*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabieganie. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 grudnia 2015

Refleksja o umiejętności zwalniania i o zarządzaniu czasem :)

Chyba trochę zwalniam. A jeszcze wczoraj wydawało mi się to niemożliwe!  Od prawie miesiąca piszę Wam ciągle o tym, jak to grudzień u mnie zabiegany. Ano piszę, bo tak właśnie jest :) Ciągle coś robię, próbuję coś dogonić, zajmuję się jedną sprawą, a w głowie już mam kilka innych, które czekają na załatwienie. Bo już taka jestem, że wraz z końcem roku lubię sobie pozamykać wszystko, co się da. Sama siebie potrafię zmobilizować i konsekwentnie dążę do celu. To bywa trochę denerwujące, bo nie odpuszczam, ale w gruncie rzeczy lubię w sobie tę cechę, zwłaszcza, kiedy widzę efekty.

Wczoraj rano myślałam, że jestem ostatnio w wiecznym niedoczasie i że na ten świąteczny czas powinnam trochę zwolnić, zatrzymać się i odsapnąć, a ja nie potrafię! Bo jak tu siedzieć spokojnie, kiedy tyle rzeczy do zrobienia (i bynajmniej nie miałam na myśli spraw typowo związanych ze świętowaniem)? Ale wyszłam na spacer, włączyłam tryb intensywnego myślenia i planowania w głowie, i chyba mi się udało. Wieczorem część spraw sobie nadrobiłam, resztę uporządkowałam i kładłam się już z poczuciem kontroli nad swoim czasem. Zostało mi to do dziś.Od razu mi lepiej. Bo jednak czas świąteczny nie powinien wiązać się z wieczną gonitwą i nadrabianiem tego, na co wcześniej czasu ciągle nie było. Owszem, postanowiłam sobie, że do końca tego roku uporam się z kilkoma drobiazgami, ale nie może się to odbywać kosztem świątecznej atmosfery.

Być może znowu Wam się wyda, że piszę enigmatycznie i unikami, ale wierzcie mi, że żadna tajemnica się za tym nie kryje :) Po prostu nie chce mi się wchodzić w szczegóły tego wszystkiego, czym ostatnio się zajmuję :) Chodzi o drobiazgi i o to, że robię porządki w życiu i w swojej głowie - na tyle, na ile się da. Lubię po prostu wraz z końcem roku pokusić się o taki mały remanent. Pewnie gdybym zaczęła szczegółowo wymieniać, na co mi tak ciągle czasu brakuje, to byście mnie wyśmiały, że się w ogóle tym zajmuję :P Ale właśnie o to chodzi, że zazwyczaj jeśli chodzi o sprawy fundamentalne to sobie z nimi radzę, czasu brakuje mi na zajęcie się wszystkimi wypełniaczami, którymi bym chciała - ale może jeśli uda mi się zrealizować większą część zamierzeń, to się z Wami podzielę tą radością.

Wiecie, że kiedy teraz czytam jakieś notki sprzed paru lat to przecieram oczy ze zdumienia - bo na przykład czytam, że wróciłam z pracy i mam labę - kładę się na kanapie z książką i czytam. Albo zakopuję się pod kocem z czasopismami językowymi i uczę się słówek. Albo siedzę przed komputerem i oglądam jakiś serial, szydełkując. I że cały weekend spędziłam na robieniu tego, co sprawia mi przyjemność. Niby to wszystko teraz też robię, ale w głowie mi się nie mieści, że ja kiedyś mogłam na to poświęcić niemal tyle czasu, ile chciałam! :) Jednak życie po dziecku się zmienia (na szczęście nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej :P bo musiałabym teraz odszczekiwać) i jednak przy dziecku człowiek uczy się jeszcze lepiej gospodarować czasem. Aż się sobie dziwię, że kiedyś wydawało mi się, że to działa u mnie bez zarzutu :D Niemniej jednak żal trochę tego, co było. Kiedy czytam te wspomniane wcześniej wpisy, to czuję czasami ukłucie tęsknoty za tym, co było- takie to było oczywiste dla mnie, że jesteśmy tylko we dwoje i swobodnie dysponujemy swoim czasem. Trudno mi w to teraz uwierzyć, bo prawie nie pamiętam tamtego życia :P Nie umiem sobie teraz wyobrazić innego funkcjonowania - tego wplatania przyjemności między jeden a drugi obowiązek, godzenia wszystkich czynności ze sobą. Bez Wikinga byłoby dziwnie, nie chciałabym już tego, może nawet nie umiałaby... Chociaż pewnie nie pogniewałabym się, gdybym tak dostała jeden taki dzień do swojej dyspozycji - rzecz jasna z adnotacją, że to tylko chwilowe ;)
Ale nie narzekam, ja i tak jestem zadowolona z siebie i swoich działań. Myślę, że całkiem nieźle idzie mi łączenie przyjemnego z pożytecznym. Jasne, że nie na wszystko mi wystarcza czasu, ale zawsze tak było. Taka to już przypadłość osób, które się nie potrafią nudzić, myślę, że większość z Was wie, co mam na myśli :)

I tym sposobem popłynęłam sobie dygresją o tym, jak to czasy się zmieniają i jak się człowiek do nich doskonale dostosowuje. I tylko natura świata ciągle niezmienna, i znowu mamy święta, i znowu koniec roku a nowy za pasem.

Właściwie to nie wiem, czy to już czas na życzenia świąteczne? Może tu jeszcze wrócę jutro chociaż na chwilę, żeby się podzielić z Wami wirtualnym opłatkiem w tę pierwszą Wigilię, która w naszym domu będzie już czteropokoleniowa... Ale gdyby mi się to nie udało:

Życzę Wam zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Brzmi banalnie, ale pomyślcie, jak źle byłoby, gdyby zabrakło tego zdrowia, spokoju i radości. Więc niech sobie będzie banalnie, grunt, że ze szczerego serca Wam tego życzę. Niech te dni będą spędzone w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Życzę Wam, abyście umiały właśnie zwolnić i skupić się na tym czasie, który teraz został nam dany.

piątek, 18 grudnia 2015

Szalony grudzień.

Naprawdę szalony! Czas przyspieszył jeszcze bardziej, ostatnie dwa dni jesteśmy ciągle w biegu! Czekamy na święta, mam nadzieję, że wtedy trochę zwolnimy.
Wirus przysłużył nam się o tyle, że Franek dostał aż trzy dni zwolnienia - nie poszedł do pracy w poniedziałek, bo w niedzielę do późna czuł się źle, a w jego zawodzie jednak trudno funkcjonować z problemami żołądkowymi, no bo jak? Potrzebował więc na ten jeden dzień zwolnienia i poszedł do lekarza, który dał mu zwolnienie aż na trzy dni. Dzięki temu mogliśmy więc jeszcze parę spraw pozałatwiać.

