu na obsługę - naprawdę miła i profesjonalna, w tym drugim sklepie babki nas trochę irytowały) i stwierdziliśmy, że bierzemy pierwszy model, czyli, jak już niektóre z Was wiedzą, Bebetto Luka:) Wybraliśmy jeszcze kolor i dokupiliśmy fotelik samochodowy. Nie braliśmy firmowego (w sensie od producenta wózka), bo zależało nam na tym, żeby fotelik miał nie tylko homologację, ale jak najwięcej gwiazdek w testach bezpieczeństwa. Dużo jeździmy i to się raczej nie zmieni, więc kwestia bezpieczeństwa była dla nas bardzo istotna. Woleliśmy kupić tańszy wózek, ale za to zapłacić więcej za fotelik. 
W sobotę pojechaliśmy odebrać nasz zakup. Oto i on:
 

Tu w wersji spacerowej:
 

I z fotelikiem:
 

A tu całość :)
 
 
Stoi sobie teraz u nas w domu i nam zawadza :) Spacerówkę zawieziemy do moich rodziców, a resztą jakoś będziemy musieli przeboleć. Na zdjęciach trochę nie widać dobrze koloru, bo zdjęcia robiłam przy sztucznym świetle - trochę szary, a trochę wpadający w beż. Ale nie jest to tkanina jednolita tylko taka melanżowa. Przyznać muszę, że przekonałam się nawet do wyglądu tego wózka i stwierdzam, że nie jest aż tak bardzo kosmiczny ;) 
Ma wszystkie funkcje, które wydawały nam się istotne. Mam nadzieję, że będziemy zadowoleni, ale raczej nie mam powodów, żeby w to wątpić :)
Właściwie można powiedzieć, że wyboru dokonaliśmy w tempie błyskawicznym, ale my zawsze tak mamy :P jesteśmy genialni, jeśli chodzi o tego rodzaju decyzje  - tak samo było przy przygotowaniach do ślubu, po prostu na wszystko decydowaliśmy się intuicyjnie i bez zbędnego rozmyślania. I wyszło nam to na dobre. Tym razem też tak było. Trudno to wytłumaczyć, ale po prostu oboje od razu czuliśmy, że to właśnie ten wózek jakoś najbardziej nam odpowiada i ostatecznie stwierdziliśmy, że nie ma sensu na siłę oglądać inne modele, tylko po to, żeby się przekonać, że wracamy do tego pierwszego. Zwłaszcza, że tak naprawdę większość tych wózków ma dokładnie takie same udogodnienia i cechy, różnią się szczegółami (i ceną), więc tylko niepotrzebnie sialibyśmy zamęt we własnych głowach i przedłużali :)
Grunt, że jesteśmy zadowoleni i liczę na to, że Tasiemiec też będzie, ale może przejął w genach nasz entuzjazm i nie będzie grymasił.

sobota, 13 listopada 2010

Pierś do przodu!

