*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lutego 2018

Nicpoń Obrotny

Wreszcie pod sam koniec ciąży lokator z mojego brzucha doczekał się przydomka, bo wcześniej nic nie pasowało, nie chciał się jakoś przedstawić (a przecież Wiking dość szybko dał się poznać jako Tasiemiec :)). Teraz już wiem, że  to Nicpoń Obrotny!
Nicpoń trzymał mnie w niepewności 39 tygodni, frustrował mnie, stresował i powodował, że w nocy nie mogłam spać, analizując różne scenariusze i zastanawiając się nad tym, jaką decyzję powinnam podjąć, a właściwie jakie mogą być konsekwencje tej, którą podjąć chciałam. A wszystko przez to, że  nagle na USG w 28 t.c. okazało się, że Nicpoń ułożony jest tyłkiem do dołu. Co gorsza, potwierdziły to USG w 34 i 37 t.c. Próbowałam wszystkiego, różnego rodzaju ćwiczeń, wizualizacji, modlitw, perswazji... :) I nic! Właściwie to już straciłam nadzieję. Lekarze byli trochę zdziwieni, bo rzadko się zdarza, żeby drugie dziecko, jeśli pierwsze przyszło na świat siłami natury, ułożone było w tej pozycji, nie było też ku temu żadnych innych konkretnych powodów, więc uznali, że po prostu taki z niego uparciuch i leniwiec. 
Na początku myślałam, że najbardziej prawdopodobną opcją będzie poród przez cesarskie cięcie, co mnie niemal załamało. Nie chcę, nie chcę, nie chcę. Jasne, rozumiem, że są sytuacje, kiedy nie da się tego uniknąć i wtedy nie ma co się upierać, tylko trzeba rodzić tak, jak jest bezpieczniej. Sama przecież przy Wikingu już byłam bliska tego, żeby odpuścić i gdyby nie to, że w ostatniej chwili nastąpiło rozwarcie, zgodziłabym się na cc. Ale żeby tak świadomie i dobrowolnie? (Tak wiem, że wiele jest takich kobiet, również wśród moich znajomych i Was :), ale to nie ja!) Cóż, cały czas jakoś mam wrażenie, że taki dobrowolny poród przez cesarskie cięcie, to nie prawdziwy poród... W miarę upływu tygodni, rozmawiałam z coraz to większą liczbą lekarzy i właściwie każdy mówił to samo - nie ma fizjologicznych wskazań do tego, żebym rodziła przez cc i moja lekarz prowadząca również takiej dyspozycji nie wydała. Mało tego, jako wieloródka, jak najbardziej mam predyspozycje do tego, żeby rodzić siłami natury pośladkowo. Tu oczywiście pojawiał się strach innego rodzaju - nie znalazłam ani nie słyszałam żadnej pozytywnej opinii na temat takiego porodu (co jest dość powszechne, jakoś ludzie chętniej dzielą się przykrymi doświadczeniami lub negatywnymi opiniami, a jak coś idzie dobrze, to nie uznają tego za warte wspominania). Zawsze tylko groza, straszny ból, powikłania itd. Ale jednak rozmowy z lekarzami (do których jakoś mam duże zaufanie) z "mojego" szpitala przekonały mnie, że może to wcale nie będzie takie straszne i że dam radę. Najważniejszym argumentem było dla mnie to, co usłyszałam kilka razy od różnych lekarzy, mianowicie, że ja nie odczuję żadnej różnicy między porodem główkowym a pośladkowym to "my, stojący po drugiej stronie krocza mamy pełne gacie, bo to poród trudny do odebrania", powiedział mi ostatnio jeden z lekarzy i zapewnił, że dla nich priorytetem jest zapewnienie matce i dziecku bezpieczeństwa.
Właściwie to wiedziałam, że jednak na dobrowolną cesarkę się jednak nie zdecyduję, bo chyba bym tego potem nie odżałowała. Dylemat jaki mi pozostał, to czy po prostu czekać aż się zacznie, czy może spróbować obrotu zewnętrznego, (czyli próbę odwrócenia dziecka do pozycji główkowej przez doświadczonego położnika przez powłoki brzuszne), który w moim szpitalu jest wykonywany. 
I pewnie bym się jednak na to zdecydowała, gdyby nie to, że podczas USG zupełnie niespodziewanie usłyszałam: "położenie główkowe". Aż kazałam zdumionemu lekarzowi powtórzyć! :D
No Nicpoń jak nic! Tyle czasu trzymać matkę w niepewności! Tylko teraz naprawdę najlepiej byłoby jak najszybciej urodzić, skoro on taki Obrotny jest, bo jeszcze znowu się przekręci! (odpukać)
Dziwnie mi właśnie, bo Wiking na tym etapie już był na świecie od paru dni... A więc czekamy. W poniedziałek idę na kolejne KTG a jeśli nie urodzę w ciągu najbliższych 10 dni, to mam się zgłosić na Izbę Przyjęć na wywołanie. Ale wolałabym, żeby jednak tym razem samo się zaczęło niż poddawać się tej całej indukcji...

Inne ułożenie Nicponia niż Wikinga to jedna z wielu rzeczy, którą ta ciąża różni się od poprzedniej, o czym już wspominałam parę razy. Nie różni się na pewno tym, że oczywiście mam znowu cukrzycę. Od razu jak tylko się zorientowałam, że jestem w ciąży wyciągnęłam swój stary glukometr i pomiary cukrów nie pozostawiały mi złudzeń, a krzywa cukrowa, którą zrobiłam już w 10t.c tylko to potwierdziła. Tym razem jednak największa różnica była w moim podejściu - nie przejmowałam się tym specjalnie, po prostu przeszłam na dietę i już. Nie traktuję teraz tej cukrzycy jako jakiejś patologii (którą jednak niewątpliwie jest), tylko jako coś oczywistego, co towarzyszy ciąży :) Przebieg jednak był nieco inny, bo o ile poprzednio nie miałam żadnego problemu z glikemią na czczo, a musiałam czasami nieźle się nagimnastykować, żeby po posiłkach mieć dobry cukier, to tym razem było na odwrót. Po posiłkach, jeśli tylko nie "nagrzeszyłam", nie było żadnego problemu, ale na czczo moje wyniki bywały różne, co było już dość mocno frustrujące, bo o ile posiłki można modyfikować, to w takim wypadku niewiele mogłam sama zrobić, poza eksperymentami dotyczącymi tego, co zjeść tuż przed snem. (Ostatecznie przez połowę ciąży codziennie jadłam stały zestaw: serek wiejski, trochę wędzonego łososia i pół kalarepy:P, jakim cudem mi się to nie przejadło, nie wiem :D) W pewnym momencie otarłam się już o insulinę, umówiona już byłam w poradni na konsultację, żeby lekarz wydał odpowiednią dyspozycję i wtedy właśnie okazało się, że glikemie jakoś samoistnie się unormowały i tak już zostało do dziś. (No mówię, że Nicpoń! Może nawet nie tylko Obrotny ale i Przewrotny!)
No dobra, to co z tymi różnicami? Tym razem, co było raczej do przewidzenia, mój brzuch jest większy. Co prawda też nie jakiś gigantyczny, a w pracy dopiero pod koniec szóstego miesiąca ludzie się zorientowali, że jestem w ciąży (i to też tylko ci bardziej spostrzegawczy, bo bywali i tacy, co nagle się w grudniu zdziwili :P), ale jednak jest. Przytyłam też więcej i nad tym ubolewam, chociaż wiem, że w zasadzie na zdrowy rozum nie powinnam, bo to nadal jednak tylko 5 kilogramów, co chyba jest poniżej normy (no ale ja mam inne normy może :D).
Poza tym, trochę gorzej się czułam. Głównie na początku ciąży (kiedy to jeszcze nawet o niej nie wiedziałam, więc nie miałam pojęcia, skąd to gorsze samopoczucie). Nie wiem na czym polegają te poranne mdłości, ale może w moim wypadku przyjęły właśnie taką postać, że czułam się ogólnie osłabiona, bolała mnie głowa i byłam tak ogólnie rozbita. Pamiętam, że podczas naszego pobytu na wakacjach, parę razy musiałam się nagle położyć, bo nie miałam na nic ochoty.
Generalnie byłam też zdecydowanie bardziej zmęczona, zwłaszcza w okresie od września do grudnia (czyli w drugim trymestrze). Często po pracy musiałam uciąć sobie drzemkę albo zasypiałam podczas usypiania Wikinga... 
Myślę jednak, że to ostatnie spowodowane było głównie tym, że mój tryb życia w tej ciąży jednak był zupełnie inny niż w poprzedniej. Teraz jednak wstawałam codziennie w okolicach 5:30, ogarniałam rano siebie i Wikinga, prowadziłam go do przedszkola i pędziłam na autobus. Jechałam do pracy (dojazd trwa 40-60 minut, ale proszę mi nie współczuć, bo przypominam, że ja naprawdę to lubię :)), w której spędzałam często intensywne 8-8,5h (a właśnie, trzymanie się diety cukrzycowej pracując to też nie lada wyzwanie, bo jednak zdarzało mi się zapomnieć o tym, że muszę coś zjeść, zapomnieć zmierzyć poziom cukru albo zjeść byle co, byle szybko :), nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy szliśmy większą grupą na lunch albo ktoś przynosił coś słodkiego - co w naszej firmie zdarza się zdecydowanie za często - trudno było oprzeć się pokusie..., jednego torcika bezowego z truskawkami do teraz nie mogę odżałować :P). W domu byłam około godziny 18:30 (pod koniec trochę wcześniej, bo szefowa wyganiała mnie z pracy trochę przed czasem) i nie mogłam sobie tak po prostu usiąść i odpocząć. Tak naprawdę wtedy czułam się najbardziej zmęczona, ale to był też jedyny czas, kiedy mogłam zrobić pranie/poprasować/posprzątać, czy zająć się innymi domowymi obowiązkami (przypominam, że we wrześniu się przeprowadziliśmy, więc ciągle miałam i nadal mam jakieś kartony do rozpakowania :)). No i oczywiście bycie w ciąży podczas gdy ma się już jedno dziecko to naprawdę nie jest sielanka, bo po prostu często nie można sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć: "nie teraz" do stęsknionego synka. I tak mam fajnie, że Franek gotuje i że to on kąpie Wikinga, ale wieczorami zawsze musiałam się trochę z Wikingiem pobawić, zrobić mu jakąś kolację (zwłaszcza, że miał fazę "mama! tylko mama!") i położyć go spać. Odkąd leżakuje w przedszkolu, nie mamy już takich długich wieczorów tylko dla siebie, które zaczynały się między 19 a 20. Teraz Wikuś często chodzi spać dopiero około 21, a zdarza się i dużo później. Na szczęście potrafi też czasami być wyrozumiały :) Pamiętam, jak kiedyś zasnęłam przed telewizorem i przebudziłam się, kiedy synek przyniósł mi kocyk, żeby mnie przykryć :P Czasami też mówiłam mu, że chcę poćwiczyć, a on mi na to pozwalał i albo ćwiczył ze mną, albo siadał obok i przyglądał się temu, co robię. A bywa też tak, że po prostu idzie do swojego pokoju, bierze cały stos książeczek albo innych zabawek do łóżka i tak siedzi, siedzi, siedzi, zajmując się sobą, dopóki nie zaśnie :P (uwielbiam te wieczory, chociaż jednocześnie oczywiście nie mogę się pozbyć tak zupełnie wyrzutów sumienia, że zaniedbuję swoje dziecko i pozostawiam je samo sobie :P)
Zdecydowanie, jakkolwiek bym nie lubiła tego stanu, ciąża która nie jest pierwszą ciążą naprawdę nie jest sielanką. Nie jest to ten sam cudowny czas dogadzania sobie lub też kontemplowania jego wyjątkowości :) (z braku lepszych slów, bo najlepszym dla mnie określeniem definiującym ten stan jest "self-indulgence", ale jakoś nie umiem tego tak trafnie przetłumaczyć :)) Nie można ot tak sobie wrócić do domu i walnąć się na kanapę z myślą "dzisiaj już nic nie robię, tylko głaszczę się po brzuchu i czytam". I choćby nawet brzuch się napinał, plecy bolały, Dzieciak się kręcił aż do bólu, nie ma zmiłuj, nie można usiąść i już :)
Dopiero teraz poczułam, że bycie w ciąży może być naprawdę wyzwaniem. Ale nie zmienia to faktu, że i tak jestem z siebie dumna, że sobie raczej ze wszystkim w miarę radziłam i radzę, bez zbędnego użalania się nad sobą. I że moja aktywność specjalnie na tym nie ucierpiała. Mimo wszystko systematycznie ćwiczę, przeczytałam całe mnóstwo książek i powylegiwałam się parę razy w wannie pełnej gorącej wody i piany, więc nie jest aż tak źle, jak się tylko człowiek dobrze zorganizuje :P

