*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drobiazgi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drobiazgi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Udany egzemplarz

Nie mówcie tego Frankowi (choć pewnie sobie prędzej, czy później sam przeczyta :P), ale powiem Wam, że mam wspaniałego męża. Niby już wcześniej o tym wiedziałam, ale ostatnio przekonuję się o tym każdego dnia.
Pisałam wiele razy, że zawsze mogę na niego liczyć jeśli chodzi o domowe sprawy - wyręczał mnie w wielu domowych pracach, których nie znosiłam, kiedy pracowałam, zawsze wracałam do domu a na stole już czekał na mnie obiad. Do tego doskonale rozumiał, jakie potrzeby ma kobieta - sam proponował mi ubraniowe zakupy od czasu do czasu, doradzał, namawiał do kupna kolejnej kurtki, w której wyglądałam ładnie. Wiele razy słyszałam od niego zdania typu: "jesteś kobietą, musisz mieć dużo butów" :) Potrafił docenić, kiedy się dla niego (albo i nie :P) wystroiłam, często komentuje pozytywnie mój wygląd, nie zapomina o komplementach.
Ale w ostatnim czasie jest dla mnie jeszcze większym oparciem. Nie dość, że był przy mnie, kiedy musiałam być w szpitalu to jeszcze doskonale spisał się przy porodzie - będę o tym pewnie jeszcze pisać, ale naprawdę, bez niego chyba nie dałabym rady... Dał mi ogromne wsparcie, był przy mnie w jednym z tych najważniejszych momentów w życiu i chyba nigdy mu tego nie zapomnę - ani tego, jak się wtedy zachowywał (mimo, że wcześniej mnie wkurzył! :P) Ale odkąd jesteśmy w domu, niemal w każdym momencie Franek uświadamia mi swoim zachowaniem, że nie mogłam trafić lepiej. Zajmuje się właściwie wszystkimi domowymi sprawami - nawet kiedy chcę pozmywać albo pozamiatać, to mówi, że on się tym zajmie. Gotuje, w dodatku robi mi śniadania, obiady i kolacje. Kiedy karmię małego, on zajmuje się resztą - w dodatku ze względu na to, że ruchowo jestem trochę ograniczona, przynosi mi wszystko, czego potrzebuję. Pomaga mi też przy Wikingu. Niby to oczywiste, ale przecież różnie bywa. A tymczasem on kąpie go razem ze mną, przewija go, zajmuje się nim, gdy ten płacze.
Staram się zawsze umyć zanim będziemy kąpać Wikinga, bo potem muszę go nakarmić i położyć spać, więc sama chcę już być ogarnięta. Normalnie wieczorna toaleta przebiega u mnie w tempie ekspresowym - (zawsze wystarczał blok reklamowy przy "Na wspólnej" :)), ale dzisiaj byłam w łazience aż 20 minut. W tym czasie Franek zabawiał Dzieciaka. Wyszłam i mówię: "Przepraszam, że tak długo, dzisiaj trochę mi zeszło, bo jeszcze goliłam nogi a potem smarowałam się tym i tamtym..." Na co Franek odpowiedział po prostu: "Nic nie szkodzi, dobrze, że zajmujesz się sobą i o siebie dbasz". A najważniejsze dla mnie było to, że w jego ustach naprawdę zabrzmiało to jako coś tak oczywistego, że absolutnie nie mam żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, że zajmowałam się sobą zamiast dzieckiem albo mężem :)

wtorek, 24 czerwca 2014

Przytłoczona drobiazgami

Od wczoraj mam taki niespokojny czas - nie lubię jak mi się dużo takich drobiazgów zwali na głowę, bo bez sensu zaprzątają moje myśli, a przecież są to tak mało istotne sprawy.
No bo tak - od rana nie miałam internetu w domu. Niby nic takiego, początkowo wzruszyłam ramionami, ale jak mi Franek koło 15 dzwonił, że nadal neta nie ma, to już się trochę zmartwiłam. Bo to trzeba zaraz dzwonić, pytać, podawać numer klienta - a u nas to nie taka prosta sprawa, bo dogadaliśmy się z poprzednim wynajmującym, któremu nie opłacało się rozwiązywać umowy i płacić kary, więc jesteśmy jakby na jego abonamencie i ja sama niewiele mogę zdziałać, a z tym facetem praktycznie nie mamy kontaktu. I już oczywiście głowa wielka, bo się zastanawiałam, jak to wszystko zorganizować, zwłaszcza, że internet w najbliższych dniach będzie niezbędny (a o tym za chwilę). 
W dodatku, kiedy wychodziłam z pracy i  już zamykałam, przyszedł klient i baaardzo mnie prosił, żebym jeszcze go obsłużyła. Cóż miałam robić? My jesteśmy grzeczni dla klientów (kiedy i oni sa grzeczni dla nas :P), a ten facet był u nas już tydzień temu i zostawił sporo kasy, więc jakoś odmówić nie wypadało, ale przez to wyszłam z pracy już grubo po 18tej. I byłam głodna - a jak głodna, to zła :) Na szczęście wieczorem okazało się, że internet wrócił - przynajmniej jeden problem z głowy.

Kolejnym jest to, że chwilowo mamy sypialnię w salonie i przedpokój w kuchni :) A to dlatego, że zaczynamy w tym wynajmowanym mieszkaniu mały remoncik, a konkretnie będziemy mieli wyciszaną ścianę i sprawdzimy, czy to pomoże na tą wariatkę, którą mamy za ścianą. Nie wracałam już do tego tematu, bo po moich postach jesiennych "Cisza nocna" było trochę spokoju, później jeszcze sprawa wróciła, mieliśmy nawet rozmowę z sąsiadami i etap szukania nowego lokum, ale potem się mocno uspokoiło i tak naprawdę w ostatnim czasie bywało dobrze - z pewnymi okresami, kiedy tej za ścianą odbijało. No ale to temat na kiedy indziej. W każdym razie, kiedy przestaliśmy w ogóle o tym myśleć i w ogóle się nie przejmowaliśmy, zwłaszcza wiedząc, że umowa najmu kończy nam się wkrotce, to właścicielka przysłała nam kogoś do wyciszenia tej ściany. Zobaczymy, jaki będzie efekt, dam znać :)
Ale tymczasem jest to dla nas trochę wyzwanie logistyczne -ktoś musi z tymi robornikami w domu siedzieć, a to oznacza, że muszę się zwalniać z pracy (wiadomo, że Franek takiej możliwości nie ma). Na razie Franek chodzi na popołudnia, więc rano on jest w domu, a ja muszę się zwolnić około 13/14 i go zmienić. Ale dogadałam się już w pracy i nikt nie robi problemu - zwłaszcza że zabieram laptopa do domu i pracuję (po to mi właśnie ten internet). Ale już się martwię, bo jest poślizg - jakieś materiały nie dojechały, co powoduje, że jutro muszę się w ogóle zamieniać z Asystentem, a nie lubię mieszać w grafiku. W weekend wyjeżdżamy i nie ma opcji, żeby te plany zmieniać, więc się jeszcze trochę wszystko przesunie, a w poniedziałek mam w pracy inwentaryzację roczną, a Franek idzie na rano, więc w ogóle ten dzień odpada. 

Do tego brakuje mi weekendów, bo w lipcu wszyscy chcą nas odwiedzić, my też musimy pojechać do Poznania i nie wiem, jak to wszystko zorganizować. W dodatku jeszcze nie mamy grafiku Frankowego na lipiec i przez to też nic nie można zaplanować. 
W sierpniu z kolei moi rodzice idą na urlop i myślałam, że się załapię i jeśli nie z Frankiem to chociaż z nimi trochę się pourlopuję, ale nic z tego, bo w tym terminie akurat absolutnie wolnego wziąć nie mogę, bo Asystent bierze ślub i właśnie urlop. W dodatku jesteśmy na ten ślub i wesele zaproszeni, a to oznacza pokrzyżowanie nam kolejnych weekendowych planów :) 

Poza tym mam jeszcze 15 dni urlopu z zeszłego roku i nie mam pojęcia, kiedy go wykorzystam, bo przecież nie będę brała wolnego, żeby siedzieć samej w domu. I to też mnie niepokoi.

