*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odliczanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odliczanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

Pół torta...

...czyli pół roczku nam dzisiaj stuknęło! :) Nie do wiary! A z drugiej strony - jakie nie do wiary, skoro tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego małego Stworka, że nie wyobrażam sobie, że miałoby go nie być. Ale o życiu "przed" też nie zapomniałam. W każdym razie trochę niewiarygodne jest dla mnie to, że dotrwaliśmy do tego momentu.

Jednak okazało się, że te sześć miesięcy nie jest jakoś szczególnie przełomowe niestety. Zdecydowanie minione dwa były bardziej znaczące. Oczywiście, Wiking rozwija się cały czas, ale ten rozwój jest teraz stopniowy i polega na szlifowaniu umiejętności, które nabył do tej pory. Wcześniej to były prawdziwe skoki - z dnia na dzień pojawiało się coś nowego. Ale pewnie i na to znowu przyjdzie czas :) 
Na tę chwilę nie mogę się już doczekać, aż Wiking zacznie siedzieć. I raczkować, choć tego drugiego trochę mniej, bo wiem, że to się będzie wiązało z tym, że trzeba będzie raczkować za nim ;) Już mu wiele nie brakuje. Wiele razy już pisałam, że wyprzedza pod tym względem swoich rówieśników. Nie ma już problemu z tym, żeby przemieścić się z miejsca na miejsce. Bardzo często przybiera pozycję startową do raczkowania i wydaje mi się, że siedzenia również doczekamy się już w niedalekiej przyszłości, bo Wikuś bardzo często już prawie siedzi, podpierając się na łokciu na przykład.
Jest niezmiennie strasznie ciekawską istotą. Ostatnio jechałam z nim autobusem - był zawiązany w chuście. Usiedliśmy sobie, przez chwilę Wiking obserwował widok za oknem, a potem mało mi z chusty nie wylazł! Zaczął się przekręcać i wychylać w stronę współpasażerki. Pani czytała jakąś gazetę i Wikuś wypatrzył tam jakieś obrazki, które koniecznie chciał pomacać ;)
W domu też wyciąga rączki do wszystkiego i zaczęliśmy już etap, kiedy najlepszymi zabawkami są paczka chusteczek higienicznych czy pusta butelka po wodzie. Najchętniej bawiłby się oczywiście kablami, pilotami, telefonami itp, ale na to mu nie pozwalamy, co niekiedy spotyka się z głośnym sprzeciwem.

Nasz półroczniak ma jakieś 64cm długości i waży około 6,3 kg. Rośnie więc cały czas w swoim dość powolnym tempie i utrzymuje się w dole siatki centylowej. Wszystkie dzieci go przerastają, ale nas to szczególnie nie martwi, bo rozwija się normalnie (a ruchowo wręcz lepiej - bardzo możliwe, że właśnie dlatego, że jest lekki i jest mu łatwiej) a i my mamy mniej kilogramów do noszenia ;) 
Od jakichś dwóch tygodni Wiking już dostaje codziennie jeden posiłek, który nie jest mlekiem. Są to głównie papki ze słoiczków albo domowego wyrobu. W porze obiadowej sadzamy go też razem z nami przy stole na krzesełku do karmienia i podajemy jakieś warzywa w całości w ramach metody BLW, ale na razie Wikuś jest trochę za mały i nie bardzo po nie sięga. Chociaż już raz zgniótł w ręce jednego ziemniaka i skrzywił się na zapach pietruszki ;) Jednak przede wszystkim mamy na celu to, żeby siedział z nami przy stole i uczył się do czego służy pora obiadowa - dzięki temu zazwyczaj możemy w spokoju zjeść. 
Od tygodnia podajemy mu też do picia wodę a wczoraj napił się herbatki rumiankowej i bardzo mu smakowała. Przyznam, że nie mogę się doczekać, kiedy zacznie jeść jeszcze bardziej normalnie ;)

Ale ząbków jak nie było, tak nie ma. Nie martwi mnie to, szczególnie, że już kilka mam niezależnie od siebie mówiło mi, że to dobrze, bo podobno im później się pojawiają, tym są mocniejsze. Jednak są dni, kiedy Wiking bardzo się ślini i przy tym okropnie marudzi, więc pod tym względem wolałabym, żeby to ząbkowanie szło jakoś sprawniej.

To pół roczku trochę mnie rozczarowało, bo nie dość, że kamieni milowych nie odnotowaliśmy, to w ostatnim tygodniu Wikuś miał dwa bardzo złe dni, kiedy cały czas marudził. I nie wiem, czy to przez pogodę, czy ząbki, czy jeszcze coś innego. Ale może właśnie to jest ten okres marudzenia poprzedzający jakiś duży skok rozwojowy, który dopiero przed nami ;) Zobaczy się. Półrocze skłania też do refleksji na temat tego, jak ja się czuję jako matka i muszę się wreszcie za to zabrać! :)


 

 

piątek, 22 listopada 2013

Wielkie Odliczanie

Wracając jeszcze do tej energii... Akurat teraz jest mi ona wyjątkowo potrzebna. Zresztą pewnie nie tylko mi. Taka aura... Nawiązując przy okazji do mojej notki o patriotyzmie i Polsce - owszem, jest jedna rzecz, którą bez wahania zmieniłabym w naszym kraju - klimat! Nie żeby zaraz afrykańskie upały, ale bez tych szarości za oknem to bym się spokojnie obyła. Tego właśnie najbardziej nie lubię w naszym klimacie - pomijając już mroźne zimy oraz deszczowe i wietrzne dni jesienią, krótkie dni są wykańczające! W dodatku w większości ponure i ciemne.
Mamy już schyłek listopada, ale prawdę powiedziawszy i tak był nienajgorszy. Przede wszystkim było w miarę ciepło. Ale niestety słonecznych dni za wiele nie było. We wtorek rano było pięknie - mimo, że nieco chłodno, słońce spowodowało, że od razu świat inaczej wyglądał. Znowu chciało się żyć :)
Bo na co dzień jest z tym gorzej - popadłam w totalny marazm. Zaczęła się ta najgorsza część roku, kiedy nawet poranki mnie szczególnie nie cieszą. Budzę się bez większych problemów, ale w ogóle nie chce mi się wstawać - na zewnątrz jeszcze ciemno, w domu pozostaje mi tylko światło elektryczne, za którym nie przepadam. Nic mi się nie chce wtedy robić, a przecież jestem najbardziej efektywna właśnie rano. Później jadę w tej szarości do pracy, zazwyczaj towarzyszy mi mżawka - deszczyk tak drobny, że nawet go nie widać, tylko czuć. Brrr... 
No i skąd czerpać tą energię, skoro cały czas jest ciemno? Bo przecież nawet w ciągu dnia chmury są tak gęste, że słońce nie ma szans się przez nie przebić. A przed nami jeszcze przynajmniej trzy miesiące tych ponurości. Co roku dziwi mnie tak samo fakt, że musimy funkcjonować w takich podłych warunkach :) Ech... Ale cóż nam pozostało? Trzeba wytrzymać.Tylko właśnie trochę pokładów energii do tego przetrwania by się przydało, a na razie nie bardzo wiem skąd ją brać. Źródła mi się chyba wyczerpały, jadę już na rezerwie. Póki co w trybie awaryjnym codziennie zmuszam się do sprzątania - a konkretnie do porządkowania różnych papierów, dokumentów, rachunków, pamiątek. Czas najwyższy to zrobić. A to przynajmniej daje mi jakieś zajęcie. W przeciwnym wypadku już całkiem bym oklapła.
Właśnie to jest dziwne - nie chce mi się zabierać za nic, co zawsze sprawiało mi przyjemność. Tak po prostu - nie chce mi się i już. W ogóle to coś mi się całkiem poprzestawiało - to, że nie korzystam w pełni z "moich" poranków to jeszcze pół biedy w porównaniu z tym, że wieczorem w ogóle nie czuję senności! Tęsknię za tym uczuciem, kiedy to w okolicach 21 padałam na pyszczek, a o 22 oczy same mi się kleiły. Potem już tylko przykładałam głowę do poduszki i mnie nie było.
A teraz co? Piątek mamy! W piątki padałam ze zmęczenia już po ósmej, a dzisiaj nic! 
Mam nadzieję, że grudzień mnie wyleczy. Może się przyzwyczaję do tej brzydkiej pory i trochę znormalnieję. Ale zdumiewa mnie, jak bardzo inaczej świat wygląda wiosną i latem! Mam wrażenie, jakby to było zupełnie inne życie. 
Nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć tę notkę słowami - byle do wiosny. Tak, wiem, że jeszcze szmat czasu, nie przypominajcie mi. Właściwie jak tak sobie pomyślę, to co roku jest to samo - w listopadzie zaczynam Wielkie Odliczanie.

