*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasteczko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasteczko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 grudnia 2015

Zmiana miejscówki.

Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety dla mnie święta właściwie dobiegają końca :( Przynajmniej mentalnie... Tak, tak, ja wiem, że jeszcze drugi dzień świąt, ale jutro rano już wyjeżdżamy z Miasteczka. Jedziemy do Poznania, a to jednak nie to samo. Ja wiem, to jest sprawiedliwe - kolejną Wigilię spędziliśmy w Miasteczku, a jednak wypada pojawić się także w tej drugiej rodzinie jeszcze w świąteczny czas. No i zostaniemy tam cały tydzień i oczywiście nie omieszkałam sobie obliczyć, że to wychodzi o dwa dni więcej, niż te, które jesteśmy w Miasteczku... :) Doobra, ja wiem, Wigilia się liczy przynajmniej razy dwa. Dlatego właśnie przystałam na tę jawną sprawiedliwą niesprawiedliwość.
Co nie zmienia faktu, że żal mi bardzo stąd wyjeżdżać. Jak zwykle zresztą. Zwłaszcza, że nie wiem, kiedy znowu przyjedziemy :( W dodatku - co tu dużo mówić, ja po prostu nie czuję się rewelacyjnie mieszkając u teściów na trzydziestu metrach kwadratowych. Może i jestem wygodnicka, ale po prostu odzwyczaiłam się od takiego małego metrażu i naprawdę niemal dostaję tam klaustrofobii. Kiedyś mi to aż tak nie doskwierało, ale odkąd jeździmy z Wikingiem, to bardzo mi to przeszkadza. No i wiadomo, że nie jestem u siebie - mimo, że i tak czuję się tam w miarę swobodnie. Ale Franek sam mówi często, że z kilku powodów woli nawet jeździć do Miasteczka i lepiej się tu czuje niż w Poznaniu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest wcale najgorzej. Ale po prostu w Miasteczku lepiej i już :)

Wikingowi też się tu bardzo podoba! Przez ostatnie dni cały czas chodził zadowolony, nie do końca wiem, co jest przyczyną tego, że on tutaj jest zawsze tak mało absorbujący, ale Franek twierdzi, że to dlatego, że mieszkanie jest duże (o 30 metrów większe niż w Podwarszawie) i on tu cały czas ma gdzie chodzić, gdzie zaglądać i co zwiedzać :) W dodatku osób jest więcej, więc więcej się dzieje. Ale mam nadzieję, że w Poznaniu działo się też będzie dużo, więc Wikuś też się nudzić nie będzie :) Oby było zdecydowanie lepiej niż teraz sobie myślę, bo jakoś wyjątkowo bardzo nie mam ochoty tam jechać. Naprawdę aż dziwnie się z tym czuję, bo wiem, że to Franka dom rodzinny, ale serio, nawet nie chce mi się jakoś z nikim spotykać, a przecież wiecie, że pobyt w Poznaniu zawsze jest dla mnie bardzo owocny w spotkania towarzyskie.

A wracając do świąt, które jeszcze jednak trwają, a przede wszystkim wczorajszej Wigilii - chyba jednak naprawdę Wiking wyczuł, że to nie jest zwykły wieczór! Siedział spokojnie z nami przy stole przez prawie dwie godziny. I ciągle jadł! :) Przygotowałam mu zupkę z kotlecikami cielęcymi, szybko się z tym rozprawił a potem to już podbierał wszystko z naszego stołu. Najbardziej smakował mu kompot z suszonych owoców i karp. Ciągnął nas za rękaw, żebyśmy mu dali jeszcze kawałek! :) Pierogi też wcinał, chociaż starałam się dać mu je bez farszu jednak, bo tam grzyby były. Ja naprawdę nie wiem, jakim cudem Wiking ciągle jest taki drobny, bo on ciągle przecież coś by jadł. Normalnie zazwyczaj od stołu wigilijnego trzeba odchodzić, bo dzieci chcą już iść do prezentów i mówią, że się najadły. Wczoraj musieliśmy od tego stołu odejść, żeby Wiking wreszcie przestał jeść :P Bo ciągle po coś rączkę wyciągał. 
Ale prezenty też go bardzo zadowoliły. Zastanawiałam się, jak to będzie i czy nie okaże się, że kolorowy papier i cała otoczka nie zainteresuje Wikinga bardziej niż same prezenty, ale jednak nie. Ucieszyło mnie, że zainteresował się wszystkim od zabawek i instrumentów muzycznych, poprzez puzzle, na książeczkach kończąc i na każdą rzecz chociaż przez chwilę spojrzał i się nią pobawił. Przez cały wieczór był radosny i zainteresowany wszystkim, co się dookoła działo. Udało mu się nawet wytrzymać do późna i położył się spać dopiero o 22! To aż trzy godziny później niż zwykle. Co prawda specjalnie Franek wyszedł z nim jeszcze o 16 na spacer, żeby trochę pospał, ale i tak nie spodziewałam się, że to aż tak przedłuży żywotność wikusiowych akumulatorów :) A może to po prostu zasługa atmosfery i magii wigilijnego wieczoru. Grunt, że nasza pierwsza wspólna Wigilia była bardzo udana i lepszej sobie wyobrazić nie mogłam. Pięknie było :)

wtorek, 10 listopada 2015

O Miasteczku rozważań ciąg dalszy.

Dzisiaj jeszcze o Miasteczku będzie, bo chciałabym dokończyć moje rozważania sprzed paru dni, kiedy pisałam o wyjeździe stamtąd, o moich odczuciach w związku z tym i wniosku, że jest mi tam tak dobrze głównie dlatego, że jestem na wakacjach. 

Prawda jest taka, że pomimo tych wszystkich radosnych chwil, które przeżywałam jako dziecko i nastolatka, zawsze się w Miasteczku trochę dusiłam. Atmosfera tu panująca nigdy do mnie nie przemawiała - do moich rodziców zresztą też nie i wspominałam, że nie polubili nigdy tego miejsca, choć oczywiście się do niego przyzwyczaili. Przymiasteczko jest już dwa razy większe (pod względem liczby ludności cztery razy) i chyba już tam czulibyśmy się bardziej komfortowo. 
Ale później wyjechałam do Poznania i choć początkowo czułam się przytłoczona jego ogromem, to dość szybko stwierdziłam, że to jest miasto w sam raz dla mnie, jeśli chodzi o wielkość. Kiedy tak sobie pomyślałam, to trafiłam do Warszawy :) Czyli miasta, o którym Franek, Poznaniak od urodzenia, powiedział, że Poznań przy nim to wiocha! I okazało się, że nawet do takiej wielkości można się przyzwyczaić, chociaż jednak odległości tu są trochę za duże, Poznań jednak lepszy. Trochę odbiegam od tematu, chociaż właściwie nie do końca...

Bo czy osoba, która tak jak ja, od ponad dziesięciu lat mieszka w miastach o liczbie ludności przekraczającej pół miliona, mogłaby bez żalu wrócić do Miasteczka, w której tych ludzi jest prawie sto razy mniej? :) W których większość sklepów zamyka się o 17:00 (no, teraz już jest lepiej, bo są markety, ale jeszcze za moich czasów osiedlowy sklepik czynny do 19 to był luksus), nie mówiąc już o tym, jaki jest w nich asortyment, nie ma gdzie iść na fitness, nie ma kina a w bibliotece nie wiedzą czym jest ochrona danych osobowych? :) No raczej nie...

Franek bardzo lubi jeździć do Miasteczka. Podoba mu się, że jest cicho, spokojnie, że niedaleko jest duży las, do którego można iść na spacer. Lubi leniwe tempo życia i samo Miasteczko, które po prostu mu się podoba. Nie raz mówi, że mógłby się tam przeprowadzić i zamieszkać na stałe.
Jest to jakiś sposób na życie i odrzucając moje obiekcje związane z wielkością miejsca zamieszkania zostałby tylko jeden powód, dla którego ta opcja jest raczej niemożliwa. Ale za to bardzo poważny powód - po prostu brak perspektyw, głównie jeśli chodzi o pracę. Pewnie, jakieś tam szanse na jej znalezienie są, ale jednak niewielkie. Pewnie mogłabym pracować w jakiejś firmie, choć raczej nie w Miasteczku, aczkolwiek przypuszczam, że praca nie spełniałaby do końca moich oczekiwań. Jeśli chodzi o Franka to w zasadzie szanse na zatrudnienie byłyby co najwyżej w Opolu. 