W środę zaklepaliśmy sobie nianię Kingę i spotkaliśmy się z nią w celu omówienia najdrobniejszych szczegółów. Po spotkaniu pojechaliśmy do nowej przychodni przyszpitalnej, bo chcieliśmy umówić Wikinga na wizytę do specjalisty. Straciliśmy tam kupę czasu, bo staliśmy w kolejce, która bardzo powoli się posuwała do przodu aż w końcu, kiedy przed nami zostały już tylko dwie osoby, system padł i niczego nie załatwiliśmy! Niestety zmarnowaliśmy prawie dwie godziny :( Byłam niepocieszona, ale Franek to był naprawdę wściekły, że nie udało nam się załatwić tej - jakby nie było - istotnej sprawy. 
Następnie popędziliśmy do mojej nowej pracy, bo miałam tam się zgłosić do kadr. Stałam tam przebierając nogami, bo potem spieszyliśmy się na zajęcia dla niemowląt - bardzo zależało mi, żeby pojechać, bo przecież to ostatni raz i chciałam się pożegnać. Z tego wszystkiego więc, kiedy dostałam skierowanie na badania wstępne i kwestionariusze do wypełnienia, nie upomniałam się o list intencyjny, który babka od HR przekazała kadrom. Zupełnie zapomniałam, no i ta kobieta w kadrach też - zadzwoniła do mnie dopiero po dwóch godzinach, czy będę mogła podjechać jeszcze raz... Na zajęcia na szczęście zdążyliśmy :) A potem już do domu, w którym też było sporo do zrobienia, więc ani się obejrzeliśmy i trzeba było kłaść się spać.

Wczoraj z kolei pojechaliśmy (Wiking i ja) z Agnieszką i Adasiem do Muzeum Narodowego, bo tam jest w czwartki akcja "Mamy w muzeum" i już dawno byłyśmy na to wyjście umówione. Wróciliśmy około 14, z pociągu odebrała nas Kinga i przyszła z nami do domu. Zajęła się Wikingiem w ramach oswajania go ze swoją osobą. Ja się zajęłam sobą, bo na 18 byłam umówiona na spotkanie ze znajomymi z poprzedniej pracy. Ale musiałam wyjść wcześniej, żeby właśnie jeszcze podjechać po ten list intencyjny do nowej pracy :) I wszystko w biegu! Na szczęście wieczorem usiadłam sobie w knajpce ze znajomymi i udało mi się odsapnąć. 

Dzisiaj już jest trochę wolniej. Od rana jest u nas niania i zajmuje się Wikusiem. Teraz wyszła z nim na spacer, a ja załatwiam domowe sprawy i siedzę przy komputerze, jak widać :) Kiedy wrócą, pojadę do galerii handlowej, bo od dawna mam dla wszystkich prezenty, tylko nie dla Franka (a przynajmniej nie w całości), bo nie było kiedy tego załatwić. 
Jutro jesteśmy umówieni z (już nie) hiszpańską Karoliną, będzie nam robić hiszpańską tortillę na obiad :) W niedzielę akcja - pakowanie, a w poniedziałek z samego rana jedziemy do Miasteczka.

Dzieje się dużo, zaczynam nie wyrabiać, a to przecież dopiero początek! W styczniu, to dopiero się zacznie. Niestety muszę się liczyć z tym, że znowu będę musiała wszystko sobie przeorganizować i że pewnie znowu mój blog zwolni z produkcją notek :P (Dla wielu z Was to w sumie dobra wiadomość - nie będziecie się już skarżyć, że nie nadążacie z czytaniem :D) Dlatego też mam ambitny plan, żeby w grudniu napisać o wszystkim, co w ostatnim czasie mnie nurtowało. A sporo tych tematów jest, spisuję je sobie na karteczce - ale może chociaż najważniejszą część tych zaplanowanych i naszkicowanych notek uda się opublikować :) Dotychczas szło mi to całkiem dobrze, mam nadzieję, że zakończę ten rok blogowo zaspokojona ;)

niedziela, 6 grudnia 2015

Relacja z weekendu.

Nie wiem kiedy minął ten weekend :) Czas dosłownie śmignął! Wczoraj z samego rana przyjechali moi rodzice. Franek niestety pracował, w dodatku się znowu trochę rozchorował, więc bez niego pojechaliśmy do jednego centrum handlowego, bo miałam tam do odebrania przesyłkę. A konkretnie był to prezent pod choinkę dla Wikinga :) Skoro już tam byliśmy, to przy okazji przeszliśmy się jeszcze do dwóch sklepów, kupiliśmy pościel na zmianę do łóżeczka i jakieś drobiazgi dla Wikinga. Poszliśmy też na "lunch" (bo nie na pizzę :)) do Pizzy Hut. Wiking był zachwycony! Po pierwsze podobało mu się krzesełko bez blatu przystawiane bezpośrednio do stołu, po drugie zabawki, które miał do dyspozycji. A po trzecie smakowało mu jedzenie. Wiking jest nadal drobny, ale jak to moja mama go określiła - to jest dziecko, które ciągle je! :) Rzeczywiście, trochę tak jest. Piersią co prawda karmię go już zazwyczaj tylko dwa, trzy razy dziennie, ale dostaje trzy posiłki "zwykłe"plus jakieś drobne przekąski w postaci kawałka papryki (zajada się papryką!), ogórka albo piętki od chleba. Wikuś jest oburzony, kiedy my coś jemy a on nie - myślę, że to jest pozytywny skutek uboczny tego, że od dawna siedzi z nami przy stole podczas posiłków. Zawsze musi dostać do rączki jakąś część naszego obiadu. A jako że wczoraj zamówiłam sobie bar sałatkowy i grzanki z mozzarellą i pomidorami, Wiking miał wolność wyboru. Właściwie jedliśmy z jednego talerza, bo podkradł mi z niego kawałek pieczywa i brokuły :) To smakowało mu najbardziej. Nie pogardził też grillowanym kurczakiem, oczywiście papryką i makaronem. Za to fasolka szparagowa nie podeszła mu zupełnie, ale wcale mu się nie dziwę, bo mi też akurat nie smakowała :) Fakt, że normalnie przyprawiamy mu jedzenie ziołami i pieprzem, ale nie solimy, a wczoraj jadł to samo co my, ale w końcu raz nie zawsze.

Parę razy już się zdarzyło, że Wiking był razem z nami w galerii handlowej i zawsze wyglądał na zadowolonego - a w każdym razie nigdy nie zdradzał objawów "przebodźcowania" po takiej wizycie, ale teraz podobało mu się szczególnie, bo po pierwsze wszędzie było pełno kolorowych świątecznych światełek, a po drugie, oglądał świat z zupełnie nowej perspektywy - z perspektywy istoty dwunożnej a nie czterokółkowej ;) A więc debiut ma już za sobą, dotychczas chodził tylko po mieszkaniu.

Popołudnie spędziliśmy już w domu w komplecie, choć nie jestem pewna, co takiego robiliśmy :) Trochę rozmawialiśmy, Wiking bawił się prezentami, które dostał dzień wcześniej od Mikołaja, ja odrobiłam wreszcie prasowanie... :) Ani się obejrzeliśmy, trzeba było iść spać a potem zaraz wstawać, bo już się zrobiło rano :) Poszliśmy do kościoła, potem rodzice zabrali Wikinga na spacer, a ja miałam chwilę na zajęcie się swoimi sprawami. Dzisiejszy obiad znowu jedliśmy poza domem - moja mama miała zaległe bony podarunkowe, których ważność jej się kończyła, więc przyjechała z zamiarem wydania ich na jedzenie w knajpach :) 
Później jeszcze przysiadłam razem z moim tatą do komputera i przeszłam przyspieszone szkolenie z korzystania z niektórych bardziej zaawansowanych opcji excela :) Dawno już się chciałam tego nauczyć i wreszcie się zmobilizowaliśmy. Ale to i tak tylko wywołało u mnie zwiększenie apetytu i mam ochotę na więcej, może w czasie świąt będzie następna lekcja.
Po 18:00 rodzice pojechali i właśnie dostałam informację, że dotarli do domu. Przyznam, że póki co nie mam syndromu przedszkolaka i nie zanosi się, żeby miał się pojawić, bo w ogóle o tym nie myślę. Przed nami bardzo intensywny tydzień, mamy w planie kilka spotkań, w czwartek przyjedzie Dorota - też w biegu zaliczając tę wizytę u nas - więc pewnie ani się obejrzymy i będzie kolejny weekend.  A potem jeszcze tylko tydzień i święta. Czas zapiernicza jak Wiking kiedy zobaczy otwarte drzwi od sypialni! (bo to oznacza, że może wleźć na łóżko i tarzać się po pościeli)