Aaa, jeszcze jedna różnica mi się na koniec przypomniała. Tym razem mam jakąś fatalnie obniżoną odporność. Już trzeci raz w ciągu ostatnich trzech miesięcy jestem porządnie przeziębiona. Normalnie prawie nie choruję a przeziębieniami się w zasadzie nie przejmuję. Ale nie jest łatwo chorować w ciąży, w dodatku z cukrzycą, kiedy nie można praktycznie niczego zażywać. A już na pewno niczego sensownego, co faktycznie by pomogło. To mnie wkurza na maksa. Na szczęście wczoraj wreszcie poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że na tym etapie, jak ciąża jest już donoszona, to można brać już większość leków, więc wreszcie udało mi się w miarę przespać noc po tym, jak wzięłam syrop przeciwkaszlowy wieczorem!

***

Na koniec jeszcze taka refleksja odnośnie blogowania. Zawsze jest mi tak trudno zabrać się za pisanie, a jak już zacznę, to zastanawiam się, dlaczego nie robię tego częściej, bo przecież tyle jest rzeczy, o których jeszcze chciałabym opowiedzieć... Nie znalazłam na to póki co jeszcze sposobu. Nie lubię pisać długich notek (chociaż zawsze mi takie wychodzą, echhh!) i zła jestem na siebie za brak zwięzłości, ale jak już zacznę opowiadać, to lubię się skupiać na szczegółach. Czasami korci mnie, żeby notkę podzielić na dwie lub więcej, ale zachodzi obawa, że potem znowu się nie będę mogła do tej drugiej zabrać przez dłuższy czas, więc niech już będzie długo.

wtorek, 13 września 2016

Niechlubny rekord.

I to podwójny. Jeszcze nigdy nie miałam przerwy w pisaniu trwającej ponad miesiąc. I nigdy nie opublikowałam tylko jednej notki w całym miesiącu.
Źle się dzieje na blogu margolkowym. Oj, źle... 
Nie tłumaczę się, bo nawet nie mam na to żadnego wytłumaczenia. Żyję ostatnimi czasy bardzo intensywnie i chyba po prostu zabrakło na razie miejsca na tę wirtualną rzeczywistość. A jednak szkoda mi jej cały czas i ciągle jeszcze mam nadzieję (a może już się tylko łudzę?), że to jednak nie koniec :)

Dużo się u mnie dzieje ostatnio, choć przełomów żadnych nie ma, poza jednym, o czym za chwilę. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wyostrzyły mi się zmysły, więcej widzę i czuję, jestem bardziej świadoma siebie i swojego życia. Trudno to opisać... Ale dobrze mi z tym. Chociaż nadal nie umiem dojść do ładu z niektórymi swoimi emocjami, ciągle mi mało, czasami mam ochotę na jakieś szaleństwo. Nie wiem, gdzie się podziała ta stateczna margolka :P
Mam za sobą urodziny, o których nie wspomniałam tu chyba w końcu ani słowem, spędziłam cudowny czas na urlopie w górach, a za moment będziemy z Frankiem świętować kolejną rocznicę ślubu... 
A co do wspomnianego przełomu - nie dotyczy mnie bezpośrednio, bo to nie moje życie przewróci się za moment do góry nogami, ale na pewno ma to dla mnie ogromne znaczenie. Bo wiecie co się stało?? :) Godzinę temu otrzymałam informację, że Dorota postanowiła przyjąć ofertę pracy, którą dostała wczoraj i przeprowadza się do Warszawy!!! Przyjeżdża w niedzielę i na początek będzie przez chwilę mieszkała z nami. Później dostanie prawdopodobnie mieszkanie służbowe. Wygląda więc na to, że ziszczą się nasze wizje snute od dobrych paru lat przy kubku kawy, herbaty, gorącej czekolady albo po prostu przy kieliszku wina ;) Ja wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ten dzień w końcu nastąpi :D 

Ps. Widzę, że jeszcze trochę Was tu zagląda, miło mi bardzo, że jednak o mnie pamiętacie. Ja o Was również, zaglądam do Was, chociaż widzę, że nie ja jedna milczę...

piątek, 23 października 2015

Słonecznikowe refleksje.

Mniej więcej od czerwca mogłam liczyć w tej kwestii na nasz warzywniak na rogu.. Mamy w pobliżu naprawdę rewelacyjny sklep, który jest niby ogólnospożywczy, ale mają tam bardzo piękne i świeże warzywa i owoce. Cieszyło mnie to, bo nie musiałam szukać po targach ani nigdzie jeździć, tylko miałam pod nosem - w dodatku do tego sklepu mogłam wejść z wózkiem.
Aż tu nagle pod koniec września wchodzę i... nie ma! Po raz pierwszy od trzech miesięcy! Nie ma mojego ukochanego słonecznika! Być może pamiętacie, że jestem słonecznikową maniaczką? Oj, na pewno pamiętacie :) Przecież biadoliłam w roku 2012, że muszę sobie zrobić odwyk, bo paznokcie na ślub sobie zniszczę :P

Rekord pobiłam w ubiegłym roku. Niemal przez całe lato nic innego nie robiłam tylko dziobałam i dziobałam te pestki :) Mogłam wtedy tylko co najwyżej czytać albo nadrabiać serialowe zaległości, bo wiadomo, że dwie rączki do tego dziobania są potrzebne. Ale nie żałowałam i nie miałam poczucia marnotrawienia czasu, bo przecież słonecznik to rzecz sezonowa i wiedziałam, że muszę korzystać, póki jest :) Szkoda tylko, że rok temu nie policzyłam sobie ile faktycznie tych słoneczników zdziobałam, ale tak licząc na oko było ich ponad sto... Serio. Wyobrażacie sobie? :) To jest naprawdę moje uzależnienie :D Franek był kochany, bo szedł na targ i kupował mi od razu sześć sztuk na przykład (bo wtedy było taniej :P) - mimo, że zawsze się wścieka, że potem tyle sprzątania jest :D Ja zajadałam się przynajmniej jednym dziennie, a czasami nawet dwa pochłaniałam (tyle to było kalorii, że mogłam nawet nic innego nie jeść :P) - bywało, że któregoś dnia robiłam sobie odpoczynek albo z jakiegoś powodu nie mogłam usiąść w pokoju i poskubać pestek, ale nadrabiałam kolejnego. Dlatego też wychodzi mi z prostego rachunku, że było tego przynajmniej sto sztuk - bo skoro ponad trzy miesiące przynajmniej jeden dziennie pochłaniałam... :)
Oj, piękny to był czas! :) W ubiegłym roku - pamiętam to dokładnie - jeszcze na początku października można było dorwać słonecznik tu i ówdzie. Wiem,  bo ostatni kupiłam 9 października - w ramach pożegnania... Dzień wcześniej dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową i musiałam zrezygnować nawet z tego zdrowego rodzaju tłuszczu w takich ilościach.
Już rok temu martwiłam się, jak to będzie, kiedy Tasiemiec przyjdzie na świat - i że na pewno nie będę mogła poświęcić się swojej słonecznikowej manii. Rzeczywiście w dużej mierze tak było, ale muszę Wam powiedzieć, że Wiking i tak był łaskawy. Co prawda w tym roku słoneczników zdziobałam znacznie mniej, bo tylko około dwudziestu pięciu, ale to i tak nieźle zważywszy na fakt, że zajmuje to ręce i czas :) Nie mogłam się zajadać słonecznikiem, kiedy Wiking kręcił się obok, bo niezmiernie go on interesował i zaraz odgryzłby kawałek kwiatka. Zazwyczaj więc pakowałam Wikinga do łóżeczka, wrzucałam mu tam zabawki, a sama siadałam obok ze słonecznikiem i książką i od czasu do czasu wygłupiałam się z Dzieciakiem :)

A potem pewnego wrześniowego dnia weszłam do warzywniaka, ale miałam przy sobie tylko parę groszy, więc kupiłam sobie bułkę i pomyślałam, że po słonecznik wrócę jutro. Jutro nie mogłam, ale pojutrze wracaliśmy z Frankiem ze spaceru i wstąpiłam. Wyszłam ze smutną minką, po której Franek od razu poznał, że sezon słonecznikowy dobiegł końca :( Tak bez uprzedzenia. Tak nagle. I tak szybko. Echh...Poza tym, że skończył się sezon na słonecznik, wiedziałam, ze skończyło się już lato...

Pocieszyłam się trochę orzechami włoskimi - takimi świeżymi, które mają skórkę odchodzącą od orzecha. To już nie jest takie uzależnienie, jak słonecznikowe, ale kilka orzeszków na dzień sobie zjadłam. Tu w Miasteczku też, bo mój tata z kolei jest maniakiem orzechowym. Ale i świeże, mokre orzechy już się kończą. I po tym właśnie poznaję, że jesień - ta przyjemna (choć w tym roku i tak niewiele jej było) też się już kończy.