To oczywiście też byłoby jakieś rozwiązanie - przeprowadzić się do Opola, które jest 40 km od Miasteczka. Mielibyśmy rodziców bardzo blisko. Ale w zasadzie co by nam to dało poza tym? Opole to nie jest miasto naszych marzeń, więc skoro są inne możliwości, to po co w ogóle brać pod uwagę przeprowadzkę właśnie tam, gdzie i tak nikogo nie znamy a samo miasto zdecydowanie nie ma aż takich możliwości jak Poznań, czy Warszawa. Ja do Opola nic nie mam, nie mam żadnych negatywnych skojarzeń z nim, ale wśród większośc moich znajomych pokutuje opinia, że wylądowanie tam to swego rodzaju porażka - że ktoś się chciał wyrwać z Miasteczka lub Przymiasteczka, ale okazało się, że nie stać go na więcej. Kilkoro moich znajomych z liceum trafiło tam przez przypadek na studiach, czuli się bardzo pokrzywdzeni i chcieli się jak najszybciej wyrwać, co im się udało. 
Z kolei inni się tam przeprowadzili już po studiach, więc to kwestia oczekiwań a także tego jak się komu życie układa pewnie...  W każdym razie ja raczej nie patrzyłabym na to z perspektywy jakiejś porażki (zresztą myślę, że teraz też się inaczej myśli niż w czasach liceum) i gdyby nagle przede mną stanęła jakaś dobra wróżka i powiedziała, że oto daje mi i Frankowi w Opolu dobrze płatną pracę, w której będziemy się czuli spełnieni, tylko muszę się zdecydować w ciągu 10 minut, to chyba bym się zdecydowała (a na Gdańsk na przykład niekoniecznie w tych okolicznościach :)) 
No ale dobrej wróżki jak nie było, tak nie ma, a Franek mówi o tym, że chciałby zamieszkać w Miasteczku a nie w Opolu, więc ta opcja odpada.
A w Miasteczku z kolei raczej szans na pracę by nie miał - ani jako kierowca komunikacji miejskiej, ani jako kucharz :)
Inna sprawa, że jestem przekonana, że Miasteczko tak bardzo mu się podoba głównie dlatego, że tak jak mnie, kojarzy się z weekedami, urlopem i błogim lenistwem :) Inaczej byłoby, gdyby tam żył na co dzień. Frustrowałby się, że niczego nie można załatwić po południu, że nie ma za bardzo gdzie chodzić i że wszyscy ludzie go znają, choć inni jego nie :) Franek często mówi, że ta specyficzna miasteczkowa mentalność mu nie przeszkadza - rozumiem go, bo mnie też nie przeszkadza aż tak bardzo. Ale tylko dlatego, że potrafię się od tego odciąć - nie przejmuję się tym, że na pewno są osoby, które o nas gadają (bo że gadają to pewne, takie mają hobby! :)), tym, że jakaś obca baba potrafi zaczepić nas i powiedzieć, że ładne mamy firanki w oknach (!), że sporo ludzi jest zwyczajnie zawistnych i fałszywych. Naprawdę można się tym nie przejmować i nie żyć problemami innych ludzi, moja rodzina nigdy nie angażowała się w te wszystkie układy i układziki, plotki i konflikty, niemniej jednak zdecydowanie wolę anonimowość, jaką daje większe miasto - nawet takie jak Podwarszawie. Czuję się po prostu bardziej swobodnie. Myślę, że Franek tak się czuje w Miasteczku, bo nie łączą go z nim żadne wspomnienia, nie zna ludzi, tym bardziej więc nie interesuje go, co sobie gadają :)

Czasami popuszczam wodze fantazji i zastanawiam się, jakby to było, gdybyśmy tam zamieszkali. Zdecydowanym plusem jest bliskość mojej rodziny a także fakt, że bez problemu moglibyśmy tam kupić mieszkanie, nawet bez kredytu. Ale na tym chyba plusy się kończą :) Owszem, jest mi ta bardzo dobrze, sielsko i tęsknię za tym miejscem, ale wiem, że to dlatego, że bywam tam tylko w warunkach urlopowych, które rządzą się zupełnie innymi prawami :) Mam świadomość, że męczyłabym się tam na dłuższą metę. Kiedy jadę tam sama na wakacje, nie przeszkadza mi, że siedzę w domu z Wikingiem i prawie nigdzie nie wychodzę. Ale przecież zwariowałabym, gdyby nagle okazało się, że tak wygląda moja rzeczywistość - bez pracy, bez faceta (gdyby z jakiegoś powodu Franka z nami nie było), ciągle na garnuszku rodziców... Prowadziłabym takie samo życie, które przez ostatnie trzy tygodnie mnie zachwycało i relaksowało, a w tym wypadku stałoby się moim jarzmem. 
A nawet gdybyśmy mieli tam zamieszkać we trójkę - myślę, że za bardzo już przywykłam do myśli, że duże miasto daje po prostu ogrom możliwości, zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i o rozrywkę i formę spędzania czasu wolnego.

Fajnie jest sobie pogdybać i powyobrażać sobie, jakby to było zamieszkać znowu w Miasteczku ze swoją rodziną. Ale jednak te przemyślenia nigdy nie wychodzą poza sferę gdybania właśnie :) Nigdy nie braliśmy tego na serio pod uwagę, więc i Wy nie bierzcie tej notki na serio :) Lubię się czasami nad tym pozastanawiać, a ostatnio myślałam o tym szczególnie często. Ale właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że urok Miasteczka tkwi właśnie w tym, że tylko tam bywam i się relaksuję. Jasne, że człowiek się może przyzwyczaić do życia wszędzie (coś o tym wiem ;)), ale skoro nie ma takiej potrzeby, to po co mamy sobie zabierać nasze sielskie miejsce relaksu? :)

Na koniec dodam, że syndromu może już nie mam, ale tęsknię jeszcze bardzo za tym co było jeszcze parę dni temu, wspomnienie tamtej codzienności jeszcze są świeże. Wiem, że zbledną i zapomnę, ale na razie tej sielanki mi brak :)

piątek, 6 listopada 2015

Wyjeżdżamy :(

I nadszedł ten dzień. Jutro wyjeżdżamy... :( Dziwnie się czuję - normalnie, jakbym się stąd wyprowadzała na dobre, choć przecież od lat już nie mieszkam w Miasteczku. Myślę, że to dlatego, że zdaję sobie sprawę z tego, że powoli dobiega końca jakiś kolejny etap w moim życiu i znowu nadejdzie czas, kiedy nie będę mogła sobie powtarzać "pomyślę o tym później".

Spędziliśmy tutaj trzy tygodnie. Tak długo w Miasteczku to ja nie siedziałam chyba od roku 2007, kiedy to wróciłam z Hiszpanii, na studiach miałam akurat przerwę semestralną. Później już zawsze wpadałam maksymalnie na tydzień, no i w minione wakacje siedziałam tu przez dwa tygodnie. Kiedy tu jechaliśmy wydawało mi się, że to tyyyle czasu... I oczywiście jak zwykle minęło zbyt szybko, choć prawda jest taka, że od początku wiedziałam, że tak będzie :)

Cóż mogę powiedzieć? W Miasteczku jest mi po prostu bardzo dobrze! Czuję się tu jak u siebie, nadal mam swój pokój (którym musiałam się podzielić z Wikingiem i Frankiem ;)), często mam wrażenie, że tutaj jestem w jakiś magiczny sposób odgrodzona od problemów dnia codziennego. Myślę, że właśnie w tym tkwi sekret... Bo naprawdę czuję się tu wspaniale, ale przede wszystkim dlatego, że mam świadomość, że jestem tu na wakacjach, myślę, że inne odczucia miałabym, gdybym mieszkała tu na stałe. Jestem wręcz tego pewna... Ale o tym może innym razem, bo to chyba dłuższe rozważania.

Wczoraj jeszcze mnie to nie ruszało, dzisiaj od rana też nie. Ale po południu już poczułam ogromny żal, że to ostatni spacer w Miasteczku, że po raz ostatni Wikuś szaleje po całym mieszkaniu, że ostatni raz się kąpie w wannie. Już czuję żal za tą naszą codziennością miasteczkową. Pierwszy tydzień był taki sobie, przyznaję. Pisałam Wam zresztą o tej kumulacji. Ale później wszystko wróciło do normy i było naprawdę fajnie. A nawet lepiej niż w Podwarszawie. Nie wiem dlaczego, ale jakoś inaczej mi tutaj dni mijają, mimo, że przecież tyle samo czasu spędzam sama z Wikingiem. Nie umiem tego w żaden sposób wytłumaczyć, nie potrafię za bardzo znaleźć różnicy - a szkoda, bo wtedy mogłabym poprawić to, co szwankuje w domu. Nie wiem, może to po prostu cały czas chodzi o magię wakacji...
Oj będzie mi jutro smutno, będzie. I obawiam się poważnego syndromu przedszkolaka.
 W sumie to planowałam więcej napisać, ale jakoś mi się odechciało:)

Godzinę później:
W sumie to się zastanowiłam i chyba trochę wiem o co chodzi. Ja tutaj spędzam więcej czasu z Wikingiem i jest on bardziej intensywny! Daje mi to dużo radości. Jednocześnie wydaje mi się, że mam też więcej czasu na swoje szydełkowanie (prawie skończyłam śpiworek dla Wikinga) albo czytanie (przeczytałam cztery książki) Jakoś lepiej godzę tutaj jedno z drugim. Wczoraj na przykład siedziałam i czytałam książkę, a książeczkę Wikinga trzymałam na kolanach i on przez 20 minut (!) przewracał w niej strony w te i wewte. Tym samym jednocześnie się z nim bawiłam i czytałam :) Poza tym jakoś się tu więcej wygłupiamy i przytulamy. W domu po prostu ciągle wynajduję sobie coś do roboty i kiedy Wiking bawi się sam, to ja wykonuję codzienne obowiązki, a tutaj nadal jestem obok niego i od czasu do czasu coś do niego zagadam, przytulę go, połaskoczę... Mam wrażenie, jakbym w Podwarszawie funkcjonowała w innym trybie, coś w rodzaju "na przetrwanie", brakuje mi takiej radości dniem codziennym. Chociaż oczywiście nie zawsze. Hmm, złożony temat chyba sama sobie dałam do myślenia i będę musiała się nad tym wszystkim zastanowić.

wtorek, 27 października 2015

O duchach z przeszłości...

