*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciociowanie :). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciociowanie :). Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 czerwca 2015

2015 rokiem urodzaju

Jakiś czas temu pisałam o wysypie ciężarówek i o tym, że cieszę się z tego, że jestem pierwsza "w kolejce" do rozpakowania. Tak się rzeczywiście stało - urodziłam pierwsza, w dodatku na początku roku, co mnie naprawdę bardzo cieszy, bo to jeszcze dodatkowy symbol początku. Żal mi tylko Wikinga, bo wszystkie prezenty dostanie na w ciągu dwóch-trzech miesięcy (bo imieniny chyba wypadają mu w lutym) :P
W każdym razie, jakieś dwa tygodnie po mnie, też przed terminem, urodziła siostra mojego szwagra. Następnie, 11 lutego (trochę ponad tydzień po terminie) urodził się synek mojego kuzyna, a Karola urodziła 18 lutego - cztery dni później, niż miała.

Różnica czasowa niewielka, bo to raptem półtora miesiąca od narodzin Wikinga, ale jednak czułam się bardzo zadowolona z faktu, że byłam pierwsza :) Cieszyłam się, że poród mam już za sobą, a później cieszyło mnie to, że ze wszystkim jesteśmy trochę do przodu. Poza tym miło było uchodzić za tą bardziej doświadczoną :P
Okazało się jednak, że ten prawdziwy wysyp to ma dopiero nastąpić!

Kiedy mój tata pochwalił się, że został dziadkiem, dostał smsa zwrotnego z informacją, że inna moja kuzynka jest w ciąży z trzecim dzieckiem i będzie rodzić w maju.
Gdy byłam w ciąży, moje koleżanki bardzo mi kibicowały. A najbardziej oczywiście Dorota oraz Ala. Obie były na bieżąco zarówno przed, jak i po porodzie. Ala dzwoniła do mnie regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie. Zadzwoniła dwa dni po porodzie, później gdy Wiking był już jakiś czas z nami w domu, a potem, gdy skończył miesiąc. Rozmawiałyśmy wtedy prawie godzinę. Wypytywała mnie o wszystko ze szczegółami a pod koniec rozmowy powiedziała, że jest w ciąży i termin ma na koniec września.
Koleżankami, które również bardzo interesowały się Wikingiem były hiszpańska Ania i Karolina. Z tą pierwszą widziałam się w Poznaniu pod koniec grudnia - jakiś tydzień przed porodem. Później pisała do mnie maile, co słychać, ale nie mogłam się zebrać, żeby porządnie odpisać i poza zdawkowymi informacjami i zdjęciami, przez dłuższy czas nie doczekała się ode mnie wielu konkretów. I wreszcie w maju (dopiero! ale tylko siebie mogę za to winić, bo pewnie, gdybym odpowiedziała jej wcześniej, wcześniej bym się dowiedziała :)) napisała mi, że przeprowadzka do Madrytu, o której rozmawiałyśmy w grudniu hipotetycznie stała się faktem, bo tam właśnie mieszka tata jej córeczki, która urodzi się w połowie sierpnia!
Jakby tego było mało, w Miasteczku spotkałam się z moją koleżanką z podstawówki. Również zaskoczyła mnie swoją ciążą - termin na październik.
A na domiar tego wszystkiego okazało się, że Wiking za długo się nie będzie cieszył pozycją najmłodszego w rodzinie, bo w listopadzie ma się urodzić pierwsze dziecko Franka kuzyna!

Ten rok 2015 naprawdę będzie urodzajny jeśli chodzi o "nowe" dzieci. Bardzo się cieszę, że Wiking będzie miał tyle rówieśników. Choć o dziwo, głównie są to rówieśniczki - gdyby nie to, że jak wiecie, już nie tęsknię za córeczką - czułabym się bardzo rozczarowana, ale teraz tym bardziej sobie myślę, że skoro wokół tyle dziewczynek, to chyba był w tym jakiś cel, żebym akurat ja urodziła chłopca. 

 Przede wszystkim cieszę się, że będą to dzieci moich bliskich koleżanek - dzięki temu będziemy mogły się wymieniać doświadczeniami. A jednocześnie czuję lekki żal, że raczej nie będą nam dane wspólne spacery i domowe przedszkola... Najbardziej mi szkoda, że nie mam możliwości spotykać się częściej z Karolą, Alą i Asią (żoną kuzyna). Ale tak sobie myślę, że hiszpańska Ania jest w jeszcze gorszej sytuacji (chociaż oczywiście ona tak tego nie postrzega, gdyby tak było, to dawno wróciłaby do Polski:)). bo nie dość, że nie będzie miała blisko swojej rodziny, to jeszcze teraz, właśnie ze względu na ciążę opuści Sevillę, w której mieszkała od ośmiu lat, więc nie dość, że samo dziecko będzie rewolucją, to jeszcze nowe miasto... Ale cieszymy się bardzo, że Wiking będzie miał koleżankę w Hiszpanii - a martwiliśmy się, że teraz nie będziemy mogli za bardzo odwiedzać dziewczyn, bo przecież nie będziemy im Wikinga na głowę sprowadzać. Myślę, że teraz problem będzie mniejszy, zwłaszcza jeśli Wikuś będzie mógł się z Emmą zintegrować :P

