Weekend
zaczął mi się wczoraj o godzinie 17:12 kiedy to radośnie pomachałam na
pożegnanie moim kolegom z pracy i za nic mając ich zazdrosne spojrzenia
(oni jeszcze mieli przed sobą przynajmniej cztery godziny pracy)
wsiadłam w moją świnkę (tak nazwaliśmy z Frankiem moje autko po tym jak
zgodnie stwierdziliśmy, że przód twingo wygląda jak świński ryjek:P) i
pokonawszy już wszystkie sygnalizatory drogowe (za każdym razem
czerwone!) wreszcie zaparkowałam na osiedlowym parkingu. Pouczyłam się z
godzinkę a potem poszłam na aerobik. A po aerobiku prosto do Franusia,
bo to u niego spędziłam dzisiaj noc. Przed snem obejrzeliśmy sobie
jeszcze jak na grzeczne dzieci przystało dobranockę – Toy Story
To jego ulubiona bajka (o ile facet dwudziestopięcioletni może mieć
ulubione bajki) a ja też ją lubię, bo kiedy ją oglądam przypomina mi się
jak oglądaliśmy ją razem po raz pierwszy – byliśmy razem około miesiąca
i właśnie się obudziliśmy po pierwszej spędzonej razem nocy (jakkolwiek
by to nie zabrzmiało:))

Rano nareszcie, jak na prawdziwą sobotę
przystało, obudziłam się dopiero po ósmej a nie jak przeważnie o
siódmej. Frankowi dałam jeszcze pospać i zajęłam się czytaniem książki,
która miałam nadzieję pomoże mi trochę w wyborze tematu pracy
magisterskiej. Nadzieja okazała się złudna. Z tego powodu musiałam
wybrać się do biblioteki ponownie.Wypożyczyłam trzy kolejne, każda z
innej beczki – trochę Emmersona, trochę postmodernizmu i „time and
narrative” Spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam, bo nie
wpadłam na to (oj głupia ty), żeby książek amerykańskiego autora szukać
na półkach z literaturą brytyjską. Kiedy wyszłam zastałam Franka z miną
pieska, który zobaczył, że jego pan wreszcie się pojawił na horyzoncie.
Hihi teraz to pojechałam :PP Nie wiem jaką minę mają takie pieski, bo ja
mojego tak nie zostawiam – pół miasta by się zleciało, żeby zobaczyć
czemu on tak szczeka. W każdym razie wreszcie opuściliśmy uniwerek i
wybraliśmy się na spacer. Cudowny był to spacerek, bo pogoda naprawdę
śliczna. Było mniej więcej tak:

Przeszliśmy chyba pół miasta. Uwielbiam takie spacery. Franek trochę jęczał na początku, ale potem skapitulował a nawet mu się spodobało. Na szesnastą dotarliśmy do domu i nasze drogi się rozeszły – on do kolegów a ja do książek. Franuś pojechał na mecz, ale było mi to nawet na rękę, bo cały czas wisi nade mną ta prezentacja, więc wróciłam i od razu siadłam do książki. Dzień uważam za bardzo udany i czuję się usatysfakcjonowana, bo nie dość, że zaliczyłam spacerek, relaksik i różne inne przyjemne rzeczy, to udało mi się wykonać plan na dziś i przeczytać wszystko, co sobie na dziś zaplanowałam. I teraz mogę z czystym sumieniem położyć się spać.
Założenia na jutro: dłuuuga kąpiel, niedzielna msza, spacerek nad jezioro maltańskie, kolejny rozdział tej męczącej książki, tłumaczenie na zajęcia z translacji, trochę hiszpańskiego, Superniania (a co :P), Teraz albo nigdy, gasimy światło i spać
Mam nadzieję, że mi się uda. A szanse są duże zważywszy na fakt, że przecież godzinkę dłuższą noc mamy dzisiaj
Dobranoc.

Przeszliśmy chyba pół miasta. Uwielbiam takie spacery. Franek trochę jęczał na początku, ale potem skapitulował a nawet mu się spodobało. Na szesnastą dotarliśmy do domu i nasze drogi się rozeszły – on do kolegów a ja do książek. Franuś pojechał na mecz, ale było mi to nawet na rękę, bo cały czas wisi nade mną ta prezentacja, więc wróciłam i od razu siadłam do książki. Dzień uważam za bardzo udany i czuję się usatysfakcjonowana, bo nie dość, że zaliczyłam spacerek, relaksik i różne inne przyjemne rzeczy, to udało mi się wykonać plan na dziś i przeczytać wszystko, co sobie na dziś zaplanowałam. I teraz mogę z czystym sumieniem położyć się spać.
Założenia na jutro: dłuuuga kąpiel, niedzielna msza, spacerek nad jezioro maltańskie, kolejny rozdział tej męczącej książki, tłumaczenie na zajęcia z translacji, trochę hiszpańskiego, Superniania (a co :P), Teraz albo nigdy, gasimy światło i spać