wtorek, 19 listopada 2013

O energii i ładowaniu baterii

Właściwie moja ostatnia notka miała być trochę o czymś innym, ale tak popłynęłam sobie trochę nurtem moich myśli i wyszło o domach. A tymczasem o weekendach chciałam, a konkretnie o tym czekaniu na kolejny długi wolny czas.
Bo ten weekend, który skończył się wczoraj, minął mi po prostu błyskawicznie! Jednak dwa tygodnie i tydzień temu mogłam bardziej naładować swoje baterie. Tym razem będąc w Poznaniu odpuściłam spotkania towarzyskie. Z Dorotą mi nie wyszło, bo akurat musiała jechać do Miasteczka, a ze spotkania z kolegami Franka zrezygnowam dobrowolnie, bo stwierdziłam, że nie nadaję się do pokazywania się ludziom. Powodem były moje oczy, a konkretnie powieki i skóra pod oczami, które spuchły i zczerwieniały totalnie. Wylądowałam nawet na ostrym dyżurze w niedzielę, bo bym zwariowała, tak mnie wszystko dookoła piekło i swędziało. Dostałam jakiś antybiotyk i mi przeszło. Ale do dziś nie mam pojęcia co mi było! A właściwie - wszyscy lekarze twierdzą, że to alergia, ale na co to już nie wie nikt, bo kosmetyków ani zwyczajów nie zmieniałam. Dziwne. Od dzisiaj znowu się maluję po staremu i zobaczymy, czy coś mi będzie. Jeśli nie, to już kompletnie nie wiem co jest grane :) Ale oczywiście - wolałabym nie :)

W każdym razie, ludziom się nie pokazywałam, ale to nie znaczy, że siedziałam cały czas w domu, bo pisząc "ludzie" mam na myśli tych ludziów znajomych. Na obcych się nie oglądałam, a więc łaziłam z tymi czerwonymi tudzież mokrymi (bo ten antybiotyk był w żelu i jak się posmarowałam to wyglądałam jak bym była zapłakana) ślepiami - najpierw po sklepach, bo musiałam sobie kupić kozaki. A gdzie indziej kupować buty, jak nie w poznańskiej Panoramie (kto z Poznania, ten wie :))? Poza tym nie byliśmy na Wszystkich Świętych w Poznaniu, więc odwiedziliśmy groby krewnych Franka - byliśmy tylko na dwóch cmentarzach, ale odwiedzenie wszystkich grobów zajęło nam sporo czasu.
A w poniedziałek oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić imienin Marcina, (i znowu kto z Poznania, ten wie :)) a więc fajnej imprezy w centrum miasta. Rogale były i spacer pośród tłumów był - dobra, ja wiem, że tłum to zazwyczaj nic fajnego, ale tego dnia panuje tam zawsze taka fajna atmosfera (zwłaszcza w porównaniu z warszawską), że aż żal się w ten tłum nie wtopić - nawet jak chwilami ten ludzki potok denerwuje :) A wieczorem musowo biegliśmy na pokaz sztucznych ogni. Biegliśmy, bo graliśmy z teściami w planszówki i tak się zagraliśmy, że aż się zagapiliśmy. Ale zdążyliśmy w samą porę :) Usatysfakcjonowani mogliśmy we wtorkowy poranek (5:30) wyruszyć do Warszawy i już o 9tej otwierałam biuro :) Po takim weekendzie miałam w sobie naprawdę całe pokłady energii!

To naprawdę ważne, żeby raz na jakiś czas po prostu się zrelaksować. Oderwać od szarej rzeczywistości, od codziennych spraw, otoczenia - nawet na chwilę. Mnie to naprawdę bardzo dużo daje. Zdarza się, że w takich momentach naprawdę potrafię choć trochę zapomnieć o zmartwieniach. Co prawda im poważniejsze te zmartwienia, tym trudniejszy jest powrót, ale jakoś się tego musiałam nauczyć. Ważne, że baterie naładowałam. A ten ładunek musi mi wystarczyć na dłuższy czas, bo przecież do świąt jeszcze cały miesiąc. Do tego czasu muszę się zadowalać zwykłymi weekendami, które mijają w tempie zastraszającym, zwłaszcza, że kiedy nigdzie nie wyjeżdżamy to mamy sporo spraw do załatwiania.

Pracę swoją lubię tak bardzo, że właściwie wysysa ze mnie tę zgromadzoną energię w stopniu minimalnym. Gorzej jest "po godzinach". 
Znowu wyszło o czymś innym :) Powinnam się chyba cieszyć, że pisanie tak mi idzie, że pisze się samo :)

wtorek, 16 października 2012

Jeden! Czyli wrażenia po.

Staż małżeński: jeden miesiąc i jeden dzień :)
Odliczanie, tyle że w drugą stronę... Nie zamierzam co prawda zamieszczać notki opisującej to, co dzieje się u nas w kolejnym miesiącu małżeństwa, ale ten pierwszy miesiąc - zwłaszcza, że zwany miodowym - warto zaznaczyć ;)
To był miesiąc... bardzo zwyczajny :) Nie działo się nic szczególnego, poza tym, że rozpakowywaliśmy nasze prezenty ślubne i raz po raz przeglądaliśmy zdjęcia ze ślubu i wesela. Myli się jednak ten, kto myśli, że nic się nie zmieniło. W naszym codziennym funkcjonowaniu - owszem, może niewiele, choć też nie można powiedzieć, że nic.

Przede wszystkim jest to swego rodzaju wewnętrzna zmiana, którą bardzo trudno opisać. Takie duchowe poczucie, że teraz jest zupełnie inaczej - i to jest niesamowite, że zmiana ta dokonała się tylko poprzez wypowiedzenie znanej wszystkim formułki i włożenie sobie na palec kawałka złota. A jednak jest ogromna. Kiedy idziemy razem ulicą mam wrażenie, że teraz idziemy sobie bardziej "legalnie", skoro jesteśmy małżeństwem (nie wspominając już o tym, jaką frajdę sprawia nam chodzenie do kościoła na legalu ;)) - czuję, że jesteśmy teraz lepszą wersją poprzedniego związku. Nikt teraz nie może nam zarzucić (piszę czysto hipotetycznie, bo nigdy nie mieliśmy takiej sytuacji), że jesteśmy tylko parą ludzi, która chwilowo postanowiła sobie pobyć ze sobą i wszystko się jeszcze może zdarzyć. Owszem, może się zdarzyć wszystko - poza naszym rozstaniem. Nie ma żadnej furtki, jesteśmy już na siebie skazani na zawsze i to jest fajne :) Nie chodzi o to, że wcześniej nie miałam pewności, bo taka pewność i zaufanie jest w nas, a nie przychodzi z zewnątrz, ale chyba jednak małżeństwo jest jakiegoś rodzaju certyfikatem, który mimo wszystko warto mieć - dla samego siebie :) Nie mylić tego certyfikatu z gwarancją, bo fakt, że jesteśmy po ślubie niczego nam nie zapewnia (poza tym, że w myśl zasad ślubu kościelnego nie ma możliwości, żeby się rozmyślić) - a już na pewno nie daje nam w gratisie udanego małżeństwa, bo na to musimy sobie zapracować oboje, ale jednak mam wrażenie, że wartość naszego związku mocno się podniosła :)  Od miesiąca jesteśmy, inni, jakby ważniejsi. Lepsi też i czuję, jakbyśmy osiągnęli jakiś wyższy poziom wtajemniczenia ;)
Nawet kłótnie są inne (no chyba nie myślicie, że przy naszych temperamentach odpuściliśmy sobie kłótnie w miesiącu miodowym???) - bo jest świadomość, że przecież i tak się zaraz pogodzimy, skoro jesteśmy sobie zaślubieni - a szkoda marnować czas na coś, co się i tak zaraz skończy :P