Ale przy tym wszystkim naprawdę fajnie się czuję jako pionierka :D Zawsze już będę pierwsza w odniesieniu do tych koleżanek (a tak się złożyło, że wcześniej żadna z tych bliskich mi nie rodziła) i o ten mały krok do przodu. Nie chodzi oczywiście o żadną rywalizację, bo z moimi koleżankami nie rywalizuję, tylko o to, że będę miała za sobą to, co je dopiero będzie czekało, że będę mogła odpowiedzieć im na pytania (których już mają mnóstwo), że będę mogła służyć swoim doświadczeniem i dobrą radą - jeśli będą jej potrzebowały. Chociaż oczywiście mam też momenty, kiedy myślę sobie, że fajnie mają, że są dopiero w ciąży i wszystko jeszcze przed nimi :))
Oczywiście nie chodzi o to, że się czuję lepsza w jakikolwiek sposób :) Jedynie towarzyszy mi takie przyjemne uczucie, że już wiem z czym to się je i że w jakimś sensie jestem ważna. Paradoksalnie czuję się taka... doświadczona :P Cieszę się, że za chwilę ktoś będzie przeżywał to samo, co ja a jednocześnie odczuwam ulgę, że mam za sobą już ten trudny czas docierania się. Chyba rzecz w tym, że nigdy wcześniej nie byłam na takiej pozycji. A że jestem zbzikowana na punkcie symbolicznych początków, fakt, ze Wikuś urodził się na początku roku tylko dodaje temu wszystkiemu smaczku :)

Cóż, wygląda na to, że rok 2015 będzie należał do dzieci - a przynajmniej do dzieci bliskich mi osób :) Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i wkrótce dzieci doczekają się te osoby, które tak długo na nie czekają. Bardzo bym tego życzyła wszystkim oczekującym, szczególnie tym, które z ciężkim sercem czytają takie notki jak ta.