I jeszcze milion takich różnych istotnie-nieistotnych spraw... No i widzicie - cały czas tak mi się właśnie w głowie kotłuje, bo się zastanawiam jak to będzie z tym, a jak z tamtym, a jak ułożyć jeszcze coś innego. Nie, nie traktuję tego jak problemów - nie martwię się też tym wcale. Rzecz w tym, że to są takie pierdołki, które zupełnie niepotrzebnie zaprzątają po prostu moją uwagę i po prostu chciałabym mieć to już z głowy. Pewnie wiecie, o co mi chodzi, bo takie rzeczy, chyba towarzyszą wszystkim na co dzień.
Najbardziej w tym wszystkim chyba irytuje mnie po prostu to, że jeśli chodzi o najbliższą przyszłość - tak na tydzień i miesiąc lub dwa naprzód, to ja lubie mieć wszystko dobrze zorganizowane i zaplanowane. A tu nie mogę, bo wiele rzeczy nie zależy ode mnie tylko muszę czekać na rozwój wypadków. Albo na grafik Franka :)

Ale dobra, za tydzień będzie lepiej, bo się już sporo rozwiąże :) Jakoś to przetrzymam. Musiałam z siebie wyrzucić ten natłok myśli - może głowa mi się teraz trochę lżejsza zrobi :)

sobota, 26 kwietnia 2014

Sobotnie migawki

W Poznaniu bywamy ostatnimi czasy tak często (tym razem chrzciny), że w domu teściów zaczęłam się już praktycznie czuć jak u siebie ;) Co prawda kiedyś przecież się tym domem "opiekowaliśmy" podczas ich nieobecności, ale to jednak co innego, gdy byliśmy sami, a co innego, gdy teściowie cały czas po tym własnym mieszkaniu się kręcą. Na początku czułam się lekko nieswojo, bo jednak po tylu latach bywania tu jako gość, trudno było mi się przestawić, ale właściwie "nieswojość" przeszła mi stosunkowo szybko. Teraz jednak bez krępacji wchodzę sobie na przykład do kuchni kiedy chcę i po co chcę.

***
Zajrzeliśmy dzisiaj z Frankiem do naszego swego czasu ulubionego baru z domowymi obiadami* - danie dnia kosztuje tam 9,5 zł, ale my zawsze jadamy je bez zupy, więc kosztuje nas to 7. Najpierw jadałam tam za czasów studenckich, kiedy to nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłabym coś sama dla siebie ugotować. Później zaglądaliśmy tam z Frankiem kiedy nie mieliśmy pomysłu lub czas na obiad. Bardzo mało jest takich miejsc. A właściwie to chyba jedyne takie,które znam,  gdzie można zjeść tanio i smacznie - bez poczucia, że to jednak "nie ten dom", bo jedzenie jest świeże a nie odgrzewane, tradycyjne a nie udziwnione i podawane również po domowemu a nie na plastikowych talerzykach z plastikowymi sztućcami :) Dziś na obiad był de volaille z serem.

***
Wiem, że się powtarzam, ale jednak wiosna do zdecydowanie najpiękniejsza pora roku i bardzo mnie cieszy, że w tym roku możemy się nią cieszyć już od ładnych kilku tygodniu. W ostatnich latach bywało, że kwiecień straszył nas jeszcze śniegiem, a tegoroczny zaskakuje żółtą barwą - mlecze i rzepak kojarzą mi się raczej z majem - oraz zapachem bzu. Podobno nawet kasztany zakwitły. Wygląda na to, że mamy maj w kwietniu :) Zważywszy na to, że kwiecień kojarzy mi się średnio a maj to mój ulubiony miesiąc, to chyba całkiem nieźle dla mnie.
A te przelotne, ciepłe deszcze są nawet urocze :) Ale doświadczyłam ich dopiero tu, bo choć podobno przelotne opady i burze nawiedzały w ostatnim tygodniu cały kraj, to jakoś szczęśliwie omijały Podwarszawie :)

***
Nie ma to jak zupełnie spontanicznie usiąść w kuchni u Juski i Doroty (wróciłam ze spaceru z Juską i wpadłam przywitać się z Dorotą, ale nie zaplanowałam sobie pożegnania, więc zeszły dwie godziny na tym powitaniu :)), zrobić sobie i meblom prysznic gazowaną wodą mineralną i po prostu gadać o wszystkim po trochu.Znamy się kawał czasu, za chwilę będzie 15 lat, a więc prawie połowę naszego życia. Czasami wystarczy jedno hasło i nie dość, że wszystkie w lot łapiemy o co chodzi, to jeszcze zgodnie kwiczymy ze śmiechu.

***
Całkiem przyjemna sobota. Szkoda, że już się kończy.

* z komentarzy wynika, że mogłyście zrozumieć, że chodzi o bar mleczny, więc na wszelki wypadek sprostuję, że choć w Poznaniu jest takowych sporo i niektóre są całkiem przyzwoite, to akurat to konkretne miejsce nie jest barem mlecznym - to nawet bardziej restauracja i mieści się w pasażu handlowym :)  A niech tam, niech będzie darmowa reklama: chodzi o restaurację Mc Tosiek w Pasażu Rondo na Starołęce ;)


niedziela, 13 kwietnia 2014

Powód do dumy

W czwartek pochowaliśmy babcię. Pogoda w ten dzień była prawdziwie pogrzebowa. Było okropnie zimno i ponuro, i tylko nie padało na szczęście. Ale nie było najgorzej. Naprawdę, myślałam, że wszystko będzie bardziej przygnębiające i może nawet wstrząsające. Ale wszyscy się nawet trzymali - na tyle, na ile mogli oczywiście, bo przecież trudno oczekiwać, że ktoś nie uroni łez po stracie mamy lub babci. 
Rytuał pogrzebowy jednak jest potrzebny jako pożegnanie. Bez tego byłoby wielu osobom trudniej.  Oczywiście to wszystko nie dotknęło mnie tym razem tak bezpośrednio, więc jestem trochę zdystansowana i może więcej widzę.  Ale jednak mam za sobą kilka pogrzebów bliskich mi osób (i obym teraz przez długi długi czas nie musiała mieć takich doświadczeń).