Wspominałam ostatnio, że o tym będzie.
Spaceruję sobie z tym Wikusiem w wózku po Miasteczku, rozglądam się i rozmyślam... Miasteczko to jest naprawdę małe miasteczko, nie ma tu za bardzo gdzie chodzić, dwa kroki w prawo, dwa kroki w lewo i już trzeba zawracać. Chodzi się więc cały czas tymi samymi utartymi szlakami. Tymi samymi, którymi chodziło się piętnaście lat temu. A to oznacza, że za każdym rogiem kryją się wspomnienia. Trudno jest mi się im oprzeć, bo tak naprawdę Miasteczko wiąże się dla mnie jedynie ze wspomnieniami. Prawda jest taka, że przestałam tu żyć, kiedy skończyłam 19 lat. Może nawet trochę wcześniej, bo w wieku lat 17 przeprowadziłam się do Przymiasteczka i mieszkałam z wujkiem i dziadkiem, do domu przyjeżdżając tylko na weekendy albo jak miałam problem z matematyką lub fizyką i tata musiał mi wytłumaczyć to i owo ;)
W każdym razie w pewnym momencie przestałam mieć tutaj jakiekolwiek sprawy - przyjeżdżałam do rodziców i tyle. Natomiast we wcześniejszych latach działo się dużo. Ileż to ja kilometrów zrobiłam szlifując miasteczkowe chodniki... Ileż jaj wysiedziałam przesiadując  na ławkach - najczęściej pod oknami obiektów moich westchnień (nie no akurat tylko w jednym przypadku byłam tak jawnie zauroczona :P)... Najciekawsze jest to, że teraz często tych ławek już nawet nie ma, a ja je nadal widzę... 
Są momenty, kiedy niemal widzę również samą siebie jako nastolatkę. To jest jak taka projekcja filmu w muzeum interaktywnym. Wspominam bardzo intensywnie i czasami trudno mi uwierzyć, że od tej margolki, której wyobrażeniowo-wspomnieniowy obraz nakłada mi się na rzeczywistość dzieli mnie cała przepaść doświadczeń i zdarzeń. I znowu wtedy nachodzi mnie takie irracjonalne pragnienie, żeby pobiec do niej jak do dobrej koleżanki i opowiedzieć jej wszystko - jak to będzie i które zmartwienia warto sobie podarować...

Miasteczko bardzo się zmieniło. Brakuje mi co prawda niektórych miejsc, które niegdyś służyły jako kryjówki przed wścibskim okiem wrogów-dorosłych :P, a teraz są zagospodarowane, ale prawda jest taka, że zmieniło się na lepsze, głównie dzięki funduszom europejskim. Moi rodzice, którzy żyją tu na co dzień i nigdy Miasteczka nie polubili (głównie ze względu na małomiasteczkową mentalność, która w tym miejscu jest naprawdę bardzo specyficzna) nie dostrzegają tego tak wyraźnie jak ja, która jestem bardziej obiektywna. Wybudowano nową, ogromną szkołę, dwie, które istniały wcześniej wyremontowano, powstał kompleks rekreacyjno sportowy, osiedle mieszkaniowe zostało odnowione (jestem zachwycona, bo każdy blok jest pomalowany na inny kolor i jest taaak kolorowo)... Park, do którego chodziłyśmy z Juską i Dorotą, kiedy odwiedzały mnie 3 maja (to taka coroczna tradycja była) i siedząc po turecku na trawie popijałyśmy piwko i jadłyśmy lody z kubeczka został odświeżony i powstała tam siłownia pod chmurką... Tak naprawdę zostało jeszcze jedno miejsce do odnowienia, które chyba planowane jest na przyszły plac zabaw, ale na razie niestety okupowane jest przez miasteczkową żulernię (no gdzieś się muszą spotykać, skoro cała reszta miasta została odnowiona i zabezpieczona monitoringiem), choć liczę na to, że za jakiś czas i to się zmieni. 

Łapię się na tym, że spacerując, rozglądam się dookoła, szukając osób, które niegdyś można było zawsze spotkać w poszczególnych miejscach. Wiadomo było gdzie kogo można zazwyczaj znaleźć. Widzę z daleka jakąś grupkę chłopaków i wydaje mi się, że wiem kto tam stoi - rozpoznaję sylwetkę, sposób chodzenia, charakterystyczne gesty.. A potem okazuje się, że to zupełnie obce małolaty... Dokonuję w głowie szybkich obliczeń- mogą mieć teraz 15-17 lat, czyli urodzili się, mniej więcej wtedy, gdy ja tyle miałam - nie ma szans, żebym ich kojarzyła.
Kiedyś znałam wszystkich snujących się po mieście, okupujących ławki, parki i boiska. Teraz są to obce twarze. Skończyły się już nawet czasy, kiedy czasami w rysach twarzy jakiegoś młodzieńca ze zdumieniem dostrzegałam buzię chłopca, którego mgliście przypominałam sobie z podstawówki, z czasów, kiedy byłam w ósmej klasie, a on był pierwszakiem - buzię na tyle słodką, że zwróciłam na nią uwagę i ją zapamiętałam*. Teraz przeżywam niejednokrotnie szok, kiedy widzę, że te "maluszki" mają już swoje rodziny (prawda jest taka, że jeśli młodzież zostaje w Miasteczku, to szybko zakłada rodzinę - jak za czasów naszych rodziców, jeśli ktoś stąd ma 25 lat i nie założył jeszcze rodziny zwykle oznacza, że na co dzień nie mieszka w Miasteczku, tylko wyjechał do większego miasta lub za granicę:).
Rozglądam się za tymi samymi osobami, za którymi rozglądałam się piętnaście lat temu. I dopiero po chwili dociera do mnie, że dla nich czas się nie zatrzymał, podobnie jak dla mnie :) To prawda, że Miasteczko - nawet zmienione - chyba już zawsze pozostanie dla mnie miejscem dzieciństwa i okresu dojrzewania i zawsze będę miała wrażenie, że cofam się w czasie, gdy będę chodzić jego ulicami. Ale inni tutaj żyją - mają swoje rodziny, pracują, robią zakupy, prowadzą takie samo życie, jakie ja prowadziłam najpierw w Poznaniu a teraz w Podwarszawie - a przecież nie chodzę bez celu po mieście, nie wystaję w parkach i przy ławeczkach :) Oni także dorośli. A bardzo często, podobnie jak ja - wyjechali. Miasteczko się zestarzało, bardzo. Ale oczywiście niektórzy zostali - zdziwiona dowiaduję się potem przypadkiem, że na przykład mieszkają w bloku, w którym nigdy nie miałam żadnych znajomych, bo to miejsce kojarzone było jako blok emerytów... Cóż, nastąpiła wymiana pokoleniowa.
Mimo wszystko, rzadko spotykam nawet tych, którzy zostali. Z jednej strony się cieszę, bo chyba niektórych duchów nie chciałabym wywoływać, a przynajmniej wolałabym nie stawać z nimi twarzą w twarz. Z drugiej, cały czas czuję się dziwnie z tym, że dla mnie to jest tylko miasto przeszłości, dla innych - to teraźniejszość i obecne życie... Nie wyobrażam sobie żyć tu na co dzień i chyba dlatego właśnie jestem taka zdziwiona, że dla innych jest to normalne :)
Ostatnio jednak przechodziłam ulicą i nagle usłyszałam, że ktoś bardzo ucieszony woła "cześć margolka!". Odwróciłam się i zobaczyłam szeroko uśmiechniętego duszka przeszłości, o którym napiszę przy kolejnej okazji, bo warto ;)

* Z ogromnym sentymentem wspominam, że kiedy byłam w ósmej klasie, miałam wielbiciela z czwartej :) Prawda jest taka, że to ja go przyuważyłam chyba ze dwa lata wcześniej - mieliśmy czasami dyżury w budynku, gdzie miały lekcje młodsze klasy. Był tam taki jeden sympatyczny rozrabiaka ze śliczną buźką. Nie wiem nawet, czy  nie powiedziałam mu przypadkiem, że jak dorośnie, to będzie z niego przystojniak :P Nie pamiętam jak to się stało, że zyskałam jego sympatię, ale wiem, że on i jego kolega (też fajny) przychodzili później do mnie i mojej koleżanki prawie na każdej przerwie :) Widać było, że wpatrzeni są w nas jak w obrazek, chyba imponowało im to, że mają takie "dorosłe" koleżanki, zwłaszcza, że działałyśmy w samorządzie szkolnym. Wtedy to naprawdę było coś mieć takie znajomości ;) A nam bardzo pochlebiało, że byłyśmy obiektem westchnień takich sympatycznych chłopaczków. Pamiętam, jaki szok przeżyłam parę lat temu, kiedy uświadomiłam sobie, że ten dwudziestolatek, który śmignął właśnie obok mnie na rowerze i to tamten czwartoklasista! Trudno było mi oswoić się z myślą, że on dorósł, podobnie, jak ja ;))

sobota, 17 października 2015

Orzeł wylądował.