niedziela, 29 grudnia 2013

Konsternujący kalendarz

Prezenty - fajna sprawa! Lubię je dawać i lubię je dostawać.Już kilka razy na ten temat pisałam, ale dzisiaj chciałam napisać jeszcze parę słów :)
Zawsze bardzo starannie szukam podarunku dla innej osoby - biorę pod uwagę jej zainteresowania, zastanawiam się nad tym, co lubi lub czego potrzebuje. Bardzo zależy mi, żeby prezent nie był przypadkowy - staram się zwracać uwagę na to, co mówi dana osoba lub co jej się podoba i zapamiętuję to - później przydaje mi się to, kiedy nadchodzi okazja do zakupu prezentu. Cieszę się, gdy udaje mi się prezentem zaskoczyć, ale nie silę się celowo na oryginalność. Wychodzę z założenia, że praktyczny prezent często jest dobrym rozwiązaniem, kiedy pomysłu brak - nawet jeśli miałby być mało oryginalny.
Jeśli chodzi o prezenty, które dostaję - cieszy mnie prawie wszystko. Chyba po prostu mam takie szczęście, że osoby, od których otrzymuję podarki dość dobrze mnie znają. A druga kwestia -  że naprawdę potrafię w każdej rzeczy odnaleźć coś fajnego. Lubię praktyczne prezenty, bo zawsze można zrobić z nich pożytek - niezależnie od tego, czy chodzi o zestaw codziennych kosmetyków, czy o mikser ;) (chyba, że to już trzeci, ale na taki prezent raczej nie zdobywa się nikt, kto nie jest pewny, czy już takiego sprzętu nie mam;)). Lubię drobiazgi, uwielbiam książki! Najbardziej lubię prezenty - niespodzianki. Te też nie muszą być oryginalne, ale przyznaję, że fajnie jest też dostać coś, czego się zupełnie nie spodziewam.
Właściwie oboje z Frankiem mamy w tej kwestii bardzo podobne podejście. Z każdego prezentu potrafimy się ucieszyć, ze wszystkiego umiemy zrobić pożytek - nawet jeśli wcześniej mogło się nam wydawać, że coś jest niepotrzebne. Doceniamy też bardzo chęci osoby, która nas obdarowuje. Nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy byli z prezentu niezadowoleni. Nigdy nie zdarzyło się, abyśmy nie potrafili go jakoś wykorzystać. Nigdy żaden prezent nie był nietrafiony. Aż do teraz. Chyba... :)
Rzeczywiście po raz pierwszy dostaliśmy prezent, który wprawił nas w lekką konsternację, chociaż sama nie wiem, czy to dobre słowo, żeby opisać naszą reakcję. Spojrzeliśmy po prostu na siebie dyskretnie a następnego dnia dopiero prezent skomentowaliśmy - poczułam wtedy ulgę, że Franek również nie uważa, że właśnie dostaliśmy najlepszy prezent pod słońcem :P Otóż, brat i bratowa Franka dali nam w prezencie kalendarz ze zdjęciami swojej córki. Uważam, że to świetny prezent, ale na przykład dla dziadków (którzy zresztą takowy dostali w ubiegłym roku ;)) lub dla osób, którym dziecko jest szczególnie bliskie i które są z nim jakoś szczególnie emocjonalnie związane. Owszem, to jest Franka chrześniaczka, ale u nas w rodzinach "instytucja" chrzestnego nigdy nie była szczególnie istotna na co dzień i nie przywiązujemy wagi do tego, kto jest czyim chrzestnym lub jakie relacje ma się z nim relacje. Franek jest więc dla Magdy przede wszystkim wujkiem a nie chrzestnym. Z bratem i bratową widujemy się umiarkowanie często - wiadomo, że jest to utrudnione z racji tego, że nie mieszkamy w tym samym mieście, ale jeszcze przed naszą przeprowadzką wcale nie było to częściej. Widzimy się zawsze na większych uroczystościach rodzinnych lub spotykamy się na niedzielnym obiedzie u teściów - od czasu do czasu odwiedzimy się nawzajem. Relacje Franka z bratem są po prostu dobre - braterskie, ale nie kumpelskie, tak chyba najlepiej to określić. 
Chrześniaczkę lubimy widywać, zawsze wtedy się z nią bawimy i poświęcamy jej sporo uwagi, ale na co dzień nie tęsknimy za nią specjalnie. Choć to bratanica Franka, nie jest dla nas dzieckiem, z którym jesteśmy związani jakoś bardzo emocjonalnie - to po prostu dziecko naszych bliskich, więc się nią interesujemy i jest dla nas na tyle ważna, ale nie więcej - nie do tego stopnia, żebyśmy byli w niej zakochani tak, jak jej rodzice.
Tak naprawdę trudno wyjaśnić nasze odczucia w stosunku do tego prezentu, ale chyba właśnie trochę o to chodzi - nie chcemy, aby ktoś nas zmuszał, żebyśmy byli zauroczeni jego dzieckiem a taki właśnie odebraliśmy przekaz (oczywiście ma to związek z szeregiem innych sytuacji, których byliśmy świadkami oraz jak bardzo - w porównaniu do innych rodziców - brat i bratowa są zapatrzeni w swoje dziecko). Poza tym trochę brakuje nam zaangażowania i zastanowienia się nad tym, dla kogo jest to prezent, tego indywidualnego podejścia, o którym pisałam wcześniej. I jest to o tyle dziwne w przypadku tych właśnie osób, że zawsze trafiali w punkt ze swoimi prezentami dla nas. Przez chwilę nawet przemknęło mi przez myśl - zanim rozpakowaliśmy prezent do końca - że może są to zdjęcia Magdy z nami. Ale nie... 
Chyba największy problem polega na tym, że ni w ząb nie potrafimy odczytać intencji, jakie mieli brat i bratowa - my na pewno nie dalibyśmy takiego prezentu na święta nikomu, kto nie jest bezpośrednio zaangażowany emocjonalnie w relacje z naszym dzieckiem.
Nie chciałabym być źle zrozumiana - tak naprawdę nie musielibyśmy dostać nic i nie poczulibyśmy się ani trochę urażeni. Prawda jest taka, że brak jakiegokolwiek prezentu może trochę by nas zdziwił (bo to byłoby coś nowego) ale nie zasmucił ani nie zezłościł. A tymczasem taki prezent chyba trochę nas poirytował. Bo doskonale rozumiemy zauroczenie rodziców własnym dzieckiem, jest ono dla nas czymś naturalnym, ale nie podoba nam się przesada i nie lubimy podejścia, jakie niestety mają brat i bratowa - to znaczy, że wydaje im się, że ich dziecko jest pępkiem świata. Żeby było jasne - całego świata i dla wszystkich. Przyznam, że denerwują mnie rodzice, którzy niejako zmuszają otoczenie do zachwytów nad ich latoroślą (moim zdaniem fajne dziecko i tak obroni się samo :P) - Franek podziela moj pogląd w tej kwestii. Szczególnie, że przecież nie wszyscy dzieci lubią po prostu! My akurat należymy do grupy osób neutralno-pozytywnej :D To znaczy - nie nielubimy dzieci, ale raczej nie zwracamy na nie uwagi (chyba, że jest niegrzeczne lub głośne - wtedy nas wkurza) a już na pewno się nim nie zachwycamy. Wyjątkiem są dzieci "występujące" w rodzinie lub wśród bliskich znajomych - takimi dziećmi się interesujemy, naprawdę lubimy się nimi zajmować lub z nimi bawić, zależy nam na tym, żeby wiedziały kim jesteśmy i żebyśmy byli fajnym wujkiem i ciocią, ale w dalszym ciągu się nimi nie zachwycamy (wyjątkiem jest córeczka mojej koleżanki, którą zachwycam się ja, ale to naprawdę wyjątkowa sytuacja do opisania przy innej okazji - ale i tak nie chciałabym dostać kalendarza z jej zdjęciami w prezencie :)). No cóż - taki z nas typ, pewnie tylko nasze własne dziecko będzie w stanie nas jakoś specjalnie poruszyć...
Naprawdę lubimy Chrześniaczkę. To fajne dziecko jest. Chętnie bym się nią zajmowała częściej i z większym zaangażowaniem (gdyby tylko jej rodzice nas do niej bardziej dopuścili :)), ale mimo wszystkich ciepłych uczuć jakie mam w stosunku do niej zwyczajnie nie mam ochoty wieszać jej zdjęć na ścianie swojego mieszkania.