Muszę też powiedzieć, że pomimo tego, że czasami uważam, ze Franek jest wręcz aż zbyt opiekuńczy lub przesadza w swoim zaangażowaniu w życie dalszej rodziny (może to nie brzmi dobrze, ale wiecie, że sama jestem bardzo rodzinna, więc zapewniam, że chodzi raczej o drobne incydenty niż faktycznie istotne sprawy codzienne), to jestem z niego dumna. Babcią opiekowała się już od wielu lat siostra teścia, która z nią mieszkała. Tato Franka bywał u nich przynajmniej kilka razy w tygodniu, o ile nie codziennie, ale to jednak ciocia - starsza (prawie 70 lat), nie do końca zdrowa osoba była z babcią non stop. Praktycznie nie wychodziła z domu. Nawet zakupy robiła w sklepiku obok tylko wtedy, gdy ktoś ją na chwilę zmienił.
Ciocia opiekowała się swoją mamą najlepiej jak mogła i na pewno wkładała w to całe swoje serce, nie można jej niczego zarzucić. Ale na zajmowanie się domem nie miała już czasu, ani siły a poza tym przecież nie każdy ma do tego rękę, a mieszkanie, które zajmowały nie jest własnościowe, znajduje się w starej kamiennicy i jest dość w kiepskim stanie, co dodatkowo utrudnia dbanie o nie. Większość pomieszczeń, w zasadzie poza pokojem, w którym na co dzień przebywały babcia z ciocią, była mocno zapuszczona.
Franek pojechał do Poznania we wtorek i całą środę spędził na czyszczeniu, szorowaniu, trzepaniu, wycieraniu, myciu mieszkania cioci. Później pomagał mu jeszcze kuzyn, który przyleciał z Anglii na pogrzeb. Nikt o to Franka nie prosił, nikt nawet nie wspomniał, że wypadałoby jakoś przygotować to miejsce przed przybyciem rodziny, Franek sam o tym pomyślał, sam wyszedł z inicjatywą i po prostu wziął wiadro, szmaty, środki czyszczące i poszedł. (Podobnie kuzyn) Brat Franka mieszka w Poznaniu. Nie pracuje i razem z żoną, która teraz jest na macierzyńskim zajmuje się dwójką dzieci. Jest na miejscu cały czas, ale jednak nie pomyślał o tym, żeby pomóc i nawet nie zapytał, czy ta pomoc może się przydać. Ja wiem, że dzieci zawsze mogą być wymówką, ale przecież oni nie są jedyną parą, która ma dzieci na świecie - inni jakoś sobie radzą z wychowywaniem dzieci i innymi życiowymi sprawami. Szwagier nie wypina się na rodzinę. Utrzymuje ze wszystkimi dobre relacje, a gdyby ktoś  go poprosił o pomoc nie odmówiłby (przynajmniej tak przypuszczam :)) i na pewno by się zjawił. Ale rzecz w tym, że Franka nie trzeba było o nic prosić, nie trzeba było się pytać, on po prostu zakasał rękawy i wziął się do roboty. I zapewniam, że to nie dlatego, że nie mamy dzieci... Dlatego właśnie jestem z niego dumna.

poniedziałek, 2 września 2013

Zostań bohaterem w swoim domu + dopisek

Siku zachciało mi się chyba już przy węźle Emilia. Ale jeszcze nie tak mocno, więc stwierdziłam, że wytrzymam. Szkoda było mi czasu na zatrzymywanie się, zwłaszcza, że już się ściemniało... I wytrzymałam. Ale jak tylko zaparkowaliśmy na osiedlu, wzięłam co mogłam z bagażnika i pobiegłam do domu do toalety. 
Później zrobiłam to co każdy, czyli spuściłam wodę i... I nic. To znaczy na początku się spuściło a potem reszta wody ze spłuczki została na poziomie zdecydowanie zbyt wysokim, nie żeby się wylewało, ale jednak wyglądało groźnie.
Wpatrywałam się tak przez chwilę, po czym pobiegłam do okna, żeby zobaczyć na jakim etapie jest Franek z wyciąganiem bagażu z samochodu. Już zamykał. No więc czekam niecierpliwie, przebieram nóżkami. Domofon zapipkał - znak, że Franek już wszedł do klatki. Wyleciałam na korytarz, zapaliłam światło, żeby szybciej się wdrapał. Kiedy tylko pojawił się w zasięgu wzroku wyszeptałam zrozpaczonym niemal głosem (niedziela, godzina 22, co my zrobimy??) - Ubikacja się zatkała!
Franek spojrzał na mnie dziwnie i rzekł "no to co?", po czym skierował swoje kroki do toalety, wziął takie gumowe coś (tak, ja wiem do czego to służy, ale na widok zatkanego kibelka ja się zatkałam jeszcze bardziej i nie pomyślałam), co zawsze stało w łazience, a czego nigdy w życiu używać nie musiałam, uczynił swoją powinność i wszystko ładnie spłynęło.
Z szerokim uśmiechem spojrzałam pełnym uwielbienia wzrokiem na swojego małżonka.
Proszę, jak łatwo można zostać bohaterem we własnym domu - i to nie udając się wcale do marketu budowlanego ;)



DLA DOMU Z POMYSŁEM :P     
(obrazek znaleziony w internecie ;)


Ps. Powiesiłam dzisiaj pranie na balkonie. Pogoda była niby niepewna, ale zaryzykowałam. W ciągu dnia zaczęło trochę padać. Czekałam z niecierpliwością aż Franek będzie w domu, żeby poprosić go, aby zdjął wszystko ze sznurka. 
Okazało się, że już to zrobił ;) A to, co było jeszcze wilgotne rozwiesił na suszarce. No proszę, a podobno faceci o takich rzeczach nie myślą :) Prawdziwy domowy bohater!

piątek, 30 sierpnia 2013

Odwdzięczona

I wreszcie się Frankowi mogłam odwdzięczyć za tysiące sytuacji, w których mnie ratował! Dowoził mi klucze, dokumenty, załatwiał duplikaty skierowań i co tam jeszcze :) Bo ja ciągle czegoś zapominałam - albo zabrać ze sobą, albo oddać (np. zakosiłam dokumenty samochodu, podczas gdy potrzebne były Frankowi, a raz zabrałam nawet oba komplety kluczy:P).
Dzisiaj Franek zrobił coś, co jest zupełnie do niego niepodobne i aż nie mogę uwierzyć :) Chociaż po prawdzie, jak się tak zastanowiłam nieco dłużej, to trochę moja wina.

Franek wczoraj robił część badań do pracy - psychotechniczne, a dzisiaj miał całą resztę i na koniec lekarza medycyny pracy. I wyobraźcie sobie, że jadąc do tego lekarza, zabrał skierowanie, natomiast wczorajszych wyników już nie! Zadzwonił do mnie zły jak sto os, że musi się wrócić i dostarczyć te badania. A ja byłam zdumiona! To takie typowe - dla mnie! Nie dla niego :) Ale wielkodusznie, żeby było szybciej zgodziłam się (ba, sama chciałam to zaproponować, ale nie zdążyłam) wyskoczyć z pracy, pojechać do domu, spotkać się w połowie drogi z Frankiem i przekazać mu badania. Bo on podjechał kawałek samochodem, zostawił go na parkingu i wsiadł w autobus miejski, więc trochę to trwało zanim wrócił. Ja w tym czasie wsiadłam na rower, pojechałam do domu, zgarnęłam badania i pojechałam do Warszawy, na stację, na której Franek zaparkował. Wyczucie czasu było niemal idealne :)
Swoją drogą, w przeszłości nigdy nie przypuszczałam, ze mogłabym na rowerze mijać tabliczkę z napisem "Warszawa" i to czasami kilka razy w miesiącu ;)

Grunt, że wszystko się Frankowi udało załatwić. A ja się do tego przyczyniłam ;)
A teraz jeszcze o tej mojej winie... Bo rano zachciało mi się bułeczki ze sklepu i poprosiłam Franusia, żeby skoczył. Zgodził się, ale powiedział, żebym mu spakowała wszystko do teczki. No to spakowałam skierowanie, rozpiskę z godzinami badań. Przygotowałam bilet i mapę. Zadzwoniłam jeszcze do przychodni, żeby o coś dopytać. Przeszło mi przez myśl, żeby zapytać Franka o wczorajsze wyniki, ale jakoś słabo mi to przechodziło, bo bez głębszej refleksji... Franek chwycił teczkę myśląc, że wszystko w niej ma. 
A powinien sprawdzić - zresztą zazwyczaj to robi i to on jest z naszej dwójki tym bardziej upierdliwym, sprawdzającym po sto razy, czy drzwi są zamknięte, czy dokumenty ma w kieszeni i takie tam. No więc tym razem nie sprawdził, ale nawet gdyby, to na niewiele by się zdało, bo sierotek z niego, skoro jakoś nie pomyślał o tym, że to badanie przecież musi pokazać lekarce. Potem nawet się tłumaczył, że przecież mu tego nie powiedzieli :P
Ze mnie sierotka, bo chociaż to było dla mnie oczywiste, to niewiedzieć czemu. nie wpakowałam tych badań i nawet się nad tym nie zastanowiłam :P Nawet trudno powiedzieć, że kompletnie zapomniałam, bo mam wrażenie, że to coś więcej ;))

Ale przynajmniej zrobiłam sobie rundkę rowerem do Wawy i z powrotem, przy pięknej pogodzie i jeszcze Franusiowi przysługę wyświadczyłam. (Co prawda ilość przysług wyświadczonych przez niego mnie jest dużo większa, ale cóż ja poradzę, że on mi okazji nie daje?)
A korzyść mam z tego taką, że Franek potem przyjechał do mnie do pracy, wsiadł na mój rower i zostawił samochód. Więc o te siedem minut będę szybciej w domu, a to bardzo istotne, bo zaraz po pracy jedziemy na weekend do Poznania! Każda minuta jest więc ważna, bo oczywiście chcemy być tam jak najszybciej.

