O
ubraniach i zakupach piszę bardzo rzadko, tudzież wcale. A to głównie
dlatego, że nie przepadam za zakupami. Jestem chyba ostatnią osobą,
którą można by nazwać zakupoholiczką. Ale jednocześnie jestem typową
babą i lubię ładnie wyglądać, a to, że nie lubię zakupów, nie oznacza,
że nie lubię nowych ubrań
Dlatego postanowiłam wreszcie popełnić wpis w tym temacie…

Nie
potrafię wejść do sklepu ot tak – żeby tylko pooglądać. Niektórzy w ten
sposób polują na ciuchy – oglądają z nadzieją, że coś im wpadnie w oko.
Nie ze mną te numery – ja kiedy wybieram się do sklepu to z zamiarem
kupienia konkretu. Tyle, że kiedy już się wybiorę, to kupuję hurtowo
Raz, a dobrze. Po prostu kupuję wszystko, co jest mi akurat potrzebne
(bądź mi się wydaje, że jest potrzebne :)), zaspokajam swoje zachcianki i
potem mogę nie wychodzić na zakupy przez następne pół roku. Zwykle
odbywa się to sezonowo.

W
zasadzie od zawsze tak było. Po prostu jak byłam młodsza, raz na jakiś
czas mama zarządzała wypad na zakupy do dużego miasta – zwykle do
Wrocławia. Czasami Opola. Jechaliśmy wtedy całą rodziną, tata szedł do
jakiegoś hipermarketu budowlanego oglądać śrubki, a ja, mama i siostra
chodziłyśmy „po ubraniach”. Zwykle wracałyśmy obładowane i miałyśmy
spokój z zakupami na kilka miesięcy. No i tak mi zostało

W
zeszłym roku w październiku kupiłam Frankowi na urodziny sweter. Przy
okazji wzięłam też coś dla siebie. W domu ubrałam jeszcze raz, po czym
stwierdziłam, że to nie to… Wróciłam do sklepu, oddałam bluzkę, dostałam
zwrot pieniędzy i… wyszłam ze sklepu z czterema nowymi ciuchami. A po
drodze kupiłam jeszcze dwie pary spodni – bo przeceniony były… Wyrzuty
sumienia wyleczyły mnie z zakupów na jakieś pół roku… Wiosną sprawiłam
sobie płaszczyk i buty. Latem znowu uzupełniłam garderobę hurtowo, ale w
zasadzie to się nie liczy, bo to był prezent dla mnie od moich rodziców
na urodziny

W
minionym tygodniu znowu obkupiłam się za wszystkie czasy. Stwierdziłam,
że nie może być tak, że moim jedynym ciuchem
oficjalnym-nie-tak-zupełnie-galowym nie może być moja garsonka z matury
:) Wzięłam Franka pod pachę jako doradcę i wzbogaciłam się o spódnicę,
żakiet, kamizelkę i sukienkę. Nic to jednak. Pochwaliłam się mamie,
która stwierdziła, że ona też musi iść na zakupy. Pojechałam na weekend
do Miasteczka, w sobotę wsiadłyśmy w auto i pojechałyśmy do Oklahomy.
Bilans: dwie pary butów, spódnica, żakiet i płaszcz.. Z tego moje były
botki i zimowy płaszcz koloru fioletowego. Jeszcze nie wydałam więcej,
niż zarabiam, ale swój rekord chyba pobiłam
Ale mam teraz spokój przynajmniej na pół roku – w ogóle nie będę się
wybierać na zakupy (i dobrze, straszny to pożeracz czasu), bo zwyczajnie
absolutnie nic nie jest mi potrzebne
Lubię to poczucie, że mam wszystko – od bucika po czapeczkę i że mam
spokój z tym całym przymierzaniem… Oczywiście w tych przerwach
międzyzakupowych zdarza się czasami jakiś drobiazg – zwykle buty, bo na
nie choruję, ale to już przeważnie są tylko jakieś wyjątkowe okazje
Ale jeśli o buty chodzi – jestem zabezpieczona aż do lata. Mam kilka
par butów na jesień, zimę i wiosnę. Tylko sandałki mi się ostatnio
zepsuły, więc być może w czerwcu trzeba będzie się udać na polowanie.



Kiedy
tak wracam do domu obładowana siatkami pełnymi nowych nabytków,
dręczona wyrzutami sumienia z powodu ilości wydanych pieniędzy, myślę
sobie, że ja po prostu mam złych doradców
Kiedy idę z mamą, przymierzam coś w czym wyglądam dobrze, nigdy mi nie
odradzi zakupu, wręcz namawia do kupna i przekonuje, że to się na pewno
przyda na dłuższy czas (zawsze ma rację), więc warto. Franek nigdy
nawet nie mrugnął, kiedy pokazywałam mu ceny na metkach, jak wyglądałam
dobrze, kazał kupić. A kiedy zakupu dokonywałam pod jego nieobecność i
skruszona dzwoniłam, że zaszalałam i wydałam tyle i tyle i kupiłam entą
parę butów odpowiada tylko: „w porządku, ale dobrze, że nie torebkę, nie
ma na nią miejsca”.

I jak tu nie szaleć?