Cała ta sytuacja wywołała we mnie tak dziwne uczucia, że aż musiałam się tu wypisać :) 
Ale skoro już przy temacie dzieci jesteśmy, to się dzisiaj dowiedziałam, że mam do nich podejcie i że do mnie lgną - tak przynajmniej stwierdziła moja teściowa na kolejnym spotkaniu rodzinnym. Rzeczywiście ostatnio zamiast siedzieć z innymi przy stole, w drugim pokoju rysowałam z Magdą, a dzisiaj trzyletnia córeczka kuzyna Franka od razu pokazała mi wszystkie swoje zabawki i opowiedziała ich historię. Ale nie dajcie się zwieść, ja po prostu lubię się bawić, a moja infantylna natura sprawia, że dzieci widzą we mnie równego :D

poniedziałek, 30 września 2013

Poznański weekend

Weekend mieliśmy poznański, co równa się towarzyskiemu :)
Przyjechaliśmy w piątek przed ósmą, przy fatalnej aurze, bo choć wyjeżdżaliśmy ze słonecznej Warszawy, to Pyrlandia przywitała nas paskudnym deszczem. Franek wysadził mnie pod klatką Doroty i Juski. Poszłam do nich "na chwilę", bo chciałam Dorocie coś przekazać, ale była tam jeszcze jedna nasza wspólna koleżanka, Juska zapytała, czy mam ochotę na browarka i oczywiście z chwili, zrobiło się kilka godzin :) Zrobiłyśmy sobie sabat ogólny i w podgrupach :) Chwilami siedziałyśmy wszystkie razem, innymi momentami dzieliłyśmy się na pary i tak rozprawiałyśmy o wszystkim i o niczym dwójkami. Franek całkiem rad był z takiego stanu rzeczy, bo mnie zostawił pod jednym blokiem, a później zaparkował kawałek dalej, zaniósł nasze klamoty do rodziców i od razu umówił się z kolegami. Czekał tylko na informację, czy idę z nim. Pozwoliłam mu więc na męski wieczór :) I tym sposobem piątkowego wieczoru rozpierzchliśmy się bardzo szybko, a separacja skończyła się dopiero w okolicach północy, kiedy to umówiliśmy się na osiedlowej ławeczce na którą Franek przydreptał z bloku B, ja z bloku E i oboje udaliśmy się w kierunku bloku A.

Sobotnie przedpołudnie spędziliśmy na totalnym nicnierobieniu. Wylegiwaliśmy się po prostu na łóżku (choć pościelonym, bo nie lubię kiedy pierzyny cały dzień są rozbebeszone, jakoś tak nie mam wtedy przyjemności kłaść się w nie z powrotem wieczorem:)), oglądając głupoty w telewizji, drzemiąc lub czytając. Aż nastała pora obiadowa. Na obiad zostaliśmy zaproszeni do szwagra, jego żony i dziecka, które to jest chrześniaczką Franka. 
Z Chrześniaczki nareszcie coś wyrosło - w takim sensie, że da się cokolwiek z nią robić :) Średnio wiem, co robić z dziećmi, które nie skończyły jeszcze półtora roku, bo niekumate to jeszcze za bardzo (przynajmniej z perspektywy osoby, która je widzi z doskoku), a nie należę do tych cioć, co to się nachylają nad wózeczkiem sypiąc uśmiechami i wpadają w euforię widząc niemowlaka. Więc zazwyczaj obecność takich dzieci całkowicie ignoruję (ryzykując rzecz jasna obrazę majestatu przewrażliwionych rodziców :P  - na szczęście nie wszyscy tacy są:)). Co innego te starsze, chodzące już albo nawet próbujące mówić. Zwłaszcza, jak mają fajne zabawki! Bawić to ja się lubię, więc ledwo zjadłam, odeszłam od stołu i zniżyłam się do poziomu podłogowego. A tam klocki, zwierzątka, piłki, autka! O tak, to już się z Chrześniaczką dogadałam, choć każda w swoim języku! Franek pozostał przy stole prowadząc poważną konwersację, ale nie mam pojęcia o czym. Ja tam się bawiałam. Ku mojemu zdumieniu nawet szwagierka przestała w pewnym momencie śledzić każdy mój krok (dotychczas widziała mi się jako jedna z najbardziej przewrażliwionych mam, jakie znam - nawet babci dziecko oddawała z wahaniem ;)) i mogłyśmy z Chrześniaczką szaleć. Niechętnie przyznam się, że choć przecież - jak doskonale wiecie - jestem osobą rodzinną, to wizyty u frankowego brata czasami traktowałam jak bardziej obowiązek i wychodziłam ze spotkań z nimi trochę znudzona. Na szczęście nie tym razem. Naprawdę mi się podobało :D