Orzeł w sensie rodzina Frankowskich. Wylądowaliśmy w Miasteczku :) Miałam odezwać się wcześniej, ale już kompletnie nie miałam kiedy, bo pochłonęło mnie pakowanie! Oj, jak ja się nie znoszę pakować!
W czwartek po południu Franek wrócił z pracy, zajął się Wikingiem podczas gdy ja dokańczałam obiad (o tak, czasami mi się też zdarza gotować:D), a potem nie wiedzieć kiedy zrobiła się 18:00 i miałam tylko godzinę na spakowanie się :) Wczoraj jeszcze rano odwiedził nas Adaś ze swoją mamą (koleżanka z Podwarszawia). Frankowi udało się zamienić, dzięki czemu poszedł do pracy wcześniej i wrócił po 13 a nie po 15. Całe szczęście, bo nie wyobrażam sobie, kiedy byśmy wyjechali :) Zaniesienie wszystkiego do samochodu i ogarnięcie mieszkania trochę nam zajęło. Wyruszyliśmy o piętnastej. Wikuś bardzo dzielnie znosił podróż. Czasami słyszę o tym, jak dzieci nie lubią jeździć samochodem i płaczą w fotelikach. Cieszę się bardzo, że u nas nie ma tego problemu, bo nie wiem, jak bym to przeżyła, gdyby Wiking nie lubił podróżować, skoro my pokonujemy tak długie trasy (oczywiście w tym momencie zaklinam rzeczywistość, żeby się nic nie odmieniło, bo Wikuś z przekory wszak słynie :)). W każdym razie mały najpierw spał przez dłuższy czas, potem się obudził i jeszcze przez godzinę bawił się sam ze sobą. Dopiero koło 18 zaczął trochę marudzić, ale szybko dało się go czymś zająć.
Normalnie robimy zawsze jedną przerwę w drodze (i jestem zdania, że jednak tak powinno być), ale wczoraj, ze względu na to, że się Wiking tak ładnie zachowywał, a było już dość późno i zależało nam, żeby szybko dojechać, zrezygnowaliśmy z niej. Mijały już prawie cztery godziny od ostatniego posiłku Wikinga, ale że miałam słoiczek ze sobą, to go nakarmiłam w aucie, bo na zewnątrz padało. I zabrakło nam 10 kilometrów, żeby Wikuś całą drogę przejechał bezproblemowo. Byliśmy już w Mieście, kiedy zaczął się bardzo niecierpliwić i te ostatnie 7 minut  do Miasteczka (tyle czasu mniej więcej zajęło nam pokonanie tego dystansu) jechaliśmy niestety z włączoną syreną.  Wiking uspokoił się od razu, kiedy go wyjęliśmy z fotelika i mógł się wreszcie pobawić. Po prostu miał już dość siedzenia. Ale i tak jestem z niego dumna, bo jednak wytrzymał 3h45min w samochodzie. Niemniej jednak stwierdziliśmy z Frankiem, że warto robić chociaż jedną krótką przerwę, nawet jakby do celu miałoby być już niedaleko.
Najważniejsze jednak, że dojechaliśmy i Wiking jest przeszczęśliwy. Sprawia wrażenie, jakby od razu poznał kąty, które gościły nas nieco ponad dwa miesiące temu. Widać, że bardzo dobrze mu robi towarzystwo tylu osób. Łazi po cały mieszkaniu z zadowoloną miną i swoim "khihihihi", co jest ewidentnie oznaką  wspomnianej przeszczęśliwości u niego ;)

Już dawno postanowiliśmy, że w ten weekend przyjeżdżamy do Miasteczka. Ale dość spontanicznie podjęliśmy decyzję, że ja i Wiking zostajemy tu na dłużej. Wahałam się przez chwilę, bo oczywiście chciałam posiedzieć trochę w Miasteczku, ale szkoda mi było zajęć, które Wikingowi sprawiają taką frajdę, a w dodatku wiedziałam, że rodzice pracują, więc przez większość dnia byłabym sama i nawet za bardzo na spacer nie będę mogła wyjść, bo choć mieszkamy na parterze, to nie jestem w stanie znieść (a już szczególnie wnieść) wózka... Jednak stwierdziłam, że jakoś sobie z tym poradzę, zwłaszcza, gdy Franek zachęcał mnie mówiąc, że być może to już ostatnia okazja ku temu, żebym sobie zrobiła takie dłuższe urlopowanie w Miasteczku. I klamka zapadła - zostajemy. Na dwa tygodnie, może nieco dłużej, w zależności od tego, jak się ułoży grafik Franka.
A w ogóle to okazało się, że Frankowi w pracy źle obliczyli urlop (od początku mu to mówiłam!) i ma jeszcze dziewięć dni do wykorzystania, które kazali mu wybrać w listopadzie. W grudniu za to wykorzysta wreszcie urlop ojcowski, więc wygląda na to, że będziemy mieli okazję spędzić trochę czasu razem :)

A tymczasem plan jest taki, że dzisiaj świętowanie! Dotychczas okazja była potrójna, teraz będzie poczwórna :) Ale o szczegółach już będzie jutro - o ile czas mi na to pozwoli, bo jeszcze w planach mamy wypad na grzyby, a potem orzeł Franek wraca do gniazda :D

niedziela, 2 sierpnia 2015

Skrótowo o wszystkim.

Oo, jak mnie dawno tu nie było :) Czuję się, jakbym wracała z dalekiej podróży! Dziwnie tak pisać prawie codziennie a potem mieć dwutygodniową przerwę. Chociaż w gruncie rzeczy jeszcze nie wróciłam, bo moje wakacje trwają jeszcze przez tydzień. Ale chyba powoli czas się ogarnąć, bo się potem nie pozbieram z pisaniem tego wszystkiego, co mi po głowie chodzi. A chodzi dużo! Ale postanowiłam sobie, że to będą wakacje absolutne i że odcinam się od internetu, nie przeszkodził mi w tym nawet smartfon!
Najpierw byliśmy w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Ależ tam są wspaniałe tereny! Na pewno będziemy musieli się z Frankiem jeszcze wybrać tu i ówdzie, wszak to niedaleko, będzie można wyskoczyć na jednodniową wycieczkę nawet. Ale i na weekend być może kiedyś odwiedzilibyśmy znowu to samo gospodarstwo agroturystyczne. Pewnie jeszcze opiszę dokładniej jak było.
Wiele się zmieniło w czasie tych dwóch tygodni - między innymi postarzałam się o rok :). Ale przede wszystkim Wiking znowu robi postępy z dnia na dzień. Sam siada i siedzi zupełnie stabilnie, raczkuje, wspina się na wszystko, co możliwe i staje przy meblach. Do tego jasno pokazuje, że chce jeść albo się przytulić. Franek nie widział go przez tydzień i jak wczoraj wysłałam mu zdjęcie Wikinga, to był w szoku, że się już tak zmienił. Coraz lepsze to nasze dziecko jest. Ale były też trudne dni, bo zaliczyliśmy "trzydniówkę", a wtedy co prawda Dzieciak bywał momentami wyjątkowo cichy i mało ruchliwy (nawet zasnął na macie podczas zabawy), ale przez większość czasu dość mocno marudził, bo męczyła do gorączka. Na szczęście mu przeszło i w ostatnich dniach jest już znowu bardzo pogodny i zaabsorbowany otaczającym go światem.

Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie sobie wypoczęłam. Ale znacie mnie chyba na tyle, że wiecie, iż najlepiej odpoczywam coś robiąc :) Coś, co sprawia mi przyjemność. A przyjemność sprawia mi na przykład wykonywanie różnego rodzaju obliczeń i udało mi się w ostatnim czasie nadrobić wszystkie zaległości w tej materii :) Znowu mam absolutną kontrolę nad naszymi wydatkami, bo chwilowo mi się wymknęły, a sterta paragonów do przejrzenia rosła z dnia na dzień. Ale już jest dobrze, a tata pomógł mi opracować nieco lepszy system rozliczeń. Czuję ogromną satysfakcję i zadowolenie z siebie - a to z kolei wywołuje u mnie błogie uczucie relaksu. Ponadto trochę poczytałam i pokrzyżówkowałam :) Aa, no i jeszcze zrobiłam porządki w moim pokoju w Miasteczku - musieliśmy zrobić małe przemeblowanie, żeby wstawić tam łóżeczko. To skłoniło mnie do przejrzenia wszystkich szuflad i szafek. Pisałam wielokrotnie, że mam naturę chomika, więc mam masę szpargałów, pamiątek, świstków i rzeczy, będącymi dla innych śmieciami. Na szczęście z czasem część drobiazgów traci swe znaczenie sentymentalne, więc mogłam je wyrzucić. Pozbyłam się też sporej ilości przeterminowanych dokumentów. Nie dojrzałam jeszcze do tego, żeby wyrzucić na przykład notatki ze studiów albo stare numery "Filipinki" i "Cogito". Ostatni taki remanent robiłam przed ślubem (wtedy też było przemeblowanie, bo w miejsce mojego panieńskiego łóżka, wchodziło dwuosobowe :P), ciekawe kiedy kolejny! Być może za parę lat znowu się zrobi nieco luźniej.

