*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po babsku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po babsku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2014

Poszalały baby

W piątek po pracy byłam zaproszona na służbową-niesłużbową degustację :) Muszę przyznać, że średnio miałam ochotę się tam wybrać. A właściwie inaczej - miałam ochotę, tylko mi się nie chciało. Rozumiecie, co mam na myśli? Miewacie tak czasami? :) Bo ja nadzwyczaj często - ochota jest, tylko chęci nieco brak - a pomyślałby kto, że to jedno i to samo :P
W każdym razie postanowiłam się jednak zmobilizować, wiedząc, że jeśli nie pójdę, będę czuła lekki niedosyt i być może nawet wyrzuty sumienia, bo nie lubię się nie wywiązywać z tego typu zobowiązań towarzyskich. 
Miałam jednak postanowienie - tym razem nie zostanę na części nieoficjalnej :) Chciałam na drugi dzień być w pełni sił fizycznych i umysłowych i miałam pewne plany, a poza tym nie chciałam, żeby Franek siedział sam. Cóż, moje postanowienie udało mi się co prawda zrealizować, bo zaraz po części oficjalnej zaczęliśmy się zbierać. Ale nie wpadłam na to, że część nieoficjalna przeniesie się do mieszkania koleżanki z pracy :) To było zupełnie spontaniczne i jeszcze o 22 nie miałam pojęcia, jak to się skończy, mimo, że widziałam, że robi się niebezpiecznie sympatycznie :)
W naszej branży tak to już jest, że każde z nas ma w domu przynajmniej kilka butelek firmowego trunku. Siłą rzeczy więc degustacja przeniosła się do domu koleżanki, jej chłopaka i psinki :) Cały czas mi się wydawało, że już za chwilę będę wychodzić, ale jakoś ta chwila ciągle nie nadchodziła :) Później chłopaki się ewakuowali - Asystent do domu, Pan Domu do łóżka :) A my... Cóż, my sobie urządziłyśmy Dzień Kobiet, choć ledwo się zaczynał ;) To było takie prawdziwe gadu-gadu nocą. Przy winie. Zapewniłyśmy sobie nawet bardziej intymny nastrój przenosząc się z kanapy na podłogę (nie pamiętam, jak to się stało, ale zapewniam Was, że to nie grawitacja nas przyciągnęła :P)
Noo, muszę przyznać, że dawno nie zdarzyło mi się tak zabalować i zagadać z kimś innym niż z Dorotą :P  Wyszłam nad ranem i zdziwiłam się, że po piątej robi się już jasno. Kiedy wreszcie dojechałam do domu (czy wspominałam już o koszmarnych odległościach w Warszawie? :/) zbliżała się pora, kiedy to normalnie wstaję, a nie dopiero się kładę. Stąd mój dylemat, gdy stanęłam przed lustrem w łazience: użyć kremu na dzień, czy na noc? :D Ale Franuś był bardzo wyrozumiały i nie miał do mnie nawet pół pretensji :P
Jak zwykle nie udało mi się odespać i w sobotę nie byłam pełna energii, ale nie żałowałam. To był naprawdę udany wieczór. Bardzo dobrze się bawiłam, a później naprawdę dłuugo rozmawiałyśmy o wszystkim. To był taki kolaż tematów, bo zaczynałyśmy o jednym, a kończyłyśmy o czymś innym, pozornie bez żadnego związku. Swoją drogą człowieczy babski sposób rozumowania bywa bardzo pokrętny ;) Czuję nawet lekki niedosyt, bo mam wrażenie, że mogłybyśmy tak jeszcze długo i że jeszcze wiele mogłybyśmy powiedzieć :P 
Ale chyba lepiej kończyć spotkania z poczuciem niedosytu, niż przesytu? :)

piątek, 6 września 2013

Babski weekend część druga i trzecia z rodzynkiem :) +dopisek

No to doczłapaliśmy się do weekendu po tym okropnym, pełnym stresu tygodniu! A propos weekendu, został mi jeszcze jeden babski do opisania, więc stwierdziłam, że dzisiaj jest dobra okazja, żeby po krótce opowiedzieć, co też porabiałyśmy miesiąc temu  z Dorotą.
Przyjechała znowu w piątkowy wieczór i obowiązkowo zaopatrzyłyśmy się w browarki - tym razem na wszelki wypadek wzięłyśmy więcej, żeby frankowych zapasów nie podkradać. I dobrze zrobiłyśmy, bo poszły wszystkie, o ile dobrze pamiętam - po cztery na głowę. Ale nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam, bo może było więcej :)