Wyszliśmy na tyle wcześnie, żeby spotkać się jeszcze z kolegami. Miało być szybkie piwko na ławeczce (choć zimno było bardzo!), ale zachciało nam się pograć w rzutki i poszliśmy do pubu. Graliśmy cztery razy i powiem Wam, że Frankowscy wymiatają - jedna moja i dwie frankowe wygrane :) I ostatecznie znowu wróciliśmy do domu w okolicach północy, a miało być krótko!
Niedziela była już spokojna, grzeczna i rodzinna - a do Podwarszawia wyruszyliśmy już o 17tej. 
Nie ma innej opcji, jak uznać ten weekend za absolutnie udany i wbrew pozorom, wcale się nie zmęczyliśmy tymi spotkaniami. My chyba po prostu to lubimy :)

Dziś za to mam nastrój pod tytułem "bez kija nie podchodź" i to zupełnie bez powodu. Nie szukam pretekstu - że okres, że nie ma okresu, że chłop, że baba albo za słona zupa. No po prostu wiem, że takie dni czasami się zdarzają i trzeba je przeżyć, choć zła jestem, że mi się przytrafił. Na szczęście nie należę do osób, które wyżywają się na otoczeniu (przynajmniej na elementach ożywionych, bo kilkoma nieożywionymi to sobie dzisiaj już rzuciłam), więc jak na razie nikt  się nie zorientował.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Tak o wszystkim :)

No to już chyba wszystkie osoby mające problem z nadążaniem za moją pisaniną nadrobiły zaległości. Ostatni raz taką długą przerwę to miałam w czerwcu :) Czas wrócić do rytmu - nazwijmy to - wakacyjnego :) O ile się uda, rzecz jasna.

Bo ostatnio też myślałam, że się uda, a jednak czasu zabrakło. W piątek z samego rana wybraliśmy się do Miasteczka. Spotkaliśmy się z managerem restauracji i aż dwie godziny trwało ustalanie różnych szczegółów. Później pojechaliśmy jeszcze do Opola, bo mieliśmy namiary na agencję, która zajmuje się wydrukiem i nie tylko różnych ślubnych gadżetów. Zamówiliśmy już upominki, które damy rodzicom i dziadkom w podziękowaniu, a teraz czekam na propozycję naklejek na ciasto, które zrobią nam w oparciu o projekt Juski - tak, żeby bylo podobnie jak na zaproszeniach i winietkach. Zrobiło się dość późno, więc niestety Franek musiał już wracać do Poznania - w sobotę rano pracował. A my z mamą poszłyśmy jeszcze do kwiaciarni, gdzie spędziłyśmy godzinę omawiając różne szczegóły dotyczące dekoracji. Ale wszystko już załatwione.
W sobotę obskoczyłyśmy jeszcze fotografa w celu potwierdzenia rezerwacji i omówienia drobnych szczegołów - tu poszło nam dużo szybciej. Zrobiłam też zakupy bieliźniane! Wszystko, co niezbędne już mam :) Łącznie z pończochami - i to tymi na pasie, bo nie chciałam samonośnych, choć zrobiłam sobie też z nich zapas. Jeszcze tylko zrobię rundkę po sklepach - ale to już w Poznaniu- i może kupię jakąś ładną bieliznę na noc poślubną ;) Wszak restauracja daje nam w gratisie pokój ;)

W sobotnie popołudnie skoczyłam do mojej bardzo dobrej koleżanki, która jest kosmetyczką. Cały dzień miała klientki, ale specjalnie dla mnie została dłużej i zrobiła mi oczyszczanie twarzy. Poleżałam sobie pod maseczkami, trochę się upiększyłam a przy okazji pogadałyśmy trochę. Jednak i tak było nam mało, bo umówiłyśmy się jeszcze na wieczór i przy drinkach (malibu z sokiem ananasowym) nadrabiałyśmy towarzyskie zaległości. W międzyczasie jednak zaliczyłam jeszcze obcowanie z naturą, a więc obiad w postaci grilla na naszej działce :) No i bardzo ważny telefon od Franka, który stwierdził, że mu mnie brakuje, że się już stęsknił (minęło raptem 25 godzin) i nie wie co robić, więc idzie spać :P

A w niedzielę przez chwilę "ciociowałam". Córka drugiej dobrej koleżanki (są tylko dwie w Miasteczku z którymi utrzymuję naprawdę regularny kontakt) miała roczek, który w Miasteczku często świętuje się na mszy z okazji rocznicy chrztu świętego. Dobrze, że się odszykowałam, bo chciałam sobie dyskretnie stanąć gdzieś na chórze, żeby mieć dobry widok na ołtarz, a koleżanka mnie zgarnęła i kazała siedzieć z chrzestnymi w pierwszej ławce. Przynajmniej się nie wyróżniałam :P No i sobie poćwiczyłam, bo w kolejną niedzielę szykują nam się chrzciny bratanicy Franka i on będzie chrzestnym. Ale kto się zatroszczył o świecę, telegram i prezent w postaci biblii dla dzieci (tak, wiem, że ona jeszcze nie umie czytac, ale to ma być pamiątka przecież:))?? No przecież, że nie chrzestny, tylko jego przyszła żona :P