Odpoczywam więc na różne sposoby - psychicznie i fizycznie. Jeszcze przez tydzień będę się cieszyć mentalnymi wakacjami, a potem wrócę do szarej rzeczywistości, która będzie też w pewien sposób nowa, bo nieco inne dziecko już do domu przywiozę :) A moim rodzicom urlop kończy się już jutro, więc po raz pierwszy od dłuższego czasu zostanę sama z Wikingiem. Czas się zacząć powoli przestawiać :)

poniedziałek, 30 marca 2015

Pierwsza podróż

I jesteśmy! :) Dojechaliśmy bez większych problemów. 

W sobotę pojechaliśmy na warsztaty, o których wspominałam. Przez pierwsze dwie godziny Wikuś spał, później się obudził, chwilę cierpliwie posiedział, porozglądał się, a potem wyszłam, żeby go nakarmić. I niestety nie udało się to, a synek zaczął zanosić się płaczem :( Przeszłam w ustronne miejsce, gdzie poza nami były jeszcze dwie osoby i niemowlę i próbowałam coś z tym płaczem zrobić, ale niestety nie bardzo się dało. Wydawało mi się, że po prostu Wikinga rozbolał brzuszek, bo tego rodzaju płacz zdarza mu się stosunkowo często. No i wygląda na to, że się nie pomyliłam, bo jedną z tych dwóch osób w tym pomieszczeniu był Paweł Zawitkowski, znany jako "zaklinacz dzieci". Podszedł do nas i wziął Wikusia na ręce. W pierwszej chwili ten się całkiem uspokoił, więc coś w tym zaklinaniu jest, ale niestety po chwili znowu się mocno rozkrzyczał. Pan Zawitkowski myślał, że może się przestraszył czegoś, ale po chwili powiedział, że ewidentnie coś go boli - prawdopodobnie brzuszek, wszystko na to wskazywało...Poradził mi, żebym pojechała do domu. Taki miałam zamiar, ale i tak musiałam czekać aż przyjedzie po mnie wujek, więc zostawiłam dziecko pod opieką zaklinacza a sama wyszłam zadzwonić. Potem pozostało mi tylko czekać. Wikuś się już trochę zdążył uspokoić i wrócił na moje ręce. Ucięłam sobie jeszcze z panem krótką pogawędkę i usłyszałam, że zdecydowanie mam słuchać swojej intuicji, bo wygląda na to, że się nie myli. A powiedział to odnośnie tego, że opowiadałam, że często małemu się zdarza ten rodzaj płaczu (wręcz od urodzenia!) i mnie się wydaje, że boli go brzuszek, ale prawie wszyscy (położne, lekarze) których się radziłam twierdzili, że jest po prostu głodny. Dotychczas tylko dwie osoby potwierdziły moje przypuszczenia - nasza kochana Meg oraz pani doktor w poradni laktacyjnej. No i teraz jeszcze pan zaklinacz.
Wikingowi przeszło zupełnie i miał już całkiem dobry nastrój. Nadal musieliśmy czekać na mojego wujka, więc spokojnie wróciłam na warsztaty, których zostało jeszcze około 45 minut. Przez cały ten czas dziecko sobie siedziało lub leżało na moich kolanach i było bardzo spokojne - czyli standard, bo jeśli mu nic nie dolega, a dookoła coś się dzieje, to on właśnie tak się zachowuje :)
Ostatecznie opuściłam tylko jeden wykład, ale w zamian za to miałam indywidualną konsultację ze znanym podobno na całą Polskę (choć ja go wcześniej nie znałam :P - dopóki nie usłyszałam tego nazwiska raz, drugi i pięćdziesiąty od różnych osób:)) fizjoterapeutą dziecięcym. Nie żałuję więc, że poszłam, mimo, że sama też się nie czułam najlepiej (ale o tym może innym razem :)).

Kiedy przyjechał mój wujek, pojechaliśmy jeszcze na chwilę do domu nakarmić się i dokończyć pakowanie i po 15 wyruszyliśmy w podróż. Wiking zasnął kiedy tylko włożyliśmy go do fotelika. Gdy po trzech godzinach zatrzymaliśmy się na krótką przerwę, włączył mu się radar i automatycznie otworzył oczy :) Nakarmiłam go, odłożyłam z powrotem do fotelika i ruszyliśmy dalej. Ale tym razem synek się rozkrzyczał. Nie dziwiło mnie to specjalnie, bo wiedziałam, że jest wyspany i najedzony a to była pora gdy zazwyczaj się "bawił" a tu mu kazali siedzieć bez ruchu w foteliku :) Myślałam, że będzie tak wył przez następną godzinę, ale pogrzechotałam mu trochę nad uchem, puściłam pozytywkę i ku mojemu zaskoczeniu po pięciu minutach zasnął i spał tak już do samego Miasteczka. I tu moje zaskoczenie było jeszcze większe, bo byłam pewna, że kiedy się obudzi to będzie płakał - zmęczony podróżą, głodny, zdziwiony nowym, obcym miejscem. A tymczasem on od razu kiedy samochód się zatrzymał otworzył oczy, rozejrzał się dookoła, spojrzał na pochylające się nad nim babcię i ciocię i... zrobił bardzo zadowoloną minę :) Choć była już prawie ósma (a o tej porze zazwyczaj już zasypia), przez następne dwie godziny Wiking zwiedzał mieszkanie, rozglądał się, uśmiechał i coś tam po swojemu gadał.

Cóż, kolejny dowód na to, jak oryginalne mamy dziecko ;) Śmiać mi się chce z tych wszystkich artykułów na temat tego, jak to dzieci nie lubią zmian otoczenia, wielu bodźców, hałasu, tłumów ludzi czy nowych miejsc, bo nasz synek jest doskonałym zaprzeczeniem tego wszystkiego. Dlatego właśnie nie lubię wszelkiego rodzaju podręczników. Wszystkie mówią o schematach, opierają się niby na jakichś tam przykładach, a tymczasem każde dziecko jest inne i ma swoje upodobania, a to tylko frustruje, kiedy matka coś czyta i widzi, że jej dziecko zachowuje się inaczej niż "powinno". Mnie akurat chyba nawet bardziej niż frustruje, to zwyczajnie wkurza i mam ochotę krzyknąć "ty głupia babo (bo akurat podręcznik autorstwa kobiety wpadł mi w ręce), przyjedź do nas, popatrz na Wikinga i zobaczymy, czy się nadal będziesz tak wymądrzać" - choć pewnie nadal będzie, bo ten typ tak już ma :D Wszyscy są najmądrzejsi z daleka, każdy potrafi świetnie doradzać w teorii... Ale dobra, o podręcznikach to ja chyba też muszę osobną notkę napisać :D

Wracając jednak do tematu z założenia przewodniego - jesteśmy w Miasteczku i jest nam tu całkiem dobrze. Przyjechaliśmy w samą porę, bo wczoraj czułam się fatalnie a miałam ogromną pomoc ze strony moich rodziców. Wikuś zadowolony i nie zauważyłam żadnych zmian w jego zachowaniu, które mogłyby być spowodowane tym, że znalazł się po raz pierwszy w życiu prawie trzysta kilometrów od domu, w dodatku bez taty. No... może jest jedna rzecz - dzisiaj uciął sobie już trzecią drzemkę od rana! To do niego zupełnie niepodobne :) Ale cóż, przy pierwszej drzemce ja spałam razem z nim, a do mnie to też niepodobne, żebym o godzinie 10:30 jeszcze leżała w łóżku :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Idą święta

Jak już wspomniałam - jesteśmy w Miasteczku :) Wigilia w Poznaniu w dalszym ciągu jest dla mnie nie do pomyślenia i tylko naprawdę wyjatkowe okoliczności mogłyby mnie skłonić do kompromisu w tej kwestii. Jak na razie nie zaszły i tym samym póki co nie spełniają się proroctwa niektórych z Was, że po ślubie wszystko wygląda inaczej :):) Franek nie protestuje i nie było nawet zastanawiania się, co robimy ze świętami, jakoś dla nas obojga oczywistym było, że Wigilia będzie w Miasteczku. Zresztą to było wiadome już w październiku, kiedy to nazbieraliśmy w lesie wyjątkowo dorodnych prawdziwków, które miały być przeznaczone na wigilijną zupę grzybową. No jak to? Zbieraliśmy i nie zjemy? :))
A tak serio - Franek naprawdę lubi tu przyjeżdżać, a ponieważ mnie zależy bardziej na pierwszych dniach świąt w Miasteczku niż jemu na tym, aby spędzać je w Poznaniu, bez zbędnych dyskusji uznaliśmy to za plan. Ja wspaniałomyślnie :P zaproponowałam drugą połowę świąt spędzić w Poznaniu. A ostatecznie skończy się na tym, że będziemy tam do Nowego Roku albo i dłużej, więc suma summarum Poznań ilościowo i tak jest w przewadze :)