Miałam w planie napisać jeszcze jedenastą notkę w tym miesiącu i tym samym wreszcie ustanowić rekord w tym roku (zwłaszcza, że zaczęłam pisać dopiero piętnastego ;)) - nadmieniając przy okazji, że chyba wróciłam na dobre? Ale może mi się to nie udać, bo zdaje się, że teściowie siedzą na swojej działce i zabrali ze sobą internet ;)

czwartek, 21 marca 2013

Św. Antoni od łańcuszka ;)

Ale się cieszę :))) A rano było zupełnie inaczej. Miałam napisać notkę o tym, że jest mi smutno, bo zgubiłam łańcuszek, który dostałam od Franka na urodziny, ale miałam dzisiaj tyyle pracy. Rzadko się zdarzają aż tak intensywne dni. Ale od początku.

Rano chciałam założyć łańcuszek. Ostatni raz miałam go na szyi przedwczoraj. Poszłam na aerobik i w szatni zorientowałam się, że mam go na sobie. Zdjęłam go i włożyłam do kieszonki w torbie. Wracając z aerobiku zrobiłam jeszcze małe zakupy i poszłam do domu.
No i dzisiaj chciałam ten łańcuszek znowu założyć. Sięgam do torby, a tam - nie ma go! Wywaliłam wszystko i nic :( Zgubiłam! Przypomniałam sobie, że kiedy wchodziłam z tymi zakupami i wyciągałam z torby klucze, to coś mi wypadło na schodach - na półpiętrze, na którym akurat żarówka była przepalona, więc słabo było widać. Ale podniosłam wsuwkę do włosów i breloczek. I poszłam do domu. No i pomyślałam sobie dzisiaj, że łańcuszek wtedy mi też pewnie wyleciał.
Ze łzami w oczach wyżaliłam się Frankowi i poszłam do pracy. Ale mi było szkoda :( Zadzwoniłam jeszcze dla porządku do fitness clubu, czy przypadkiem nikt biżuterii nie znalazł, ale w zasadzie już spisałam go na straty. Wymyśliłam jeszcze, że powieszę na klatce ogłoszenie. Potem trochę przestałam o tym myśleć, bo zajęłam się pracą. Tuż przed wyjściem z biura stwierdziłam, że może jednak napiszę szybko jakąś kartkę, w której opiszę sytuację i podam numer kontaktowy, mimo, że niemal się pogodziłam z tym, że łańcuszka już nie odzyskam. Wydrukowałam krótki tekst i po przyjeździe do domu powiesiłam go na drzwiach wejściowych.

Po niecałych dwóch godzinach zadzwoniła kobieta, że wczoraj znalazła ten łańcuszek!! :):):) Przyniosła mi go, a w ramach podziękowania dałam jej butelkę czerwonego wina.
Ale się cieszę! :) Skakałam z radości :) Musiałam się aż z Wami całą tą historią podzielić. I pomyśleć, że prawie odpuściłam napisanie tego ogłoszenia! Jak dobrze, że są jeszcze ludzie uczciwi. Ja też w takiej sytuacji na pewno oddałabym znalezioną rzecz, ale różnie to przecież bywa.
Ja to jednak mam szczęście :) Tyle razy już coś pogubiłam, ale jakimś cudem większość z tych rzeczy potem odzyskuję. Święty Antoni chyba trzyma nade mną pieczę :P

środa, 20 lutego 2013

Co sobie myślę?

Mam dzisiaj bardzo dobry nastrój. Nie wiem skąd się wziął, ale wypraszać go nie mam zamiaru :) A wczoraj było tak inaczej...
Dzisiaj w zasadzie wszystko mnie cieszy. To, że przed pracą zdążyłam ugotować cały obiad (Franek chodzi teraz na popołudnia, więc można powiedzieć, że obydwa dania należą do mnie:)). Który w dodatku smakował Frankowi tak bardzo, że zeżarł nawet swoją porcję na jutro (ja nie wiem, co on będzie jadł na drugie :/ jutro nie mam w planie gotować). To, że w pracy wszystko mi się tak ładnie wylicza i na wszystko mam czas. Że poszłam sobie na spinning . Że mam zajefajne żelazko, które potrafi wyprasować pościel tak, jakby była wymaglowana :P Że popijam sobie wieczorem herbatę. Wszystko jest fajne. Wszystko cieszy. Oprócz świadomości, że w momencie, gdy mi jest tak dobrze, ktoś przeżywa dramat. Że traci coś, kogoś... To nie cieszy, to jest smutne.

Moje życie ostatnio pełne jest tej mieszaniny smutku, radości, wytrwałości, niecierpliwości, lęku i ciekawości. Dzisiaj akurat mam wrażenie, że wszystko jakoś się ułoży. Przykre myśli i niepokoje odsuwam w kąt. Nie wiem, czy jutro z niego nie wylezą, ale ostatnio często mam trochę postawę olewacką. W sensie: i tak nie będzie tak, jak sobie to wyobrażałam lub obmyśliłam jeszcze całkiem niedawno, więc już wszystko jedno jak będzie :P Myślę sobie, że niektórymi rzeczami nie powinnam się przejmować, chociaż i tak wiem, że będę się przejmować :) Ale może jednak to nie będzie aż takie straszne. W zasadzie trudno opisać to, co sobie myślę... :P

środa, 14 listopada 2012

Klimatyczne popołudnie w sosie własnym.

Nie przepadam za tygodniami, kiedy Franek chodzi do pracy na popołudniówki i kiedy kończy późno (bo na przykład w ubiegłym tygodniu też chodził na popołudnie, ale wracał już w okolicach 19/20, a teraz najwcześniej o 23, kiedy ja i tak już śpię ;)). Nie lubię tych dni, po pierwsze dlatego, że rano muszę wstawać, a on jeszcze śpi, a ja mam mu rano zawsze dużo do powiedzenia :P Po drugie - nie widzimy się popołudniu i wieczorem. I po trzecie - nie kładziemy się razem. Czasami jest tak, że w ogóle się nie budzę, kiedy przychodzi, ale dość często przez sen odnotowuję fakt, że kładzie się obok i nawet zastanawiam się, czy się z nim nie pogadać, ale zdecydowanie mi się nie chce - mimo, że wcześniej obiecałam sobie, że tym razem się poświęcę i pogadamy sobie chwilę w nocy (czasami zdarza się, że się bardziej zmobilizuję i te rozmowy są całkiem fajne).