A swoją drogą, pamiętam, jak się poznaliśmy z Frankiem - właśnie w porze letniej, to się na początku kryłam przed nim z tym moim słonecznikowym bzikiem :D Bo mi się jakoś tak wstydziło przyznać do tego. Kiedy miał do mnie przyjść to chowałam słoneczniki, kiedy jechałam po nie na targ, ściemniałam, że jadę po coś innego :D Dlaczego? Nie mam pojęcia. I nie pamiętam nawet kiedy się "wydało", ale gdybym wiedziała, że Franek mi potem będzie przynosił stosy słoneczników, to bym się na pewno przyznała wcześniej :)
I pamiętam jeszcze, jak kiedyś na początku wspólnego mieszkania z Frankiem się pokłóciliśmy i pojechałam do Doroty się wypłakać. Byłam totalnie zdołowana. Ona musiała gdzieś wyjść, a ja siedziałam u niej w domu, czytałam, trochę drzemałam i czekałam na nią. A jak wróciła, to przywiozła mi na pocieszenie słonecznik... To było taaakie słodkie :) No proszę, dla takich wspomnień to warto mieć takiego bzika ;)

***
A propos bzików - czy ja już go mam na punkcie pisania tego bloga? Czy już całkiem oszalałam? Wiking teraz śpi już coraz mniej, a mnie wręcz klawiatura się pali pod palcami a głowa paruje od natłoku myśli, które chciałabym przedstawić tu, moimi kredkami. Doszłam już do wprawy i w 30 minut potrafię napisać notkę a nieraz nawet jeszcze na maila odpowiedzieć :P Korzystam, póki wena jest i chciałabym, żeby udało mi się pisać o tym wszystkim, co mi w duszy gra - chodzi o codzienność, o głębsze przemyślenia, o prozaiczne sprawy a nawet takie głupotki i skojarzenia podobne do dzisiejszego. Więc może i mam tego bzika, ale z drugiej strony, te z Was, które znają mnie najdłużej pewnie kojarzą, że kiedyś też tak miałam (kiedy to pisałam i 200  notek rocznie),  że pisałam o wszystkim i o niczym, może więc mój blog przeżywa jakąś drugą młodość albo coś :D I może wkrótce mi przejdzie, ale na razie trwa, więc czytajcie na zdrowie, kto ma ochotę ;)

piątek, 21 sierpnia 2015

Od trzpiotki po matkę polkę - co dalej? :)

Cały czas z mozołem przenoszę archiwum z bloga onetowskiego. Trochę to trwa, bo nie zawsze mam na to czas, a każdą notkę, przed skopiowaniem czytam. Czytam i się dziwię :) Jak bardzo się zmieniłam od tamtego czasu. Kończę teraz przenosić notki z roku 2009. I właściwie to nic dziwnego przecież, że się zmieniłam, wszak to już sześć/siedem lat minęło. Szmat czasu. Nienormalne byłoby, gdybym nadal pozostała tamtą dwudziestoparolatką z odrobiną siana w głowie :) W tym czasie przecież skończyłam dwa kierunki studiów, zaliczyłam cztery miejsca pracy, cztery mieszkania, wyszłam za mąż, urodziłam dziecko. A ile jeszcze innych rzeczy się po drodze wydarzyło! O tym wszystkim można wyczytać z moich notkach lub między ich wierszami ;)

Dzisiaj natomiast chciałam o czymś innym - mianowicie o tym, że uderzyło mnie nie tylko to, że ja się zmieniłam, bo to żadnym szokiem dla mnie nie było :), ale to, że bardzo zmieniło się moje pisanie! Tak, ja wiem, że jedno wynika z drugiego, ale mimo wszystko. Czytam sobie tamte notki i widzę, jaką trzpiotką byłam ;) To słowo idealnie opisuje mnie z tamtych lat. I trochę żałuję, że nadal nią nie jestem... Być może jeszcze czasami wychyla się na chwilę tamta margolka, ale rzadko i nie dla wszystkich. Pewnie nie ma do tego powrotu, tak, jak nie ma powrotu do tamtego życia. I wcale nie twierdzę, że chciałabym wrócić, w końcu w życiu chodzi o to, żeby iść na przód.
Byłam trochę mniej refleksyjna (na blogu, bo jeśli chodzi o charakter, to w tym wypadku nic się nie zmieniło), więcej się u mnie działo drobiazgów, które były mniej istotne, ale za to stanowiły wdzięczniejszy temat do pisania. Moje pisanie było też trochę bardziej radośniejsze. Nie znaczy to, że teraz radość z życia całkowicie straciłam. Tylko chyba trochę z wiekiem dojrzałam, uspokoiłam się, jestem po prostu bardziej stonowana. 

Jednak to, co mnie najbardziej szokuje, to fakt, że przez te siedem lat prowadzenia bloga zatraciłam umiejętność pisania krótko i zwięźle! O tak, to jest chyba podstawowa wada moich notek, z którą nie umiem się uporać :) A kiedyś pisałam dużo krócej, dłuższe wywody zdarzały się od święta. A i tak nie były aż takie długie. Na pewno wpływ ma na to specyfika poruszanych tematów. Kiedyś więcej pisałam o codzienności, więc notki były krótkie, jak opisywany epizod. Teraz częściej piszę o emocjach, dzielę się spostrzeżeniami bądź poglądami, a to wymaga dłuższych wywodów. Ale prawda jest taka, że nawet o wydarzeniach nie potrafię już pisać zwięźle.
Myślę, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że kiedyś pisałam dość nieprecyzyjnie i dopiero w komentarzach okazywało się, że coś jest niejasne i musiałam dopowiadać. Z czasem nauczyłam się trochę przewidywać Wasze reakcje oraz pytania (tak, tak, dobrze rozumiecie, to również Wasza wina, że piszę tak rozwlekle :P) i starałam się jak najbardziej wyczerpywać temat, nawet z wątkami pobocznymi, żeby nie było zbyt wielu wątpliwości.
Można też powiedzieć, że doszłam do wprawy z pisaniem i idzie mi to szybciej i sprawniej - użycie większej ilości słów dość łatwo mi przychodzi:P Choć oczywiście można to odwrócić i stwierdzić, że wyszłam z wprawy i już nie potrafię pisać konkretnie i zwięźle. Trochę nad tym ubolewam. Naprawdę. Często próbuję napisać krótką notkę i zwyczajnie mi to nie wychodzi. Bywa, że jestem wręcz przerażona długością wywodu... 
Ostatnio zdarza mi się siadać z komputerem w sypialni, podczas gdy Wiking śpi w łóżeczku. Tylko, że tam nie mam internetu, więc często piszę sobie notkę w wordzie. A że to nie jest taka typowa notka, to po prostu sobie piszę na temat, który akurat mam w głowie (z zamierzeniem przerobienia go na notkę). Tak piszę i... płynę... Bo okazuje się, że ten swobodny strumień myśli jest niemal nieograniczony. Jakiś czas temu zaczęłam pisać swoje refleksje na temat macierzyństwa. Wyszło mi... siedem stron! Toż to prawie jedna trzecia mojej pracy licencjackiej (pewnie jakbym zastosowała tamten stylesheet, to wyszłoby nawet więcej)! No po prostu porażka. Spokojnie, nie zamierzam Was tym męczyć :) Ale co tu zrobić? Co wyrzucić, skoro każda myśl wydaje mi się ważna. Mogę co najwyżej podzielić ten wpis na kilka różnych. Na razie i tak był pisany w konwencji typowego stream of consciousness, a więc bez ładu i składu. Być może niedługo zrobię tam jakiś porządek i będzie się to nadawało do publikacji.

Wiele dyskusji toczy się ostatnio na blogach o tym, jak bardzo blogosfera się zmieniła. Ja również w nich uczestniczę, bo także pamiętam lata świetności blogowiska. Z jednej strony żal tego, co było. Z drugiej to naturalna kolej rzeczy, że skoro się zmieniamy, to i nasze blogi się zmieniają (chociaż tego trendu na wszelkie blogi tematyczne ukierunkowane na robienie kariery raczej nie rozumiem, bo dla mnie blog nadal przede wszystkim jest formą pamiętnika i narzędziem do nawiązywania relacji z innymi ludźmi). 
Jestem więc świadoma, że moje pisanie nie jest już takie, jakie było. A co więcej - nigdy już takie nie będzie... Kiedyś byłam pracującą studentką-wariatką, która wściekała się na swojego chłopaka. Dziś jestem niepracującą (oby nie za długo!) matką i żoną, która ma kilka powodów, żeby poskarżyć się na swojego męża i jeszcze więcej oporów przed tym, by to zrobić ;) Nie mogę więc opisywać zwariowanych domówek, które urządzałyśmy z Dorotą ani koślawych dialogów z nią prowadzonych, bo tego po nie ma. Jest za to stosunkowo monotonna, choć często też radosna codzienność z mężem, mniej lub bardziej rutynowe zachowania Wikinga i cała masa przemyśleń w mojej głowie. Staram się, aby nie było nudno, bo sama w życiu też się raczej nie nudzę, ale jestem świadoma tego, że nie każdemu czytanie tego rodzaju moich wypocin odpowiada. I rozumiem to. Nigdy nie usiłowałam (i nie będę tego robić) zatrzymywać czytelników na siłę :) Niemniej jednak miło mi, że wiele z Was towarzyszy mi już tyle lat, mimo wszelkich zmian. Swoją drogą, mam do Was trudne pytanie. A właściwie pytanie, na które chyba trochę trudno odpowiedzieć :) Czy Wy macie jakieś spostrzeżenia odnośnie mojego pisania? Jakieś zarzuty? Wnioski? 
Nie chodzi mi o to, żebyście tutaj pieśni pochwalne na temat mojego bloga zamieszczały :) Ale też nie o to, żeby jechać po mnie jak po torze wyścigowym. Prawda jest taka, że na pewno wszelkie opinie wezmę sobie do serca, ale jako że nigdy nie miałam tendencji do pisania pod publiczkę (choć dla publiczności już prędzej), nie sądzę, żebym nagle zmieniła swój styl i tematykę pod wpływem czyjejś sugestii (mówiłam, że trudno na to odpowiedzieć :)) Bo wychodzę z założenia, że to jest blog dla chętnych. Po prostu jestem ciekawa, czy ta moja zmiana jest taka oczywista, czy jest dokuczliwa, czy może po prostu "stało się" i jest... Czy bardzo przynudzam i męczę długością... Kto ma ochotę, niech się podzieli, ale przymusu nie ma ;) 

Ciekawa jestem, jak bardzo moje pisanie zmieni się na przestrzeni kolejnych lat. Z jednej strony cieszę się na to, bo w końcu ewolucja to coś pozytywnego. Z drugiej trochę szkoda, że nie ma powrotu do tego, co było. Dobrze mi się czyta moje dawne notki. Owszem, czasami się sama z siebie podśmiewam, ale mam wrażenie, że kiedyś pisałam lepiej :) Z drugiej strony, może tak samo będę myślała o moich teraźniejszych notkach, bo zauważyłam, że mam tendencję
 do tego, żeby bardzo krytycznie oceniać wszelką twórczość teraźniejszą a po dłuższym czasie dziwię się, że umiałam tak fajnie coś napisać :)

niedziela, 3 maja 2015

Notka autorefleksyjna

Macie tak czasami, że siadacie do napisania notki na jakiś temat, zaczynacie pisać i nagle, zazwyczaj już przy końcu, okazuje się, że wyszło zupełnie na inny temat, niż zamierzałyście? :) Ja tak mam całkiem często :) Ale nie narzekam, a nawet to lubię, bo to oznacza, że tego dnia wyjątkowo dobrze mi się pisze i wena przyszła sama.