Przyszła żona wróciła w ramiona stęsknionego przyszłego męża w niedzielny wieczór. A w poniedziałek wróciła i do pracy, choć może już nie w roli przyszlej żony :) I o dziwo, trochę zaległości się zrobiło w ten jeden dzień. Miałam ręce pełne roboty przez całe osiem godzin, a potem pośpiesznie wracałam do domu, gdyż... mieliśmy wczoraj swoją pierwszą lekcję tańca :D Przyszła do nas Daga i zaczęliśmy od walczyka. Po pierwszych pięciu minutach myślałam, że będzie masakra i Franek w życiu nie załapie, o co w tym chodzi... O ja niewierna :) Po kolejnych pięciu Franek nagle..: raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy i wszedł idealnie w muzykę. A obroty to idą mu lepiej niż mnie :P Dzisiaj będziemy ćwiczyć, a jutro Daga znowu przyjdzie i zobaczymy, co fajnego wymyśli :) Naszym głównym celem jest trochę się rozruszać. No i żeby Franek się nauczył kroków podstawowych tańców :) Chyba będzie dobrze.

No więc, jak same widzicie - nic ciekawego się przez te cztery dni nie działo ;)

niedziela, 29 lipca 2012

Urlopowe opowieści

Napiszę wreszcie parę słów na temat samego urlopu i pobytu nad morzem, zanim się wszystko całkiem przedawni :)

Oczywiście najbardziej interesowała nas pogoda, ale prognozy nie były dla nas pomyślne, więc choć początkowo zakładaliśmy wyjazd w środę, zdecydowaliśmy się go przesunąć o jeden dzień. I na dobre nam to wyszło, bo przynajmniej kupiliśmy garnitur Frankowi :) W czwartek rano nareszcie wyszło słońce, chociaż w drodze różnie bywało. Wcześniej planowaliśmy noclegi pod namiotem, ale podobnie jak w ubiegłym roku, aura nam nie sprzyjała. Ostatecznie kilka dni przed wyjazdem zadzwoniłam do tego samego miejsca, w którym spaliśmy w zeszłym roku i zarezerwowałam nocleg. Do Grzybowa zajechaliśmy w południe. I od razu zostaliśmy mile zaskoczeni przyjęciem nas przez gospodynię. Rok temu była na początku jakaś gburowata, teraz przez telefon również (właśnie Iza, zapomniałam Cię o tym uprzedzić podczas naszej rozmowy telefonicznej) - a tym razem była bardzo miła i pamiętała nas. Kiedy dowiedziała się, że wkrótce bierzemy ślub pogratulowała nam i zaprosiła na przyszły rok obiecując dobę gratis :)

Ale wracając do samego urlopu - zdążyliśmy się rozpakować i wyszliśmy, żeby przywitać się z morzem, kiedy zaczęło padać :/ I tak padało przez jakiś czas, więc posiedzieliśmy w domku - ja czytałam, Franek spał. Ale po południu niebo sie rozpogodziło, więc wyszliśmy na obiad i spacer. Na wieczór nie mieliśmy żadnych specjalnych planów i ogólnie czuliśmy się trochę zmęczeni, więc poszliśmy szybciej spać, z nadzieją na to, że następny dzień będzie ciepły i słoneczny.
Niestety nie ziściło się - od rana było raczej pochmurno i zdecydowanie zanosiło się na deszcz, więc postanowiliśmy się przejść plażą do Kołobrzegu. To był całkiem dobry pomysł, zwłaszcza, że ostatecznie deszcz nie był bardzo uciążliwy. Wróciliśmy po kilku godzinach i znowu późnym popołudniem pogoda się poprawiła. Jak już wiecie, umożliwiło nam to spędzenie przyjemnego wieczoru na plaży :)

Wiecie również, że od soboty dostałam urodzinowy prezent w postaci słońca! Ponieważ mocno wiało, szybko pobiegliśmy kupić parawan i popędziliśmy na plażę. Spędziliśmy na niej kilka godzin. Popołudnie mieliśmy już zarezerwowane wcześniej, bo przyjechał kuzyn Franka z rodziną. Spędziliśmy razem przyjemny czas, a my ciociowaliśmy i wujkowaliśmy Kubie i Gabrysi :) Nie jest to najgorsza rola, zdecydowanie wolę dzieci, które już coś kumają z tego, co się do nich mówi - a ta dwójka już do tego dojrzała. Kuba nawet na tyle, że opowiadał mi pełnymi zdaniami o tym, jak to koziołek matołek wpadł do wulkanu i pokonał smoko... yyyy smokocoś tam, nie pamiętam :P
A najlepszy numer wywinął, kiedy w niedzielę bawił się z nami w "ciepło-zimno" zakopując moją bransoletkę w piasku. W którymś momencie chował ją dla wujka (Franka). Zakopał ją w jednym miejscu po czym mówi do mnie: "Ciocia to teraz mów wujkowi czy ciepło, czy zimno, a ja idę tam" I gdzieś pobiegł. Nie ma co, potrafi dziecko zorganizować zabawę dorosłym :D