Właśnie sobie uświadomiłam, że chyba bardzo dawno nie pisałam notki, której tematem byłoby to, co robiłam w minionym czasie :P

środa, 2 grudnia 2015

Grudniowy chaos :)

Nie wiedzieć kiedy nadszedł grudzień. I trwa w najlepsze już od dwóch dni :) Niby nic się nie zmieniło, bo to przecież dość umowna zmiana, a jednak mam wrażenie, jakbym nagle wskoczyła do jakiejś innej rzeczywistości. To tylko dowód na to, że wszystko jest w naszej głowie i najwięcej zależy od tego, co sobie sami wymyślimy :) A że ja sobie parę rzeczy jakiś czas temu wymyśliłam i postawiłam sobie w głowie granice to teraz mam :P Poza tym po raz kolejny przekonałam się, że niektóre sprawy tylko z daleka wyglądają na trudne i uciążliwe. Na pewno wiecie, o czym mowa - trzeba coś zrobić, ale nie wiadomo jak się za to zabrać wydaje się, że to jest mocno skomplikowane albo zwyczajnie się nie chce, bo wydaje się, że to jest taaakie czasochłonne i trudne. A potem okazuje się, że najwięcej energii idzie właśnie na rozmyślanie o tym, że trzeba się w końcu za to zabrać i że to takie trudne jest :) 
I ostatnio właśnie tak było, że sobie postanowiłam, że muszę wreszcie oczyścić głowę i zrobić to, co do mnie należy! Franek więc zabrał Wikinga, ja zamknęłam się w drugim pokoju i przez parę godzin rozmyślałam, kombinowałam, pracowałam i kiedy otworzyłam dni, byłam nowym człowiekiem :P To znaczy - stwierdziłam, że trzeba było tak od razu, to miałabym z głowy dawno temu ;) Tak to już w tym naszym życiu jest, że małe uciążliwości uprzykrzają nam życie, a po fakcie okazuje się, że najtrudniej jest po prostu posadzić tyłek i skupić się przez pięć minut na tym, na czym trzeba.

W związku z tym, o czym napisałam na początku (bo trochę odbiegłam, jak to u mnie czasem bywa) - znowu nie wiem w co ręce włożyć i nie mam na nic czasu! A jednocześnie kiedy wieczorem robię rachunek sumienia, sama sobie się dziwię, że udało mi się jednak zrobić na to i owo. Ten typ chyba po prostu tak ma :) Ja odpoczywam działając i ogromną satysfakcję daje mi poczucie, że odhaczam kolejne pozycje na mojej liście rzeczy do zrobienia - nawet jeśli są to pozycje z gatunku "nieważne i niepilne" :)
Grudzień zazwyczaj taki właśnie jest - zabiegany i trochę spięty, w tym roku nie jest więc inaczej. Jeszcze pewnie przez parę dni będę musiała doganiać rzeczywistość z poczuciem, że ciągle jestem w biegu i będę marzyła o paru godzinach w gratisie od życia. A potem się przyzwyczaję. Ale postanowiłam sobie, że do końca roku zakończę kilka tematów (mimo, że to w większości nic ważnego :)). I może potem będę się Wam mogła pochwalić, że dałam radę i się wyrobiłam :)

Wiem, że post trochę chaotyczny, ale to właśnie dlatego, że taka chaotyczna teraz jestem - bo cały czas robię coś, podczas gdy mój umysł wyrywa się już do przodu i analizuje, co jest następne do zrobienia. To powoduje, że nie mogę się do końca skupić na tak statycznej czynności, jaką jest pisanie notki :) Musiałabym znowu się chyba zamknąć w pokoju obok i odciąć od wszelkich bodźców, ale... nie mam na to czasu. I tym sposobem wróciłam do punktu wyjścia, więc kończę już te swoje rozważania, bo na dzisiaj w planie mam jeszcze przeczytać parę stron książki (muszę ją przeczytać do soboty, a mam jeszcze 270 stron - zdążę, nie takie rzeczy się robiło ;)), a przecież o 22:00 gaszę światło ;)

środa, 22 października 2014

Zabiegane początki urlopu//dialog koślawy :)

Uff, nareszcie urlop! Też sobie, wbrew pozorom, z niego skorzystam, bo zrobię sobie wolne od mojego codziennego grafiku (który przecież trzyma mnie przy życiu :)) i od załatwiania miliona spraw, które ostatnio zaprzątały mi głowę. Odkąd się już tak mniej więcej dwa tygodnie temu ogarnęłam i zmobilizowałam, całe dnie mam dokładnie rozplanowane i absolutnie nie mam czasu na nudę. Ciągle coś robię - jak to ja! Chociaż oczywiście w moim grafiku jest też miejsce na relaks. Niemniej jednak teraz postanowiłam trochę się od tej codzienności odciąć, a sprzyjać ma temu również zmiana otoczenia.
Na razie przyjechaliśmy dzisiaj do Miasteczka, potem chcemy gdzieś dalej wyruszyć, choć jeszcze nasze plany nie bardzo są sprecyzowane, zwłaszcza, że pogoda się mocno popsuła. Franek ma wolne przynajmniej do 31 października - nie wiemy, jak świąteczny weekend, bo nie ma jeszcze grafiku. Według obliczeń (grafiki są układane w dość przewidywalny sposób zazwyczaj) wypadałoby, ze  1 i 2 listopada miałby wolne, ale nie wiadomo, czy przypadkiem ten urlop nie zakłócił harmonogramu, zwłaszcza, że na Wszystkich Świętych wypuszczonych będzie około 120 autobusów więcej. Nie nastawiamy się więc za bardzo na taki bonusowy wolny weekend, choć byłoby bardzo miło. Ale ja i tak chyba z Frankiem nie wrócę, bo bez sensu, żebym w Święto Zmarłych siedziała sama w domu w Warszawie. Zostanę tu chyba do czwartego, bo następnego dnia będziemy mieli prawdopodobnie w Wawie warsztaty z pierwszej pomocy dla niemowląt.
A tymczasem jeszcze nie udało nam się z tego kołowrotka do końca wykręcić :) Przy okazji załatwiłam w mojej firmie pewien ważny dokument (nie czekając na pismo z ZUSu, bo gdybym czekała, to możliwe, że już nie miałby kto mi go wystawić, za tydzień moja firma przestaje istnieć) i żeby było szybciej dostarczyłam go osobiście do urzędu. Na całą historię przyjdzie jeszcze czas, więc na pewno będę pisać o tym co, gdzie i jak załatwiałam, ale dzisiaj powiem Wam tylko tyle, że choćbym wysyłała dziesiątki maili, dzwoniła do stu różnych osób dla potwierdzenia  i osobiście rozmawiała jeszcze z kilkoma innymi, to i tak się okaże, że jeszcze jakiś papierek jest potrzebny :) 
I dzisiaj tak się właśnie okazało.
Podjęłam więc szybką decyzję i o godzinie 14 zapisałam się jeszcze dzisiaj na wizytę do lekarza w Opolu. Akurat na 18 był wolny jeden termin. Uroki posiadania abonamentu w sieci prywatnych poradni medycznych. Mam kartę, więc mogę korzystać z usług placówek w całej Polsce. Przejechaliśmy się więc, dostałam potrzebny papierek, a przy okazji przynajmniej zrobiliśmy  sobie dodatkowe badanie USG i dzięki temu wiem, że nie muszę się na pewno martwić tym, że chudnę. Tasiemiec to jest prawdziwy Tasiemiec :) - rośnie sobie zdrowo i jest nawet prawie o tydzień większy, niż wynikałoby z obliczeń, a tymczasem ja dalej chudnę i w 28 t.c.mam ledwo 2,5 kg więcej niż przed ciążą. Nie mam pojęcia, gdzie on siedzi i skąd bierze tkankę tłuszczową, ale jeśli to moja, to nie mam nic przeciwko, niech bierze na zdrowie :) 