Ale te dni mają też swoje dobre strony - mam dla siebie popołudnia. Czas, który zupełnie bez wyrzutów sumienia mogę poświęcić tylko sobie oraz pozałatwiać różne takie swoje małe sprawy. Muszę przyznać, że chociaż nie lubię tych jego popołudniówek, to całkiem lubię te krótkie chwile we własnym towarzystwie i cieszę się, że są. Nie chodzi absolutnie o żaden odpoczynek od Franka, czy jakąś odczuwalną potrzebę samotności. Raczej o wykorzystanie tych wymuszonych rozstań pozytywnie - o takie chwilowe skupienie się na sobie, swoich potrzebach, czy zainteresowaniach.
Wczoraj i przedwczoraj od razu po pracy pobiegłam na aerobik. Wróciłam dopiero wieczorem i od razu poszłam spać. Dzisiaj też miałam taki plan, ale po pierwsze powrót z pracy zajął mi chwilę dłużej, niż zakładałam, a po drugie stwierdziłam, że jeszcze się uzależnię od tych ćwiczeń (ostatnio coraz częściej myślę, że naprawdę można! ;)) i dzisiaj zrobię prezent moim mięśniom nie ruszając się z domu. 
Mały wypadek sprawił, że musiałam się przebrać, a że za oknem było już ciemno, stwierdziłam, że nie opłaca mi się wyciągać nowych ciuchów i bielizny, więc ubrałam się od razu w piżamę i szlafrok. Potem zapaliłam świeczki, kadzidełko, zaparzyłam cały dzbanek jednej z ulubionych herbat i rozpoczęłam relaks. Nastrój sobie zrobiłam nielichy. To zawsze na mnie dobrze działa - i chyba tylko za te świeczki i herbatę lubię jesienno-zimową porę :) Przez całe popołudnie i wieczór robiłam tylko to, co lubię (przypominam, że sprawami domowo-organizacyjnymi takimi jak gotowanie, czy pranie zajmuję się przed pracą ;)). Zrelaksowałam się tak bardzo, że trudno mi uwierzyć w to, że to dopiero połowa tygodnia a przede mną jeszcze dwa dni w pracy ;) Nie wiem, jak ja się jutro rano zmobilizuję.

W każdym razie, bardzo dobrze mi to zrobiło, bo rano wychodziłam z domu z dołkiem i łzami w oczach. Tak po prostu, przytłoczona drobiazgami. Potem w pracy trochę mi się poprawiło, bo wyszłam na prostą z większością spraw,  ale tak naprawdę całą robotę zrobiło tytułowe klimatyczne popołudnie w sosie własnym. Teraz jakoś tak wszystko wygląda lepiej :)
A frankowe popołudniówki kończą się dziś. Od jutra nareszcie będziemy mogli się trochę więcej spotykać w domu i rozmawiać (chociaż z kolei odpadają wspólne poranki i śniadania przygotowane przez Franka) - myślę, że chwilowo bez żalu zrezygnuję z tych spotkań z samą sobą na rzecz spotkań z mężem :) Niemniej jednak, cieszę się bardzo, że potrafię te chwile, kiedy nie jesteśmy razem po prostu lubić (inaczej to byłaby dla mnie męka, a Franka pracę musiałabym znienawidzić chyba) i przekuć na korzyść dla samej siebie :)

A na koniec migawka z wakacji...


Aż chce się krzyczeć: tu byłam! :)


sobota, 20 października 2012

Tryb wypoczynkowy czas włączyć

Nareszcie mamy swój upragniony urlop. Wyczekany już tyle czasu... Ostatni raz na porządnym urlopie byliśmy przecież we wrześniu ubiegłego roku. Poza tym, mamy przecież swoją "tradycję", że pod koniec zimy lub wczesną wiosną wyjeżdżamy za granicę - głównie tam, gdzie jest cieplej. A w tym roku też sobie przecież odpuściliśmy ze względu na ślub i wesele - ale przecież głównie dlatego, że wiedzieliśmy, że rodzice podarują nam podróż poślubną w prezencie ślubnym. Nareszcie się doczekaliśmy :)

W pracy udało mi się wszystko pozamykać. Ufff... Wzięłam sobie ponad dwa tygodnie wolnego, więc trochę mnie nie będzie. Mam nadzieję, że dadzą sobie radę - nie żebym była niezastąpiona, w żadnym wypadku, ale kiedy wzięłam raptem dwa dni wolnego przed ślubem, to odebrałam przynajmniej trzy telefony :) Po prostu każdy ma swoją działkę, w której się specjalizuje i trudno wymagać od innych, żeby od razu się wdrożyli. Teraz też umówiłam się, że telefon służbowy wezmę ze sobą i jeśli zdarzy się naprawdę coś pilnego, będzie ze mną kontakt. A chłopaki obiecali, że najpierw się dziesięć razy zastanowią zanim zadzwonią :) 
Ale przyznać muszę, że jeszcze tak całkiem o pracy nie zapomniałam. Wczoraj było najgorzej, bo cały wieczór rozmyślałam o tym, czy jeszcze coś powinnam zrobić i zastanawiałam się, co się będzie działo jak mnie nie będzie (mamy teraz w pracy dość gorący okres). Jakoś się nie mogłam przestawić na tryb wypoczynkowy - i chyba nadal jeszcze się nie przestawiłam :) (Ale pracuję nad tym) Niemniej jednak urlop rozpoczęliśmy między innymi miłym wieczorem przy winie i planszówce. Położyliśmy się spać dopiero przed trzecią :)

Dzisiaj było już nieco lepiej - jednak w piątek wieczorem zazwyczaj jestem mocno zmęczona, a wtedy nie jestem sobą. Nastrój zdecydowanie mi się poprawił. Zwłaszcza, że mieliśmy sporo rzeczy do załatwienia, a my tak lubimy sobie razem połazić i pozałatwiać :) Po południu byliśmy już w domu i - uwaga, uwaga! - już o piątej byłam spakowana! A to oznacza, że spakowałam się w półtorej godziny :) To chyba mój rekord - ale to zasługa Franka, który w tym pakowaniu mi pomógł :) On dyrygował, jak robiłam. W tym wypadku układ się faktycznie sprawdził. Jeszcze tylko czekamy aż nam wyschnie reszta rzeczy, którą dzisiaj praliśmy :)
Dzień był naprawdę bardzo przyjemny. Lubię takie weekendy (i pewnie niejeden raz o tym wspominałam), kiedy jesteśmy po prostu we dwoje i spędzamy ze sobą czas. Niby jeździmy z miejsca na miejsce, robimy zakupy, załatwiamy sprawy... ale przy okazji mam czas porozmawiać o wszystkim i o niczym, pożartować, pośmiać się - pobyć ze sobą w najbardziej intensywny sposób. To mi zawsze dodaje dużo energii i mocno mnie uszczęśliwia. Zawsze po jednym takim dniu mam wrażenie, jakbyśmy naładowali sobie baterię w naszym związku (o, teraz to chyba powinnam pisać: "małżeństwie" :P)

sobota, 28 lipca 2012

Komplementy Frankowe

Zrobiłam rano sałatkę i postawiłam ją na stole. Krzątałam się w kuchni podczas gdy wszedł Franek. Spojrzał na sałatkę, potem na mnie i powiedział: Kochanie, jesteś taka śliczna jak ta sałatka!

Przedwczoraj jechaliśmy samochodem. Byłam na Franka trochę zła, choć nie tak na serio, chodziło mi tylko o to, żeby wiedział, że coś mi się nie podoba. Nagle rzecze do mnie: Kocham Cię za ten szczekający uśmiech! :) Cóż, rozgryzł mnie, wiedział, że się nie foczę naprawdę, tylko usiłuję powstrzymać śmiech :P

Pamiętacie szmatki i smarowidła?? Uwielbiam Frankowe komplementy :D

piątek, 27 lipca 2012

Notatka

Wróciłam dziś do domu - pustego, bo Franek jeszcze do niedzieli ma popołudniówki. A w przedpokoju na szafce leży jakaś zwinięta karteczka. To nic nadzwyczajnego, że się u mnie w domu czy pracy walają takie karteczki, bo często notuję sobie na szybko różne rzeczy na nich. A to listę zakupów, a to tytuł książki, innym razem tytuł piosenki, jakiś numer telefonu, czy inne cyferki. Często znalezienie takiej karteczki bardzo mnie cieszy, gdyż odzyskuję dostęp do jakiejś zapomnianej lub zgubionej informacji...
Leży więc sobie ta karteczka, rozwijam ją a tam... Frankową ręką rozpisany plan dotyczący prezentów dla mnie! Bardzo mnie to poruszyło i rozczuliło jednocześnie! Jak bardzo musiało to być dla Franka ważne, że postanowił sobie wszystko zanotować i rozpisać? Uwielbiam planować i przywiązuję do tej czynności dużą wagę, więc tym bardziej jest to dla mnie znaczące, że Franuś miał tak wszystko przemyślane. Chociaż z rozpiski wynika, ze spontaniczności też nie zabrakło :))