Czasami bywa tak, że im więcej się dzieje, tym mniej ochoty mam na pisanie, bo ogrom tematów mnie po prostu przytłacza i nie wiem, czego się chwycić. Powstaje wtedy sporo szkiców, niektóre z nich do dzisiaj jeszcze nie zostały upublicznione. Czasami ze zdziwieniem odnajduję gdzieś prawie kompletną notkę :)
Innym razem z kolei mam ogromną ochotę o czymś napisać, ale nie wiem o czym :) Bo akurat nic konkretnego się nie wydarzyło, bo nie czuję w danej chwili niczego godnego uwagi, a na przemyślenia akurat nie pora, bo chciałoby się o czymś lekkim i prostym wspomnieć. A tu nic. Ochota wielka, paluszki świerzbią, gapię się w monitor i... nic. To jest tak zwane (przeze mnie :)) zaparcie blogowe :)

Innym razem z kolei chcę o czymś napisać i zbieram się do tego nawet kilka dni. W głowie niby układają mi się słowa, ale potem męczę tę notkę strasznie długo a i tak nie jestem zadowolona z efektu. I nie chodzi o to, że stawiam sobie jakieś wysokie wymagania odnośnie jakości tekstu (chociaż oczywiście z szacunku do czytelnika oraz języka polskiego staram się pisać bezbłędnie i poprawnie stylistycznie), tylko po prostu te myśli nie układają mi się w całość na ekranie. Nie raz sobie myślę, jakby to dobrze było mieć takie urządzonko, które by się uruchamiało, a ono zapisywałoby te nasze biegnące myśli - taki stream of consciousness. Potem by się tylko to przejrzało i zgrabnie ułożyło, i notka gotowa :)

O dziwo, chyba najtrudniej idzie mi pisanie o jakichś wydarzeniach - kiedy opisuję coś chwila po chwili. Zresztą to jeszcze zależy o jakie wydarzenia chodzi, bo jeśli są one naprawdę ważne, to zazwyczaj pisze mi się dobrze, choć długo - to wynika z tego, że jestem bardzo drobiazgowa, bo chcę uchwycić jak najlepiej każdy ważny moment, a poza tym delektuję się wspomnieniami. Ale jeśli są to jakieś wydarzenia mniejszej wagi, które jednak mam ochotę opisać, to często trudno mi się za to zabrać, bo dość kiepsko zwykle idzie mi ich odtwarzanie na piśmie - na przykład pisanie po kolei gdzie byliśmy, co robiliśmy i co widzieliśmy na urlopie bywa dla mnie o dziwo bardzo trudne, choć z drugiej strony nie chcę tego nie robić :)
Łatwiej jest trochę gdy piszę o emocjach, chociaż nie zawsze, bo tu z kolei potrzebne jest mi odpowiednie tło - takiej notki nie da się napisać byle kiedy, bo musi być odpowiedni nastrój - czytaj: zbliżony emocjonalnie do tych emocji, o których pisać mam zamiar :) Poza tym nie chodzi mi też o pisanie pod wpływem emocji - to nie zawsze jest bezpieczne, chociaż owszem, zdarza mi się (ale mam wrażenie, ze coraz rzadziej). Z jednej strony istnieje ryzyko, że dam się za bardzo ponieść, z drugiej to jest czasami bardzo zdrowe i oczyszczające. No i prawdziwe :) Raczej mam na myśli pisanie o swoich odczuciach w stosunku do różnych kwestii oraz o emocjach towarzyszących mi w różnych ważnych momentach życia.
Uważam też, że autor (a więc również ja) zawsze ma prawo napisać tyle, ile mu się podoba - nawet pod wpływem emocji. Jeśli więc nie chce pisać wszystkiego lub nie chce pisać wprost o jaką sytuację chodzi, tylko właśnie skupia się na swoich uczuciach, to czytelnik powinien to uszanować i nie dopytywać, a już tym bardziej nie obrażać się o taki wpis. Bo nie chodzi przecież o brak szacunku do czytelnika (piszę teraz rzecz jasna w swoim imieniu), a już na pewno nie o to, żeby zmusić go do zabawy w zgadywanki i domysły. Raczej o to, że z jakiegoś powodu nie ma się ochoty bądź nawet nie można o wszystkim napisać, za to jak najbardziej jest ochota, żeby wyrzucić z siebie trochę emocji i myśli.
Chyba najlepiej pisze mi się właśnie kiedy dzielę się z Wami swoimi refleksjami i przemyśleniami. Tak, jak dzisiaj na przykład :P Przemyślenia na temat pisania :) Zazwyczaj wcześniej powstaje jakiś zarys takiej notki, ale nie zawsze, bo czasami wypada zupełnie spontanicznie - na przykład ostatnio planowałam napisać zupełnie o czymś innym, a nie o urlopie, a czasami wiem, o czym chcę napisać, ale nie wiem jak - na przykład dzisiaj piszę na temat, który sobie zaplanowałam, ale treść powstaje na bieżąco :) Notki refleksyjnie zwykle są - jakżeby inaczej :P - przemyślane, bo najczęściej zanim w ogóle pomyślę o tym, że chcę o tym pisać, poświęcam tematowi sporo miejsca w swojej głowie. Poza tym przeważnie są ugruntowane, ponieważ opierają się na jakichś zasadach, których trzymam się na co dzień. Jest mi więc w jakiś sposób łatwiej.
Z drugiej strony wiele zależy od poruszanego tematu - czasami długo zastanawiam się nad tym, jak ugryźć dany temat, żeby nikogo nie urazić. Nie lubię wsadzać kija w mrowisko, ale czasami po prostu język mnie świerzbi, żeby na jakiś temat się wypowiedzieć. Zazwyczaj mam jasno sprecyzowane poglądy na większość spraw, ale wiem, że nie każdy się z nimi zgadza. I  nie zależy mi na tym, ale bardzo zależy mi, aby nikt nie próbował narzucać mi swojej opinii. Często jest tak, że uważam, że mam rację, ale jednocześnie wcale nie myślę, że mój oponent tej racji nie ma - po prostu jestem zdania, są sytuacje, kiedy obie strony mogą mieć swoją rację (ale mi się ładnie zrymowało :)) Cenię sobie dyskusje, ale nie zawsze podoba mi się sposób, w jaki ktoś ze mną dyskutuje. Jak już wspomniałam, nie lubię kiedy ktoś narzuca mi swoje zdanie lub pisze w sposób napastliwy bądź złośliwy. 
I owszem, uważam na słowa, bo nie chcę brzmieć zbyt radykalnie (nawet jeśli pogląd mam radykalny) i nie chcę być może komuś niechcący podpaść - co jednak nie ma nic wspólnego z pisaniem pod publiczkę, bo nie wstydzę się swoich opinii i nie boję się ich głośno wyrażać. Tak mi się teraz przypomniało, że ktoś kiedyś (jakieś trzy lata temu) mi zarzucił, że kiedyś (jakieś pięć, sześć lat temu) pisałam lepiej - że byłam bardziej naturalna. Cóż, akurat czuję się tak samo naturalnie, jak kiedyś, a może nawet bardziej, bo kiedyś nie wiedziałam do kogo piszę, teraz w większości przypadków jednak wiem :) Ten ktoś zarzucił mi także, że moje wypowiedzi są tak stoickie i perfekcyjnie przemyślane, że pewnie naczytałam się poradników psychologicznych, a w ogóle to piszę jak maszyna. Ten sam ktoś zarzucił mi jeszcze coś innego, ale o tym napiszę kiedy indziej, bo to w sumie dobry temat na całą notkę. W każdym razie - w gruncie rzeczy to, że ktoś uważa moje wypowiedzi za stoickie i przemyślane akurat dla mnie jest komplementem. Stoicyzm bardzo sobie cenię :) Żadnych poradników się nie naczytałam, ale faktycznie staram się być bardzo wyważona w swoich wypowiedziach, bo uważam, że zbyt emocjonalne komentarze mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. A ja staram się po prostu rozmawiać tak, aby nawet jeśli się z rozmówcą nie zgadzam, bądź rozmijamy się w swoich opiniach, nadal było kulturalnie i żeby nie rzutowało to na moje relacje z tą osobą. Tak czy inaczej, niezależnie jak mnie odbierał ten ktoś, czy ktokolwiek inny, jestem po prostu sobą i jestem szczera oraz konsekwentna. Nie oczekuję, że wszyscy mnie będą lubić, chociaż oczywistym chyba jest, że z ludźmi, którzy mnie nie lubią się nie trzymam ;) nie jestem masochistką ;)
Ale nie o mnie miało być, tylko o moim pisaniu...

Nie lubię za bardzo zamieszczać zdjęć - z bardzo prostej przyczyny, nie chce mi się ich obrabiać ;) Nie lubię używać wielkich słów, bo w zasadzie każde musiałabym opatrzyć gwiazdką i dodać swoją definicję :) Te z Was, które znają mnie najdłużej doskonale o tym wiedzą. Jak i o tym, że czasami mówimy o tym samym uczuciu czy zjawisku, tylko ja je trochę inaczej nazywam - znowu z obawy przed radykalizacją. Chyba bardzo nie lubię czerni i bieli w takich kwestiach. Ale w zasadzie musiałabym to jeszcze przemyśleć :) Lubię pisać o tym, co jest mi bliskie. O codzienności, o znajomych, rodzinie, drobiazgach życia. Nie zakładam, że ten blog będzie smutny albo wesoły - nie mam zamiaru pisać tylko o tym, co w moim życiu dobre, piękne, radosne i szczęśliwe ani udawać, że nic złego nam się nigdy nie przytrafia, że nie mam gorszych chwil i nastrojów. Z drugiej strony nie narzekam, kiedy nie mam powodu (generalnie to ja chyba raczej nie narzekam, prędzej się żalę i smucę, to dla mnie różnica) i jeśli ciągle się nie dzieje u mnie najlepiej, to pisać też mi się odechciewa, bo nie lubię ciągle smęcić. W życiu jest różnie a więc i ten blog jest różny - w zależności od tego, co mi akurat w duszy gra.