Pozostańmy jeszcze przy temacie bieliźnianym…
Piękna bielizna na wystawie sklepowej zawsze przyciągała mój wzrok… Zawsze chciałam ją mieć.Ale… Tak naprawdę przez długi czas noszenie bielizny nie sprawiało mi żadnej przyjemności – ot, traktowałam to jako konieczność. Bo jakoś nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez majtek, a już na pewno nie bez stanika :) Dzisiaj skupię się na tym drugim…
Cóż, mimo, że miałam wiele staników, które bardzo mi się podobały, większość z nich nie była specjalnie wygodna – denerwowały mnie fiszbiny kłujące mnie pod pachami, opadające ramiączka i – zdecydowanie najgorsze! – piersi „wychodzące” z biustonosza. Ale jakoś to wszystko znosiłam i nawet przestało mi to szczególnie przeszkadzać – po prostu uznałam to za coś normalnego :) Aż pewnego dnia (i wyobraźcie sobie, że to było dopiero rok temu!) mama zaprowadziła mnie do sklepu, który sama odkryła kilka miesięcy wcześniej. Był to sklep z bielizną, z dwiema niesamowicie miłymi i profesjonalnymi ekspedientkami. Każdą klientką zajmowały się indywidualnie. Zaczynały od sprawdzenia, jaki nosi rozmiar. Dawały do przymierzenia kilka biustonoszy w różnych rozmiarach, a potem wchodziły do przymierzalni i sprawdzały jak leżą.
Pokazały jak ułożyć biust w staniku, jak dobrze uregulować ramiączka i przede wszystkim powiedziały, na co zwracać uwagę przy kupnie bielizny. Po raz pierwszy od dziesięciu lat miałam tak świetnie dobrany stanik! Nie sądziłam, że biustonosz może być aż tak wygodny, nie myślałam, że można go po prostu w ogóle nie czuć, bo nic mnie nigdzie nie uciska, nic mi nie opada, nie martwię się, że coś prześwituje… Nie do wiary! Od tamtej pory naprawdę pokochałam bieliznę!
 Niestety, wydaje mi się, że większość kobiet naprawdę nie wie jak powinien leżeć dobrze dobrany stanik (chyba, że Wy mnie wyprowadzicie z błędu). Sprzedawczynie w sklepach to często ignorantki, które ograniczają się do podania tego, o co prosi klientka i później skasowania towaru. Poza tym przypuszczam, że często same nie wiedzą,jak powinno się dobrze dobrać bieliznę. Powiedzmy sobie szczerze – nikt nas tego nie uczy…
 A tymczasem, Dziewczyny,to bardzo ważne, żeby odpowiednio dobierać rozmiar! Kupując stanik pilnujcie,żeby miseczka nie była za mała – powinna mieścić całą pierś i żadne wałeczki nad materiałem ani pod pachami nie powinny być widoczne. Kiedy miseczka jest za duża, materiał na górze odstaje… Kolejną rzeczą jest sprawdzenie, czy obwód biustonosza jest dobry – nie powinno nic odstawać, a kiedy podniesiecie ręce do góry, stanik nie powinien się przesuwać. Ale też nie możecie czuć się zbyt skrępowane i znowu – uważajcie na wałeczki nad materiałem. Z tym, że należy pamiętać także o tym, że materiał się z czasem trochę rozciąga, więc lepiej kupić biustonosz, który jest ciaśniejszy niż luźny.
Przy okazji konkursu, wiele z Was wspomniało o tym, że i tak nie byłoby Waszego rozmiaru…No właśnie! Nie wiedzieć czemu, producenci bielizny uznali, że 90 %kobiet nosi rozmiar miseczki A, B lub C. I my same też w to uwierzyłyśmy… Przez kilka lat nosiłam stanik zbyt mały. Nie przyszło mi do głowy, że powinnam nosić rozmiar D, bo mój biust jest średnio duży, a przecież często w sklepie miseczka D jest największa z tych, które mają. Nie mam pojęcia, dlaczego firmy bieliźniarskie usiłują wcisnąć nas w staniki o wiele za małe. Porównując siebie do innych kobiet z nieco większym biustem ode mnie stwierdzam, że w każdym sklepie powinien być jeszcze spory wybór staników w rozmiarach E, F i G. A tymczasem już przy D jest naprawdę trudno – zrobiłam ostatnio rekonesans… Na szczęście jest kilka firm, które mają rozsądną rozmiarówkę, warto więc zrobić rozeznanie i znaleźć taki sklep z bielizną, do którego będziemy chodzić z przyjemnością, a wizyta nie będzie kończyć się nieudanym zakupem lub uczuciem frustracji :)
Bardzo mnie cieszy, że nareszcie wiem jaki noszę rozmiar, a co najważniejsze – potrafię sama stwierdzić, czy dany stanik jest na mnie dobry. To powoduje, że kupowanie bielizny to dla mnie ogromna frajda :)

poniedziałek, 4 października 2010

Zakupowe szaleństwo.