Na dworze, po upalnym dniu szalała burza. A my siedziałyśmy przy małej lapce, obserwowałyśmy błyskawice, słuchałyśmy szumu deszczu i gadałyśmy. Wydawałoby się, że przy ostatniej okazji wyczerpałyśmy już wszystkie ważne i mniej ważne tematy, ale okazuje się, że znalazły się inne równie ważne ;) Zmogło nas w okolicach północy i położyłyśmy się, ale już po ciemku, w łóżku zebrało nam się jeszcze na pogaduchy i tak przegadałyśmy jeszcze jakiś czas.
W sobotę obudziłyśmy się o dziwo bardzo wypoczęte i rześkie! Ale od rana było zimno i padało, co niezbyt dobrze wpłynęło na naszą witalność. Przebimbałyśmy połowę dnia :) Włączyłyśmy sobie jakiś głupi film, potem coś tam skubnęłyśmy do jedzenia, obejrzałyśmy odcinek Rodzinki.pl, skubnęłyśmy coś do jedzenia, a potem leżałyśmy na kanapie i przysnęło nam się na jakieś pół godzinki. Kiedy obudziłyśmy się, oczywiście skubnęłyśmy coś do jedzenia i z zadowoleniem stwierdziłyśmy, że oto nadeszła szesnasta i trzeba się zbierać!

Na 19 miałyśmy wykupione bilety do teatru! Wybierałyśmy się na spektakl Mayday 2 - w liceum byłyśmy na jedynce i bardzo nam się podobało, jak tylko zobaczyłyśmy, że warszawskie teatry grają ten spektakl umówiłyśmy się, że idziemy! A po teatrze wybierałyśmy się na imprezę, więc trzeba było poświęcić więcej czasu na przygotowania.

Spektakl nas nie zawiódł! Świetny był, uśmiałyśmy się do łez :) I ten klimat teatralny... Żaden film nie będzie tak dobry jak spektakl na żywo. Skończyło się przed 22. Popędziłyśmy więc do centrum, żeby zdążyć wejść do klubu jeszcze zanim zaczną kasować kobiety za wstęp. Udało się, wypiłyśmy po piwku i zaczęłyśmy wywijać. Po północy rozdawali darmowy poncz - Dorocie nie smakował, więc została przy piwie, ale ja wypiłam jakieś pięć kieliszków :P
To, do pary z absztyfikantem Doroty, który się znalazł w klubie sprawiło, że nasz plan powrotu ostatnim nocnym autobusem o 2:40 legł w gruzach (zwyczajnie się spóźniłyśmy :P). Bawiłyśmy się więc do białego rana - Dorota z Absztyfikantem a ja z Tancerzem. Nie pamiętam niestety nawet jak miał na imię (ja niedobra!) - wystarczyło mi, że tańczył po prostu wspaniale, a ja bardzo lubię tańczyć w parze, a nie tylko kiwać się do rytmu, więc dobraliśmy się świetnie - w dodatku wystarczył mu taniec, nie zniechęcił się, gdy uprzedziłam go, że jestem mężatką i nie próbował mnie podrywać. Obie wyszłyśmy z imprezy usatysfakcjonowane i ubawione. W łóżku wylądowałyśmy (same :P) po ósmej! Dawno się tak nie bawiłam. Ale stwierdzam, że potrzebne mi to było.