Co mnie dzisiaj naszło, żeby akurat o pisaniu pisać? Nie wiem. To nie był żaden z trzech przypadków, o których wspomniałam na początku. Bo czasami, a właściwie to najczęściej po prostu siadam i piszę :) Zazwyczaj jakoś idzie.Tak jak dzisiaj. 
Wykorzystałam po prostu chwilę, kiedy to Franek zabrał Wikinga na spacer. Mam co prawda pranie do powieszenia, ale to za chwilę...

czwartek, 23 kwietnia 2015

Siódemka, czyli niecodzienne podsumowanie.

Ależ ten czas leci! Minął kolejny rok od "spisu powszechnego" :P, który tu na blogu urządziłam z okazji szóstej rocznicy istnienia bloga Kredki Margaretki. A wydaje mi się, że to było tak niedawno, kiedy to Wasze liczne komentarze dodały mi skrzydeł i utwierdziły w przekonaniu, że chcę pisać i możliwe, że jednak nie tylko dla siebie ;)
A tymczasem dziś mija dokładnie siedem lat od tego dnia, kiedy może nie postanowiłam, że zacznę pisać, bo to się stało chyba kilka a może kilkanaście dni wcześniej, ale od dnia, gdy po prostu kliknęłam po raz pierwszy "publikuj" :) Nieudolne były te moje pierwsze notki (choć wcale nie uważam, żeby teraźniejsze były szczególnie wysokich lotów), ale miło mi się do nich wraca. A z biegiem czasu dochodziłam do wprawy i czasami, kiedy czytam coś archiwalnego, to sama się sobie dziwię, że wyszło mi coś takiego :D

Ech, mam wrażenie, jakby to było wczoraj, a z drugiej strony wydaje mi się, że minęły lata świetlne i jestem już zupełnie inną osobą - ot, taki paradoks. Jestem nawet kimś innym niż właśnie rok temu. Nie do wiary, jak wiele się zmieniło - rok temu miałam pracę, za to nie wiedziałam, że jestem w ciąży (a może nawet jeszcze nie byłam). Dzisiaj jestem bez pracy, za to mam synka i to jest mój nowy etat, do końca życia... Nigdy nie przewidziałabym takiego rozwoju wypadków.

Wiecie, kiedy tak rozmyślałam sobie o tej mojej rocznicy blogowej i siłą rzeczy o jakimś podsumowaniu, zorientowałam się, że ze względu na to, że Tasiemiec pokrzyżował mi plany, nie podsumowałam sobie tego roku 2014. W związku z tym czuję pewien niedosyt. Stwierdziłam więc, że może dzisiejsza okazja będzie dobra, aby takiego króciutkiego podsumowania jednak dokonać, jakkolwiek dziwaczne by się to nie wydawało :) W końcu trochę się zazębia ten rok kalendarzowy z blogowym :)
Oj tam, niejedno już moje dziwactwo przeżyłyście, to i z tym się pogodzicie ;)
 
A dziwny był ten rok i trudno mi go jednoznacznie ocenić. Bo ogólnie rzecz biorąc, wcale nie był pomyślny. Kosztował nas bardzo wiele nerwów. Nie wiem, czy to nie był najbardziej stresujący rok w całym moim życiu, bo w zasadzie ciągle się czymś stresowałam - najpierw brakiem pracy Franka, później tym, czy zostanie zatrudniony, poza tym cały czas wisiało nade mną widmo likwidacji mojej firmy, które się przecież ziściło - więc potem stresowałam się bezrobociem, a do tego jeszcze cukrzycą ciążową, a co za tym idzie, przebiegiem ciąży. Oj tak, rok 2014 upłynął mi pod znakiem stresu! 
Ponadto, wydarzyło się kilka przykrych dla mnie rzeczy, chociaż utraty pracy chyba nic nie przebije. Mogłabym spisać ten rok na straty, gdyby nie dwa wydarzenia, na tyle ważne i dobre, że go ratują... W dodatku jeszcze wydarzyły się niemal w tym samym czasie. Jest to fakt, że Franek dostał pracę, na której bardzo mu zależało i którą bardzo lubi oraz oczywiście moja ciąża, która wraz z początkiem bieżącego roku się skończyła.
Myślę, że blogowo dało się to wszystko odczuć, bo przecież ten kolorowy świat towarzyszył mi cały czas i pisałam w nim na bieżąco. Cieszę się, że chyba przełamałam kryzys, który kiedyś się pojawił i chociaż chciałam pisać, to jakoś mi nie szło. Mniej więcej od marca 2014 wreszcie pisałam naprawdę regularnie :) Chociaż nie udało mi się, nie zdążyłam, napisać o jeszcze kilku istotnych dla mnie sprawach, chociaż szkice nadal gdzieś są i może jeszcze ujrzą światło dzienne ;)
A jak będzie wyglądał ten kolejny rok? Blogowo? Myślę, że tendencję już widać - jest dokładnie tak, jak się spodziewałam, czyli niestety nie mam na pisanie tyle czasu, ile bym chciała. Często muszę podejmować szybką decyzję, czy w chwili, kiedy Wiking śpi, napiszę notkę, odpowiem na komentarze, odwiedzę Wasze blogi, odpiszę na maila, czy może w ogóle nie włączę komputera i zajmę się czymś innym. Jedna notka zwykle pisana jest na raty - bywa, że przez kilka dni ;) Jakoś musiałam przywyknąć do nowej rzeczywistości i zaadaptować do niej bloga, ale chyba ważne, że jednak piszę, nie zniknęłam :) I piszę wcale nie tak mało przecież mimo wszystko, bo póki co wychodzi osiem notek na miesiąc.
Mam niestety problem z regularnym komentowaniem Waszych notek :( Przepraszam za to, ale nie wiem, kiedy będzie mogło się to zmienić. Mogę jedynie zapewnić, że regularnie zaglądam na większość blogów, które mam w linkach (albo nawet nie mam :)). Głównie dotyczy to osób, które znam najdłużej, które są mi w jakiś sposób bliskie, których życie cały czas mnie interesuje, a także tych, które odzywają się u mnie - nawet nieregularnie. Ale ostatnio pomyślałam sobie, że wzorem paru innych osób i ja muszę zweryfikować listę blogów do odwiedzania. Bez sensu jest utrzymywać pozory znajomości w imię jakiejś dziwnie pojmowanej (z mojej strony :)) lojalności. Bo kiedyś ktoś u mnie coś skomentował, nawet przypadkiem, a ja już czuję, że wobec tego i ja powinnam odwiedzać tego bloga, mimo, że autorka w zasadzie nic o mnie nie wie. Albo inaczej - autorka o mnie zapomniała i stałam się dla niej tylko kolejną osobą nabijającą statystyki. Do mnie nie zagląda od miesięcy i nie odpowiada na moje komentarze. Kiedy człowiekowi zaczyna brakować czasu, weryfikacja dokonuje się samoistnie, bo właśnie wtedy zauważam, bez których blogów nie mogę się obejść, na których z Was mi zależy (wierzcie mi, że zależy, nawet gdy wydaje Wam się, że o Was zapomniałam, bo nie komentuję) i których pisaninka bardzo mnie interesuje :)
A nieblogowo? Jaki będzie ten rok? (haha, naprawdę dziwne pytanie zważywszy na fakt, ze minął już pierwszy jego kwartał :P) Nie mam pojęcia! Na pewno upłynie pod znakiem opieki nad Wikingiem. Na razie na tym się skupiam i wiem, że będzie ciężko, bo już przecież jest. Ale mam nadzieję, ze tych dobrych chwil będzie jednak coraz więcej, że jakoś się nam to wszystko poukłada i nawet jakaś praca dla mnie się wreszcie znajdzie...

Fajnie tu być. Aż wierzyć mi się nie chce, że to już tyle lat i zastanawiam się często, ile to jeszcze potrwa? :) Bo przecież chyba nie będę pisać w nieskończoność. Dziękuję, że nadal tu jesteście. W szczególności dziękuję Smoczycy, Izie, Młodej Kobiecie, Ken G., Niedyskretnej, Flo., Meg, Antylce, Roksannie, Poli, Polly, Wici, M., Nikki, Jutrzence i Zgadze - (kolejność przypadkowa i mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam, jeśli tak, to bardzo, bardzo przepraszam) - bo Was znam najdłużej, o ile mnie pamięć nie myli, to będzie jakieś 7-6 lat :) Ale dziękuję także każdej osobie, która do grona moich czytelników dołączyła później, nawet jeśli to było niedawno. Cieszy mnie to, bo po to między innymi mój blog jest otwarty - abym mogła zawierać wciąż nowe znajomości, choć to wygląda już zupełnie inaczej niż jeszcze pięć lat temu.
Cieszę się, że jest takie miejsce, w którym cały czas mogę pisać o tym, co mnie cieszy, co martwi, czym żyję. I że jesteście jego częścią.

Ha! Udało się tę notkę napisać już za trzecim podejściem dzisiaj! Wikuś jest dla mnie bardzo łaskawy. Chyba rozumie powagę sytuacji :D


niedziela, 28 września 2014

Niedzielny misz-masz luźych refleksji

Dzięki Dziewczyny za wszystkie słowa wsparcia pod poprzednią notką, za dzielenie się swoimi doświadczeniami, odczuciami czy też obserwacjami. Tego mi było trzeba. Nie oczekuję od nikogo, że będzie się ze mną zgadzał, że będzie mi na każdym kroku przytakiwał, bo to nie o to chodzi, ale miło mi, że wykazałyście się tak dużą empatią. Poza tym wiecie, że zawsze powtarzam, iż w relacjach z ludźmi bardzo sobie cenię szczerą życzliwość. Taką dawkę życzliwości, jaką otrzymałam od Was w komentarzach pod poprzednią notką mogłabym sobie wstrzykiwać w chwilach wszelkiego zwątpienia i od razu by mi się poprawiło :) Naprawdę jestem Wam bardzo wdzięczna. Mój sposób myślenia może nie zmieni się z dnia na dzień, moje tęsknoty i pragnienia na pewno nagle nie znikną, ale dzięki temu wszystkiemu, co do mnie napisałyście, jest mi zwyczajnie trochę łatwiej poradzić sobie z pewnymi odczuciami, bo te pozytywne emocje przyćmiły inne.