Kiedy Franek zadzwonił, powitałam go słowami: "a gdzie moje perfumy?" :P Bo miałam również je dostać na którąś z okazji według tego, co było napisane. Na co ten odpowiedział: "Osz ty małpo!" :P I podejrzewał, że myszkowałam mu gdzieś po kieszeniach :) A mnie nawet do głowy by nie przyszło, żeby szukać takiej karteczki, więc odkrycie było jak najbardziej przypadkowe i zawinione przez Franka, który najpewniej wywalił zawartość kieszeni i potem zapomniał zniszczyć wszystkie dowody rzeczowe :))

Wiem, to się Wam może wydawać głupie, że się tak bezsensownie podniecam kawałkiem papieru... Ale dla mnie ma on dużą wartość - chyba nawet sama nie potrafię wytłumaczyć tak do końca, dlaczego. Ale jest to dla mnie dowód, że Franek chciał, żeby nasze świętowanie było idealne. I cóż... dla mnie było :)

Ps. A perfum nie dostałam, bo parę dni wcześniej sama sobie je kupiłam :) To tylko kolejny dowód na to, że musiał to planować naprawdę ze sporym wyprzedzeniem :)

wtorek, 7 lutego 2012

Drobiazgi?

Franuś wczoraj rano wstał i poszedł do sklepu, bo nie było chleba. Przy okazji kupił mi bułkę, żebym sobie wzięła do pracy (lubię jeść „na sucho”) – nie wiedział jaką, więc kupił na wszelki wypadek cztery i mogłam sobie wybrać. Do tego kupił mi jogurt – truskawkowo-poziomkowy, bo wie, że ja lubię jogurty „czerwone”. I jeszcze soczek – ot tak, żebym miała co pić w pracy, a soczek 100% więc zdrowy.
Kiedy wróciłam z pracy Franuś postawił mi przed nosem talerz z obiadem – gorącym, bo dopiero co przygotowanym. I oczywiście po obiedzie mogłam sobie usiąść przed komputerem – włączonym już wcześniej. Franek wie, że ja zawsze jak przychodzę do domu, pierwsze co, włączam komputer – nawet niekoniecznie od razu przy nim siadam, ale włączyć muszę. I mnie od jakiegoś czasu w tym wyręcza. Nawet go nigdy o to nie prosiłam. (wczoraj i tak odpuściłam komputer, wolałam sobie usiąść na kanapie obok Franka. Co z tego, że byliśmy zaczytani każdy w swojej książce, ważne, że razem :))
Dzisiaj rano wstałam, a w lodówce czekała obrana pomarańcza. (Nie lubię obierać cytrusów) I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że on szedł dziś do pracy na 4:15. Wstał więc po trzeciej i jeszcze znalazł czas, żeby mi obrać owoc! Kochany jest.
Franuś przyjeżdża po mnie na dworzec, gdy przyjeżdżam z Miasteczka i jadę pociągiem. Rzecz jasna, jeśli tylko akurat nie pracuje, odwozi mnie na niego - a kiedy jadę na dworzec prosto z pracy, spotykamy się na miejscu. Franek przywozi mi walizkę z domu, żebym nie musiała jej targać do biura. Ostatnio tuż przed odjazdem pociągu przypomniałam sobie, że zostawiłam w aucie komórkę. Nawet nie mrugnął i po nią pobiegł. Wcale nie musiał – miałam jeszcze telefon służbowy w razie czego, przeżyłabym bez komórki dwa dni. Ale pobiegł, bo on wie, że ja wiecznie czegoś zapominam…
Ja wiem, że już o tym wszystkim pisałam. Może przykłady inne, ale sens ten sam. Ale będę o tym pisać, bo mnie to nieustannie rozczula. Zwłaszcza, że On to robi najczęściej sam z siebie – w taki niezauważalny sposób. Przychodzi mu to naturalnie. Przecież to takie oczywiste, że zrobi coś, żeby sprawić mi przyjemność. I w zasadzie go rozumiem, bo ja też lubię bezinteresownie zanieść mu śniadanie do pracy, gdy akurat jestem w pobliżu. Albo zrobić na obiad coś co lubi, nawet gdy ja niekoniecznie za tym przepadam.
Bardzo mi było miło, kiedy dostałam od Franka kiedyś bukiet moich ulubionych kolorowych kwiatów zupełnie bez okazji. Ale jak tak o tym myślę, to chyba ta obrana pomarańcza nawet więcej dla mnie znaczy (nie ujmując niczego pięknym kwiatkom, z którymi prawie spałam :P)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jaka pyszna sanna ;)

Jestem naprawdę nieprzyzwyczajona do tego, że nie muszę siedzieć nad magisterką. Nawet kiedy miałam ją już napisaną, to siadałam, żeby coś tam dopisać, zmienić, poprawić. A w sobotę oddałam poprawione wersje i z powrotem dostałam zakończenie, w którym było tylko kilka błędów, w tym żadnych merytorycznych – tylko jakieś przecinki, apostrofy i takie tam. Od razu poprawiłam i odesłałam całość mailem. No i nie mam nad czym pracować, czekam na zwrot – dopiero za dwa tygodnie prawdopodobnie. Dziwnie mi ;))
Ale najśmieszniejsze jest to, że nie mam tytułu pracy :P Cały czas mam tylko „tentative title”, czyli coś na zasadzie roboczego. Trochę niezgrabnie brzmi po angielsku i nie podoba się ani mnie ani promotorowi :) Mam nadzieję, że do obrony na coś wpadnę :)
Ale skoro już zostałam obdarzona tą większą dawką wolnego czasu, postanowiłam to wykorzystać. Miałam wczoraj niedzielę z prawdziwego zdarzenia – nie pamiętam kiedy ostatni raz tak sobie leniuchowałam :) Aktywnie leniuchowałam, dodam.
Takiej zimy w Poznaniu to ja nie widziałam odkąd tu mieszkam, czyli od prawie sześciu lat. Ale to nic, bo Franek mieszka tu dwadześcia sześć lat i też nie pamięta :) Pamiętam jak kiedyś na weekendy jeździłam do domu i przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy tak w połowie drogi zauważałam śnieg leżący na polach a potem kiedy przyjeżdżałam do całkowicie białego Miasteczka. Albo jak robiłam zdjęcia komórką, żeby Frankowi prawdziwą zimę pokazać :P W Poznaniu śnieg właściwie nie leżał, przynajmniej nie w częściach miasta, po których ja się poruszałam. Mrozy owszem, zdarzały się, ale zima w Poznaniu przeważnie była szara bura i mokra :) A tu nagle w tym roku śnieg. No to trzeba było to wykorzystać. Otóż wybraliśmy się na sanki :P
Mało brakowało a Franek by się wykręcił, ale przekonałam go tym, że zdążyłam już powiedzieć Dorocie, że się wybieramy a ona tylko przyklasnęła. Nie miał już nic do gadania. Co prawda okazało się, że sanki nie mają linki, ale Dorota przyniosła coś a’la skakankę i po problemie. I tak oto trzy stare konie (jak to moja mama określiła) wybrały się na górki nad Wartą. Zabawa była genialna. Przewróciliśmy się chyba ze sto razy :) Królował w tym Franek, bo po prostu ma za długie kończyny, szkoda że nie widziałyście jak fruwały mu w powietrzu :) Dorota najadła się śniegu. Za to ja kilka razy zjechałam sobie na brzuchu (bez sanek :P) po zboczu górki. Włożyłam buty, których nie szkoda mi było zniszczyć. Nie przewidziałam tylko tego, że są tak śliskie, że nie będę mogla wejść z powrotem :)Robiłam jeden krok do przodu po czym zjeżdżałam z powrotem na brzuchu i kolanach. Franek z Dorotą ryczeli ze śmiechu. Dorota chciała mi podać rękę, ale skończyło się tym, że i ona zjechała na dół :) Ostatecznie nie pozostało mi nic innego jak włazić na czworakach.
Słuchajcie, dawno się tak dobrze nie bawiłam. Było mnóstwo frajdy, śmiechu, a przy okazji i spaliśliśmy trochę kalorii, bo nieźle się namęczyliśmy przy bieganiu tam i z powrotem. Żałuję, ze nie mieliśy aparatu. Wróciliśmy przemoczeni i szczęśliwi :) Trochę się tylko boję, czy nie przeziębiłam pęcherza, ale nawet jeśli to było warto ;)
Wieczorem natomiast jeszcze wyskoczyliśmy na miasto zobaczyć „światełko do nieba”.  Przemarzliśmy wczoraj równo :) Ale to takie zdrowe przemarznięcie było (no ok, czy zdrowe, to się pewnie dopiero okaże;)) i przyznać muszę, że warto było skorzystać z tych uroków zimy ;) No dobra, to już sobie na sankach pojeździłam, poślizgałam się a teraz zimo możesz sobie iść :) Ale słyszałam, że coś Ci się nie spieszy…