W niedzielę byłyśmy co prawda zmęczone (ale od niewyspania, nie picia, bo nawet moje pięć kieliszków wina do ósmej zdążyło wywietrzeć :)), ale zadowolone. Weekend spełnił nasze oczekiwania - trochę ukulturowienia się, trochę dobrej zabawy, trochę dobrego alkoholu.
To był też mój ostatni weekend bez Franka, bo w kolejny piątek już się wprowadził do Podwarszawia :) Dzisiaj Dorota przyjeżdża znów. Jest już prawie za drzwiami ;) Jutro rano przybywa Juska. A więc szykuje się kolejny babski weekend z rodzynkiem w postaci Franka. Dziewczyny się napaliły strasznie na imprezę, a ja przyznam, że trochę mam humor skwaszony i trochę nie mam na to ochoty... Ale może mi się do jutra poprawi :) Może pogaduchy trochę poprawią nam nastroje, a impreza to może właśnie coś, czego mi trzeba. Tylko nie wiem, czy Franek da się wyciągnąć - on nie lubi tańczyć w klubach. A ja wolałabym z nim iść - żeby potańczyć, pobawić się i nie musieć odganiać natrętnych facetów :P Miałabym własnego bodyguarda.

To miłego weekendu Wam życzę i odezwę się zapewne, jak dziewczyny pojadą. Wtedy też odpowiem na komentarze pod poprzednią notką, teraz już muszę kończyć, bo kochana Dorotka właśnie zadzwoniła, że będzie lada moment :)

***
Później. Dużo później:
I dylemat teraz mam - bo z kim ja mam dzisiaj spać? :D:D

wtorek, 27 sierpnia 2013

Babski weekend część I ;)

Dziś notka nieco wyjątkowa i całkowicie archiwalna... To opis weekendu czerwcowego.
 
***
Mój gorszy nastrój na szczęście był chwilowy - już następnego dnia było dobrze. Chociaż muszę przyznać, że ostatnio wyjątkowo często miewam nastrojowe huśtawki. Chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Dobrze, że już dzisiaj środa, bo to oznacza, że jesteśmy już bliżej niż dalej weekendu - zwłaszcza, że Franek będzie już w piątek rano. To łagodzi mi trochę żal za minionym dopiero co weekendzie, który był niezwykle udany! Wiedziałam, że będzie fajnie, ale że aż tak, to się chyba nie spodziewałam.

Dorota miała kiepską podróż od samego początku, bo pociąg, którym miała jechać już do Poznania miał przyjechać z 55 minutowym opóźnieniem - które oczywiście potem uległo zmianie i ostatecznie do Warszawy przyjechał zamiast o 16:52 około 19:00. Ale to już nie było nasze zmartwienie, bo wymieniła sobie bilet i pojechała trochę późniejszym pociągiem, który i tak przyjechał na miejsce przed tym wcześniejszym opóźnionym :P Później miała małe przeboje z dojazdem już bezpośrednio do mnie, ale się udało :) Informowała mnie na bieżąco, więc po prostu zostałam sobie trochę dłużej w pracy, bo stamtąd mam na stację blisko, więc nie musiałam czekać zbyt długo na peronie.
Już smsem zakomunikowała mi, że potrzeba jej zimnego piwa! Zdecydowanie to było to, czego potrzebowałam również ja, więc od razu poszłyśmy się zaopatrzyć do sklepu. W drodze do domu naprawdę miałyśmy o czym gadać. A później zasiadłyśmy już z tym piwkiem na sofie i był czysty relaks. Dorota stwierdziła, że bardzo podoba jej się nasze nowe mieszkanie i w zasadzie już się czuje jak u siebie :P I słusznie :) Siedziałyśmy tak dość długo i czułyśmy się prawie, jakbyśmy się cofnęły w czasie o te sześć, siedem lat... Ale potem stwierdziłyśmy, że pora się kłaść, bo rano wstawałyśmy przed siódmą.
Oczywiście komu by się chciało specjalnie ubierać pościel na te dwie noce? Zdecydowanie łatwiej było nam spać razem w jednym łóżku :) Dorota potwierdziła opinię Franka, że wyjątkowo dobrze się śpi w tym pokoju i na tym łóżku. Ja się z tym zgadzam, aczkolwiek przyznać muszę, że jak śpię sama, to jest to sen zdecydowanie mniej spokojny. Za to z kimś (jak się okazuje w tym wypadku akurat większej różnicy nie ma, czy jest to Franek, czy Dorota :P:P) śpię jak zabita do samego rana i budzę się całkowicie wypoczęta.