Sobotni wieczór, jak również już wiecie spędziliśmy na plaży obserwując piękny zachód słońca :) A niedziela była pogodna od rana i delektowaliśmy się słońcem prawie do samego wyjazdu. Pozostało nam tylko trochę czasu na obiad i zakup "pamiątek" (ja żelki-smerfy a Franek wędzoną rybę :P). Wyruszyliśmy o 16:30, a po drodze wypatrywaliśmy kościoła, bo w Grzybowie nie zdążyliśmy pójść rano, a potem było nam szkoda rezygnować z ostatnich chwil na plaży. Niestety mieliśmy pecha i kiedy tylko wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości, to okazywało się, że albo msza dopiero za godzinę, albo trwa już od jakiegoś czasu. Jednak wszystko nam sprzyjało i dojechaliśmy do Poznania na tyle szybko, że zdążyliśmy na ostatnią mszę w naszym kościele :) (śmiejemy się, że Panu Bogu zależało na tym, żebyśmy dojechali na czas, bo jeszcze nigdy podróż z nad morza, zwłaszcza w niedzielę, nie zajęła nam mniej niż 4h)

Cóż mogę napisać? Piękne jest nasze morze. Oczywiście pewnie wiecie, że o górach zawsze piszę to samo. Ale nie potrafiłabym wybrać, które miejsce jest piękniejsze, czy lepsze na spędzenie urlopu. Są to tak różne zakątki Polski, że nie potrafiłabym zdecydować. Po coś innego się jedzie nad morze, a po coś innego w góry :) Moim zdaniem są to nasze polskie cuda i mamy szczęście, że tak się nam trafiło w naszym kraju, że możemy się delektować jednym i drugim :)

Ps. Ha! I dobrze tak tym Włochom, którzy powiedzieli, że boją się tylko Rosji, bo Polacy są od nich słabsi. No to macie słabszą drużynę, która wygrywa seta z przewagą 11 pkt! :D

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Odwyk blogowy.

I zrobiłam sobie weekendowy odwyk od bloga. W piątek wieczorem spotkałam się z koleżanką na małe piwkowanie. Dorota i Juska zostały na poprzednim osiedlu, za to tutaj bardzo niedaleko mieszka moja koleżanka ze studiów magisterskich. Spędziłyśmy razem bardzo przyjemny wieczór. A na drugi dzień pojechaliśmy z Frankiem za Poznań. Jego rodzina ma tam działkę letniskową i trafiliśmy na mały zlot rodzinny :) Franka rodzice, babcia, wujostwo, kuzynostwo. Cztery pokolenia. I tak spędziliśmy sobotę i niedzielę grając w karty, rozmawiając, opalając się, kąpiąc się w jeziorku. Ależ było sielankowo… Rozmarzyłam się na samo wspomnienie… W sobotę rano chciałam jeszcze na blogowisko zajrzeć, ale Franek mnie poganiał i nie dało rady. Przyznam jednak, że od czasu do czasu dobrze człowiekowi robi takie odcięcie od wirtualnego i komputerowego świata.

Tak mi było dobrze… Aż nie umiem tego opisać. To tak jakbym się do innego świata przeniosła na te dwa dni. I tu nie chodzi już wcale o brak komputera, tylko tak ogólnie – nic nie musiałam robić, o niczym nie musiałam myśleć. Chciałam spać to spałam, chciałam czytać – czytałam, chciałam nic nie robić – nic nie robiłam :)
Dopiero wczoraj po południu przyszło mi „ciociować” małemu Kubusiowi i przyznam szczerze, że się zmęczyłam :) Ja się do tego chyba nie nadaję :) Nie powiem, radziłam sobie całkiem nieźle, ale jakiegoś szczególnego powołania do bawienia dzieci to nie czuję :) A swoją drogą niezły mądrala z tego dwu-i-półletniego szkraba. Pojechaliśmy nad jezioro – ja, Franek, tato Franka, Kubuś i kuzyn Franka – tatuś Kubusia. No i faceci zabrali się za grę w karty. Ja chciałam poczytać. Ale na chceniu się skończyło. Kuzyn, żeby się „pozbyć” synka w rozgrywce kazał mu zbierać szyszki. Ale małemu się szybko znudziło. Postanowił więc, że będzie robił herbatkę z liści na ręce… cioci. Czyli mnie. Potem natomiast zadecydował, że idzie z ciocią do lasu szukać robaków. Niezła rozrywka, nie powiem, ale poszłam :) Kubuś chciał iść dalej i dalej i w pewnym momencie mówię mu, że nie może iść tak daleko, bo się zgubi. A ten cwaniaczek mały mówi mi, że to nie szkodzi, bo się zgubi z ciocią :)

Tak czy inaczej nie zgubiliśmy się. Za to wróciliśmy z wiaderkiem pełnym szyszek, żołędzi, mchu, kwiatków, liści i patyków :) Pańszczyzna odrobiona, Kubuś został oddany tatusiowi i chłopaki partyjki w tysiąca nie dokończyli :)
A kilka godzin później wróciliśmy z Frankiem do domu. Weekend zakończyłam siedząc na balkonie i czytając książkę popijając jednocześnie Reddsika…. Ehhh, byle do piątku :) Mam wrażenie, że leniuch ze mnie straszny. Tyle mam do zrobienia i jakoś nie mogę się za to zabrać. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł na zmobilizowanie się, proszę dać znać, zbieram pomysły :)

piątek, 3 lipca 2009

Zostałam ciocią.