Kiedy wracaliśmy, zachciało mi się pić, odszukałam więc gdzieś pod siedzeniem wodę. Niestety spadła mi nakrętka, próbowałam jej szukać, ale było za ciemno. Nie uśmiechało mi się jechać przez kolejne pół godziny trzymając otwartą butelkę w ręce, więc Franek się zatrzymał, a ja zaczęłam szukać:
M: O, no zobacz! Jeest! :)
F: Znalazłaś?
M: Tak! Moją szminkę! Nawet nie wiedziałam, ze ją zgubiłam!
Chwilę później siedzę sobie zadowolona na fotelu pasażera (nakrętka też się znalazła :)) wącham i oglądam szminkę:
F: Co to za szminka?
M: Moja.
F: A jaki kolor?
M: Noo, taki fajny...

wtorek, 27 marca 2012

Już niedługo.

Potrzebuję jeszcze chwili na ogarnięcie wszystkiego. Jak dobrze pójdzie, w czwartek sytuacja powinna być już opanowana i być może powoli wszystko wróci do normy. W najgorszym wypadku poczekam jeszcze do weekendu. Zamkniemy kwartał i będzie nieco spokojniej. Nie mogę się już tego doczekać ;) Chociaż z drugiej strony – zwyczajnie robię to, co lubię, więc poza tym, że jest trochę nerwówki, a po pracy jestem zmęczona i nie zdążam na aerobik, nie jest źle.
Poza tym niedługo święta, a w perspektywie mamy naprawdę długi majowy weekend :)
Bywało gorzej, przetrwam więc i to.
I wkrótce znowu wrócę i będę trochę bardziej aktywna na blogowisku niż teraz ;) Na komentarze pod poprzednią notką również obiecuję odpowiedzieć.
Pozdrawiam wszystkich, którzy na mnie czekają;)

środa, 7 grudnia 2011

Witam w grudniu!

No to wywołałam wilka z lasu ostatnią notką :) Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zaraz następnego dnia wszystko dookoła mnie oszalało i zaczęło się dziać tyle, że ledwo ogarniałam? Głównie dotyczy to sytuacji w pracy – cóż, ostrzegano mnie, ze w grudniu dużo się dzieje, bo wszystkie akcje ruszają pełną parą. Ale nikt już nie ostrzegał, że jak na złość Współpracownica będzie musiała odpuścić jeden dzień w pracy z ważnych powodów rodzinnych a Pan Magazynier zachoruje! Do tego jeszcze kilka innych niespodzianek i popłynęliśmy w poprzednim tygodniu. Na szczęście od poniedziałku ogarnęliśmy nieco sytuację i wyszliśmy na prostą (odpukać!) – mam nadzieję, ze tak już zostanie, niezależnie od tego, że intensywność sprzedaży na pewno nam nie spadnie.
Przyznaję, że byłam ostatnio wykończona i wiecznie w biegu. To nie działa na mnie dobrze – najbardziej doskwierało mi to, że nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje i nic nie mogę zrobić, aby poprawić sytuację. Kiedy tak tracę kontrolę, a przede wszystkim, gdy nie mam czasu na ogarnianie wszystkiego dookoła mnie, jakoś tak szybciej się dołuję. Cieszę się więc, że aktualnie sytuacja wygląda na opanowaną (mam nadzieję, że to nie kolejny wilk! :))
A tak poza tym – wszystko świetnie :) Franek nadal Kluseczkuje i nadal kochamy się jak dwa aniołki. Czas leci szybko, co mnie cieszy, bo święta coraz bliżej. Uwielbiam grudzień w tegorocznym wydaniu! Naprawdę! I podkreślę, że ja wcale nie potrzebuję śniegu, żeby poczuć świąteczną atmosferę! Święta to święta i już, niezależnie od pogody :) Oj, jakże bym była szczęśliwa, gdyby tegoroczna zima tak wyglądała aż do wiosny :) Ale nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła, że jak zwykle ludzie zdumiewają mnie swoim malkontenctwem – w zeszłym roku w grudniu napisałam notkę, że ludzie narzekają na śnieg i „nagły” atak zimy. Tym razem mogłabym napisać o tym, jak to wiecznie niezadowoleni marudzą, że zimy nie ma :) Ech, no nie dogodzisz.
Tak ogólnie cieszę się, że mamy już grudzień. Zawsze mi się dobrze kojarzył ten miesiąc – święta, koniec roku, nowy początek… Lubię po prostu ten czas i już. Chociaż muszę przyznać, że ilość pracy, która nieco mnie przytłoczyła, delikatnie mi ten grudzień zbezcześciła, ale dam sobie radę i z tym :)

czwartek, 10 listopada 2011

To by było na tyle jeśli chodzi o spokój ;)

Czy ja wspominałam coś o rutynie, stałym porządku dnia i niewielkiej dynamice? Hmm…, mimo wszystko chyba jednak jeszcze nie będę odszczekiwać, ALE…
Cały mój dzisiejszy dzień był na wariackich papierach. Wstałam rano i zrobiłam to, czego nie zrobiłam wczoraj wieczorem :) Nastawiłam pranie, zmyłam naczynia, ugotowałam obiad na dziś. Poszło mi całkiem sprawnie i nawet zadowolona byłam, że wychodzę z domu na tyle wcześnie, że nie ma możliwości, żebym się do pracy spóźniła.
O święta naiwności! Szybko wpakowałam się w zator, którego totalnie się nie spodziewałam w tym miejscu. Okazało się, że jakaś ciężarówka wyjeżdżała z budowy i robiła to w taki sposób, że zablokowała ruch na całym pasie. Kiedy przeszkoda została ominięta, musiałam odstać swoje w spodziewanym już korku – ale tu z kolei poszło bardzo sprawnie. Zwolnić musiałam znowu na drodze, która zazwyczaj jest drogą w miarę szybkiego ruchu. Zazwyczaj… – jeśli tylko nie wpakuje się na nią facet na motorynce, czy czymś tam… I tak za tą motorynką dokulałam się razem z całą kolejką samochodów do kolejnego zatoru, którego nie powinno być! Jak się później dowiedziałam – awaria świateł. Jeszcze mi tylko brakowało, żeby na sam koniec przejazd mi przed nosem zamknęli. Ale to mi zostało darowane.