O ubraniach i zakupach piszę bardzo rzadko, tudzież wcale. A to głównie dlatego, że nie przepadam za zakupami. Jestem chyba ostatnią osobą, którą można by nazwać zakupoholiczką. Ale jednocześnie jestem typową babą i lubię ładnie wyglądać, a to, że nie lubię zakupów, nie oznacza, że nie lubię nowych ubrań :) Dlatego postanowiłam wreszcie popełnić wpis w tym temacie…

Nie potrafię wejść do sklepu ot tak – żeby tylko pooglądać. Niektórzy w ten sposób polują na ciuchy – oglądają z nadzieją, że coś im wpadnie w oko. Nie ze mną te numery – ja kiedy wybieram się do sklepu to z zamiarem kupienia konkretu. Tyle, że kiedy już się wybiorę, to kupuję hurtowo :) Raz, a dobrze. Po prostu kupuję wszystko, co jest mi akurat potrzebne (bądź mi się wydaje, że jest potrzebne :)), zaspokajam swoje zachcianki i potem mogę nie wychodzić na zakupy przez następne pół roku. Zwykle odbywa się to sezonowo.

W zasadzie od zawsze tak było. Po prostu jak byłam młodsza, raz na jakiś czas mama zarządzała wypad na zakupy do dużego miasta – zwykle do Wrocławia. Czasami Opola. Jechaliśmy wtedy całą rodziną, tata szedł do jakiegoś hipermarketu budowlanego oglądać śrubki, a ja, mama i siostra chodziłyśmy „po ubraniach”. Zwykle wracałyśmy obładowane i miałyśmy spokój z zakupami na kilka miesięcy. No i tak mi zostało :)

W zeszłym roku w październiku kupiłam Frankowi na urodziny sweter. Przy okazji wzięłam też coś dla siebie. W domu ubrałam jeszcze raz, po czym stwierdziłam, że to nie to… Wróciłam do sklepu, oddałam bluzkę, dostałam zwrot pieniędzy i… wyszłam ze sklepu z czterema nowymi ciuchami. A po drodze kupiłam jeszcze dwie pary spodni – bo przeceniony były… Wyrzuty sumienia wyleczyły mnie z zakupów na jakieś pół roku… Wiosną sprawiłam sobie płaszczyk i buty. Latem znowu uzupełniłam garderobę hurtowo, ale w zasadzie to się nie liczy, bo to był prezent dla mnie od moich rodziców na urodziny :)

W minionym tygodniu znowu obkupiłam się za wszystkie czasy. Stwierdziłam, że nie może być tak, że moim jedynym ciuchem oficjalnym-nie-tak-zupełnie-galowym nie może być moja garsonka z matury :)  Wzięłam Franka pod pachę jako doradcę i wzbogaciłam się o spódnicę, żakiet, kamizelkę i sukienkę. Nic to jednak. Pochwaliłam się mamie, która stwierdziła, że ona też musi iść na zakupy. Pojechałam na weekend do Miasteczka, w sobotę wsiadłyśmy w auto i pojechałyśmy do Oklahomy. Bilans: dwie pary butów, spódnica, żakiet i płaszcz.. Z tego moje były botki i zimowy płaszcz koloru fioletowego. Jeszcze nie wydałam więcej, niż zarabiam, ale swój rekord chyba pobiłam :) Ale mam teraz spokój przynajmniej na pół roku – w ogóle nie będę się wybierać na zakupy (i dobrze, straszny to pożeracz czasu), bo zwyczajnie absolutnie nic nie jest mi potrzebne :) Lubię to poczucie, że mam wszystko – od bucika po czapeczkę i że mam spokój z tym całym przymierzaniem… Oczywiście w tych przerwach międzyzakupowych zdarza się czasami jakiś drobiazg – zwykle buty, bo na nie choruję, ale to już przeważnie są tylko jakieś wyjątkowe okazje :) Ale jeśli o buty chodzi – jestem zabezpieczona aż do lata. Mam kilka par butów na jesień, zimę i wiosnę. Tylko sandałki mi się ostatnio zepsuły, więc być może w czerwcu trzeba będzie się udać na polowanie.