Tamta notka zdecydowanie spełniła swoją terapeutyczną rolę :) Wiecie, że w piątek przesiedziałam calutki wieczór przy kompie na blogowisku?? Daawno mi się to nie zdarzyło :) Blogowałam nawet kosztem mojego treningu, który sobie na piątek zaplanowałam, więc mam dziurę w kalendarzyku :P Ale chyba jednak było warto. 
W ogóle siedziałam długo, bo postanowiłam, że w takim razie już zaczekam aż Franek wróci z pracy. A kiedy wrócił, to jeszcze chciał sobie wypić piwo, więc czekałam dalej, choć przyznam, że te ostatnie pół godziny już przyszło mi z trudem :) Położyłam się w końcu o 1 i miałam nadzieję, że sobie pośpię. Pościszałam telefony (bo przecież wszyscy dookoła wiedzą, że do mnie się nie dzwoni i nie pisze po 21, ale po 6 jak najbardziej :)) i... otworzyłam oczy dokładnie o 6:14! No myślałam, że mnie piorun jasny trafi! Żeby po pięciu godzinach snu czuć się już rześkim jak skowronek?? Poszłam do toalety, ogarnęłam się trochę, ale że było ciemno, to położyłam się z powrotem.
Zaczęłam rozmyślać dalej na temat tego chłopca a konkretnie o tym, jakie ja mu książki będę podsuwać do czytania, bo przecież jakie książki lubią dziewczynki, to ja wiem...

//Ejj, wpadł mi do głowy teraz szatański pomysł :P Słyszałyście o tej metodzie, żeby dzieciom nie narzucać żadnych ról społecznych, nie mówić nic o płci itd? No to może ja też w to pójdę i niech sobie Dzieciak sam zdecyduje, czy chce być chłopcem, czy dziewczynką, co tam fizjologia! :)) Hihi :)))//

No, ale wracając do tego rozmyślania - to w końcu mnie znużyło i udało mi się usnąć. Nawet coś mi się przyśniło. Przebudziłam się dopiero o 8:30, gdy Franek zerwał się z łóżka i nawet się nie ubrawszy, poleciał po odkurzacz i żeby nie tracić czasu zaczął sprzątać. Zanim się ubrałam i wypiłam kakałko (kakao zawsze będzie dla mnie kakałkiem i już, takie zboczenie z dzieciństwa - pamiętacie?:)) on zdążył poodkurzać, pozmywać i wypucować łazienkę. Franek zdecydowanie jest lepszy w sprzątaniu niż ja :D Dla mnie zostawił ścieranie kurzu, ale chyba sobie to odłożę na "w tygodniu", bo mi szkoda było czasu wczoraj. 
Poszliśmy na zakupy a później wybraliśmy się na basen. Dużo było dzieciaków, ale w sumie pływało się całkiem fajnie o tej porze, bo nawet przez większość czasu mieliśmy tor tylko dla siebie. Opowiadałam już Wam, jak niedawno chcieliśmy po pływaniu na basenie sportowym przejść do rekreacyjnego? Spojrzałam w tamtym kierunku i powiedziałam: "ale tam są wszyscy tylko z dziećmi!, nie ma samych dorosłych", na co Franek odparł: "no to co? my przecież też z dzieckiem idziemy" No fakt :D

Zresztą wczoraj podobnie - wpadł mu do głowy pomysł, że może byśmy się do cyrku wybrali. Jej, wieki nie byłam w cyrku! Cofnęłabym się trochę do czasów dzieciństwa... W każdym razie zajrzeliśmy na stronę internetową, żeby sprawdzić ceny biletów i przez chwilę rozważaliśmy, jaki moglibyśmy kupić (bo ostatecznie się nie wybraliśmy ze względu na inne plany), na co Franek stwierdził: "jak to jaki? rodzinny! Będziemy przecież z dzieckiem"
Ciągle o tym zapominam:P 
W ogóle Franek się coraz bardziej wczuwa emocjonalnie. Kiedy zapytałam go o wrażenia z USG (mając głównie na myśli to, że dowiedzieliśmy się, że wszystko jest ok, choć oczywiście nie tylko) odpowiedział, że takie ładne to dziecko jest! :) Dla mnie wyglądało normalnie, jak dziecko :))) Wszystkie noworodki wyglądają dla mnie tak samo, więc pewnie jak się urodzi, to i tak to będzie na początku taka mała małpka :P Ale możliwe, że dla nas to będzie najładniejsza małpka ze wszystkich, no bo tak chyba w sumie powinno być. W każdym razie Franek skupia się na stronie emocjonalnej, a ja na praktycznej i zastanawiam się na przykład, po której stronie umieścimy fotelik samochodowy :)

Ostatecznie popołudnie spędziliśmy załatwiając różne sprawy. Na przykład odebraliśmy Franka grafik i okazało się, że w październiku chodzi tylko na pierwszą zmianę :) A od 22. ma urlop. Mamy nadzieję, że ta tendencja porannej zmiany utrzyma się już na dłużej, bo Franek załatwił sobie zmiennika, któremu zależy tylko na popołudniówkach.. Ale przez ten urlop trochę trudno stwierdzić, czy tak już zostanie na stałe, czy to tylko na ten miesiąc tak ich rozpisali.
Później Franek kupił sobie grę komputerową na którą czekał miesiącami. Wiedziałam więc już, że wieczór mam z głowy, bo on będzie grał w piłkę nożną. Palcami na rzecz jasna :) No, ale należy mu się od czasu do czasu, przez ostatnie dni bardzo długo pracował i wracał po nocach... W dodatku wcześniej zabrał mnie do parku na moje ulubione lody, więc mu to wybaczyłam :) 
Znowu się zajęłam blogowaniem a potem oglądałam Lejdis. Pod koniec oglądałam już chodząc po pokoju, bo jak tylko usiadłam, to oczy mi się zamykały, a chciałam zobaczyć ten film do końca. Ostatecznie znowu się położyłam przed 1, ale pospałam aż do 6:50 :P Dłużej się jednak już nie dało i od ponad trzech godzin jestem na nogach, podczas gdy Franek odsypia nocne kopanie piłki. 
Już mi się trochę nudzić zaczyna! Chyba go pójdę obudzić :P


sobota, 10 maja 2014

Rozpi(A)sanie bez większego sensu

A w ogóle zauważyłyście, jak się ostatnio rozpisałam? :) I nawet nie mam na myśli tych ostatnich dni, chociaż teraz to już w ogóle szaleję :) Ale mam wrażenie, że tak od marca powróciłam do dawnej formy. Bardzo dużo myśli mi się kłębi pod kopułką, umiarkowana ilość wolnego czasu sprzyja, no i nastrój do pisania zdecydowanie mam - bo czasami właśnie tego mi brakowało - nie tematów, nie czasu,ale siadałam przed klawiaturą - i nic. Brakowało jakiegoś entuzjazmu, słowa nie chciały płynąć, rzeczywistość hamowała.

Kiedy przeanalizowałam sobie moją aktywność w ostatnich miesiącach, oświeciło mnie - ja po prostu zapadłam w zimowy sen blogowy :P Co prawda zima w tym roku była łagodna (no ale i nie zaprzestałam publikowania w miesiącach zimowych całkowicie), ale jednak źle wpłynęła na moje blogowanie. Wraz z wiosną i mój kolorowy świat trochę odżył. Teraz jeszcze muszę popracować nad przywróceniem dawnej aktywności w odwiedzaniu Was. Staram się w każdym razie, a w ramach wdrażania programu systematycznych odwiedzin, robię porządki w moich linkach. Idzie mi to dość powoli, więc jeśli jakiegoś adresu nie ma na liście, to dlatego, że jeszcze nie zdążyłam go tam umieścić :) No chyba, że nie będzie go tam nadal za miesiąc - wtedy proszę się upomnieć :)

Poza tym przeglądam sobie archiwum moich publikacji i okazuje się, że jest całe mnóstwo notek, które napisałam, ale nie zostały z różnych powodów opublikowane! A tematy jak najbardziej aktualne, więc muszę je tylko trochę podszlifować i będą gotowe ujrzeć światło dzienne. 

Zastanawiałam się, czy mam ochotę pisać o tej kumulacji stresów, która w tym tygodniu mnie dopadła, czy może cofnąć się w czasie o jeden rok i napisać jak to było w tę drugą majową sobotę roku 2013, kiedy to wyruszałam na podbój Warszawy. Ale się nie zdecydowałam i tym sposobem powstała ta notka bez większego sensu, ale tak bardzo chciało mi się coś napisać, że aż o samym pisaniu musiałam! :)

sobota, 3 maja 2014

Jeszcze chwilę o tym pożegnaniu :)

Muszę przyznać, że kompletnie nie spodziewałam się takiego odzewu na poprzednią notkę! Ja naprawdę myślałam, że ze względu na moje blogowe rozleniwienie, które trwało przez czas jakiś (wszak dopiero ostatnio zaczęłam powracać na dawne tory - przynajmniej jeśli chodzi o pisanie), wiele osób się wykruszyło i że nie ma Was, odwiedzających aż tak dużo. 
Przyznaję też, że jakoś nie wpadłam na to, że tytuł notki, choć pozornie oczywisty, większości z Was jednoznacznie nasunie na myśl, że rzeczywiście kończę pisać :) Stało się tak dlatego, że tytuł powstał na samym początku - jako coś w rodzaju hipotezy, ale, że od razu miałam gotową odpowiedź, to nie spojrzałam na to z innej perspektywy :P Poza tym chyba sugerowałam się tym, że skoro ostatnio jednak zaczęłam się na nowo rozkręcać, to żadna z Was na serio tego nie weźmie :D Ale ostatecznie myślę sobie, że nieco emocji nie zaszkodzi, przynajmniej się zrobiło małe poruszenie na tym moim kolorowym poletku. 

Bardzo Wam dziękuję Dziewczyny, że się odezwałyście, dziękuję za wszelkie dowody sympatii i miłe słowa. Mam potwierdzenie, że te z Was, które podejrzewałam o regularne odwiedziny, rzeczywiście cały czas są :) Dzięki temu wiem, że znajomość zawarta na blogu może trwać latami, ciągle ewoluować i się umacniać. Przecież już tak wiele o sobie wiemy... 
Ale fajnie mi było się przekonać o tym, że jest sporo osób, o których myślałam, że już nie zaglądają - bo albo zamilkły u siebie, albo właśnie nie zamilkły i dzięki temu wiem, że mają urwanie głowy, więc nie spodziewałam się, że mogą mieć czas na czytanie moich głupot ;) A jednak jesteście! 
Zrobiło mi się też bardzo miło, że wiele osób, o których istnieniu dowiedziałam się dopiero przy okazji przenosin na blogspot, gdy prosiłam o namiary, a które nie piszą swojego bloga, nadal jest! Wydaje mi się, że to szczególna sytuacja, bo jednak chyba łatwiej utrzymać relacje i "zatrzymać" czytelników, gdy ta interakcja zachodzi i na moim i na ich blogu. Tymczasem Wy jesteście tak po prostu, żeby przeczytać to, co mam do powiedzenia - często już od kilku lat.
Cieszę się też, że nowe osoby nadal się tu pojawiają - zarówno te piszące, jak i tylko czytające. Niektóre z Was odezwały się już jakiś czas temu, inne dopiero teraz. Nawiązywanie nowych znajomości na blogowisku jest teraz dużo trudniejsze niż kiedyś, bo wiele blogów jest zablokowanych. Dlatego często jest tak, że to osoba mająca bloga "sprywatyzowanego" :P musi pierwsza wyjść z inicjatywą. Fajnie, że się odzywacie i dzięki temu mam okazję nawiązać nowe, ciekawe znajomości.
Oczywiście potwierdziły się też niestety moje przypuszczenia, że zniknęło (przynajmniej z mojego bloga :P) kilka blogerek, z którymi znam się już sporo czasu i które regularnie czytuję (i nadal mam zamiar, bo po prostu lubię, niezależnie od tego, czy zaglądają do mnie:)) - ale tak po prostu bywa. Trudno. Na pewno każda z Was ma taki lekki zawód na koncie.