Można powiedzieć, że jestem dumna z tego, że jesteśmy małżeństwem i z dumą noszę jego symbol, czyli obrączkę. A skoro o tym mowa - no przekonałam się do nie zdejmowania obrączki :) Zawsze nosiłam biżuterię - obowiązkowo pierścionki, zegarek i bransoletkę. Po powrocie z pracy odruchowo ściągałam je niczym buty - pierścionek zaręczynowy też :) Taki rytuał. Zresztą pierścionki przeszkadzały mi w codziennych czynnościach. Z obrączką jednak jest inaczej - mimo, że wcale nie uważam, że jak ją zdejmę, to przestaniemy istnieć jako mąż i żona ;P, noszę ją cały czas i zupełnie się do tego przyzwyczaiłam. Ostatnio nawet podrabiane gołąbki robiłam z obrączką na palcu :) Franek też swojej obrączki nie zdejmuje (to jest chyba jedna z głównych przyczyn, dlaczego ja też tego nie robię) - wbrew opinii teścia, który twierdzi, że obrączka przeszkadza im w pracy, a przede wszystkim, że się zniszczy! Na co my odpowiadamy, że po co nam niezniszczona obrączka w szufladzie??? Z jakiego powodu ją tam trzymać? Na lepszą okazję??? Pytanie tylko - jaką :) Oj tam, jak się zniszczy, to się ją odnowi, na pewno się da ;)

Taak, warto było brać ten ślub choćby dla tej niesamowitej świadomości, że teraz jesteśmy trochę innym związkiem :P I dla poczucia, że w jakiś sposób jesteśmy uświęceni - to już ten aspekt religijny, który dla nas jest ważny. I teraz jeszcze bardziej nie mogę zrozumieć, jak brat Franka praktycznie do dziś powtarza, że po ślubie nic się u nich nie zmieniło (są trzy lata małżeństwem) - bo przecież i tak wcześniej mieszkali ze sobą i żyli jak małżeństwo. Ja absolutnie nie miałam poczucia, że żyjemy jak małżeństwo - skoro nim nie byliśmy! Dla mnie małżeństwo to nie jest tylko wspólne robienie zakupów czy pranie czyichś ubrań. Jak mieszkałam z Dorotą to też tak było :) Dlatego uważam, że po ślubie zmienia się przede wszystkim mentalność, a jeśli ktoś tego nie odczuwa to... chyba mogę go pożałować, bo to naprawdę piękne uczucie.

I tylko żal, że ten dzień mamy już za sobą... Ja często mam problem z takimi wydarzeniami - gdy długo na coś czekam i cieszę się tym, to później jest mi bardzo żal, że to już się skończyło. Odczuwam taką pustkę po tym oczekiwaniu i nie raz nie mogę sobie z tym poradzić. Między innymi tym właśnie spowodowany był mój dołek jakiś czas temu. Niemal depresyjnie działała na mnie myśl, że już po wszystkim :( Teraz już jakoś sobie z tym radzę, ale dowiedziałam się, że można tęsknić nie tylko za kimś albo nie tylko za miejscem, ale także za konkretnym wydarzeniem. Bo ja po prostu odczuwam tęsknotę za tamtym dniem. Wbrew tradycyjnemu przekonaniu chyba nie mogłabym powiedzieć, że to był najszczęśliwszy dzień w moim życiu - bo ja raczej na co dzień jestem szczęśliwa, to słowo mi trochę nie pasuje.
Ale na pewno był to jeden z najradośniejszych, najważniejszych i najpiękniejszych dni w moim życiu. Jedyny w swoim rodzaju.

To było niesamowite i piękne, że tego dnia mogliśmy być w centrum uwagi. W ogóle nam to nie doskwierało i czuliśmy się jak ryby w wodzie :) Byliśmy swobodni i radośni. Byliśmy sobą. To na pewno duża zasługa naszych gości - obecne były wszystkie najważniejsze dla nas osoby, a teraz chyba będą jeszcze ważniejsze. Bardzo zbliża świadomość, że ktoś uczestniczył w tak ważnym dla nas wydarzeniu, że świętował i cieszył się razem z nami. Poza tym, to był jedyny taki dzień, kiedy mogliśmy tych wszystkich ludzi zebrać w jednym miejscu i w jednym czasie*. Nie trzeba było dzielić się sobą między rodzinę moją i Franka, między rodzinę a znajomych, między koleżanki ze studiów a Dorotę i Juskę... Wszyscy byli razem - mogli się poznać i zobaczyć tych, których wcześniej znali tylko z naszych opowiadań.  To było naprawdę wspaniałe. I jeszcze ta świadomość, że oni wszyscy przyjechali tylko dla nas, z żadnego innego powodu... :)
Tak, to zdecydowanie był dzień jedyny w swoim rodzaju. Naj... w naszym życiu :)

*mój kuzyn kiedyś stwierdził, że kolejny raz, kiedy tyle ludzi przyjedzie tylko dla konkretnej osoby, to dopiero pogrzeb :) - no ale wtedy to już raczej skład nie będzie ten sam. Eee, nie lubię czarnego humoru :P

czwartek, 13 września 2012

Blisko, coraz bliżej. Odliczanie: dwa!

Oczy mi się już kleją ze zmęczenia, ale spać nie mogę, bo za około półtorej godziny musimy odebrać Karolinę :) Wystartowała dzisiaj z Sevilli o 5.00. Przez Rzym przyleciała do Krakowa. Tam wsiadła w autobus i będzie u nas już wkrótce. Nasz pierwszy gość :) (pierwszy przyjezdny :))

A my dzisiaj pozałatwialiśmy całą masę ważnych spraw :)
-Obgadaliśmy z zespołem przebieg naszego wesela - bardzo ogólnie :) Chodziło tylko o kluczowe momenty, bo przecież nie mamy zamiar iść punkt po punkcie! Spontanicznie ma być :)
- Odebraliśmy od Juski mamy kosz na alkohol
- Kupiliśmy Frankowi koszulę zapasową.
- Omówiliśmy z księdzem szczegóły ślubu.
- Franek był u fryzjera
- Omówiliśmy też ważne sprawy z kamerzystą
- Zostawiliśmy w miejscach noclegowych listy gości z rozpiską, kto gdzie i z kim śpi :)
- Poćwiczyliśmy taniec. Założyłam halkę od mojej sukni. Kurczę, boję się czy damy radę zatańczyć walca, bo moja suknia ślubna jest jednak dłuższa od tej, w której ćwiczymy... (suknia jest dłuższa od halki, co podkreślam, bo w halce też ćwiczymy, a na halkę zakładam sukienkę ze studniówki, ale właśnie ona jest nieco krótsza od ślubnej)

W tym czasie moi rodzice zakupili alkohol i wodę. Narzeczony mojej siostry okleił nam wódkę. Juska w Poznaniu odebrała te dwie "jaskółcze" winietki. Siostra poćwiczyła śpiewanie - wraz z organistą w pustym kościele :) I w ogóle działo się jeszcze całe mnóstwo różnych rzeczy :)

Wczoraj zadzwoniła do mnie babka z cukierni, która robi nam tort. No i zdębiałam, jak przestraszona zaczęła mi mówić, że chyba nie dadzą rady zorganizować tylu storczyków do ozdobienia tortu, ile trzeba... A ja na początku nie miałam pojęcia, o co jej chodzi. Potem zrozumiałam - oni się mnie wcześniej pytali, jakie kwiaty mają być na torcie, a zanim zdążyłam odpowiedzieć - jaki mam bukiet. No i sobie zapisali, że storczyki, a one okazały się drogie i trudno dostępne (te specjalne na tort). I tam jeszcze cała gadka była na ten temat, zanim zrozumiałam o co chodzi. Wyjaśniłam pani, że mogą być róże i że naprawdę nic się nie stanie, nie będę miała pretensji :) Potem pani mnie jeszcze pytała, jaki kolor mają mieć kuleczki na torcie (sic!) - srebrne, czy złote... Jestem naprawdę w szoku, że ludzie przed ślubem muszą decydować o takich sprawach - a może chcą?? Bo mnie na przykład wszystko jedno i nic by się nie stało, gdybym nie wiedziała wcześniej, jak to będzie wyglądało - no ładnie ma być, i już :)) A to oni się znają na swojej robocie, nie ja, więc pewnie będzie ładnie. A poza tym - tort jest do jedzenia, zje się bez względu na to, czy kuleczki będą srebrne, czy złote :)

Oczywiście pani tylko wykonywała swoją pracę - chce, żeby klient był zadowolony, więc woli zapytać. I całe szczęście, że zadzwoniła, bo ja jeszcze na łeb nie upadłam, żeby płacić ponad sto złotych więcej za tort, tylko po to, żeby mi się jego ozdoba zgadzała z bukietem! :) A gdyby nie zadzwoniła, tylko załatwiała te storczyki, to bym zapłaciła nieświadoma... Ale chodzi mi o to, że ludzie są niepoważni, że o takie rzeczy potrafią mieć pretensje! Ja rozumiem, że mają jakąś tam wizję i chcą, żeby ślub był idealny, ale czy sami sobie krzywdy nie robią przywiązując wagę do takich szczegółów?? A sądząc po słyszalnej uldze w głosie tej pani, kiedy ją uspokoiłam, że mnie jest wszystko jedno i że zaufam im oraz po jej przestraszonym tonie mówiącym, że nie chciałaby, żebym miała do nich pretensję śmiem twierdzić, że ludzie chyba naprawdę potrafią zrobić awanturę o coś takiego :))

Wybaczcie chaos w mojej notce, ale staram się upchnąć jak najwięcej myśli w jak najmniejszej liczbie słów :) Do tego jeszcze czas mnie goni!