Kiedy tak wracam do domu obładowana siatkami pełnymi nowych nabytków, dręczona wyrzutami sumienia z powodu ilości wydanych pieniędzy, myślę sobie, że ja po prostu mam złych doradców :) Kiedy idę z mamą, przymierzam coś w czym wyglądam dobrze, nigdy mi nie odradzi zakupu, wręcz namawia do kupna i przekonuje, że to się na pewno przyda na dłuższy czas (zawsze ma rację), więc warto. Franek nigdy nawet nie mrugnął, kiedy pokazywałam mu ceny na metkach, jak wyglądałam dobrze, kazał kupić. A kiedy zakupu dokonywałam pod jego nieobecność i skruszona dzwoniłam, że zaszalałam i wydałam tyle i tyle i kupiłam entą parę butów odpowiada tylko: „w porządku, ale dobrze, że nie torebkę, nie ma na nią miejsca”.

I jak tu nie szaleć? :)

sobota, 6 czerwca 2009

Chwalę się...

Za dwa tygodnie jedziemy na wesele z Frankiem. Znowu się sezon zaczyna, chociaż w porównaniu do zeszłego roku to i tak mało, bo tylko dwa :) W każdym razie, właśnie skompletowałam garderobę ;) Tydzień temu byłam w Miasteczku i tam z mamą szukałam sukienki. Najpierw weszłyśmy do jednego sklepu, w którym się po prostu załamałam. Wszystkie te, które mnie interesowały i były niedrogie (założyłam sobie, że nie wydam więcej niż 150 złotych) były za małe! No szok! Normalnie noszę rozmiar 36 a tu nawet 38 była za ciasna. Nosz… Prawie w kompleksy wpadłam. Poszłyśmy do drugiego sklepu. Ja już z dołem, że nic na mnie nie pasuje i kiedy mama pokazała mi tę sukienkę, byłam pewna, że się w nią nie zmieszczę..
 
Ale okazało się, że leży całkiem dobrze. A każda inna była za duża:P A pani w sklepie powiedziała, że na takiej drobnej osobie to każda inna będzie jak worek wisiała. To już wpłynęło na mnie zdecydowanie bardziej pozytywnie niż w poprzednim sklepie. A sukienkę kupiłam.
Pozostał jeszcze zakup butów. W zeszłym roku miałam moje ukochane buty, w których byłam na półmetku, trzech studniówkach, Sylwestrze i na trzech weselach. I teraz też bym je ubrała, gdyby nie to, że złamał mi się obcas :( I szukałam podobnych. W poniedziałek łaziliśmy z Frankiem trzy godziny i nic :( Były ładne, ale ja mam wąską stopę i trudno mi trafić na dobre buty, zwłaszcza jeśli mam w nich tańczyć całą noc. Przede wszystkim muszą być zapinane na kostce, żeby mi trzymały nogę.
Dzisiaj zrobiliśmy drugie podejście. I nagle na wystawie: są! Takie jak chcę. Weszliśmy, przymierzyłam, ale obcas był trochę za niski. I wtedy Franuś, jak zwykle, bo to on mi zawsze najładniejsze buty wybrał:), pokazał mi inne. Przymierzyłam – idealne (no, dziurki trzeba będzie dorobić ;)). Dokładnie takie jak chciałam. A oto i one:
 
I tym sposobem ubrałam się na wesele. Za wszystko zapłaciłam 165 złotych :) Dobrze, że mam z kim chodzić na zakupy, bo sama rzadko umiem coś fajnego wypatrzeć. Najlepiej jak czekam w kabinie a mama, Franek lub Dorota mi donoszą co lepsze ciuszki:)
A oto kreacja na zainteresowanej:
  

niedziela, 7 września 2008

Powiedzmy, że przewietrzona :)