Na parkingu stanęłam o 9:05. Spóźnienie niewielkie, ale wystarczające żebym odczuła dyskomfort. Szybko chwyciłam komórkę, torebkę i otworzyłam drzwi od samochodu, który powiadomił mnie delikatnym pikaniem, że nie zgasiłam świateł. Chciałam to zrobić zbyt gwałtownie, bo niechcący nacisnęłam klakson. Klakson wywabił z magazynu połowę pracowników, którzy byli świadkami mojego spektakularnego potknięcia. Pionu nie straciłam, ale moja komórka wyślizgnęła mi się z ręki i rozpadła na bruku na trzy części (spokojnie, telefon przeżył, to nie pierwszy raz – wszak Nokie pancerne są!). Nic to, uśmiechnęłam się tylko, powiedziałam dzień dobry i pobiegłam do biura goniona okrzykami: „Pani Margolko, kto to widział, żeby tak się do pracy spieszyć?” :)
W biurze, jak to w biurze – spokój… Ale nie tym razem :) Okazało się, ze bez uprzedzenia zmienili nam sposób logowania się do głównego programu. Oczywiście tylko jedna osoba miała z tym problem. No zgadnijcie kto? :) Tak się złożyło, że Anglicy nie zainstalowali mi jakiegoś drobnego elementu… Musieli się ze mną skontaktować w tej sprawie telefonicznie. I tu hit dnia – telefon służbowy został w moim domu na fotelu. Uwierzycie, że zdarzyło mi się to pierwszy raz?  Ale oczywiście akurat w takim dniu, kiedy to musiałam się pokornie przyznać do swojego roztrzepania moim przełożonym :) Ostatecznie Anglicy dodzwonili się na pancerną Nokię :)
Wydawałoby się, że to już koniec przygód na dziś… Zwłaszcza, że z pewnych względów skończyliśmy pracę godzinę wcześniej niż normalnie. W to mi graj! Na 18tą chciałam iść na aerobik i byłam na tę okoliczność dobrze przygotowana – wzięłam ze sobą strój, a nawet obiad :) Planowałam zjeść w pracy przed piątą, żeby potem wsiąść w samochód, pojechać od razu na ćwiczenia i nie paść z głodu. Ucieszyłam się więc, że zdążę dojechać do domu, przebrać się i zjeść na spokojnie. Taaa… Jedzie mi tu czołg? :)
No szkoda, ze nie jedzie, bo by się przydał dzisiaj – do taranowania wszystkich samochodów, które stały na mojej drodze do domu. Kiedy tak stałam już pół godziny dostałam smsa od Franka, który dziś pracował: „Korki, korki, korki – potężne, wielkie, ogromniaste, takich jeszcze nie było”…
I cóż mi pozostało? Wyciągnęłam to swoje pudełko z obiadem, widelec i zaczęłam wcinać. Jeśli stałyście dziś w Poznaniu w korku i widziałyście za kierownicą jakąś wariatkę z widelcem, to byłam ja – Margolka! Akurat zdążyłam zjeść, kiedy wyjechałam na prostą. Dotarłam do domu w sam raz na czas, żeby się przebrać i pobiec na aerobik.

A później to już naprawdę było spokojnie :) I nawet uporałam się z całą górą ubrań do prasowania. I chciałam jeszcze powiedzieć, że ani przez chwilę mój humor się nie zepsuł dzisiejszego dnia!
Zwłaszcza, że przede mną wizja długiego weekendu. Jutro przyjeżdżają moi rodzice oraz siostra z chłopakiem. A od soboty i Franuś ma wolne :) Jupi! Miłego weekendu życzę :)

środa, 9 listopada 2011

Wilk syty i lodówka pełna… czy jakoś tak.

Wczoraj gorączka porządkowa dopadła Franka! Miał wolny dzień i wiedziałam, że planował razem ze swoim tatą naprawić parę drobiazgów w łazience, ale byłam przekonana, że resztę dnia spędzi na przykład grając w piłkę nożną na komputerze (należy mu się, w końcu on nie lubi szydełkować, to niech sobie pogra chociaż :P). A tu szok – ja posprzątałam w sobotę jeden pokój i kuchnię, on wczoraj ogarnął pokój drugi, łazienkę i jeszcze schowek, który był już w takim stanie, że jak się otwierało drzwi to wypadało to i owo :) A na koniec jeszcze umył wszędzie podłogi (to akurat zgodnie z naszą umową należy do jego obowiązków :))! I tym sposobem nasze mieszkanie teraz lśni, wszystko jest na swoim miejscu, skończyły się prowizorki i można nawet jeść z podłogi!(czego nie omieszkałam wypróbować, kiedy to kromka chleba spadła mi – a jakże? – masłem do dołu :))
Odpuściłam sobie wczoraj aerobik, ponieważ w lutym (sic!) wykupiłam sobie kupon promocyjny na żelowe paznokcie (uwaga! żel na własną płytkę, nie żadne tipsy, żebym się już tłumaczyć nie musiała :))  i manicure. Przypomniałam sobie o nim w czasie najwyższym – tydzień przed upływem terminu ważności :) No i akurat na wczoraj był wolny termin. Tym sposobem mam po raz drugi w życiu, profesjonalnie zrobione pazurki. Podczas gdy ja się upiększałam, Franek pojechał zrobić zakupy. Tak oto wygląda równouprawnienie w naszym wydaniu :))
A tak na serio – logistyka tak właśnie wygląda w naszym wydaniu, bo nijak nie można było tego zorganizować, a tym sposobem zaoszczędziliśmy trochę czasu i nie tylko. Franuś dostał listę, kieszonkowe i pozwolenie na samowolkę w kwestii pozostałych produktów i pojechał do marketu obok. Po godzinie wilk był syty i owca cała, a ściślej – Margolka miała ładne paznokcie, a lodówka była pełna.
Po powrocie do domu sprzątnęliśmy jeszcze to, z czym Franek się nie wyrobił i padliśmy ze zmęczenia. Ogólnie dzień był szalony, zwłaszcza, że musiałam się jeszcze lekko z pracy zwolnić, żeby załatwić inną ważną sprawę, więc wieczorem zasnęłam zanim Franek dotarł do końca rozdziału w swojej książce.

***
A tak a propos tego, co pisałam wczoraj – przypomniałam sobie o czerwcowym zdarzeniu, które wytrąciło mnie na dobrych kilkanaście dni z równowagi. I to mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że takie historie to już naprawdę nie na moje nerwy. Ja już nie potrzebuję ani tego typu dylematów, ani takich emocji. I to o takich sprawach głównie pisałam – burzących spokój ducha, przewracających życie do góry nogami, spotkaniach mogących zmienić przyszłość albo przynajmniej zniszczyć teraźniejszość – nie o codziennych drobnych zaskoczeniach i szaleństwach, dobrej zabawie, czy spontanicznych zachowaniach. A właśnie, skoro już o tych ostatnich mowa – miałam na dzisiaj zaplanowane prasowanie, a ja sobie spontanicznie siedzę i piszę bloga. Zdecydowanie spontan nie zawsze mi służy – zwłaszcza, jeśli nie będę miała w czym jutro pójść do pracy :)))

piątek, 8 lipca 2011

Pod kopułką.