Właśnie oglądam pogodę na tvn24 i mówią, że padać u nas nie będzie w sobotę. Oby! Oby, bo dzisiaj to była katastrofa. A jeśli chodzi o tę drugą sprawę, która mnie martwiła, to już jest ok :) Dostałam okres, który spóźnił mi się o osiem dni! (pewnie z powodu jakichś podświadomych nerwów). Chociaż prawdę mówiąc spodziewałam się tego już rok temu. Zawsze mam tak, że dostaję okres wtedy, gdy coś ważnego się dzieje - mój organizm jest po prostu w świetny z dostosowywaniem się do okazji. No nic, dobrze, że dziś, w sobotę już nie powinien mi dokuczać, bo przynajmniej o tyle mam dobrze, że zazwyczaj comiesięczna kobieca przypadłość jest dla mnie uciążliwa tylko pierwszego dnia :)

Karolina właśnie napisała, że wyłapała informację, że ma jeszcze 41 km :)) Już prawie. Nie da się ukryć, to się dzieje naprawdę, choć chwilami mam wątpliwości :)

Ps. Na odpisanie na komentarze niestety już mi czasu nie starczyło, będę to robić stopniowo

środa, 12 września 2012

Panieńska poznańska nocka :) Odliczanie: trzy!

No nie udało mi się wczoraj już niczego napisać, chociaż bardzo chciałam :( Chyba się zaczął mały kołowrotek - chociaż z drugiej strony może to wynika po prostu z tego, że dziś wyjeżdżamy z Poznania i musimy sporo rzeczy tu podomykać.

Przyjechali wczoraj moi rodzice i razem ze mną poszli po odbiór sukni. Przyznać muszę, że się tego nie spodziewałam, mimo dwóch przymiarek, które przecież już za mną :) Przeszło mi nawet przez myśl, że może nie będę ostatecznie zadowolona, ale nic z tych rzeczy. Suknia bardzo mi się podoba! Leży moim zdaniem świetnie, a ten półgolfik przy twarzy jest piękny i dodaje mi blasku (och ja nieskromna :P, ale tylko powtarzam słowa obserwatorów ;)). Suknia została wpakowana do bagażnika i teraz już czeka na mnie w Miasteczku. Już teraz mi żal, że będę ją miała na sobie tylko przez parę godzin :( Ale naprawdę warto :) Już się nie mogę doczekać miny Franka.

Z salonu sukien ślubnych pojechaliśmy do banku, bo jak na złość akurat teraz musiałam zapomnieć hasła do bankowości internetowej! No szlag by to - od kilku lat wszystkie transakcje robię przez internet i do banku właściwie nie zaglądam, ale tydzień temu Franek namówił mnie na zmianę hasła. Nie modyfikowałam go jakoś bardzo, po prostu trochę je umocniłam - ze średnio na bardzo silne. Okazało się, że zrobiłam je tak silne, że chroniło nawet przede mną :) Najlepsze jest to, że pamiętałam wszystkie składniki hasła, tylko nie mogłam sobie przypomnieć ich konfiguracji. A akurat wczoraj chciałam koniecznie zrobić przelew do USC.
Spędziłam w banku ponad pół godziny, takie były kolejki, ale najważniejsze, że hasło odzyskałam i więcej nie zamierzam go stracić :)

W czasie, kiedy z rodzicami załatwiałam te i inne sprawy, Franek pojechał do spowiedzi, spotkał się z Karolą i Dagą, z którymi mieliśmy "porachunki" ;) i pojechał po winietki. No i moja wtopa :( Wieczorem usiedliśmy, żeby sprawdzić, czy wszystkie są - ja czytałam nazwiska, Franek odhaczał je na liście. Kiedy doszłam do Marcina Jaskóły Franek popatrzył na mnie wzrokiem bazyliszka: "jaki Jaskóła?????" No tak, bo Marcin nie jest Jaskóła tylko Jaskólski! Podobnie jak jego brat :/ Ale czy to moja wina, skoro Franek zawsze o nich mówi Jaskóły??? Nawet w telefonie miał wpisanego Marcina Jaskółę, no i mi się zapomniało, odruchowo wpisałam na listę tak. Zadzwoniłam więc od razu do Juski po ratunek, poprawiła i odesłała do drukowania. Do babki od drukowania też zadzwoniłam po prośbie, czy da radę nam to na dziś druknąć. Da. :)

Przy okazji porozmawiałyśmy z Juską o kilku kwestiach, między innymi o dekoracji sali. Powiedziałam jej, że w czwartek pojadę do restauracji i dowiem się, kiedy możemy tam wejść, a ona mi na to, że jej mama już tam była, już się ze wszystkimi poumawiała, już wszystko pomierzyła i w ogóle mam sobie tym głowy nie zawracać. Przy okazji zwróciła mi jeszcze uwagę na kilka kwestii, o których musimy pomyśleć, co mnie tylko utwierdziło po raz kolejny w przekonaniu, że to właściwa osoba na właściwym miejscu :)

I tak minął nam cały dzień. Położyliśmy się więc spać. I nic! Chyba po raz pierwszy dopadł mnie lekki stres! Nie spałam przez pół nocy i ciągle miałam przed oczami siebie w sukni ślubnej. Rozmyślałam o różnych sprawach, również o tym, że to była moja ostatnia panieńska noc w Poznaniu :) Jednocześnie bardzo chciałam zasnąć, ale nie mogłam - po prostu czułam, że jestem strasznie podekscytowana! Bo to nie był taki stres paniczny - nie denerwowałam się, że coś nie wyjdzie albo, że jeszcze dużo spraw mamy do załatwienia, po prostu byłam pełna emocji - że to już i chyba po raz pierwszy poczułam, że to się dzieje naprawdę i że to za chwilę.

Rano wstałam i teraz to ja pojechałam do spowiedzi. Przede mną były tylko dwie osoby, ale jeden chłopak klęczał przy konfesjonale ponad 20 minut!!! Serio, sprawdzałam na zegarku, bo się bałam, że do pracy się spóźnię. Ale się nie spóźniłam, a aureolę nad głową już mam :) W ogóle wszystko dla księdza już mamy i możemy się jutro z nim spotykać :)

Ale ogólnie nie czuję się dziś szczególnie wypoczęta po tej nocce, zwłaszcza, że czeka nas jeszcze pakowanie i boję sie, że czegoś zapomnimy (najwazniejsze rzeczy takie jak obrączki już są w Miasteczku na szczęście).
A w dodatku aura dzisiaj mi nie służy i humor mam lekko skwaszony. Mam nadzieję jednak, że to chwilowe - i aura i humor :) Co do drugiego co prawda jestem trochę bardziej pewna, bo przypuszczam, że dzisiaj po pracy już mi się lepiej zrobi :) No ale o pogodę to się trochę boję. Zimno ma być w sobotę - a przynajmniej zimno jak na moje bolerko... Cóż, grunt żeby nie padało a na razie prognozy w tym względzie są optymistyczne. Na razie musze zaklinać pogodę :)
I jest jeszcze jeden powód, który niezbyt dobrze wpływa na mój nastrój, ale o tym się nie będę rozwodzić, bo i bez sensu :/
No nic, mam nadzieję, że do następnej notki mi się poprawi :)

sobota, 8 września 2012

Jeszcze tydzień!

Miała być dzisiaj notka o panieńskim wreszcie, ale padam na pyszczek i nie dam rady. Wstaliśmy dzisiaj o 3:30, bo na 7:45 byłam umówiona z koleżanką w Miasteczku na powtórkę z oczyszczania twarzy. Franek kończył wczoraj pracę o 20:00 więc mieliśmy do wyboru wyjazd po 21:00 albo rano. Mnie było wszystko jedno, a Franek wolał rano - przecież przyzwyczajony jest do pobudek o tej godzinie i jazdy nad ranem :)
Myślałam, że będę spała, ale jakoś mi nie szło. Tak naprawdę przysnęłam dopiero po 6:00 na ostatnich 40 km trasy. I w związku z tym cały dzień chodzę dzisiaj jakaś nieprzytomna - nawet nie to, że śpiąca, ale cały czas mam piasek pod oczami i ciężko myślę.

