No
i wróciłam. Po weekendzie:( A tak fajnie było. Prawdziwie rodzinnie. W
piątek wyjechałam już o 14:30 i gnałam jak szalona, żeby szybciej
dojechać
Na 18 byłam na miejscu. Zjadłam nareszcie zupę, bo sama dla siebie bardzo rzadko w domu robię - a
Franek to w ogóle nie uznaje zupy jako coś co można zjeść i jeszcze się
tym najeść hehe. A potem siedziałam sobie wieczorem razem z rodzicami i
z pieskiem przed telewizorem i oglądaliśmy jakieś głupoty. W sobotę
tata z wujkiem pojechali na grzyby a ja wybrałam się z mamą na miasto.
Tak chciałyśmy połazić tylko, w zasadzie nawet nie planowałyśmy nic
kupować. Weszłyśmy do jednego sklepu i mama wypatrzyła śliczne kozaczki.
Ale nie było jej rozmiaru (nic nowego zresztą bo mało gdzie można
dostać rozmiar 34
), no to kazała mi przymierzyć. Pasowały. Nie miałam w planie kupować
butów, tym bardziej, że ostatnio krucho z kasą u mnie, ale mama mnie
namówiła i pożyczyła mi pieniądze. Potem weszłyśmy do drugiego sklepu.
Mama kupiła sobie płaszcz. Stwierdziłyśmy, że dalej nie idziemy, bo nie
wiadomo z czym jeszcze wrócimy
Odwiedziłyśmy jeszcze dziadka i zjadłyśmy u niego pyszny żurek. A
potem wróciłyśmy do domu i zajęłyśmy się robieniem knedli ze śliwkami na
obiad. Pycha
A późnym popołudniem zasiadłam razem z tatą i obieraliśmy grzyby. A potem objadaliśmy się orzechami włoskimi
Niedziela minęła bardzo szybko. Ze trzy razy wyszłam z moim kochanym
pieskiem na spacer – pogoda była prześliczna, taka prawdziwa złota
polska jesień. No ale niestety o 16 nadeszła pora wyjazdu. Niby nic
specjalnego nie robiłam, ale było tak przyjemnie. Tak sielankowo
niemalże
Przynajmniej ja się tak czułam. Tylko siostry brakowało, ale
zdecydowała, że zostaje w Krakowie na ten weekend. A poza tym ona taka
trochę mało rodzinna jest i zawsze siedzi sama w pokoju przed kompem. A
mnie fajnie było tak sobie posiedzieć w jednym pokoju z rodzinką,
pogadać o głupotach, trochę się pośmiać i oglądać jakieś bzdury w
telewizji. Następnym razem pojadę na Wszystkich Świętych, ale to już nie
będzie to samo, bo wiadomo, że się wtedy raczej w domu za wiele nie
siedzi. Tak mi szkoda, że tak rzadko mogę jeździć do domu
Samochodem drogo, jedna taka podróż w obie strony to jedno tankowanie.
Pociągiem uciążliwie – pociąg do domu mam o 15:15 a to oznacza, że z
pracy musiałabym wychodzić o 13, żeby zdążyć. Kiedyś tak czasem robiłam,
ale za często też nie można. A podróż powrotna to masakra, bo nie dość,
że z przesiadkami, to jeszcze tyle ludzi jeździ, że nawet w korytarzu
ciężko o miejsce… A poza tym czas… Nie ma czasu na to, żeby nawet co
weekend pojechać
Boję się, że kiedyś bardzo będę żałować, że nie jeździłam częściej…








No i tak ogólnie od wczoraj mam syndrom przedszkolaka. Wreszcie nadszedł czas, żeby pokrótce wyjaśnić to zjawisko
W zasadzie to proste – to takie uczucie tęsknoty, bezradności,
beznadziejności, znudzenia, zniechęcenia w jednym. A krócej to jest po
prostu takie „ja chcę do mamy”
Wymyśliłyśmy to z Dorotą na pierwszym roku studiów. Leżałyśmy w
pierwszym tygodniu po przeprowadzce do Poznania w łóżkach i zaczęłyśmy
gadać o tym jak się czujemy. Stwierdziłyśmy, że mamy wrażenie, jakbyśmy
tu przyjechały tylko na chwilę i w ogóle nie docierało do nas, że
przynajmniej najbliższe pięć lat spędzimy w tym miejscu… Czułyśmy się
jakbyśmy na kolonię przyjechały, tylko zamiast wakacji mamy szkołę. A
wreszcie doszłyśmy do wniosku, że się czujemy jak w przedszkolu. Bo może
większość osób ma miłe wspomnienia z przedszkola, ale ja na przykład
tylko pierwszy dzień zniosłam dzielnie. Potem przez jakieś półtora roku
codziennie płakałam. Chyba w zerówce się dopiero trochę uspokoiłam
Dorota podobnie. Dla mnie to była tragedia. Nie podobało mi się, że
muszę leżakować, że większość zabawek jest zepsuta, że jest nudno, jeden
chłopak się we mnie zakochał i ciągle za mną latał – a jak w końcu się
wkurzyłam i walnęłam go za to, ze mi dokuczał to oczywiście mi się
oberwało od pani przedszkolanki. I w ogóle nie było mamy i to była
tragedia. I tak właśnie się czułam w te pierwsze dni studiów
I stąd właśnie syndrom przedszkolaka. Doświadczacie? Ja właśnie
chwilowo przez to przechodzę. Smutno mi, że już nie siedzę w domku z
mamusią, tatusiem i psem Rokusiem. Ciekawe kiedy mi przejdzie 