czwartek, 29 października 2009

Ładnie dziś wyglądasz.

Każda babka lubi słyszeć, ze ładnie wygląda nie? :) Ale z drugiej strony nie powinna może tego słyszeć codziennie, bo jak spowszednieje, to traci swoją moc. Mam takiego kolegę w pracy (tego od kwiatów i od budki telefonicznej), który codziennie przychodzi do pracy i pierwsze co robi, to kieruje swoje kroki do biura, żeby się ze mną przywitać i powiedzieć mi, że ładnie wyglądam.
No pewnie, że to miłe, ale trochę przestałam na to reagować, bo jak tu wierzyć, skoro słyszę to codziennie, bez względu na to jak jestem uczesana i w co jestem ubrana.? :) W pewnym momencie zamiast „dziękuję, miło mi”, zaczęłam odpowiadać z uśmiechem „dzisiaj też?” :) Chociaż jedno mu trzeba oddać, jak pewnego razu miałam zmartwienie i zaliczyłam nieprzespaną i przepłakaną noc, to zapukał swoim zwyczajem do biura, powiedział: „Cześć Margolka ład…” i się zawiesił, po czym dokończył „coś blada dzisiaj jesteś, dobrze się czujesz? Jakoś źle wyglądasz..” Więc może jednak jest szczery i naprawdę uczciwie mówi, że mam ładny płaszczyk na przykład :)
Także w liceum miałam kolegę, który raz jeden powiedział mi, że ładnie wyglądam, a ponieważ bardzo miło mi się wtedy zrobiło i dziękowałam mu wylewnie za komplement, chyba uznał za punkt honoru codzienne poprawianie mi nastroju miłym słowem. Od tamtej pory każdego dnia przychodził do szkoły ze słowami „Cześć Gosia, ładnie dzisiaj wyglądasz” :)
Miło jest słyszeć coś takiego codziennie, ale jeszcze przyjemniej, kiedy się usłyszy coś takiego niespodziewanie i od osoby, która komplementami nie szafuje. Pamiętam jak ładnych parę lat temu spotkałam się z moim ówczesnym najlepszym kolegą i on nagle spojrzał na mnie i powiedział „jakoś ładnie dzisiaj wyglądasz”. Miałam wtedy podły nastrój, ubrana byłam bardzo zwyczajnie (do dziś to pamiętam :) i nawet się nie pomalowałam, bo była sobota. Ależ mi się przyjemnie zrobiło.
A jeszcze przyjemniej zrobiło mi się wczoraj. Franek nie należy do tych facetów, którzy nie mają swojego zdania jeśli chodzi o babskie ciuszki czy fryzury. Potrafi spojrzeć na mnie krytycznym okiem i powiedzieć, że sweterek troszkę babciny albo, że coś dziwnego mam z włosami (na szczęście często tego nie słyszę, więc chyba nie jest tak źle :)). Ale jednocześnie od samego początku ujął mnie tym (bo był pierwszym moim chłopakiem, który zwracał uwagę na to, jak wyglądam), że słyszałam od niego dość często: „O, ładnie Ci w tym”, albo „Jakoś Ci to pasuje”, albo „O co zrobiłaś z włosami, jakoś tak ładnie…”. Codziennie może tego nie słyszę, ale cieszę się, bo lubię się czasami odpicować i otworzyć mu drzwi umalowana, przebrana i zobaczyć w jego oczach prawdziwy podziw i zachwyt. Kiedy mu się tak oczy zaświecą, wiem, że jest szczery. Jakbym słyszała to za często, komplementy by mi spowszedniały.
Wczoraj rano normalnie ubrałam się do pracy. Włożyłam nowy golf z sobotnich zakupów, a że oczy miałam trochę podkrążone do makijażu, oprócz codziennego tuszu do rzęs, użyłam również cienia pod kolor i kredki. Franuś się przebudził, spojrzał na mnie i nagle szeroko otworzył oczy i powiedział „Ale ślicznie wyglądasz!!” Uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam on dalej siedział i patrzył na mnie powtarzając „Normalnie, ale ładnie ta moja Kluska dzisiaj wygląda…” No i wiadomo, że wyszłam z domu od razu w lepszym nastroju. Potem poprawił mi go jeszcze R. spojrzał na mnie i rzekł „O coś nowego widzę, jakoś inaczej… no ładnie, ładnie…” No proszę, najpierw Facet Osobisty, potem Szef :) Ja wcale jakoś szczególnie nie wyglądałam, ot zwykły golfik za 40 złotych. Ale widocznie ładnie mi w czerwonym :) A poza tym warto się jednak codziennie nie malować, to jak już człowiek się pacnie takim bordowym maziajem, to nie dość, ze wszyscy zauważą to jeszcze pochwalą :)
A co do Kolegi z pracy, właśnie przed chwilą mnie nawiedził w biurze i usłyszałam „Cześć kochanie, ależ ładnie wyglądasz, no pięknie! Długo dzisiaj jesteś? Aaa, normalnie.. No, dobre i to”
No to wracam do roboty, bo zaraz się okaże, że nie będzie normalnie, a ja dziś na Hiszpański się spieszę ;)

piątek, 31 października 2008

Odkryłam sposób na korki.

To co działo się ostatnio na ulicach Poznania to po prostu była jakaś masakra! Zwłaszcza w poniedziałek myślałam, że wyjdę z siebie, kiedy stałam półtorej godziny w korku. I przez te półtorej godziny pokonywałam dystans, uwaga, pięciu kilometrów.Na piechotę zdążyłabym dwa razy obrócić ehhh. 
 