A dzień był intensywny, bo zaraz po kosmetyczce byłam umówiona u fryzjera. Miałam próbne czesanie i... kurczę no, podoba mi się! Fryzjerka zrobiła mi tę fryzurę dosłownie w 5 minut (bo chodziło tylko o ogólny zarys, nie chciałyśmy się za bardzo do tego przykładać, bo drugi raz na pewno by tak nie wyszło) a ja byłam zachwycona, bo dokładnie o coś takiego mi chodziło! Jeden szczegół tylko musiałam poprawić, ale ogólnie naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona, bo rzadko mi się podobają fryzury od fryzjera :) Bałam się, że będzie katastrofa w dzień ślubu, ale jeśli uda jej się zrobić mniej więcej to samo, to będzie super!

Resztę dnia spędziłam na pucowaniu mojego panieńskiego pokoju :) I na walczeniu z mamą, która kazała wywalić mi wszystkie śmieci, które wcale śmieciami nie są a po prostu pamiątkami sentymentalnymi z moich nastoletnich czasów :P Poszłyśmy na kompromis - wyrzuciłam wszystkie numery Cogito od roku 2000, ale zostawiłam sobie Filipinki z lat 90tych :D (no dobra, Filipinkę też kiedyś wyrzucę, ale chciałam sobie ją jeszcze raz przejrzeć, a dziś nie było czasu).

Później ćwiczyliśmy z Frankiem taniec, ale tym razem w wersji bardziej generalnej - założyłam sukienkę mojej siostry ze studniówki a we włosy wpięłam welon. Jak się okazało, to były istotne szczegóły, bo po tylu próbach bez tych akcesoriów Franek początkowo przydeptywał mi suknię i ściągał welon :P Ale szybko wyrobił sobie prawidłowe odruchy i jest oki. A próba najbardziej podobała się naszemu psu, który przeszkodził w kilku strategicznych momentach, plącząc się nam pod nogami :)
Mieliśmy też do załatwienia pewną sprawę w okolicy "naszej" restauracji. Przejeżdżaliśmy obok i wiedzieliśmy inne wesele. Jakie to ekscytujące wiedzieć, że już za tydzień, to my będziemy na tym miejscu! Niesamowite. Za tydzień o tej porze to już będzie po torcie ;)))
I dowiedziałam się dziś, że przyjedzie moja kuzynka, której miałam być niepewna do ostatniej chwili. A to oznacza, że będą wszyscy - cała nasza "kuzyńska" ekipa sprzed dwudziestu lat. Oprócz tego kuzyna, który odmówił na samym początku, ale tak właśnie powinno być, bo on się nigdy z nami nie trzymał :P

A na koniec mam dla Was niespodziankę! Franek mocno się opierał, ale ostatecznie pozwolił na zamieszczenie swojego wizerunku na moim blogu. Uwaga, uwaga, oto i on! Poznajcie Franka:



:D :D

środa, 5 września 2012

Odliczanie: 10!

No! Nareszcie trochę luzu. Ja tu ślub mam za parę dni, mnóstwo pomysłów na notki, panieński do opisania a w pracy mi głowę pracą załatwiają zupełnie, jakby to był początek miesiąca jak każdy :P

Ale dzisiaj jakby się lekko zluzowało, więc wreszcie mogę coś napisać. Przy okazji przepraszam bardzo za milczenie u Was! Zaglądam wyrywkowo, ale już bez komentarza zazwyczaj niestety :(

A tymczasem... Dziesięć dni zostało tylko do ślubu! Raptem pięć pracujących :) I tak sobie myślę, że my już mamy praktycznie wszystko załatwione! Powoli, systematycznie i jest. Oczywiście trzeba jeszcze coś odebrać, gdzieś zadzwonić, coś przemyśleć, ale w większości są to kwestie, z którymi i tak trzeba poczekać.


Jutro odbieramy prezenty dla rodziców i dziadków, które damy na weselu w podziękowaniu a także naklejki i pudełka na ciastka oraz ozdoby na wódkę. Później moja mama dzwoni do swojej koleżanki, która nam te ciastka będzie piekła. W tym tygodniu zamówimy też alkohol - wódkę w hurtowni (kolejna znajoma zaangażowana w nasze wesele - sąsiadka, która jest udziałowcem, a więc będzie trochę taniej:)) a wino oczywiście u mnie w pracy. Będzie jeszcze piwo, bo mamy gości, którzy niczego innego nie piją.


W sobotę jedziemy do Miasteczka, gdzie mam umówioną ponowną wizytę u koleżanki-kosmetyczki na oczyszczanie. A potem do fryzjera :) Próbne czesanie będzie. W tym samym czasie siostra ma drugą próbę śpiewania u organisty. Taniec się ćwiczy :) Sala się udekoruje :P Rękami kwiaciarki, Juski i jej mamy oraz kelnerów. Balony nadmucha Karolina, na wódkę naklei nalepki - już się umówiłyśmy :)) Moje koleżanki sobie za moimi plecami knują i ustalają kto jaki prezent nam kupi.


Przypuszczam, ze do poniedziałku odbierzemy winietki na stół i dopracujemy ostatecznie usadzenie gości*. We wtorek odbieram suknię ślubną. W środę po południu jedziemy do Miasteczka, a że chcę się załapać na spowiedź w Poznaniu, to pewnie właśnie tego dnia załatwię drugą spowiedź przedślubną :) W czwartek jesteśmy jeszcze umówieni z zespołem oraz kamerzystą, żeby omówić szczegóły. No i z księdzem :)


I tyle :P Jak widzicie nadal spokój! Zachodzę w głowę, czym się tak przejmują panny młode (zazwyczaj one) na kilka tygodni a później dni przed ślubem??? Myślałam, że się dowiem tak na tydzień przed, ale jakoś się na to nie zanosi, bo przecież wszystko jest pod kontrolą. Nie wątpię, że stres przyjdzie, ale to będzie raczej takie podekscytowanie w postaci motyli w brzuchu ze względu na to, co się za chwile stanie, a nie panika i gorączka przygotowań. Pamiętam jak czytałam u niektórych osób na kilka miesięcy czy tygodni przed ich ślubem, że mają już tego wszystkiego dość i że niech się to wszystko już skończy :P Zastanawiałam się, kiedy mnie to dopadnie - a teraz w ogóle nie widzę powodu, żeby miałoby dopaść :) Dobrze jest jednym słowem! Wszystkie guziki już są, równiutkie, wypolerowane i teraz tylko zapinamy je po kolei :)

A! Zapomniałam o jeszcze jednym - w poniedziałek wpłaciliśmy zaliczkę na podróż poślubną :) 21 października lecimy na Wyspy Kanaryjskie - Fuerteventura :)) (Madera podobno ma już jednak kapryśną pogodę o tej porze roku, więc odpuściliśmy)

*Wiem, że czasami winietki niektórych dziwią, więc od razu wyjaśnię, że u nas nie wchodziło w grę inne rozwiązanie. Nie chcemy, żeby nasi goście siedzieli przypadkowo. Prawie na wszystkich weselach, na których byłam, goście byli usadzeni, a gdy tego zabrakło, to początek uroczystości był chaotyczny i zwyczajnie niefajny. Goście zamiast śpiewać młodej parze "Sto lat" biegli zajmować stoliki a i tak zazwyczaj ktoś zostawał na lodzie. Po prostu trzeba usadzić ludzi mądrze, a wszyscy będą zadowoleni :) U nas będzie tak, że stoły będą w kształcie litery U, tyle, że z jedną przerwą. My będziemy oczywiście u szczytu :) Przy stołach po naszej prawej stronie będzie rodzeństwo i kuzynostwo, po lewej - znajomi. Zaraz za kuzynostwem jest mała przerwa (żeby łatwiej było przechodzić) i tam będą siedzieć rodzice, wujostwo i dzadostwo :P - w skrócie rzecz ujmując wszyscy goście po czterdziestce ;)
Na początku myśleliśmy, że ci ostatni będą siedzieć po naszej lewej, ale rodzice powiedzieli nam, że mamy sobie wziąć znajomych, to będzie weselej - a nam to pasowało, jak najbardziej :) Wiem, że różne są tradycje - koło młodych siedzą często rodzice, świadkowie albo rodzeństwo, ale u nas będzie bez tradycji :P Najważniejsze żeby ludzie siedzieli w swoim towarzystwie.