Niestety jeden z ostatnich beztroskich weekendów się zakończył. Za miesiąc zaczynają się już zajęcia na mojej uczelni, w pozostałe weekendy będę pewnie jeździć do domu. Nie we wszystkie, ale pewnie w większość. Za tydzień wesele, za dwa znowu i to aż w Jastrzębiu Zdroju, więc mam nadzieję wyszaleć się trochę w ostatni weekend września :)
Weekend zaczęłam dość późno, bo strasznie długo siedziałam w pracy – od 8.30 do 19.30. Jak przyjechałam, przyszedł Franek i zarządził wyjście z domu. Pojechaliśmy do kina. W sobotę on poszedł do pracy. Ja byłam umówiona z koleżankami. Fajne spotkanie to było.. Jak za starych dobrych czasów studenckich… Nie żebym teraz nie studiowała, ale jednak nie ta ekipa, nie te problemy… Trochę się powygłupiałyśmy, trochę powspominałyśmy, trochę pogadałyśmy o teraźniejszości. Każda już teraz ma swoje sprawy – jak to zawsze w życiu bywa. Ale przynajmniej rozmawia nam się tak samo jak zawsze – nie ma takiej głupiej sztuczności i braku tematu do rozmów. We wtorek ciąg dalszy spotkania. Co prawda w trochę zmienionym składzie, ale też w babskim towarzystwie.
Po południu wybrałam się na spacer, który zakończył się tournee po sklepach :) Nie lubię za bardzo zakupów, ale jest parę ciuchów, które musiałabym kupić :/ A kasy niestety nie ma za dużo. Ale tych ubrań też wcale tak dużo dla siebie nie widziałam.
A najprzyjemniej było dzisiaj:) Franek rano wybył, a ja z jego mamą pojechałam na działkę jego rodziców. Chłodno trochę było, ale nie padało, a otem nawet się rozjaśniło. Było przyjemnie. Zjadłyśmy ciasto, wypiłyśmy ciepłą herbatkę i obgadałyśmy całą rodzinę – moją i jej hihi :) Po południu przyjechał Franek ze swoim tatą i było jeszcze przyjemniej :) Zjedliśmy obiad, a potem graliśmy w kości i nieźle się przy tym uśmialiśmy. Wesoło było. I byłoby jeszcze weselej, ale jak zaszło słońce zrobiło się zimno i stwierdziliśmy, że czas wracać. Ehhh… Więcej takich przyjemnych, beztroskich dni… Przewietrzyłam się za wszystkie czasy.
Jutro pośpię trochę dłużej, bo R. zadzwonił do mnie, że chciałby coś rano przy kompie porobić i żebym na dziesiątą przyjechała. Spoko, tylko późno skończę :( Jakoś przeżyję. Miłych snów życzę wszystkim.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Wróciłam