W każdym razie z obawy przed tym, co będzie działo się na drogach dziś po południu, postanowiłam pojechać do domu rano. Wczoraj pojechałam najpierw do jednej pracy, potem (zaliczając oczywiście korek po drodze) do drugiej. Skończyłam po siedemnastej. Głowa mnie już rozbolała od tego całodziennego siedzenia przed kompem, a tu jeszcze hiszpański mnie czekał. A najgorsze miało dopiero nadejść – mianowicie pakowanie. Jak ja tego nie znoszę!!!! Ja wiem – co to za pakowanie jak jadę na dwa dni. No właśnie i to jest najgorsze, bo jak jadę na dłużej, to biorę wszystko jak leci, a tak – muszę się zastanowić jaka będzie pogoda, gdzie będę szła, jaką kurtkę wziąć, jakie buty. A potem jeszcze, czy zdążę się w ogóle pouczyć, jeśli tak to które książki wziąć i tak dalej i tak dalej. To jest naprawdę moja zmora :/ A i tak jadę samochodem. Wyobraźcie sobie co się działo jak jeździłam pociągiem i miałam ograniczone możliwości bagażowe…

W każdym razie wyruszyłam w drogę dzisiaj po ósmej i okazało się to genialnym posunięciem. Jechało mi się bardzo dobrze. Nigdzie nie było korków, ruch był umiarkowany. Raczej wszyscy jechali równo i nie trafiłam na żadnego idiotę. Nawet ani razu się nie wydarłam ani nie przeklęłam :D a to u mnie rzadkość jak prowadzę. Jedynym mankamentem było to, że nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych a jechałam cały czas na południowy wschód, więc cały czas pod słońce. Dojechałam w południe. Zaraz wzięłam mojego Rokusia i poszłam z nim na spacer. Bo pogoda znowu ładna :) No i jestem w domku znowu. Ale za długo się tym nie nacieszę, bo jutro jedziemy oczywiście na groby. No a w niedzielę już wracam. Ehh, ciężkie jest życie na emigracji :P 

A tak jeszcze a propos tych korków… Franuś się ostatnio słodko zachował. Jak wracałam w poniedziałek z pracy i się tak władowałam w taki zator zadzwonił do mnie i zapytał gdzie jestem (normalnie z tego miejsca w ciągu pięciu minut jestem już w domu). Zadzwonił po piętnastu minutach i powtórzył pytanie. A ja powtórzyłam odpowiedź, bo nie ruszyłam się w tym czasie ani o metr :/ Byłam już tak wściekła, że się we mnie gotowało. A po półgodzinie Franuś zadzwonił i powiedział, że do mnie idzie i po chwili już siedział koło mnie :) Bardzo to miłe było z jego strony, bo przynajmniej nie nudziłam się sama stojąc w tym korku. Że mu się chciało iść w taki deszcz. Chociaż niestety muszę się przyznać, że na niego padło i musiał wysłuchiwać całej litanii moich skarg. Ale przeprosiłam go za to i chyba się za bardzo nie pogniewał :)
Mam jednak nadzieję, że w przyszłym tygodniu kiedy nie będzie już targów (chociaż w Poznaniu to wiecznie jakieś targi są), może będzie lepsze pogoda, a przede wszystkim nie będzie takiego ruchu przy cmentarzach, korki się skończą. A w razie czego teraz już będę miała na nie sposób – będę dzwonić po Franka hihi.

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Krótko i zwięźle o weekendzie

Chyba wróciłam. Dzisiaj nie będę się żalić:) Weekend minął mi bardzo miło, dość aktywnie, ale błogie lenistwo też zaliczyłam :)
W piątek wieczorem Franek wrócił z pracy i powiedział, że jedziemy na Stare Miasto. Zaskoczył mnie, ale dwa razy nie trzeba było mi tego powtarzać. Na rynku akurat odbywał się jakiś festiwal, było mnóstwo ludzi, muzyka, klimat niesamowity. Usiedliśmy sobie w jakiejś knajpce w ogródku, zjedliśmy, Franek wypił piwko. Dostałam od niego różę. Siedzieliśmy tam chyba ze trzy godziny i wcale nie chciało mi się wracać. Dawno już nie spędziliśmy razem tak miłego wieczoru. Szkoda, że tak rzadko razem wychodzimy, takie chwile przypominają nam o tym, że jesteśmy ze sobą naprawdę szczęśliwi, że zawsze mamy o czym rozmawiać i że jest tyle rzeczy, które nas łączą. Około północy wróciliśmy spacerkiem do domu. Nasz milutki wieczorek był tylko przez chwilę zakłócony przez pewne niezbyt przyjemne zdarzenie, ale to już może innym razem.Byle więcej takich przyjemnych wieczorków… I nocek ;)
W sobotę pojechaliśmy za miasto a w niedzielę siedziałam w domu z Dorotą i robiłyśmy błogie nic :) A nie sorki, nastawiłyśmy pranie. Ale tak poza tym to cały dzień na zmianę czytałyśmy, spałyśmy i oglądałyśmy powtórki seriali. Z tych pożytecznych rzeczy, obgadałyśmy trochę naszą przyszłość :) Powiedzmy. A do jakich wniosków doszłyśmy? To już może jutro.

wtorek, 20 maja 2008

Rozbrojona

Zniszczyłam sobie kurtkę :( Ukochaną. Ale wyglądało na to, że może jeszcze da się ją uratować, więc postanowiłam udać się z tym problemem do krawcowej. Franuś powiedział, że pojedzie ze mną – w poniedziałek miał przyjechać po mnie do pracy o 17 i załatwilibyśmy wszystko tak, że na 18 zdążyłby do pracy.

W poniedziałek rano wymyśliłam, że nie ma sensu jechać do mnie do domu i dopiero na miasto, tylko od razu Franek mi tą kurtkę przywiezie. Dzwonię i mówię, że idę do pracy i po drodze wstąpię i zostawię kurtkę u niego. Tak też zrobiłam.

Ale sprawy się nieco skomplikowały i po pierwsze ja byłam dłużej w pracy a po drugie Franek nie miał samochodu. Zadzwonił do mnie po 18:

 - No to kiedy pójdziemy do tej krawcowej?

 - Jutro.

 - Jak jutro? Przecież pracujesz do 18, o tej godzinie już nic nie załatwimy.

 - No to pójdziesz sama.

 - Nie pójdę sama, bo kurtka jest u Ciebie.

Dzwonię dwie godziny później:

 - Na którą idziesz jutro do pracy?

 - Na 10.

 - To przed pracą przyjedź do mnie do pracy i dasz mi tą kurtkę. Koło mojej pracy jest krawcowa, tam pójdziemy. I jeszcze książkę mi przywieź, bo mam po południu hiszpański i będzie mi potrzebna.

 - Ok.

Następne dwie godziny później:

 - To ja jutro przyjadę i przywiozę ci do pracy książkę.

 - No dobra. I kurtkę.

 - Kurtkę? To ona jest u mnie?

 - No przecież rano specjalnie po to u Ciebie byłam!! I dlatego nie mogę iść sama!!

 - Aha, no tak. No to ja będę o 9.30. Obudź mnie o 8.30.

 - Nie za późno? Zdążysz?

 - Tak, na pewno zdążę.

Dzisiaj godzina 8:30. Dzwonię:

 - No to już wstawaj. I pamiętaj co masz zabrać.

 - No już wstaję. Ale właściwie do czego ja ci jestem potrzebny??

 - (!!!) Bo masz moją kurtkę!! I pamiętaj o..

 - Aha.. Dobra, dobra, pamiętam.

9:30. Dzwoni On:

 - No to ja już jadę wyjdź na ulicę Ratajczaka to ci podam reklamówkę.

 - Ja jestem w pracy, nie mogę iść tak daleko. Przyjdź tu, krawcowa jest naprzeciwko.

 - Jak to?? To mam do ciebie pod pracę jechać?? To trzeba było mnie obudzić wcześniej!!!

Zagotowało się we mnie.. Ale jeszcze nic nie powiedziałam. Pomyślałam, że poczekam aż przyjedzie. Przyjechał. Wyszłam przed budynek. Wręczył mi kurtkę.

 - A książka?

 - Jaka książka???

Nie no to już mnie dobiło. Wygarnęłam mu co myślę o jego stopniu skupienia na tym co mówię. Jednym słowem, ze nie podoba mi się, iż jednym uchem wpuszcza a drugim wypuszcza… Tupnęłam nogą i odwróciłam się. Rozbroił mnie jednym zdaniem:

 - I tak cię kocham. :)

No dobra. Następnym razem powtórzę więcej razy…