środa, 15 sierpnia 2012

Odliczanie: jeden! /Niedziela w środku tygodnia

Już to na pewno kiedyś pisałam, ale bardzo lubię takie wolne dni w ciągu tygodnia :) A najlepiej, jeśli to są w dodatku święta kościelne, bo wtedy to już totalnie mam wrażenie, że to niedziela. Idę potem sobie w "poniedziałek" do pracy, po czym okazuje się, że za dwa dni znowu mamy weekend! :) A w tym konkretnym przypadku - za jeden dzień, bo w piątek mam urlop.

Franek szedł dzisiaj do pracy dopiero na 16, więc mieliśmy trochę czasu żeby porozmawiać. Omówiliśmy kilka kolejnych kwestii - jakżeby inaczej? ;) - ślubnych. Bo nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że nasz ślub odbędzie się dokładnie za miesiąc!!! :) A teraz do tych, które mają już dość mojej monotematyczności: jeszcze tylko miesiąc. Muszę teraz to wszystko opisać, bo mogę nie mieć już w życiu takiej okazji :) Wybaczcie więc! :)

Całkiem przyjemną niedzielę w środku tygodnia na miesiąc przed ślubem spędziłam w domu. Sama nie wiem jak to się stało, ze już mamy wieczór, ale na pewno nie był to dzień stracony, bo poświęciłam go na wszelkie czynności, które lubię :) A więc: poczytałam, poserialowałam i poszydełkowałam. Do tego porozmawiałam z Frankiem. I nawet poprasowałam - tak, wiem, dzień święty trzeba święcić, ale na mszy byłam, a prasowanie traktuję bardziej jako relaks niż przykry obowiązek :)

To na pewno nie jest mój ostatni post przedślubny, ale (raczej) na pewno ostatni odliczający miesiące :) Podsumowanie więc musi być, ale trudno określić co już mamy załatwione - bo to większość. Łatwiej będzie więc wymienić, co nam jeszcze pozostało. Zawiadomienia już mamy - teraz trzeba je wysłać. W piątek jedziemy do Miasteczka. Jesteśmy umówieni z managerem restauracji - potwierdzimy menu, dogadamy się co do ciasta i tortu, omówimy ogólny wystrój sali. Umówieni jesteśmy też z kwiaciarką/florystką :) - na podpisanie umowy. Niby też mamy omówić szczegóły bukietu i dekoracji kościoła, ale cóż ja poradzę, jak te szczegóły mam... ekhm, gdzieś :P Powiem po prostu, że chcę białe storczyki i ma być ładnie. Ona będzie najlepiej wiedziała, jak to zrobić. Jeśli zdążymy, przejedziemy się też do Opola, bo tam namierzyliśmy coś, co chcemy wręczyć rodzicom w podziękowaniu i od razu zamówimy sobie część zawieszek na wódkę. No i kupimy pudełko na ciasto. A właściwie ciastka (wspominałam już, ze jednak będzie?)

Zapowiedzi już wiszą w obu parafiach, o czym poinformował mnie smsowo mój tato a ustnie rodzice Franka :) Ja już zaliczyłam pierwszą spowiedź przedślubną (na wspaniałego księdza trafiłam - nie ma to jak u Dominikanów), Franek się dopiero przejdzie. Teraz jeszcze tylko ostatnie spotkanie z księdzem w celu ustalenia szczegółów ceremonii, ale to już tuż przed ślubem. Trzeba też omówić z organistą parę detali, ale to już problem mojej siostry :P

Jeśli chodzi o naszą garderobę - Frankowi trzeba kupić muszkę, a przede mną zakup tych nieszczęsnych :P pończoch i części bielizny. Suknia prawie gotowa, tylko się jeszcze muszę kopsnąć po welon, bo odebrałam buty a o nim zapomniałam, a będzie mi potrzebny na próbne czesanie we wrześniu.
Winietki nadal się robią. Juska się tym zajęła a poza tym razem ze swoją mamą zrobią nam dekorację "stanowiska" pary młodej na sali. Wieczór panieński też się robi, co potwierdziła mi dzisiaj Karolina2 (nie hiszpańska), która się zajmuje jego organizacją.

Najbardziej martwią mnie tańce :P Po pierwsze - nie zdecydowaliśmy się ostatecznie na piosenkę na pierwszy taniec. Po drugie - wspominałam chyba, ze będziemy mieć indywidualny kurs z córką chrzestnej Franka (którą zresztą też zapraszamy na wesele). Ale trochę się pokomplikowało - z obu stron i się przesunęło. Mamy zacząć dopiero w poniedziałek i boję się, czy zdążymy (zaznaczam, ze nie chodzi o konkretny układ, tylko Franka trzeba tak generalnie podszkolić). Ale i Franek i Daga zapewniają mnie, że tak, więc wierzę na słowo...

No i co jeszcze? Wybór zdjęć, które przekażemy kamerzyście do wykorzystania w filmie, spotkanie z zespołem, opłata do US w Miasteczku... Aaa i musimy się zacząć dowiadywać co z naszą podróżą poślubną sponsorowaną przez moich rodziców.
To by było na tyle :P Więcej pozycji na liście nie ma (na razie)
Nie mam pojęcia, jak to się stało, ze zostało już tylko 30 dni!!!



poniedziałek, 16 lipca 2012

Odliczanie: dwa!

Wczoraj się nie udało, będzie dzisiaj :) To już tylko dwa miesiące! Sześćdziesiąt jeden dni przed naszym ślubem byłam w Miasteczku. Franek niestety pracował, więc pojechałam sama. Niedzielę spędziłam z rodzicami i psem na działce. Później jeszcze obiad i podróż do Poznania. Pociągiem - całkiem wygodna i bez opóźnień (to tak a propos ostatniej notki :)) Wybraliśmy się jeszcze z Frankiem do znajomych - Ali i R. (mojego poprzedniego szefa) i spędziliśmy bardzo miło wieczór, choć niestety krótki, bo Franka dzisiaj czekała pobudka o 3.
Nie mogliśmy się z nimi spotkać, bo zawsze komuś coś wypadało, więc dopiero wczoraj przekazaliśmy im oficjalnie zaproszenie na ślub i wesele. Nadal niestety mamy jeszcze 10 zaproszeń do rozdania! Zła trochę jestem, że tak wyszło, ale Franek twierdzi, że wszystko jest pod kontrolą, że te osoby przeciez od dawna wiedzą, kiedy jest wesele itd. Zostali jeszcze jego koledzy, brat oraz babcia. Niby wiem, że to nic wielkiego, ale ja po prostu chciałabym mieć już to z głowy. Jest jednak szansa, że dzisiaj i jutro rozdamy to, co mamy.
Nie wszystkie osoby, które zaproszenia już dostały potwierdziły nam przybycie, więc gratuluję sobie w duchu, że podałam im datę potwierdzenia 15 lipca - bo dzięki temu nie muszę teraz w panice wydzwaniać do wszystkich i pytać, czy przyjadą. Jest jeszcze na to czas. Na chwilę obecną odmówiło nam osiem osób, co nas nawet cieszy :P. Byli to goście, po których raczej spodziewaliśmy się odmowy, a w ostatecznym rozrachunku zaproszonych wyszło trochę za dużo niż byśmy chcieli. A tak, jest szansa, że ścisku nie będzie. Ale o gościach to może osobną notkę napiszę innym razem...

Lipiec rzeczywiście okazał się dla mnie łaskawszy, jeśli chodzi o ilość wolnego czasu i mam trochę więcej luzu. Ale gorączka przedślubna jeszcze nas nie dopadła :) Chociaż już coraz częściej myślimy o tym, ile to jeszcze ważnych drobiazgów do załatwienia zostało i kiedy na to wszystko będzie czas :)
Jak już wspomniałam ostatnio, dwa miesiące przed ślubem mamy załatwione wszystkie formalności urzędowe. U księdza też już byliśmy i spisaliśmy protokół. Wpisy w internecie mnie trochę przestraszyły, a okazało się, że wszystko poszło sprawnie i obyło się bez dziwnych pytań. Ale 4 sierpnia idziemy do niego jeszcze raz - nie chcieliśmy, żeby zapowiedzi wisiały z takim wyprzedzeniem i on sam też nie był tego zwolennikiem, więc załatwimy to dopiero w sierpniu - pierwsze zapowiedzi będą wisieć chyba już piątego.