No to jestem. Myślałam, że w czasie urlopu będę miała czas, żeby wrzucić od czasu do czasu jakąś notkę, ale jednak nic z tego nie wyszło. Miałam mnóstwo różnych zajęć, a czas tak szybko mijał… No i minął urlop :( Dzisiaj w pracy się chyba nie pozbieram. Ale R. wie, że mam dzisiaj urodziny, więc dzwonił rano, żebym zrobiła tylko najważniejsze rzeczy a z resztą jakoś sobie da radę. Tylko ciekawe ile czasu zajmą mi te najważniejsze rzeczy :)
A urlop? Urlop był cudowny. Bardzo przyjemnie spędziłam ten czas. Dość aktywnie, ale czasu na lenistwo też nie zabrakło. Pogoda w sumie dopisała. Może spodziewałam się, że będzie trochę lepiej, ale nie pokrzyżowała mi żadnych planów i to chyba najważniejsze :) Już w sobotę wybraliśmy się z Frankiem i moją koleżanką Asią nad jezioro. Spędziliśmy tam cały dzień, popływaliśmy i nieźle się spiekliśmy. W następnych dniach pogoda już nie nadawała się na opalanie, ale to nawet dobrze, bo mieliśmy inne plany. Wybraliśmy się na wycieczkę rowerową a poniedziałek poświęciliśmy na załatwianie różnych ważnych spraw takich jak wymiana tymczasowego dowodu rejestracyjnego i zakup butów na wesele dla Franusia. I wybór sukienki, w której pójdę na wesele :) Z tą sukienką to niezłe jaja wyszły, bo na najbliższe wesele miałam pójść w sukience z zeszłego roku. Przymierzyłam ją i okazało się, że jest za duża. Jednak od zeszłego roku schudłam osiem kilo. Za to zmieściłam się w sukienkę sprzed trzech lat a nawet w sukienkę, w której moja siostra była dwa lata temu na swojej studniówce :) A na mieście znaleźliśmy jedną sukienkę – taką typową małą czarną tylko z białymi elementami – w której Franek się zakochał, a jeszcze bardziej zakochał się, jak ją przymierzyłam :) No i nie było rady, trzeba było kupić. W kolejne dni spotykałam się ze znajomymi i jeździliśmy na wycieczki. Pojechaliśmy między innymi do Kotliny Kłodzkiej i połaziliśmy trochę po górach. I wtedy ciszyliśmy się, że nie ma upałów, bo nie dalibyśmy rady, a tak przy dwudziestu trzech stopniach było idealnie. A w piątek udało nam się jeszcze raz pojechać nad jeziorko.
W sobotę przyszła do mnie moja osobista fryzjerka, czyli Asia, która czesała mnie na każdą imprezę, oprócz studniówki -  i dlatego nie byłam wtedy zadowolona :) W godzinkę wyczarowała mi jakieś cudeńko na głowie i mogliśmy z Franusiem wyruszać do Poznania.  Zajechaliśmy zgodnie z planem i mieliśmy jeszcze godzinkę na przygotowania. O szesnastej rozpoczęła się uroczystość. Ślub, jak to ślub, piękny. Bo jak nie ma być piękny, skoro dwoje ludzi sobie przysięga miłość aż po grób :) Ale ogólnie mieliśmy na początku całej imprezy mieszane uczucia. Nawet Franuś przyznał, ze jest jakoś dziwnie. Chodziło głównie o to, że para młoda ma ośmiomiesięcznego synka Kubusia. W kościele go nie było, ale pod kościołem już się pojawił i tak naprawdę Aneta (Panna Młoda) nawet nie słuchała życzeń od gości, tylko cały czas patrzyła co się z Kubusiem dzieje. A jak zapłakał to w ogóle do niego poszła i nie przejmowała się tym, że cała kolejka gości jeszcze stoi, żeby złożyć jej życzenia. Później na weselu było podobnie, wszędzie z Kubusiem, cały czas patrzyli gdzie on jest i co robi. I dlatego z Frankiem stwierdziliśmy, że jednak taki dzieciaczek niepotrzebny na weselu swoich rodziców. Może gdyby był starszy, a tak on i tak nic nie będzie pamiętał, a rodzice zamiast cieszyć się sobą i gośćmi poświęcali mu całą uwagę. Oczywiście, że to ich synek i to jest zrozumiałe, ale przecież to jest ich dzień! A odnieśliśmy wrażenie, że są nieobecni duchem na swoim własnym weselu. Później kiedy maluszek został odwieziony do domu, był już zupełnie inaczej. Para młoda nareszcie mogła zacząć cieszyć się weselichem :) Bawiliśmy się świetnie. Na początku Franuś trochę sztywny był i nie chciał ze mną tańczyć, ale zajął się mną jego tata. A potem to już się bawili wszyscy. Wesele miało skończyć się o czwartej, więc byłam przerażona, bo nie wyobrażałam sobie, że dam radę wytrzymać tyle czasu, a trzeba było czekać na autobus, bo wesele było 30 km pod Poznaniem. A jednak jak przyszła na czwarta, to się nikomu z parkietu nie chciało schodzić:) No i muszę się pochwalić, że Franuś stwierdził, że wyglądałam najładniej ze wszystkich (mam nadzieję tylko, że nie ładniej od Panny Młodej) Może to, że powiedział to Franek, nie jest aż takim zaskoczeniem, ale wiele osób z jego rodziny stwierdziło, że wyglądam ślicznie, a jego ciocia wręcz się mną zachwycała. Aż mnie wprawiała w zakłopotanie, mówiąc, że wyglądam jak taka księżniczka, tak delikatnie i arystokratycznie zarazem :) Naprawdę  nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie komplementy, ale miło było mi strasznie. A niedziela można powiedzieć zmarnowana, bo niczego pożytecznego nie zrobiłam :) . No, rozpakowałam się. Ale cały dzień byłam nie do życia, bo nie umiem odsypać imprez. Jak zasnęłam o szóstej, to już o ósmej miałam koniec spania. Poszłam na spacer, wykąpałam się, zjadłam i dopiero tak około pierwszej zasnęłam jeszcze na półtorej godzinki, ale więcej nie dałam rady. Ale dziś jestem już rześka, z racji tego, że wczoraj położyliśmy się już o 21.
No i to byłoby w skrócie tyle o tym tygodniu, podczas którego nie było mnie w świecie wirtualnym:) Dziękuję wszystkim za życzenia udanego urlopu, bo rzczywiście spełniłu się i urlop udał się pysznie. Wesele również i już nie mogę doczekać się września, kiedy będę bawić się jeszcze na dwóch. Teraz wracam do szarej rzeczywistości, żeby jak najszybciej uwinąć się z robotą. A w przerwach mam zamiar poodwiedzać Wasze blogi, bom ciekawa co u Was słychać :)