Jeśli o mnie chodzi mam wolne i go nie mam ;) Ale na własne życzenie. Prawie wszyscy u mnie w pracy idą na urlop do 7 stycznia. Ja też mogłam tak zrobić, ale że mimo wszystko sprzedaż ma miejsce, postanowiłam tego nie robić, bo nie chciałam zostawiać Asystenta ze wszystkim samego. Poza tym uczciwie przyznam, że chciałam po prostu nad wszystkim czuwać. To moja działka i czuję się komfortowo, gdy mam nad wszystkim kontrolę. Wygląda więc to tak, że po prostu pracuję z domu - od dziś do 31 grudnia, a chodzi mi po głowie przedłużenie sobie tego półurlopu jeszcze do 6go stycznia. Wszystko, co mi potrzebne to służbowy laptop i telefon. W biurze siedzieć nie muszę, żeby robić większość tego, co trzeba, więc to jest dla mnie rozwiązanie idealne. Siedzę sobie w domu jednocześnie robiąc to, co bardzo lubię, czyli pracuję, a w międzyczasie załatwiam prywatę ;) I jeszcze nie tracę dni urlopu ani nie robię sobie zaległości. 

Niemniej jednak jutro Wigilia i nie pracujemy wcale. Zamykam więc mój służbowy kramik do piątku.
Uszka polepiłam już wczoraj. 105. Ale trzy zjadłam - no wiecie, żeby sprawdzić, czy nie zatrute :) Jutro pierogi. To moje dwie działki, którymi nie lubię się dzielić. Wolę wziąć na siebie w całości uszka i pierogi niż jakieś tam asystowanie przy pieczeniu ciasta :) Prezenty popakowaliśmy z Frankiem już tydzień temu. Posprzątane jest. Choinka ubrana została wczoraj. Grzechów pozbyliśmy się dzisiaj. Święta przyszły, jak nic :)

piątek, 15 listopada 2013

W domu... tylko którym? :)

Czekam teraz na kolejnych kilka dni wolnego. Czyli na święta czekam, bo do tego czasu to już żadnych długich weekendów nie będzie. Dwa takie mamy za sobą - naprawdę bardzo udane.
O tym pierwszym, w okolicach Wszystkich Świętych już pisałam, o rodzinnej atmosferze, o wspomnieniach. O gołąbkach. I paru innych rzeczach :)
Ostatnio Franek zapytał - kiedy jedziemy do Miasteczka? Mówię więc, że za tydzień nie, bo przydałoby się wreszcie na tyłku po siedzieć, za dwa tygodnie nie, bo w sobotę ma umówionego lekarza - wychodzi, że za trzy... Na co Franek: "eee, szkoda..." Okazało się, że bardzo lubi jeździć na weekendy do Miasteczka. Oczywiście bardzo się z tego cieszę, bo nigdy nie ma między nami kłótni o to, że ja chcę jechać, a jemu się nie chce. Ale właściwie to nie wiem dlaczego tak jest :) On też nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu fajnie spędza mu się czas w moim domu rodzinnym.
Ja do Poznania oczywiście też bardzo lubię jeździć, choć z trochę innych powodów - w takim sensie, że Franek zanim mnie poznał nie był w ogóle z Miasteczkiem związanym, więc dla niego to tylko rodzinne miasto żony. Natomiast Poznań dla mnie to moja własna skarbnica wspomnień.
Faktem jest, że nieco inaczej nasze odwiedziny przebiegają w moim i w jego rodzinnym domu. U nas jest trochę tak, że przyjeżdżamy nie w gości, a po prostu to siebie - każdy może zająć się czym chce i chociaż często siedzimy całą rodziną w pokoju, rozmawiamy, pijemy herbatę, oglądamy coś, to tak naprawdę w każdym momencie można odejść i zająć się swoimi sprawami. "Obowiązkowo" wspólne są tylko śniadania i obiady.
U teściów jest nieco inaczej - bo chociaż oczywiście możemy się czuć jak u siebie, mamy do dyspozycji dawny pokój Franka, nową pościel zakupioną specjalnie dla nas i nawet kilka półek w szafce, to trochę mamy poczucie, że przyjeżdżamy w odwiedziny, a nie do domu. Franek ze swojego pokoju został eksmitowany :) zaraz po tym, jak zamieszkaliśmy razem. Wszystko oczywiście na pewno ma związek z tym, że mieszkanie teściów jest naprawdę małe (trudno, żeby zajmowali jeden pokój, skoro na co dzień żaden syn z nimi nie mieszka), niemniej jednak atmosfera jest nieco bardziej, powiedzmy, wizytowa :) I tak jest dużo lepiej, niż się spodziewałam - bo na początku myślałam, że jak będziemy tam przyjeżdżać, to nie będziemy w ogóle mogli poświęcić się swoim sprawom - ale jednak trochę jest tak, że kiedy np. Franek wychodzi, bo się umówił, a mi się nie chce. To teściowie zaraz wołają mnie do pokoju, żebym nie siedziała sama. Oczywiście to jest bardzo miłe, bo lubię z nimi spędzać czas - zwłaszcza z teściową uwielbiam rozmawiać na różne tematy (z teściem jest niestety gorzej, choć wiem, że jest mi bardzo życzliwy, to nie nadajemy na tych samych falach i czasami mnie denerwuje, a ponieważ u mnie co w sercu, to na języku, to się z nim nie raz sprzeczam), ale czasami mam ochotę sobie posiedzieć sama przy komputerze na przykład - a obawiam się, że sobie pomyślą, że na przykład sie obraziłam :) Właściwie trochę trudno mi to wytłumaczyć, bo doskonale wiem, że to wszystko z życzliwości i gdybyśmy chcieli zdecydowanie sami spędzać więcej czasu, to byśmy mogli - zresztą często wychodzimy, a wieczorami sami oglądamy np. tv, ale chodzi generalnie o atmosferę :) Po prostu czujemy się bardziej jak goście - co w moim przypadku jest zrozumiałe, bo to nie był mój dom, ale Franek w Miasteczku jest bardziej zadomowiony.
Paradoksalnie może to wynikać z tego, że rodzice Franka mają... więcej wolnego czasu :) Moi rodzice ciągle się czymś zajmują - ciągle mają jakieś swoje sprawy do załatwienia, kręcą się po domu i robią to, na co nie mieli czasu w weekend i chociaż spędzamy wspólnie naprawdę sporo czasu, to w Miasteczku jest większe wrażenie, że każdy żyje swoimi sprawami. W Poznaniu rodzice Franka sporo tego wolnego czasu spędzają z nami przy stole, grając, oglądając coś itp (poza letnią porą - wtedy w weekendy uciekają na działkę) - można powiedzieć, że jesteśmy dla nich taką atrakcją :P To pewnie dlatego, że moi rodzice już dawno się przyzwyczaili do "weekendowych" dzieci, u Franka w rodzinie takich wypadków nie było :)

Dwa różne sposoby spędzania weekendów, dwa różne miejsca. A jednak jedno i drugie jest dla nas domem :) Każdy weekend spędzony na wyjeździe - czy to w Miasteczku, czy w Poznaniu bardzo dobrze na nas wpływa, relaksuje nas i poprawia nam humor - choć z innego sposobu. Ta różnorodność jest dodatkową atrakcją. Cieszy nas więc zawsze perspektywa wyjazdu. Ale w tym trzecim domu posiedzieć tez lubimy - spędzić czas tylko we dwoje, zająć się domowymi sprawami. I na to własnie jest czas w ten weekend, który niniejszym rozpoczynam ;)

wtorek, 28 lutego 2012

Dogadalim się :)