Miałam już przymiarkę sukni :) Nie spodziewałam się, że wyjdzie tak fajnie. Kupiłam też welon i buty. Brakuje mi jeszcze rękawiczek, bo były albo za długie, albo za krótkie :) Kolejna przymiarka 11 sierpnia. Za to Franek jeszcze nie ma garnituru. Być może w przyszłym tygodniu pojedziemy na poszukiwania.
I cóż jeszcze? Tak naprawdę wszystko, co najważniejsze mamy już załatwione, ale prawie wszędzie trzeba będzie się zjawić jeszcze raz w sierpniu lub wrześniu omówić szczegóły, potwierdzić i tak dalej. Utrudnieniem jest to, że wszystko trzeba będzie już załatwiać w Miasteczku. Ale nic to - Franek miewa wolne dni w tygodniu, a ja się dziś dowiedziałam, że mam jeszcze 30 dni urlopu, więc damy radę, Miasteczko nie jest na końcu świata, da się obrócić w jeden dzień, o czym przekonaliśmy się właśnie przy okazji wizyty u księdza :)

Aaa! I tańce jeszcze - ostatnio wspominałam, że znaleźliśmy całkiem fajną szkołę obok nas i mieliśmy zamiar od lipca zacząć naukę. Ale okazało się, że córka chrzestnej Franka jest nauczycielką tańca! No i zgadaliśmy się, że ona udzieli nam lekcji indywidualnych o połowę taniej, a co najważniejsze - w dni, które nam będą pasowały. Mamy zacząć w sierpniu. Brzmi pięknie i mam nadzieję, że tak też będzie :) Bo na razie jestem trochę sceptyczna, ale Franek twierdzi, że dziewczyna by nam nie ściemniała :)

A na koniec wspomnę jeszcze, że z piątku na sobotę miałam sen dotyczący naszego ślubu. Śniło mi się wszystko - od początku mszy, poprzez przysięgę i wesele aż po poprawiny! :) Obudziłam się dopiero w trakcie poprawinowego obiadu, bo się Rokuś domagał, żeby go pogłaskać :P Ale co jest w tym najistotniejsze - zawsze w tego typu snach śniłam, że o czymś zapomniałam, że coś poszło nie tak, że z czymś nie zdążyłam... A tym razem wszystko było, jak należy :) Poza jednym drobnym szczegółem - dostałam rosół z pietruszką :) Ale o to sie akurat nie martwię.
Niesamowite, że to już tak niedługo :)

piątek, 15 czerwca 2012

Odliczanie: trzy!

Nieco inaczej niż miesiąc temu, to nie do końca był dzień jak co dzień. A już na pewno nie życzyłabym sobie, żeby tak wyglądały moje dni. Chociaż z drugiej strony - przez ostatnie dwa tygodnie niestety trochę taka jest moja rzeczywistość :/
Niemniej jednak, trzy miesiące przed ślubem jesteśmy ciągle jeszcze emocjonujemy się dniem wczorajszym i meczem na żywo! I nie da się chyba napisać inaczej - było super :) Ale zdecydowanie to temat na osobną notkę (kolejną! kiedy ja opiszę to wszystko, co bym chciała?!) Dłuugo będę ten dzień pamiętać i wspaniale, że byliśmy na tym meczu razem.
Ale dziś rano, podobnie jak miesiąc temu posprzeczaliśmy się :P Przede wszystkim, byłam nafoczona na Franka, bo położyłam się wieczorem, a on obiecał, że też się położy niedługo, a tymczasem zasnął przed telewizorem i "niedługo" nastąpiło dopiero o 5 rano! A potem jeszcze warknął na mnie (pisałam już, że obudzony Franek, to zły Franek?:)), miałam więc zamiar się obrazić i nawet nie pożegnać przed wyjściem do pracy. Ale Franek mnie rozbroił, bo kiedy już byłam jedną nogą za drzwiami, krzyknął z uśmiechem: "Pa słoneczko, miłej pracy" No to jakoś już nie miałam siły się foczyć.
W pracy koszmarnie! Co za dzień! Nic mi dzisiaj nie wychodziło, pół dnia szukałam przyczyny jednej niezgodności! Kiedy znalazłam i poszłam do magazynu doliczyć się czegoś innego, okazało się, że tam też mi nie wychodzi i wcięło mnie na godzinę! Poza tym skaleczyłam się jakimś odłamkiem stłuczonej butelki a na domiar złego niechcący zgasili mi światło w magazynie (no zasiedziałam się) i musiałam oświetlać sobie drogę między paletami komórką. Po powrocie do biura okazało się, że mój komputer umarł. Jak widać zła passa nadal mnie jeszcze nie opuściła :) Zabrałam laptopa do domu i dopiero po jakimś czasie udało się go ocucić! Na szczęście dane mi nie przepadły jakimś cudem. Jak dobrze, że we wtorek jadę do Warszawy! Dostanę nowego kompa.
Cóż poza tym? Wybraliśmy się dzisiaj do szkoły tańca, która znajduje się bardzo blisko naszego mieszkania - popytaliśmy, jak wyglądają tam kursy. Prawdopodobnie od lipca pójdziemy sobie potańcować. Pojechaliśmy też do Panoramy obejrzeć jakieś buty ślubne, ale niestety nie znalazłam niczego ciekawego. A czasu mam coraz mniej, bo do przymiarki sukni muszę je mieć. Zaproszenia rozdane w pięćdziesięciu procentach. Jak już wspomniałam, zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i frankowa rodzina. Obrączki też już są, jak zapewne pamiętacie. Dzwoniłam też do księdza, żeby się umówić na spisanie protokołu ślubnego, ale nie odbierał - pewnie na mszy był :P Nic to, spróbuję jutro. Najzabawniejsze jest to, że nie mamy kiedy pojechać do Miasteczka :D W każdym razie i tak musimy jeszcze wstąpić do USC - od przyszłego tygodnia będziemy już mogli, bo do ślubu pozostanie już mniej niż 90 dni. Swoją drogą miałam nadzieję, że będę świadoma, że nadeszła "studniówka". Ale w niedzielę kompletnie o tym zapomniałam.
Na trzy miesiące przed naszym ślubem na wszystko brakuje mi czasu a życie nabrało zawrotnego tempa. Ale to nie gorączka przedślubna nas dopadła, tak się po prostu złożyło. Jakże bym chciała, żeby lipiec był trochę spokojniejszy. I jest chyba jednak na to szansa, ale na razie ciii :)

wtorek, 13 grudnia 2011

Czekam i czekam.

Pisałam już kilka razy o tym, że lubię czekać. Nie wiem, czy należę do osób bardzo cierpliwych – to chyba zależy od sytuacji, ale czekanie to coś, co wywołuje we mnie pozytywne emocje. Oczywiście poza pewnymi wyjątkowymi sytuacjami, kiedy oczekiwanie wiąże się z niepokojem, nerwami, czy stresem – nie, takiego czekania nie lubię, pod tym względem na pewno jestem niecierpliwa i sprawy skomplikowane, nieprzyjemne lub niepewne lubię załatwiać od razu. Czasami nawet aż za bardzo się z tym spieszę i najpierw zrobię a dopiero później myślę.
Ale nie o takie oczekiwanie mam teraz na myśli. Piszę o czekaniu na pewne wydarzenia – bardziej lub mniej ważne, przyjemne lub neutralne, ale coś jednak znaczące. Lubię odliczać dni, mierzyć czas od jednego charakterystycznego momentu do drugiego. Czasami są to momenty bardzo oczywiste, czasami ważne i przełomowe. Takie odliczanie powoduje, że czas szybko płynie – jeszcze nie zdecydowałam, czy to dobrze, czy źle. Chociaż chyba na razie skłaniam się ku pierwszej opcji…
Na razie czekam na przyszły tydzień i przyjazd szefostwa z Warszawy. To zawsze jest u mnie w pracy ważne wydarzenie. Później oczywiście – święta. A następnie styczeń, który rozpocznie nowy rok. Na luty czekam zawsze, bo w tym miesiącu dni zaczynają być już widocznie dłuższe. Nie wstaję już zupełnie po ciemku a i słońce zachodzi trochę później. To już jest dla mnie jakiś zwiastun wiosny… Potem nadchodzi marzec. Nie lubię tego miesiąca, a jednak na niego czekam – bo marzec to już wiosna. Nawet niech sobie będzie ponura i zimna – ale jednak to wiosna! :) Tym razem z wyjątkową niecierpliwością czekam na kwiecień – a konkretnie na koniec kwietnia. Ma się wtedy skończyć pierwsza część remontu najważniejszego węzła komunikacyjnego w Poznaniu i mam ogromną nadzieję, że będzie się jeździło lepiej. Chociaż przez parę miesięcy, bo później mają remontować drugą część (na to już nie czekam :)). Niby głupie, ot takie tam wydarzenie, na które ani nie mam wpływu, ani nie jest jakoś szczególnie związane z moim życiem – a jednak, bardzo często w myślach powtarzam sobie „byle do kwietnia…” Później czekam na maj. Maj jest piękny, uwielbiam ten miesiąc. Podobnie jak czerwiec – a na czerwiec czekam, bo wybierzemy się razem z Frankiem na mecz Euro. Lipca już się całkowicie doczekać nie mogę, bo to chyba już zawsze będzie dla mnie wyjątkowy miesiąc. No i oczywiście rzeczą, na którą czekam od pewnego czasu najbardziej jest nasz ślub.  Jeszcze niedawno niewiele o tym myślałam. Teraz zostało jeszcze dziesięć miesięcy – dużo, ale ja już czekam intensywnie. I łapię się na tym, że chyba naprawdę nie mogę się doczekać :) A potem będę czekać na urlop i nasze wakacje, które wyjątkowo przenosimy w roku 2012 na późną jesień. A potem wszystko zacznie się od nowa :)
Oczywiście w międzyczasie czekam na całe mnóstwo innych drobnych wydarzeń – na wspólny weekend z Frankiem, na przyjazd koleżanki z Hiszpanii, na odwiedziny w Miasteczku, na czyjeś urodziny, spęd rodzinny z okazji imienin kogoś innego. Każdego dnia czekam na wieczór – kiedy mogę usiąść spokojnie z książką lub ulubionym czasopismem, z kubkiem ciepłej herbaty, kieliszkiem wina albo po prostu z piwem i poczuć, że teraz jest czas dla mnie. A z kolei każdego wieczora czekam na ranek – i ten czas zanim się wszystko zacznie…