Nigdy w życiu nie miałam do czynienia z dziećmi. Nie miałam okazji się nimi opiekować. Miałam jakieś małe kuzynki, ale wtedy ja sama jeszcze byłam dzieckiem. Dwunastoletnim, ale jednak dzieckiem. Dlatego właściwie dzieci się zawsze bałam. To znaczy nie lubiłam jak do mnie podchodziły, bo nigdy nie wiedziałam jak mam się zachować. Nie wiedziałam co mam z nimi robić, co mam do nich mówić. Skąd mogę wiedzieć co rozumie dziecko dwu albo pięcioletnie? Albo będę mówić za mądrze, albo zrobię z dzieciaka idiotę. Tak źle i tak niedobrze. Dlatego generalnie się do nich dzieci nie zbliżałam. Inna sprawa, że w ogóle mnie do nich nie ciągnęło. Nie to, że nigdy nie chciałabym mieć dzieci, ale zdaje się, że nie nastąpiła jeszcze u mnie aktywacja instynktu macierzyńskiego. Poza tym chyba nie należę do osób, które kochają wszystkie maluchy bez wyjątku, bo wiele z nich mnie zwyczajnie irytuje. Zwłaszcza te wychowywane „bezstresowo”.

Ale jak byłam ostatnio na weselu, zauroczył mnie śliczny czteroletni blondynek, kuzyn Pana Młodego. Słodkie dziecko, a poza tym baardzo grzeczny i co najwazniejsze potrafił się sam sobą zająć. Ok, parę razy przyleciał do mnie żebym mu balona podała, bawił się czasami z dorosłymi. Ale w ogóle nie męczył swoją obecnością. Nawet jak się przewrócił, szybko się pozbierał nie włączając syreny alarmowej, nawet nie wiem czy ktoś oprócz mnie to zauważył.

Przedwczoraj byliśmy na imieninach u babci Franka. Byliśmy pierwszymi gośćmi. Po nas przyszedł kuzyn Franka z żoną i półtorarocznym synkiem. Niespecjalnie zwracałam uwagę na małego. Do czasu. Siedziałam przy oknie i Kubuś zapragnął przez to okno powyglądać. Podszedł do mnie i coś tam zaczął mruczeć. Trochę zesztywniałam, bo to było dla mnie totalnie krępujące, tak nie wiedzieć jak się zachować. A Kuzyn powiedział do Kubusia, „no idź do cioci niech cię weźmie na ręce.” Cioci? Jakiej cioci. Szlag, to chyba o mnie :/ Zignorowałam, wpychając w siebie kolejny kawałek ciasta. Drugiego zdania nie dało się zignorować, jako że było skierowane bezpośrednio do mnie: „No ciocia, weź Kubusia na ręce” Co było robić. Przez myśl przeszło mi, „jak to dobrze, ze mam psa, przynajmniej wiem, że nie upuszczę.” (Proszę się tu nie oburzać, to nie jest nic obraźliwego. Kocham mojego pieska i jest przez nas traktowany jak nasze dziecko) Kubuś okazał się trochę wygodniejszy w trzymaniu, bo mój piesek nie obejmuje mnie łapkami za szyję ;),  za to dużo bardziej ruchliwy. Wagowo było tak samo. Trzymałam go na rękach i… nic się nie stało. Przeżyłam. Mało tego, nawet mi się spodobało. Potem siedział u mnie jeszcze na kolanach i w ogóle chyba sobie mnie trochę upatrzył bo sam do mnie podchodził i wyciągał rączki, żeby go podnieść. Franek tez przypadł mu do gustu, bo kiedy babcia chciała mu umyć rączki, stanowczo powiedział, (no, bardziej pokazał) że chce żeby zrobił to Franek. Kiedy odjeżdżaliśmy Kubuś był zachwycony, gdy wzięłam go na kolana i mogł sobie trochę „pokierować” autem.
Kilkakrotnie powtarzane przez Kuzyna zdanie, że ładnie tak we trójkę wyglądamy i może powinniśmy „o czymś” pomyśleć, konsekwentnie ignorowaliśmy. To zdecydowanie nie czas na to. Ale przynajmniej się oswoiłam trochę z dzieckiem. Już się nie boję.  A nawet podobała mi się ta chwilowa opieka. Franek zaczął na mnie mówić „ciocia Margolka” i stwierdził, że ładnie wyglądałam „z malcem na rękach”.
I tym sposobem, Moi Drodzy, zostałam ciocią. O kurczę, jeszcze nigdy nie byłam niczyją ciocią :P