Ledwie się skończył jeden, jakże przyjemny (jak zwykle :)) weekend a ja już myślę o kolejnym :) Myślę – w sensie czekam na niego i jestem nim podekscytowana. A to dlatego, że w ten weekend Franek pracował, więc pojechałam sama do Miasteczka, natomiast kolejny spędzimy już oboje w Poznaniu leniąc się :) Albo może nawet nie leniąc się, ale na pewno razem, a to zawsze jest fajne.
Ostatnio doszliśmy z Frankiem do porozumienia, jeśli chodzi o weekendy właśnie. A w zasadzie to złe sformułowanie, bo nieporozumień raczej w tej kwestii między nami nie było albo bywały rzadko, ale wreszcie coś postanowiliśmy :) Rzecz dotyczy naszych wyjazdów do Miasteczka. Przez pierwsze lata, gdy się poznaliśmy, jeździłam prawie zawsze sama i nigdy mi to nie przeszkadzało. Później Franek stał się częstszym gościem, ale i tak niezbyt częstym. Odkąd się zaręczyliśmy, stara się jeździć częściej i bardzo to lubi, ale na przeszkodzie często staje jego praca. Jednak oboje stwierdziliśmy, że po ślubie trzeba coś z tym zrobić – ja jako mężatka, nie chciałabym w Miasteczku pojawiać się ciągle solo. Nie odpowiadałoby mi to – Frankowi również. Podobnie jak to, że spędzalibyśmy osobno wolne weekendy – Franek w Poznaniu, ja w Miasteczku. Ale tak samo nie byłabym zadowolona, gdybym miała nagle zacząć bywać u rodziców od święta.
Tak się składa, że Franek w ciągu miesiąca ma zazwyczaj dwa wolne weekendy oraz dwa pracujące. Ustaliliśmy więc, że postaramy się w jeden z tych wolnych weekendów co miesiąc razem jechać do Miasteczka :) Drugi z wolnych weekendów będziemy spędzać razem w Poznaniu.
Dla mnie najbardziej optymalna częstotliwość odwiedzin w Miasteczku to raz na trzy tygodnie, ale myślę, że mogłabym się poświęcić i jeździć raz w miesiącu. Chociaż oczywiście mogłabym czasami nadal jechać sama – na przykład wtedy, gdy Franek pracuje w weekendowe popołudnia. I tak siedzę wtedy zazwyczaj sama w domu, a z kolei rano on śpi, więc ze wspólnego weekendu mamy raptem dwie godziny, i tak spędzone na frankowym szykowaniu się do pracy :) Nasze ustalenia byłyby dość konsekwentne, ale oczywiście nie całkowicie sztywne i nie wykluczałyby pewnych drobnych modyfikacji. W końcu nie chodzi o to, żeby zrealizować plan, choćby się waliło i paliło, a o to żeby mieć jakąś regularność w naszych wyjazdach i żebyśmy oboje byli zadowoleni. No i żeby przed każdym weekendem nie kłócić się już tydzień wcześniej o to, jak będziemy go spędzać:)
I tak oto wspólnymi siłami - angażując rozmowę i dobrą wolę - doszliśmy do jednego (choć przecież nie pierwszego) z wielu czekających nas we wspólnym życiu  kompromisów :)

środa, 28 grudnia 2011

Ostatnie takie święta.

W przyszłym roku święta będziemy spędzać już jako małżeństwo. Ciekawa jestem, jak to się ułoży,chociaż przyznam, że mam pewne obawy. I mam dość mocne podstawy ku temu, żeby twierdzić, że jeśli będziemy się kłócić o to, gdzie spędzić święta, to będzie to przeze mnie :) Bo już jakiś czas temu zauważyłam, że w tej kwestii to ja jestem bardziej uparta, nieprzejednana i przyznaję się bez bicia, że samolubna :)
Wiem, że najuczciwiej byłoby spędzać święta na zmianę – raz u jego rodziców, raz u moich.  Ale ja twierdzę, że święta to tylko w Miasteczku. Oczywiście mówię to z dużą dozą przekory i jak przyjdzie co do czego, to będę bardziej skłonna do kompromisu, ale póki co, wolę się upierać. Jest jeszcze opcja „pół na pół” – część świąt w Poznaniu, część w Miasteczku,ale to trochę niewygodnie. A na samodzielną organizację świąt u nas nie czuję się na siłach :)
 Tak prawdę mówiąc, to dla mnie nawet chyba nie byłoby tragedią, gdybyśmy święta spędzali nadal osobno :P W końcu na co dzień jesteśmy ze sobą, parę dni rozstania mogłoby dobrze na nas wpłynąć. I stęsknić się można :) No ale jednak małżeństwo zobowiązuje ;) Trochę głupio by było. Chociaż z drugiej strony wiele też zależałoby od frankowego grafiku – gdyby okazało się, że pracuje w Wigilię, to zdecydowanie wolałabym spędzać ten dzień bez niego ze swoją rodziną niż bez niego z jego rodzicami :) A poza tym znowu przekornie przyznam, że czasami myślę sobie, że miałabym ochotę zrobić inaczej niż należy – tak, żeby mieli co komentować ci, którzy sądzą, że osobno spędzona Wigilia to delikatnie mówiąc zbrodnia przeciwko dobrym relacjom w małżeństwie, o ile nie zapowiedź rozwodu :P

A w ogóle,dlaczego tak się wzbraniam przed tymi świętami w Poznaniu? Przede wszystkim te kilka dni wolnego podczas świąt to w ogóle dla mnie okazja, żeby pojechać do Miasteczka– w Poznaniu jestem na co dzień. Teoretycznie rodzinę Franka możemy odwiedzić każdego dnia, a żeby odwiedzić moją rodzinę muszę już mieć parę dni wolnego.Obawiam się, że jeśli spędziłabym święta w Poznaniu, nabawiłabym się syndromu przedszkolaka :) No w końcu jestem tu cały czas – musi jakiś wyjazd być, żeby święta były zaliczone.
Poza tym –absolutnie nie potrafię sobie wyobrazić Wigilii z takimi potrawami, jakie są u Franka w domu! :) Oni tam mają prawie same ryby, których ja nie lubię. U nas są tylko karp i śledzik – i nawet trochę tego zawsze skubnę. Ale ryba taka, śmaka i owaka, a do tego jeszcze w tej i tamtej postaci to zdecydowanie za dużo dla mnie. I jeszcze zupa rybna :) No i jedzą ziemniaki z sosem – u nas tego nigdy nie ma. Za to tylko czasami mają zupę grzybową i nie mają – barszczu z uszkami,pierogów z kapustą i grzybami, jarskich gołąbków – a bez tego to nie ma Wigilii i już! Tak, ja wiem, że w każdym domu jest inna tradycja, ale cóż ja poradzę,że tak bardzo jestem przywiązana do naszej (tak, mogę przecież te potrawy zrobić sama i przynieść na poznańską Wigilię, i na pewno tak zrobię,ale teraz nie o tym mowa:)) Ano właśnie – i to też jest powód. Ja się zwyczajnie przyzwyczaiłam do takich świąt a nie innych i trudno będzie mi zaakceptować nowości w tej kwestii. Chcę spędzić święta z Franusiem, jak najbardziej, ale niech Franuś przyjedzie ze mną do Miasteczka :) Zwłaszcza, że on w tej kwestii wydaje się bardziej elastyczny i mniej zdeterminowany niż ja. W końcu mój tata po ślubie już nigdy nie spędzał Wigilii w swoim domu rodzinnym,jechaliśmy tam najwyżej później ;)

Oczywiście, że jeszcze cały rok przed nami, wiele się może wydarzyć i zmienić – poglądy również. Ale piszę tę notkę trochę dla siebie – tak z ciekawości, żeby zobaczyć,jak będzie za rok i ile z tego, co tu napisałam będzie miało znaczenie :) I proszę ten wpis potraktować z przymrużeniem oka, bo owszem, jestem upartą egoistką, ale dużo więcej teraz we mnie przekory. I jestem pewna,że jak przyjdzie na to czas, to będę umiała zdobyć się na jakiś kompromis i na pewno się dogadamy :)

niedziela, 20 listopada 2011

Szarlotka konta placek z budyniem.

Swego czasu – gdy ja mieszkałam jeszcze z dziewczynami, a Franek u rodziców, zawsze kiedy wracałam z Miasteczka w niedzielny wieczór Franek zjawiał się choćby na dziesięć minut. Głównym celem jego wizyty (poza przywitaniem się ze mną, chociaż wcale nie jestem pewna, co było ważniejsze :P) była pomoc w rozpakowaniu torby. A konkretniej – torby z wałówką. Zawsze przywoziłam z domu kilka słoików, mrożonki, do tego jeszcze coś z niedzielnego obiadu. Kuchnia mojej mamy Frankowi bardzo odpowiada, więc później zaczęłam wszystkiego dostawać podwójnie – żeby starczyło dla nas dwojga.
Do czasu niestety… Jeszcze na początku, gdy zamieszkaliśmy razem, każda moja wizyta w Miasteczku była „owocna” jeśli chodzi o łupy jedzeniowe. Aż się po kilku miesiącach nieuważnie zdradziłam, że w zasadzie to ja umiem gotować. Wystarczyło, że rodzice parę razy zjedli u nas obiad i nagle wałówka ograniczyła się do rzeczy, których my sami nie robimy – surówki w słoikach, zakiszone ogórki i parę innych specjałów. Ale dania obiadowe niestety się skończyły.
***
Franek w weekend pracował, więc ja pojechałam do Miasteczka. W piątek jeszcze na pożegnanie powiedział mi: „to przywieź dużo jedzenia” :) Co by nie był rozczarowany później, zawczasu uświadomiłam mu, że takie dobre czasy już nie powrócą :)
Doszło już nawet do tego, że jak jestem w Miasteczku to ja sama dla całej rodziny gotuję (kurka wodna, jakbym wiedziała, że im tak posmakuje, to dalej udawałabym, że mam dwie lewe ręce :P). W ten weekend mama zrobiła też klopsa pieczonego z suszonymi śliwkami i boczkiem. Ja się trochę przyglądałam i rzekę: „nie jest to specjalnie skomplikowane, muszę też u siebie zrobić”.. Po chwili się zreflektowałam: „albo lepiej nie, bo następnym razem to już nic nie dostanę :)”
Śmieję się oczywiście z tego wszystkiego i chociaż jedzenie mamy smakuje mi bardzo, to dobrze, że nie musi za długo stać przy garach, żebym ja z głodu nie umarła :) A poza tym – cieszę się, że stanęłam na wysokości zadania i potrafię wykarmić swojego narzeczonego (a on mnie rzecz jasna :)) Kiedyś myślałam, że różnie z tym będzie – ale to temat na osobną notkę.
Jednak wcale źle po weekendowej wizycie nie było. Przyjechałam wczoraj i wypakowałam łupy. Franek w tym czasie stołował się z kolei u swoich rodziców i też mu coś skapnęło. Wyłożyliśmy więc na stół: mój rosół, pieczonego klopsa i szarlotkę oraz Frankowy chleb własnej (znaczy maminej) roboty, suszone grzybki i placek z budyniem. Popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy: mamy tak całkiem o nas nie zapomniały, z głodu nie umrzemy :)