Całe moje życie to oczekiwanie – w dużej mierze dlatego, że sama je sobie w taki sposób zaprojektowałam :) Wiem, że nie wszyscy zwracają uwagę na sam proces oczekiwania – dla niektórych wszystko po prostu się dzieje, nie rozmyślają o tym, nie odliczają. A ja to lubię. To daje mi pewną kontrolę nad tym czasem :)
Ech, a jaki żal odczuwam, kiedy doczekam się wreszcie na to, na co tyle czasu czekałam…

czwartek, 12 marca 2009

Reisefieber

Jeszcze jakiś czas temu w ogóle o tym nie myślałam. Potem zaczęła się niepewna sytuacja w firmie. Coraz głośniej o kryzysie. Zastanawiałam się, czy dobrze robimy, że wyjeżdżamy w takim momencie – zwłaszcza, że złotówka taka słaba. Moja mama i parę innych osób powiedziało mi jednak, że mamy jechać, dopóki mamy okazję i pieniądze. Zresztą w robocie na razie się uspokoiło. Złotówka poszła do góry.Franek się cieszył od początku. Nie raz mówił, że już się nie może doczekać aż pojedziemy, że często o tym myśli. A  mnie to jakoś niespecjalnie ruszało. Do środy. Od środy oszalałam. Zaczęłam się od tego, że myślałam jakie ubrania ze sobą zabiorę. No i od tamtej pory cały czas myślę o tym, co ze sobą zabierzemy, liczę ile pieniędzy nam będzie potrzebne, sprawdzam miejsca, które warto zobaczyć itd :) Wczoraj już kupiliśmy trochę funtów. Wybraliśmy idealny moment, bo były tańsze niż przedwczoraj i dzisiaj. Zaoszczędziliśmy przynajmniej 50 zł. Coraz bardziej jestem podekscytowana tym wyjazdem. Nareszcie się zaczęłam cieszyć:) Nie mogę się już doczekać, mimo, że to dopiero za tydzień. Taki mały Reisefieber mnie dopadł:) Myślę, analizuję, stresuję się i tak dalej. Ale to wszystko nawet przyjemne jest. A perspektywa, że na parę dni oderwę się od tego wszystkiego – bezcenna :)

wtorek, 16 grudnia 2008

Plany na święta... Rozmarzyłam się

No to się trochę pochwaliłam. A teraz czas na zejście z piedestału i zajęcie się bardziej przyziemnymi sprawami. Mianowicie tym, że święta coraz bliżej i można się tym zacząć wreszcie cieszyć. W tym tygodniu tak naprawdę już nic nie muszę. Tak sobie sprytnie obmyśliłam, że na wszystkie prezentacje pozgłaszałam się tak,żeby je mieć za sobą przed świętami i w czasie wolnym nie zaprzątać sobie nimi głowy. Na pierwszym zjeździe po nowym roku mam co prawda kartkówkę ze słownictwa, ale uczenie się słówek to dla mnie przyjemność. Naprawdę to lubię,poza tym idzie mi to bardzo szybko, więc jak przez tydzień się pouczę dziennie pół godzinki to zaliczę bez problemu. Poza tym w sobotę doznałam olśnienia i chyba wiem o czym będę pisać pracę magisterską. Ale jeszcze nie mówię, żeby nie zapeszyć. Muszę w książkach pogrzebać, czy znajdę coś na ten temat. I tym również mam zamiar zająć się podczas wolnych dni. Ogólnie plan jest taki, że codziennie poświęcę jakąś godzinkę, dwie na naukę a resztę spędzę na błogim lenistwie :) Oczywiście mam zamiar zaangażować się w przygotowaniaprzedświąteczne, ale chodzi mi bardziej o takie umysłowe nicnierobienie. Pomogę mamie w czym będę mogła – sprzątanie, gotowanie i takie tam, ale poza tym to będzie tylko mój pokoik, moje łóżeczko i książka. I ewentualnie mój pies, który pod moim biurkiem zrobił sobie budę. Cudnie będzie jednym słowem. I jeszcze tylko dwa dni do wyjazdu do domku…

środa, 10 grudnia 2008

Prezentacja prezentów.

Powoli wracam z tej Australii :) Zgodnie z planem prezentację miałam gotową w niedzielę i uczę się jej po trochu codziennie. Poza tym trochę zniknęłam ostatnio z „blogowiska”, bo strasznie wciągnął mnie inny świat – mianowicie świat książek. 
 
Zawsze dużo czytałam, ale ostatnio szczególnie się wciągnęłam w książki. ( eh, co za masło maślane, ale cóż, spieszę się trochę, niech tak sobie będzie :)) Przeważnie czytam dwie lub nawet trzy naraz:) Jedną w domu, która jest zbyt ciężka, żeby ją nosić. Druga to przeważnie jakaś mała i lekka książka, którą czytam zawsze w tramwaju i na przystankach – nawet na mrozie, trochę ciężko przewraca się strony w rękawiczkach, ale daję radę :) 
 Czasami jeszcze jakaś trzecia się znajdzie. 
 
Poza tym żyję już świętami. Co prawda w zeszłym tygodniu dostawałam białej gorączki, bo w pracy zapuścili już świąteczną muzę. Normalnie słuchać jej nie mogłam. Teraz też cały czas tłucze mi się po głowie „snowman, snowman” albo „merry christmas everyone”. Ale już przywykłam i zamiast się wściekać, nastrój powoli mi się udziela. Dzisiaj nawet skoczyłam do Empiku rozejrzeć się za jakimiś prezentami. I tak mnie oświeciło, że mam już pomysły dla wszystkich! Siostrze kupię grę The Sims2, bo już od dawna namawia mnie, żebyśmy się na nią złożyły. Nie złożę się, ale za to dostanie ją na własność :) Mamie kupimy film na DVD Mamma mia – chciała go zobaczyć, ale nie miała kiedy się wybrać do kina. A poza tym uwielbia Abbę. Wujek ostatnio choruje na audiobooki i kupuje je hurtowo, głównie powieści należące do klasyki. A ponieważ jest historykiem, myślę, że po choinkę dostanie książkę do słuchania „Polska Piastów” Jasienicy. Tata zaraził się od wujka i mama mówi, że cały czas chodzi z discmanem i słucha… No to dostanie Władcę pierścieni, całą trylogię, bo lubi fantastykę. A dziadziu dostanie sweter i prawdopodobnie jakiś album lub książkę dotyczącą Ukrainy. I Franuś jeszcze oczywiście. Ale to już zostało postanowione dawno – dostanie spodnie! Biedak ciągle spłaca jakieś długi, więc kupno dżinsów cały czas odkłada. Niespodzianki nie będzie, bo jak się sama przejdę to jeszcze bym rybaczki kupiła :) Ale tak mi chodzi po głowie, że może jeszcze coś dorzucę, żeby nie było takiej całkiem „spodziewanki”. Aha, no i jakbym mogła zapomnieć! Oczywiście nasz piesek ukochany dostanie tradycyjnie dropsy czekoladowe dla psów i dentaraska :) Tymczasem zaczynam wielkie odliczanie, bo już 19 jadę do domku na całe 10 dni!!! Tak długo byłam w domu ostatni raz chyba…. dwa lata temu. Święta, święta hura :)