Tak już ostatecznie podsumowując wszystko to, co pisałam Wam w komentarzach, chciałam jeszcze dodać, że mam ogromny sentyment do tych znajomości, zawartych jeszcze za czasów onetowskich - bo wiecie, jaka byłam kiedyś i byłyście świadkami mojej ewolucji oraz wielu rewolucji w moim życiu :) Poza tym bardzo sobie cenię fakt, że gdy trafiacie tu przypadkiem (i zostajecie na dłużej!-to cieszy), macie ochotę poświęcić swój czas na przeczytanie archiwalnych notek i w ten sposób trochę lepiej mnie poznać. Sama robię tak bardzo często.
Jednym słowem - fajnie, że jesteście i wszystkie jesteście mile widziane :)

A żeby tych słodkości stało się zadość (to Wy wprawiłyście mnie w taki nastrój - serio, serio:)) - niesamowicie mnie zmotywowałyście do dalszej pisaniny! Te wszystkie komentarze i przyjazne słowa dały mi jakiegoś kopa i teraz nabrałam jeszcze większej chęci na pisanie. Myślę, że utrzyma się to u mnie przez dłuższy czas (choć oczywiście wszystko muszę godzić z moim życiem w realu, a czas nie jest z gumy, ale będę robić co w mojej mocy) - już teraz mam kilka pomysłów na to, o czym chciałabym opowiedzieć.
No i wreszcie zabiorę się za zrobienie jakiejś porządnej linkowni! Bo to mi zdecydowanie utrudnia regularne zaglądanie do Was! Kiedyś jak miałam ładnie wszystko wypisane, to codziennie leciałam po kolei, a teraz zawsze z doskoku. Adresów mam bez liku i to mi utrudniało porządkowanie ich, ale teraz będę miała punkt wyjścia, bo zacznę od tych z Was, które się ostatnio odezwały. Słowo Margolki, że wreszcie sobie wszystko ogarnę!

I tym sposobem moja zupełnie spontaniczna inicjatywa zmieniła lekko moje nastawienie i chyba dodała mi skrzydeł (zobaczymy jak daleko na nich dolecę:P). Spodobało mi się - następny spis powszechny za dwa lata!:P(dotrwam? :) na chwilę obecną czuję, że tak)
Wybaczcie mi tę chwilę słabości (lub słodkości:P)- rozczuliłam się po prostu :) Ale wychodzę z założenia, że od czasu do czasu, trzeba coś miłego - nawet jeśli to oczywiste - po prostu powiedzieć. Nie, żebym nigdy nie mówiła... oj no wiecie o co mi chodzi, nie:)?, teraz już uciekam, zanim się do końca zaplączę :)

środa, 30 kwietnia 2014

Pożegnania nadszedł czas?

W ubiegłym tygodniu "kredki margaretki" obchodziły kolejne urodziny. Piszę już sześć lat, z czego dwa na blogspocie. Może to i nie tak dużo, ale jednak jak sobie pomyślę, ile może się wydarzyć przez ten czas i jak wiele zmienić, to stwierdzam, że to kawał czasu. Zawsze z tej okazji mam ochotę na chwilę się zatrzymać i podumać nad tym moim pisaniem. A że do napisania takiej refleksyjnej notki potrzebny jest względny spokój, zazwyczaj powstaje z opóźnieniem.

Pytania jak długo zamierzam pisać tego bloga oraz czy może powinnam sobie dać z tym spokój pojawiają się od czasu do czasu w mojej głowie. Na pierwsze odpowiedzi nie znalazłam :) Jeśli chodzi o drugie - ostatnio zastanawiam się nad tym jakby mniej. Chyba już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jednak chcę pisać - nawet kiedy chwilowo nie mam na to czasu albo ogarnia mnie lekkie zmęczenie, wolę zrobić sobie przerwę niż zamykać bloga. Potrafię bez tego żyć, ale jednak wydaje mi się, że po tylu latach po prostu by mi tego brakowało. Dlatego też odpowiadając na pytanie w tytule - nie, na pewno nie nadszedł. Ba! Nawet nie jest blisko :P Nie żegnam się ani z Wam ani z tym miejscem i na razie nie potrafię sobie wyobrazić, że nie miałabym gdzie się "wypisać". Przez te lata tak bardzo weszło mi to w krew, że na pewno odczuwałabym pustkę, której nie potrafiłabym niczym wypełnić.

Moje pisanie bardzo się zmieniło przez ten czas - o czym mogę się przekonać czytając moje dawne notki przy okazji przenoszenia mojego archiwum ze strony onetu. (Idzie mi to powoli, ale idzie. Kiedyś pewnie skończę :)) Ja sama też się zmieniłam, co powtarzam chyba co rok. Nie wiem, czy są to zmiany na lepsze, czy gorsze, ale raczej nieodwracalne. Tym, co w tych zmianach dotyczących blogowiska zapisuję na plus, jest złapanie dystansu. Długo na to czekałam, ale już od przynajmniej roku rzeczywiście potrafię nie podchodzić już tak emocjonalnie do wielu spraw związanych z blogiem i komentarzami, jak kiedyś. Nie analizuję każdego słowa, nie przejmuję się aż tak bardzo, potrafię odpuścić. Z tym spokojem jest mi zdecydowanie wygodniej. Ale blogosfera też się zmieniła i jestem pewna, że Wy też to zauważacie. Chyba łatwiej jest o ten dystans, bo relacje, które się teraz tu nawiązują są jednak nieco innego typu - chyba o nie trudniej, niż to było kiedyś. Szkoda.

Jedna z osób, do których od czasu do czasu zaglądam napisała kiedyś w komentarzu u innej osoby, że czyta już tylko nieliczne z blogów, które zawsze odwiedzała i że ich autorzy i tak nie zauważają zniknięcia czytelnika. Nieprawda! Nie wiem jak Wy, ale ja to zawsze zauważam. Dość szybko odnotowuję, że ktoś, kto dotychczas regularnie komentował nagle milknie. Oczywiście nieraz jest to spowodowane czymś konkretnym - jakimiś wydarzeniami w życiu, brakiem czasu itd. Ale czasami dzieje się to tak po prostu... I wtedy jest mi trochę żal. Zwłaszcza, gdy dotyczy to blogerki, z którą miałam lub mam dobre i bliskie relacje. Żal, gdy znikają blogi albo komentarze od "pewniaków" :) Osób, które zawsze miały coś do powiedzenia, które zostawiały dobre słowo, o których wiedziałam, że były.
Nie zrozumcie mnie źle - ja absolutnie nie wymagam od nikogo komentowania na każdy temat i nie mam nic przeciwko cichym czytelnikom (ale jest mi miło, jak się przywitają :)) Ale z wieloma z Was miałam okazję na ten temat rozmawiać i zazwyczaj zgadzamy się co do tego, że jednak takie rozmowy pod postem wiele wnoszą - o ile nie w samą dyskusję, to w zacieśnianie relacji :)

Jednakże sama mam sobie wiele do zarzucenia i wcale nie mam zamiaru się wybielać. Prawda jest taka, że choć staram się jak mogę, nie potrafię powrócić do dawnej aktywności i też nie komentuję zawsze i wszędzie, gdzie bywam :( Ostatnimi czasy miewałam też okresy dłuższego lub krótszego przestoju. Objawiały się moją nieobecnością tutaj, ale też u Was. I dzisiaj właśnie, w związku z tą kolejną rocznicą, chciałam tak ze szczerego serca podziękować tym z Was, które są ze mną, czytają moje notki i je komentują mimo wszystko :) Mimo moich dłuższych nieobecności, mimo mojego milczenia, mimo rozluźniającego się czasami kontaktu (choć gdy zauważam coś takiego, staram się jednak zadziałać). Nietrudno mi zauważyć, kto odwiedza mojego bloga tylko w ramach rewizyty, a kto zagląda i odzywa się nawet wtedy, gdy ja milczę przez dłuższy czas. Nie mam pretensji do tych pierwszych - blogosfera jest po prostu oparta na wzajemności, ale tym bardziej doceniam obecność tej drugiej grupy i jeszcze raz Wam dziękuję :)

Od czasu do czasu rzucam okiem na statystyki, które tu sobie zamieściłam (wiadomo, że margolka bez cyferek by się nie obeszła :)) i widzę, że dziennie zagląda tutaj nawet około 100 osób. Ale nie śledzę tego jakoś bardzo skrupulatnie i nie wiem, kogo ta setka obejmuje :) Dlatego też mam do Was prośbę - zróbcie mi ten prezent rocznicowy i się odezwijcie :) To prośba do wszystkich - i do innych blogerek i do tych, które swojego bloga nie mają; do tych, z którymi się znam już kilka lat oraz do tych, które czytają po cichu.
Po prostu dajcie mi znać, kto tu jeszcze zagląda, chciałabym wiedzieć, dla kogo jeszcze piszę :)

środa, 19 lutego 2014

Nie po drodze.

Co tu dużo mówić, pisać, nie po drodze mi ostatnio z blogowaniem. Mam wrażenie, że wokół mnie dzieje się bardzo dużo, a jednocześnie nie dzieje się nic.Czy to w ogóle możliwe? W ostatnich dniach przeżywałam również cały kalejdoskop uczuć. Negatywnych i pozytywnych. Ilościowo tych drugich może było więcej, ale jakościowo niestety wygrywają chyba te pierwsze, bo choć trwały stosunkowo krótko, były bardzo intensywne.

Tak naprawdę nie wiem, dlaczego mnie tu nie ma. Chyba dni mi zbyt szybko upływają. Nadal zajadamy się z Frankiem tą nadzieją z zeszłego tygodnia, a im więcej jej jemy, tym bardziej będzie nam jej brakowało, jeśli się znowu... Psst, na razie nic nie mówię. Lepiej o tym nawet na razie za wiele nie myśleć.