niedziela, 11 września 2011

Wiewióra.

W zasadzie to już mnie pożegnałyście pod poprzednią notką, więc się jednak rozpisywać nie będę za bardzo :) Pierwsze dwa dni urlopu spędzone w Miasteczku, mamy już niestety za sobą. Wczoraj z rodzicami, siostrą i jej chłopakiem zakończyliśmy sezon grillowy. Dzisiaj zaliczyliśmy jeszcze wojewódzkie dożynki. A to nasza dożynkowa zdobycz, Wiewióra ze słomy:
 
Franek się w niej zakochał od razu. Ja, kiedy tylko przekonałam się, że on naprawdę chce ją mieć :) Wcześniej nie chciałam głośno mówić, że Wiewióra mi się podoba, ale skoro Franek pierwszy to powiedział…
 
Będzie nam pasowała do kwiatów wyplecionych ze sznura sizalowego, które sprawiliśmy sobie na jarmarku w Poznaniu :)
A jak ona pachnie…! Jak powietrze w trakcie żniw :)

Torby zapakowane, trasa opracowana. Wyruszamy jutro po szóstej. Wracamy chyba za tydzień. Zostawiam więc Was z Wiewiórą. Do poczytania :)

poniedziałek, 2 maja 2011

Już nie kolonia, jeszcze nie dom.

Nie wrócę już do Miasteczka. Nie wiem, jak to się stało. Wyjeżdżając prawie siedem lat temu na studia, nie myślałam o tym, że jadę do miasta, które już mnie nie wypuści. Nie było żadnych planów, nadziei, czy niechęci… Przez pierwsze miesiące w ogóle czułam się, jakbym wyjechała na kolonie i niedługo wracam :) Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam czuć inaczej. Nie jest tak, że Poznań stał się już dla mnie miejscem, o którym myślę, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Dom jest w Miasteczku, a w Poznaniu…? Jeszcze tego nie zdefiniowałam, już nie kolonia, jeszcze nie dom… Franek ma czasami do mnie żal, że to nie o Poznaniu mówię „dom”, ale on, jak Poznaniak od pokoleń chyba nie jest w stanie tego zrozumieć… Dla niego to naturalne, że ja tam jestem – tak po prostu. Nie myśli wcale o tym, że moja przeszłość była gdzieś indziej, że znałam inne zwyczaje, miałam inną mentalność, że po prostu przystosowałam się do życia gdzieś indziej na tyle, że niemal się zasymilowałam…
Nie mam tutaj tabunów znajomych. Ale mam ich na tyle wielu, że nie jestem w stanie spotkać się z każdym, nawet podczas kilkudniowego pobytu. Zawsze kogoś muszę przepraszać, że nie tym razem. Spotkałam się dzisiaj z koleżanką a później poszłam na imprezę urodzinową do Piórka, który swego czasu był moim najlepszym kumplem. Na tej imprezie było sporo osób, z którymi znam się tylko dlatego, że jesteśmy z Miasteczka. Ucięłam więc sobie pogawędkę z kilkoma z nich. Z Piórkiem też pogadałam… Większość z nich wyjechała na studia i wróciła. Albo nie wyjechała wcale. Teraz żyją sobie tutaj, od czasu do czasu wyjeżdżają tylko dorobić a potem znowu wracają… Fajni ludzie, świetnie mi się z nimi rozmawiało.
Ale ja już przestałam należeć do tego świata. Nie mogłabym tak żyć. Nie dlatego, że coś mi się w tym życiu nie podoba, tak się po prostu stało. Wyrosłam chyba z Miasteczka tak, jak wyrasta się z ulubionej sukienki… Można ją ubrać jeszcze do sprzątania albo „po domu”, ale do ludzi się już w niej nie wyjdzie… I nic to, że tyłka już nie zakrywa, jest po prostu wygodna i przypomina nam o tych fajnych czasach…
A jutro wracam do Poznania.
No właśnie, mówię, że jadę do Miasteczka, a do Poznania wracam… Ale jednocześnie jadę do domu, a wracam… jeszcze nie wiem gdzie…
***
Zapomniałam się pochwalić, że UEFA nas wylosowała i idziemy z Frankiem na mecz euro 2012 :)

niedziela, 6 czerwca 2010

Mix długoweekendowy.

Stara prawda jak zwykle się potwierdza – wszystko, co dobre, szybko się kończy. Niestety te kilka dni błogiego lenistwa również powoli dobiega końca. Franek ucina sobie właśnie poobiednią drzemkę, żeby zregenerować siły przed czekającą nas podróżą. Tym razem będę miała kierowcę :) Cieszę się, bo sobie poczytam trochę.Od czwartku czułam się jakbym była na prawdziwym urlopie :) Istna sielanka. Absolutnie nic nie musiałam robić – nawet jedzenia mieliśmy pod dostatkiem. Moja mama zostawiła nam rosołek  i kotlety. Do tego dostaliśmy wałówkę od mojego dziadka – wystarczyłoby tak dla połowy jednego pułku wojska :) No prawdziwe wczasy z wyżywieniem :) I to wszystko za opiekę nad psem. Ale co to za opieka… dla mnie to nie był obowiązek, tylko przyjemność :) Zleciały mi te dni w tempie ekspresowym. W piątek zrobiliśmy małe zakupy do naszego mieszkania – kupiliśmy rolety i jeden produkt impulsywny :) Poszliśmy obejrzeć zasłony i zakochałam się w… firance :) Musiałam ją kupić. Biała w kolorowe paski  – no jakżeby inaczej, jak nie kolorowa? :) – gdybym mogła to każdą ścianę bym na inny kolor zrobiła :P Franek uległ, pod warunkiem, ze powiesimy ją w sypialni a nie w salonie :) (przyzwyczai się jeszcze do kolorowego życia, moja w tym głowa).
Obecnie zdjęciem nie dysponuję, ale jak zrobię to Wam pokażę.

A tak poza tym, większość czasu spędziliśmy na działce moich rodziców i oto czym się zajmowaliśmy:

 
A to i tak tylko część tego, co mamy w domu. Uwielbiamy wszelkiego rodzaju gry planszowe, karciane i inne :) Potrafimy grać godzinami. Kiedy byłam mała rodzice zawsze w prezencie dawali nam gry – stąd mam ich cały arsenał. Bardzo często w wolnym czasie umawiamy się z Franka rodzicami (moimi rzadziej – z racji odległości), zimą w domu, wiosną i latem na ogródku i gramy :) Uważam, że jest to świetna forma wolnego czasu – wspaniała rozrywka a do tego spędzamy czas z bliskimi i dbamy o więzi międzyludzkie, co nie jest możliwe w przypadku gier komputerowych. Polecam :) I niech mi nikt nie mówi, że to tylko dla dzieci, żebyście widziały jak się emocjonujemy :)

A poza tym oczywiście sporo czytałam i generalnie się relaksowałam. Trochę też blogowałam, ale przyznaję, że dość umiarkowanie. Zaległości nadrobię od jutra :) Za to nadrabiałam zaległości towarzyskie i spotkałam się z koleżanką z podstawówki. Wybrałyśmy się na piwko w plenerze – jak za starych dobrych czasów, kiedy to jeszcze piwko było zakazanym owocem. Cudnie było się tak cofnąć w czasie i usiąść na boisku szkolnym z puszką w łapce. Tylko okoliczności się już zmieniły – ona żona i mama, ja.. hmmm? Sama nie wiem co? :) Powiedzmy, że pani magister u progu nowej drogi życiowej :P
Jedno jest pewne – nie nudziłam się. Franek zdecydowanie też nie. My to jednak potrafimy sobie zorganizować czas. A najlepsze jest to, że potrafimy go spędzać razem :)