Przyznam szczerze, że mam już serdecznie dość pisania o tym, że nie mam czasu :) Jeszcze bardziej mam dość tego, że naprawdę tego czasu mi brakuje i chociaż czasami bardzo chciałabym o czymś napisać, nawet nie włączam komputera w ciągu dnia. Nadal jednak liczę na to, że się to zmieni.
Wróciłam, jak widać, z Warszawy :) I jestem bardzo zadowolona z tego wyjazdu. Szkolenie, w którym uczestniczyłam było bardzo przyjemne, dowiedziałam się całkiem sporo rzeczy na temat win, a do tego jeszcze szkolenie było z degustacją, więc narzekać nie można :) A przy okazji przejechałam się EIC i przespałam w Sheratonie. No nie powiem, przyjemnie było :) A w dodatku jeszcze Franek się za mną stęsknił, więc tym bardziej mi się ten wyjazd podobał :) Lubię się uczyć nowych rzeczy, więc mam nadzieję, że to  nie był ostatni raz.
A tak poza tym to pod kopułką mam różne myśli, które mogłyby stanowić podstawę do wielu notek, więc naprawdę czekam aż wreszcie wróci ten czas mojej aktywności blogowej, bo wierzę, że wróci. I myślę sobie na przykład o tym, że znowu bardzo lubię moją pracę – podobnie jak poprzednią :) Jest trochę trudniej, bo wielu rzeczy muszę się uczyć, a czasami nawet działam trochę po omacku, ale wtedy satysfakcja, że coś się udało jest jeszcze większa :)Ale przyznam, że codzienne osiem godzin w biurze mija mi bardzo szybko i absolutnie się nie nudzę (no ok, nuda czasami nawet by się przydała :P)
Przed wczoraj minął rok odkąd zamieszkaliśmy z Frankiem razem i na ten temat też sobie sporo myślę. Ale nie mieliśmy za bardzo okazji świętować tej rocznicy, bo dokładnie po roku częściowo wróciliśmy na stare śmieci :) Od kilku dni mieszkamy u rodziców Franka, którzy wyjechali na wakacje, i opiekujemy się psem. Wróciłam więc na dawne osiedle i porównuję co jest lepsze, a co gorsze…

Do końca lipca jednak będę miała wakacje od korków :) Cieszę się, bo nareszcie będę miała wolne popołudnia! Oprócz tych, w które wybieram się na aerobik – a ćwiczę nadal regularnie, przynajmniej dwa razy w tygodniu. W każdym razie Bachorki wyjechały na wakacje, ale lekcje zakończyłam usatysfakcjonowana, bo zauważyłam znaczną poprawę w umiejętnościach językowych Bachorka Młodszego.
Nadal uwielbiam te długie i ciepłe dni, które niestety mijają mi w zastraszającym tempie. Boję się, że ani się obejrzę, a znowu będzie zima. Na szczęście chociaż miło jest, bo oprócz wspomnianego aerobiku spotykam się ze znajomymi, a kiedy jestem w domu czytam, albo robię na szydełku, nadrabiając zaległości serialowe. Robię dla siebie sweter i muszę się pospieszyć, bo chciałabym, żeby mi się przydał tej jesieni :)

czwartek, 12 maja 2011

Kryzys czasu/Ogłoszenie.

Chyba widzicie, że tak źle z moim wolnym czasem to jeszcze nie było… Żebym przez cztery dni odpowiadała na komentarze pod jedną notką?? A jednak…
Naprawdę nie mam czasu  :( Nie mam kiedy nawet iść na pocztę, żeby odebrać przesyłkę, która czeka na mnie już od dwóch tygodni! Tak źle to naprawdę jeszcze nie było, bo zawsze jakoś się parę minut znalazło między jednymi a drugimi zajęciami. Teraz wszystko robię w biegu i bardzo mnie to irytuje. Nie znoszę takiego życia. Lubię jak się dużo dzieje i muszę mieć w życiu wiele zajęć, ale przede wszystkim muszę mieć codziennie chociaż parę minut dla siebie. Muszę mieć czas na zastanowienie się nad wszystkim, na zaczerpnięcie oddechu, czy choćby na zaplanowanie dnia. Bez tego czuję, że tracę kontrolę nad wszystkim, że wszystko dzieje się poza mną, doprowadza mnie to do frustracji i ostatecznie się dołuję.
Tak naprawdę w tym momencie najbardziej przeszkadzają mi moje studia podyplomowe :( Szkoda, że nie trwały tylko do maja. Za miesiąc mam egzaminy ze wszystkich przedmiotów a do tego jeszcze muszę pisać pracę. Staram się więc wolny czas poświęcać choćby na przejrzenie notatek, ale tego wolnego wcale zbyt wiele nie ma…
W zasadzie to nie wiem, dlaczego tak się stało. Zawsze byłam dość zabiegana i świetnie sobie ze wszystkim radziłam. Nie czuję, że wzięłam na siebie zbyt wiele, bo zawsze rozsądnie dobieram sobie obowiązki. Nie wyobrażam sobie nawet, że teraz miałabym z czegoś rezygnować, ale trudno mi zrozumieć ten bałagan, który się wokół mnie zrobił.

Obliczyłam sobie, że dziennie mam jakieś 4-5 godzin czasu teoretycznie wolnego. Trzeba od niego jeszcze odjąć czas na takie prozaiczne sprawy jak kąpiel, ubieranie się, jedzenie… Zostają więc niecałe cztery w ciągu całego dnia i ten czas muszę podzielić na podstawowe obowiązki, sprzątanie, naukę czy przyjemności… Zapewne się domyślacie, że na to ostatnie czasu już zazwyczaj nie wystarcza. Jedynym sposobem na zwiększenie liczby godzin czasu wolnego byłoby skrócenie snu. Ale tego nie zrobię nigdy. Od dziecka byłam uczona, że osiem godzin snu to podstawa i do dzisiaj trzymam się tego, że poza wyjątkowymi przypadkami, nie śpię krócej niż siedem godzin. Wiem, że skrócenie tego czasu na dobre by mi nie wyszło, bo zdaję sobie sprawę z tego, czego potrzebuje mój organizm.
Więc na razie czekam z utęsknieniem na czerwiec, kiedy będę miała już przynajmniej naukę z głowy…
A tymczasem nadal staram się kopiować sobie Wasze notki do worda i czytać w chwilach wolnych w pracy, żeby być na bieżąco. Paradoksalnie akurat ostatnio dość dużo się u nas dzieje i nie mam żadnych przestojów… Chyba problem właśnie w tym, że wszystko mi się teraz skumulowało.
***
Dziewczyny, które macie bloga na blogspocie (te, które wymagają tego, żeby być zalogowanym).. Nie mogę do Was wejść już od dwóch dni. Pojawia mi się cały czas komunikat „blogger jest niedostępny” Czy tylko ja mam ten problem??

piątek, 22 kwietnia 2011

A wiosna przyszła pieszo…

No i jak to się stało, że mamy już piątek?? Przecież dopiero co w poniedziałek notkę pisałam i już zaraz miałam napisać kolejną, a tu tydzień prawie się kończy :)
I miało być znowu o pracy i o tym co tam robię, w końcu od dawna tę notkę obiecuję, ale jakoś się tak zrobiło wiosennie i świątecznie, że aż mi ta tematyka nie pasuje chwilowo, więc ją nieco w czasie przesunę. Zwłaszcza, ze dziś mam niby-wolne i nadaję już z Miasteczka :) A niby-wolne dlatego, że po prostu wszystkie magazyny u nas pozamykane, większość biur także więc Warszawa powiedziała, że nie muszę siedzieć w biurze a żebym tylko wzięła służbowego kompa i była pod mailem i telefonem przez parę godzin. Zrobiłam raport, laptop sobie włączony cicho w kącie siedział i tak wyglądał mój dzień w pracy. Całe szczęście, że nie musiałam ośmiu godzin siedzieć w pustym biurowcu.
A tymczasem – czy wiecie, że kończy się nam już kwiecień? :) Bo ja się dopiero zorientowałam i przyznać muszę, że nieco mnie to zszokowało. Czas pędzi mi już dość szybko od jakiegoś czasu, ale to co się dzieje w tym roku, to już przechodzi moje pojęcie. Nie wiem jak to się dzieje i co ja robię, że nawet nie zauważam upływu tych dni, ale chyba po prostu żyję intensywnie.
I co roku mam ten sam problem, który powtórzył się i teraz – znowu przegapiłam wiosnę! Zawsze chcę ją gdzieś przydybać jak się skrada, jak dopiero zaczyna zostawiać pierwsze ślady, a ona zawsze jest sprytniejsza i co roku jest to samo. Spoglądam nagle któregoś dnia na drzewo czy jakiś krzew i… ono już się zielone robi! Już jakieś pączki pierwsze wypuszcza… Patrzę więc w drugą stronę i zastanawiam się – kiedy ta trawka zaczęła tu rosnąć? :) I znowu postanawiam sobie, że w przyszłym roku to już na pewno będę z lupą wyglądać pierwszych pąków na drzewach. Taaa… :)