Tydzień temu przyjechała do nas Dorota :) Była aż do niedzieli więc można powiedzieć, że i przez tę wizytę nie myślałam o pisaniu tutaj. Ach, jaki żal, kiedy już pojechała. Fajnie nam razem :) Co wymyśliłyśmy? Jak już nam z Frankiem wreszcie się to i owo ustabilizuje, kupimy mieszkanie - trzypokojowe. Dorota w tym czasie wywalczy wreszcie ten grant czy też staż, o który się stara i będzie musiała przynajmniej na jakiś czas przenieść się do Warszawy. Oczywiście wynajmie u nas pokój. Niedrogo. A jakby się w międzyczasie u nas pojawił jakiś potomek, to ciocia Dorota by się nim zajmowała - za wikt i opierunek :P Tak to wszystko wymyśliłyśmy w czwartek o siódmej rano siedząc przy wielkim stole w jasnej kuchni, której okna wychodzą na wschód, popijając zieloną herbatę (to ja) i kawę (Dorota) i zajadając się czekoladą (!) Milka chocolate&biscuits. Franek przyszedł rozczochrany jakiś czas później, stwierdził, że wszystko słyszał i nie protestował.
Taki fajny plan. I prosty. Byłby, gdyby nie to, że jakieś 90% tych wszystkich rzeczy w ogóle nie zależy od nas :)

Muszę przyznać, że lenistwo nigdy nie smakuje tak dobrze, jak właśnie wtedy, kiedy we trójkę zalegamy przed telewizorem albo komputerem.Żadnych wyrzutów sumienia. Jak to działa, że tylko w tej konfiguracji nie mam ich ani ja, ani Dorota? :P
Ale niestety niedziela nadeszła a wraz z nią moment, gdy Dorota wsiadła w pociąg przed godziną dwunastą i pojechała do Miasteczka. Zdawała mi relację na bieżąco z podróży, bo ona zawsze ma przeboje. Dojechała około 20tej. Stwierdziła, że osiem godzin jazdy to raczej sporo :P, ale kiedy spytałam, czy mimo tego będzie przyjeżdżać odpowiedziała: "najgłupsze pytanie głupolu jakie mogłaś zadać", więc trochę mnie uspokoiła :D

Tak naprawdę codziennie przychodzi mi do głowy przynajmniej pięć tematów, które chciałabym tu poruszyć, o których chciałabym tu opowiedzieć, a potem... Nadal mi nie po drodze. Więc to nie jest tak, że brak weny. Raczej brak nastroju.

środa, 21 sierpnia 2013

Mississipi jak Franek

Zapisałam sobie kiedyś cytat z książki "Służące" Kathryn Stockett:
"Mississipi jest jak moja matka. Mogę utyskiwać na nią, ile wlezie, ale niech Bóg ma w opiece kogoś, kto w mojej obecności powie o niej złe słowo, no chyba, że mój stan to także i jego matka."

Bardzo się z tymi słowami utożsamiam, bo mam bardzo podobne podejście. Te słowa mogą odnosić się tak naprawdę do wszystkiego, na przykład do męża ;) I ja mogłabym powiedzieć, że Mississipi jest jak mój Franek ;)
Nie jestem bezkrytyczną zakochaną bez pamięci żoną. Znam wady Franka i jest kilka rzeczy, które mnie w nim mocno denerwują. I czasami lubię trochę na niego ponarzekać. Chociaż "lubię" jest chyba złym słowem. Po prostu bywają dni, kiedy czuję potrzebę wyżalenia się na niego. Nie mam wyrzutów sumienia, bo nie robię tego za jego plecami - wszystko mówię także jemu prosto w oczy. Poza tym, to, że powiem lub napiszę, że coś mi się w nim nie podoba, albo, że wkurzył mnie swoim zachowaniem, nie oznacza, że moje uczucia w stosunku do niego się zmieniły. Cały czas mam do niego ogromny szacunek, a poza tym oczywiście go lubię i kocham. 
Trochę się bałam wczorajszej notki - bałam się, że nie zrozumiecie mnie do końca, że może niejako stając po mojej stronie, skrytykujecie Franka, albo po protu napiszecie coś, co będzie dla niego w jakiś sposób krzywdzące. Nic takiego się nie stało i chciałam Wam podziękować za zrozumienie ;) Za zrozumienie sytuacji a także rozsądne, wyważone i wspierające - nas oboje - komentarze.  Że nie oberwało się jemu za humory, ani mnie za brak wsparcia i wyrozumiałości ;)
Prawda jest taka, że ja mogę powiedzieć o Franku wszystko (no, prawie ;)), zwłaszcza pod wpływem emocji, kiedy jestem wściekła. Mogę nawet stwierdzić na przykład, że gdybym wiedziała, że tak będzie, to bym powiedziała Frankowi, żeby w ogóle nie przyjeżdżał i został w Poznaniu (tak na przykład napisałam Dorocie albo napomknęłam Frankowi, czy naprawdę tak myślę, to już inna kwestia ;)). Oj, wiele mogę powiedzieć. Ale biada komuś innemu, kto powie to samo na jego temat, zwłaszcza, gdy go przy tym nie ma ;) Stanę za nim murem, bo tylko ja mam prawdo na niego narzekać :P

Zresztą, zaglądam przecież na Wasze blogi, czytam komentarze i domyślam się, że nie jestem odosobniona w swoim podejściu. Nawet jeśli zachowanie partnera którejś z Was wydaje mi się niezrozumiałe albo wręcz mi się nie podoba, staram się nie wypowiadać na ten temat a raczej skupiam się na Waszych odczuciach. Bo wiem, że po pierwsze piszecie pod wpływem emocji, a po drugie nie znam przecież całej sytuacji a tylko subiektywną relację. No i po trzecie - doskonale zdaję sobie sprawę, że to tylko pogarsza sytuację i Wasze samopoczucie. Bo z jednej strony jesteście wkurzone na faceta, macie do niego żal, z drugiej jesteście sfrustrowane i jest Wam przykro, że ktoś go krytykuje i ostatecznie jesteście totalnie rozdarte. Znam to z autopsji :) Być może gdzieś, kiedyś popełniłam ten błąd i czyjegoś męża/chłopaka skrytykowałam, nie chcę się zarzekać (jeden przypadek dokładnie pamiętam, jeden facet był wyjątkowym draniem, związek zresztą nie przetrwał), ale naprawdę staram się tego nie robić. Nie oceniać, a za to wczuć się w sytuację, postarać się jakoś pocieszyć, coś doradzić. Albo po prostu wysłuchać. 
Jak płachta na byka działają na mnie wszelkie rady (skierowane nawet nie do mnie, piszę cały czas także o przypadkach na innych blogach), żeby od kogoś odejść, albo teksty typy "ja bym tak nie mogła" lub "a mój nigdy by tak nie zrobił". To nic innego jak kopanie leżącego w moim przekonaniu. A gdybym ja posłuchała takich "życzliwych" mi swego czasu osób, to nie byłabym dziś w szczęśliwym małżeństwie, w którym jeszcze nigdy chyba nie było tak sielsko - z dnia na dzień jest lepiej, jeśli chodzi o relacje między nami. Ktoś pięć lat temu zostawiłby Franka, bo za dużo wypił, ktoś inny wywalił go na zbity pysk za jakieś tam kłamstwo. A ja głupia po prostu z nim pogadałam, wysłuchałam, dałam szansę i przekonałam się, że było warto :) Oczywiście wiem, że nie dla każdego odpowiednia jest dana osoba, tak jak nie każdemu przypasuje dany model związku - ale właśnie dlatego wyznaję zasadę, żeby nie brać na siebie odpowiedzialności za czyjeś rozstanie poprzez doradzanie mu go, nigdy nie wiemy, jak się komu może poukładać ostatecznie ;)

Bardzo dobrze zawsze rozmawia mi się na temat mojego związku z Frankiem z Dorotą albo Juską. Znają dobrze nas oboje, znają nasze wady i zalety oraz temperamenty. Są bezstronne. A raczej - stoją po NASZEJ stronie. I tak było na różnych etapach związku. Zawsze w nas wierzyły i nawet kiedy się ostro pokłóciliśmy, one racjonalnie do tego podchodziły, wysłuchiwały, czasami coś doradziły, ale nigdy nie było w ich słowach osądu. Nigdy nie usłyszałam, że powinnam Franka zostawić za taki, czy inny wybryk, że jest dla mnie nieodpowiednim facetem itd. Wręcz przeciwnie, zawsze wierzyły, że się dogadamy, sto razy mi powtarzały (i powtarzają do dziś), że Franek świata poza mną nie widzi, a o jego wadach mówią, że "taki już jest". Uważają po prostu, że trafił swój na swego :P A ileż to razy przecież uciekałam do nich - spałam u nich po kłótni z Frankiem, albo siedziałam całą niedzielę po jakiejś aferze, a Dorota na pocieszenie przynosiła mi słonecznik :D To były czasy!
Juska powiedziała mi kiedyś, że przy naszej pierwszej poważnej kłótni naprawdę się zmartwiła. A potem zobaczyła, że my po prostu tak mamy :P Dorota cały czas trzyma za nas kciuki i twierdzi, że dobrze, że Franek ma taką żonę ("Nikt inny by go tak nie umiał trzymac w garści") a ja mam naprawdę szczęście, że mam takiego męża ("jest całkowicie za tobą w każdej sytuacji").
Takich osób potrzebuję, zwłaszcza, kiedy mamy z Frankiem jakiś kryzys (chociaż teraz naprawdę się to nie zdarza) - ktoś w końcu nam musi przypominać o tym, że jesteśmy fajni :D

A więc, żeby było jasne - jak mi się zdarzy kiedyś psioczyć (wczoraj to sobie tylko troszkę pomarudziłam:)) na Franka, pamiętajcie, że on nie jest aż taki zły,  a ja działam pod wpływem emocji. Jestem na niego wściekła i w danym wypadku myślę, że mam do tego prawo, ale jednocześnie nadal pozostaje moim mężem, którego kocham i szanuję, nawet, gdy w danym momencie nie znoszę :D

Dobrze mi się pisze, więc się rozpisałam, a tak naprawdę zmierzam do tego, żeby napisać, że wczoraj Franek był w dużo lepszym nastroju :) Owszem, stwierdził, że praca ciężka, ale już nie było tego pesymizmu i rezygnacji w jego głosie. Zaczął planować, organizować sobie pracę. Nadal trochę się boi, ale naprawdę atmosfera w domu była zupełnie inna. Ledwo przekroczyłam próg, podbiegł do mnie, przytulał i przepraszał za swoje humory i niemiłe słowa. Potem rozmawialiśmy, a wieczorem nawet miał ochotę poodkurzać, mimo, że był taki zmęczony :P Dzisiaj rano też wstał w dobrym nastroju, pomimo fatalnej aury za oknem, a z pracy wysłał mi czułego smsa.
Oby mu się nie popsuło ;)