wtorek, 10 czerwca 2008

Przeszło mi :)

No i nie wytrwałam w moim postanowieniu. Już nie mam focha na lubego. Kiedy wracałam wczoraj z pracy zadzwonił do mnie i powiedział, żebyśmy się spotkali na mieście. Tak też zrobiliśmy i poszliśmy na zakupy. Na zakupy ubraniowe dodam. Dla mnie. Ja bardzo lubię chodzić na zakupy z Franusiem, bo jak nietypowa kobieta nie lubię kupować ciuchów. To znaczy może i kupować lubię, ale nie lubię łazić po sklepach, szukać, wybierać, przebierać,przymierzać, decydować itd. A z Frankiem to jest tak, wchodzimy do sklepu,przelecimy, jak mu nic w oko nie wpadnie to wychodzimy a jak coś mu się spodoba to mi tylko podaje i albo mi się podoba, albo nie. Ale przeważnie mi się podoba. Widać mamy podobny gust:) Ja wlazłam do kabiny a on mi tylko przynosił.Chciałam kupić sobie spódniczkę, znalazłam dwie fajne, nie mogłam się zdecydować i Franek kazał mi kupić obie. No a przecież facetowi się nie odmawia:P
Ale jeszcze lepsze miało dopiero nastąpić –marudzę mu, że przynajmniej raz w tygodniu mamy iść na dłuuuugi spacer. Mój Franek to leń pełną gębą i bardzo ze mną walczy w tej kwestii. A wczoraj po zakupach powiedział, że teraz spacer. Długi, bo na drugi koniec miasta –mieliśmy odwiedzić jego babcię. Szliśmy dwie godziny. Ja byłam prosto z pracy,w bucikach pozostawiających wiele do życzenia w kwestii nadawania się na takie wyprawy:) Ale już nie chciałam Franka zniechęcać swoim marudzeniem, skoro raz sam wyszedł z inicjatywą :) Dotarliśmy na 20:00 a tam cały zjazd rodzinny –rodzice Franka, babcia, ciocia, kuzynka. Fajnie było, pogaduchy, żarciki,wspominki…i tak prawie do 23. Ja już prawie pod stołem leżałam, bo z reguły o22 jestem już umyta a o 23 gaszę światło, no ale jakoś przetrzymałam. A nagrodą za wytrwałość miało być to, że z powrotem już nie na piechotkę, ale samochodem.
A teraz muszę już kończyć, bo mnie Franek na obiad wzywa :)