Kocham taką pogodę, jaką mamy ostatnio. Uwielbiam wiosnę, lato mogłoby nawet nie przychodzić, jeśli wiosna wyglądałaby cały czas tak, jak teraz… :) Okres od maja do października to zawsze dla mnie najlepszy czas, tylko dlaczego zawsze ta połowa roku mija dużo szybciej niż ta od listopada do kwietnia? :D Kolejna z serii nierozwiązywalnych zagadek świata… :)
***

Naplotkowała sosna,
że już się zbliża wiosna,
Kret skrzywił się ponuro:
-Przyjedzie pewno furą…
Jeż się najeżył srodze:
raczej na hulajnodze.
Wąż syknął – Ja nie wierzę ,
przyjedzie na rowerze.
Kos gwizdnął: Wiem coś o tym,
przyleci samolotem.
Skąd znowu – rzekła sroka -
ja jej nie spuszczam z oka
i w zeszłym roku w maju
widziałam ją w tramwaju.
-Nieprawda! Wiosna zwykle
przyjeżdża motocyklem!
-A ja wam to udowodnię,
że właśnie samochodem,
-Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?
Oświadczyć mogę krótko,
że płynie własną łódką!

A wiosna przyszła pieszo.
Już kwiaty z nią się spieszą,
już trawy przed nią rosną
i szumią: – Witaj wiosno!
Jan Brzechwa

poniedziałek, 21 marca 2011

Gonitwa myśli i nie tylko.

Za mną świetnie spędzony weekend. To znaczy był to weekend dość zabiegany, nie było za bardzo czasu na relaks i nicnierobienie. Do tego głowę miałam pełną myśli i dylematów, które jeszcze się nie rozpierzchły, ale generalnie było całkiem fajnie. A co najważniejsze – weekend spędziliśmy z Frankiem razem, bo też miał wolne.

W piątek wpadli do nas kuzyn i brat Franka i chłopaki grali w jakąś grę do czwartej nad ranem. Chętnie pograłabym z nimi, ale niestety w sobotę czekały mnie zajęcia na uniwerku, więc wypiłam piwko, posiedziałam, pogadałam a następnie włożywszy do uszu zatyczki (frankowy kuzyn ma wyjątkowo donośny głos :)) udałam się do sypialni. Sobotę na zajęciach jakoś przeżyłam, choć łatwo nie było, zwłaszcza, że mieliśmy wykłady na XVII piętrze a tam słoneczko bardzo mocno dawało nam się we znaki i przypominało, ze wiosna coraz bliżej i może warto sobie zrobić wagary ;) Ale nie byłabym sobą, gdybym nie została, prawda? :))

Później zaczął się już prawdziwy weekend. Wróciłam do wysprzątanego na błysk mieszkania (lubię kiedy Franek ma wolne, zawsze wszystko wtedy wysprząta :P) i opracowaliśmy wspólnie plan działania. Wyjazd coraz bliżej, a więc trzeba było zrobić pranie, a przede wszystkim udać się na zakupy – wszak Franek nie pojedzie w zimowych butach na południe Hiszpanii :) I tak nam upłynęło sobotnie popołudnie – pod znakiem galerii handlowej, łażenia po sklepach, wspólnego obiadu w knajpce i myślenia o wyjeździe. Wieczorem usiedliśmy razem w pokoju, każde ze swoim piwkiem i tak nam przyjemnie płynął czas aż do 23, gdy poczułam, że nie wytrzymam już ani chwili dłużej i czas położyć się spać :)

Niedziela była pracowita od rana, bo po mszy wzięliśmy się za obiad i prasowanie (znaczy się ja bardziej za zupę i prasowanie, Franek natomiast za kotlety i surówkę ;)). Potem odwiedziliśmy Franka mamę w szpitalu (operacja wycięcia tarczycy :() a następnie spacerkiem udaliśmy się do centrum, gdzie wreszcie usiedliśmy sobie w knajpce na piwku. To piwko miałam obiecane przez Franka już miesiąc temu, ale ciągle nie mogliśmy się zgrać :( Posiedzieliśmy dwie godzinki i wróciliśmy do domu, ogarniać resztę tematów związanych z wyjazdem i delektować się resztką niedzieli.

Działo się sporo – i na około, i w mojej głowie. Ale mimo wszystko przyznać muszę, że weekend bardzo mi się podobał i oby więcej takich – wspólnych. Nie miałam co prawda za wiele czasu, żeby usiąść i poczytać na przykład, ale za to wiele zdążyłam zrobić, a i odpoczęłam sobie – choć może nie leżąc na kanapie :)
Przede mną jeszcze dwa dni na wariackich papierach (zwłaszcza, że Franek pracuje na popołudnie i wszystko będzie na mojej głowie) a potem siedem dni wypoczynku. Dziewczyny bombardują mnie mailami o tematyce naszego przyjazdu, co mnie cieszy, bo to znaczy, że naprawdę nas oczekują i że będziemy mile widzianymi gośćmi :) Cóż, odliczanie czas zacząć – jeszcze tylko  niecałe 48 godzin :))

A tak z innej beczki – skąd do jasnej anielki się wziął ten „lubię to” :/ Czy naprawdę Onet chce wszystkich bloggerów wykurzyć ze swojego portalu? Bo ja się zaczynam zastanawiać – ja! Która nie znosi zmian i której generalnie na onetowskim poletku wcale źle nie było…

wtorek, 15 marca 2011

Tyle jest do zrobienia.

Tak sobie czasami myślę – jak wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować, o ilu rzeczach chciałabym się czegoś dowiedzieć, ile jeszcze przede mną. Z jednej strony wiem,  że mam na to całe życie. Z drugiej – że nawet całe życie to często zdecydowanie za mało. No bo weźmy na przykład takie książki. Czytam ich całkiem sporo, a i tak wiem, że choćbym nie wiem jak chciała, nie dam rady przeczytać wszystkich, które by mnie interesowały. Część z nich nawet nie wpadnie w moje ręce.
Odkąd zaczęłam podyplomówkę, coraz częściej myślę o tym, ile jest jeszcze takich rzeczy, które mnie interesują, chociaż nawet o tym nie wiem, a być może nawet nigdy się nie dowiem. Bo siedzę na tych zajęciach i jestem zafascynowana zarządzaniem zapasami, zamieniam się w słuch na finansach międzynarodowych, świetnie się bawię planując produkcję a nawet rozwiązując zadania z controllingu. I zastanawiam się, jak wiele jest jeszcze takich kierunków, które naprawdę by mi się podobały, a o czym się nigdy nie dowiem, bo zawsze będzie brakowało na to i czasu i pieniędzy. A poza tym przecież nadejdzie czas, kiedy będę miała ważniejsze sprawy na głowie, niż nauka.
Jest tyle rzeczy, które mnie interesują. Miałam w szkole historię, miałam i geografię. Ale tak naprawdę kiedy człowiek jest przymuszony, zupełnie inaczej przyswaja wiedzę. W szkole miałam klasówki z określonej partii materiału. Często uczyłam się na zasadzie „zakuć-zdać-zapomnieć”, bo zwyczajnie nie miałam czasu na to, aby zastanowić się nad jakimś zagadnieniem, skoro kartkówka goniła kartkówkę a w każdym tygodniu miałam przynajmniej testy… Teraz wiem, o czym chciałabym czytać, o czym chciałabym się dowiedzieć więcej. Wiem, co mogłoby mnie zainteresować. Problem jest jak zwykle ten sam – brak czasu.
Zwyczajnie nie ma czasu na wszystko, na co chciałabym go faktycznie poświęcić. I wcale nie mam na myśli tego, że żyjemy w wiecznym pośpiechu. Pewnie, to też, ale znajduję też wolne chwile tylko dla mnie i aż nie wiem co z nimi robić, bo tak wiele jest rzeczy, które mnie fascynują, tyle jest nowości, które są jeszcze przeze mnie nieodkryte, tyle czynności sprawia mi przyjemność i powoduje, że czuję się zrelaksowana. Do tego oczywiście trzeba przecież normalnie funkcjonować – praca, dom, obowiązki. Dopiero później przyjemności i zainteresowania.
Z jednej strony to wspaniałe, że w życiu zawsze coś jest i będzie do zrobienia. Że będzie co odkrywać, że nie można się nudzić. Z drugiej strony – kiedy pomyślę o tym  ilu rzeczy nie zobaczę, o ilu się nie dowiem, czego nigdy nie spróbuję to jest mi żal.
Jak zaspokoić ten głód wiedzy i czy w ogóle się da? Chyba nie, ale próbować można i ja cały czas próbuję. Staram się szukać nowych doświadczeń oraz delektować się tym, co już znam i lubię. Ale szkoda, że mimo wszystko, wiele mnie ominie :)

Tyle jest do zrobienia.

Tak sobie czasami myślę – jak wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować, o ilu rzeczach chciałabym się czegoś dowiedzieć, ile jeszcze przede mną. Z jednej strony wiem,  że mam na to całe życie. Z drugiej – że nawet całe życie to często zdecydowanie za mało. No bo weźmy na przykład takie książki. Czytam ich całkiem sporo, a i tak wiem, że choćbym nie wiem jak chciała, nie dam rady przeczytać wszystkich, które by mnie interesowały. Część z nich nawet nie wpadnie w moje ręce.
Odkąd zaczęłam podyplomówkę, coraz częściej myślę o tym, ile jest jeszcze takich rzeczy, które mnie interesują, chociaż nawet o tym nie wiem, a być może nawet nigdy się nie dowiem. Bo siedzę na tych zajęciach i jestem zafascynowana zarządzaniem zapasami, zamieniam się w słuch na finansach międzynarodowych, świetnie się bawię planując produkcję a nawet rozwiązując zadania z controllingu. I zastanawiam się, jak wiele jest jeszcze takich kierunków, które naprawdę by mi się podobały, a o czym się nigdy nie dowiem, bo zawsze będzie brakowało na to i czasu i pieniędzy. A poza tym przecież nadejdzie czas, kiedy będę miała ważniejsze sprawy na głowie, niż nauka.
Jest tyle rzeczy, które mnie interesują. Miałam w szkole historię, miałam i geografię. Ale tak naprawdę kiedy człowiek jest przymuszony, zupełnie inaczej przyswaja wiedzę. W szkole miałam klasówki z określonej partii materiału. Często uczyłam się na zasadzie „zakuć-zdać-zapomnieć”, bo zwyczajnie nie miałam czasu na to, aby zastanowić się nad jakimś zagadnieniem, skoro kartkówka goniła kartkówkę a w każdym tygodniu miałam przynajmniej testy… Teraz wiem, o czym chciałabym czytać, o czym chciałabym się dowiedzieć więcej. Wiem, co mogłoby mnie zainteresować. Problem jest jak zwykle ten sam – brak czasu.
Zwyczajnie nie ma czasu na wszystko, na co chciałabym go faktycznie poświęcić. I wcale nie mam na myśli tego, że żyjemy w wiecznym pośpiechu. Pewnie, to też, ale znajduję też wolne chwile tylko dla mnie i aż nie wiem co z nimi robić, bo tak wiele jest rzeczy, które mnie fascynują, tyle jest nowości, które są jeszcze przeze mnie nieodkryte, tyle czynności sprawia mi przyjemność i powoduje, że czuję się zrelaksowana. Do tego oczywiście trzeba przecież normalnie funkcjonować – praca, dom, obowiązki. Dopiero później przyjemności i zainteresowania.
Z jednej strony to wspaniałe, że w życiu zawsze coś jest i będzie do zrobienia. Że będzie co odkrywać, że nie można się nudzić. Z drugiej strony – kiedy pomyślę o tym  ilu rzeczy nie zobaczę, o ilu się nie dowiem, czego nigdy nie spróbuję to jest mi żal.
Jak zaspokoić ten głód wiedzy i czy w ogóle się da? Chyba nie, ale próbować można i ja cały czas próbuję. Staram się szukać nowych doświadczeń oraz delektować się tym, co już znam i lubię. Ale szkoda, że mimo wszystko, wiele mnie ominie :)

wtorek, 8 lutego 2011

Konspekt.

Jest mnóstwo rzeczy, o których chciałabym napisać, ale oczywiście czasu nadal nie ma, więc dziś tylko taki konspekt moich kolejnych notek :)
1. Egzamin za cztery dni. Od soboty włączyłam już tryb powtarzania, ale tego jest tak dużo, że nie jestem w stanie zapamiętać wszystkiego. Mam nadzieję, że jednak wystarczy to, co przyswoję. Liczę na to, że od sobotniego popołudnia powrócę do świata żywych – nawet mimo tego, że pewnie będę musiała zacząć myśleć o pracy dyplomowej…
2. Na mój nastrój i wszelkie przemyślenia spuśćmy zasłonę milczenia. Zaznaczam tylko, że nie ma na to wpływu ani pogoda, ani zimno, ani tym bardziej żaden PMS (co to w ogóle jest??:) Na wszelkie nastroje w moim życiu zawsze wpływają tylko i wyłącznie wydarzenia, których doświadczam – bezpośrednio lub pośrednio,  oraz osoby, z którymi mam styczność – również bezpośrednią lub pośrednią.
3. Znowu zwariowałam. Kupiłam bilety do Hiszpanii, dla mnie i Franka. Z Poznania do Sevilli. Co najlepsze – z przesiadką w Londynie :) Powrót z Malagi do Wrocławia. Tylko, że Franek przy planowaniu urlopu został wpisany na maj… Mam nadzieję, że pozwolą mu wziąć wolne w marcu, bo jak nie to kiszka będzie totalna. Ale jesteśmy dobrej myśli.

4. Wczoraj, po trzech tygodniach mojej diety niskokalorycznej osiągnęłam cel, który sobie założyłam na początku :) Waga jest poniżej 50 kg, i to z zapasem, a co najważniejsze, pozbyłam się tych niepotrzebnych czterech centymetrów z talii i pożegnałam się z oponką a powitałam ładną talię. Jednym słowem, teraz moje zdjęcie po prawej jest znowu aktualne, bo wtedy właśnie taką miałam wagę i wymiary :)
Według planu, który sobie opracowałam, od czwartku zwiększam ilość zjadanych kalorii o dwieście – i tak co tydzień, aż dojdę do „normalnej” w moim przypadku ilości około 2000 kcal dziennie. Pewnie jeszcze do tego czasu trochę waga mi spadnie, ale powinno się to ustabilizować i mam nadzieję, że zostanie tak, jak jest, bo mama i Franek już mówią, że już trochę za chuda jestem na buzi.
W kolejnej notce obiecane szczegóły mojej diety.