Z Dorotą zawsze mi się dobrze spało (choć oczywiście za czasów studenckich miałyśmy dwa łóżka, mimo, że jeden pokój, jakby ktoś nie pamiętał:)), przede wszystkim dlatego, że obie budzimy się wcześnie! Tym razem urządziłyśmy sobie "wyścigi budzików", ale okazało się, że nie potrzebnie, bo obudziłyśmy się przed nimi.
Pojechałyśmy rano do Warszawy - Dorota na zajęcia, ja... bez celu :) Myślałam sobie, że może pójdę do kina, ale pogoda była tak ładna, że zawędrowałam do Łazienek i tam spędziłam większość dnia. Niestety, kompletnie nie wzięłam pod uwagę tego, że słońce będzie grzało aż tak mocno, że się opalę :( Posmarowałabym się czymś lub usiadłabym w cieniu. A tymczasem spędziłam błogie chwile na ławeczce przy pomniku Chopina w pełnym słońcu, a kiedy z niego zeszłam było już za późno :( Wyglądam jak skrzyżowanie buraka z pomidorem. Najgorsze jest to, że w ogóle nie czułam, że słońce tak przypieka! Nie było mi gorąco, skóra mnie nie piekła. A potem okazało się, że spieczony mam dekolt, twarz (oczywiście głownie nos) i przedramiona, ale.. wewnętrzną ich część, bo cały czas trzymałam w rękach książkę.
Niemniej jednak czułam się świetnie. Uwielbiam takie okoliczności przyrody. Przez część czasu nawet nie czytałam, tylko rozmyślałam o różnych sprawach. Wtedy mój nastrój był całkiem dobry :) Potem zrobiłam jeszcze sobie dłuugi spacer, aż spotkałyśmy się znowu z Dorotą, która skończyła już zajęcia. Przeszłyśmy się na Piknik Naukowy na Stadionie Narodowym, ale byłyśmy obie już dość mocno zmęczone, więc długo tam nie zabawiłyśmy i skierowałyśmy się do domu. Zaopatrując się po drodze oczywiście w odpowiednie gazowane napoje :) Sobotni wieczór wyjątkowo sprzyjał - zarówno piciu (nawet frankowe zapasy wykorzystałyśmy) jak i pogaduchom - tym drugim nawet bardziej... Najpierw wspominałyśmy nasze pierwsze wspólne wakacje naście lat temu. Potem pogadałyśmy o studiach, o życiu, o oczekiwaniach... Języki nam się całkowicie porozwiązywały. To było prawdziwe oczyszczenie :)
A Dorota powiedziała, że jest ze mnie dumna! Bo była przekonana, że się załamię (albo chociaż prawie) jak tu wyląduję sama w zupełnie nowych okolicznościach. A tymczasem nie tylko trzymam się całkiem nieźle, ale wręcz dobrze mi się wiedzie i samotność nie doskwiera. I w ogóle pozytywna jestem :)
To jak Dorota tak mówi, to tak musi być ;))
Poszłyśmy spać usatysfakcjonowane, a w niedzielę rozstałyśmy się już dość wcześnie. 
To spotkanie zdecydowanie było mi potrzebne!

***

Napisałam wtedy prawie całą notkę, chciałam tylko dopisać jakąś końcówkę, ale przerwałam. I notki już nie opublikowałam, bo właśnie wtedy dowiedziałam się o Rokusiu i nie miałam ochoty na żaden inny temat :(
Ale teraz, po czasie, kiedy ten post wpadł mi "w ręce" stwierdziłam, że szkoda, żeby zaginął w archiwum, zwłaszcza, że tamten weekend naprawdę bardzo dużo dla mnie znaczył. A poza tym, chciałam też pisać o naszym drugim wspólnym weekendzie, a bez tego pierwszego opisu, jakoś tak łyso było mi zaczynać o powtórce :)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Z morałem, a nawet bez ;)

Być może pamiętacie, jak przed swoim urlopem wspominałam o spotkaniach z koleżankami i o tym, że niepokoiłam się brakiem wiadomości od hiszpańskiej Ani. 
Oczywiście, jak to zwykle w moim przypadku bywa, mój niepokój był zupełnie nieuzasadniony ;) Jeszcze tego samego wieczora dostałam od Ani smsa, że zadzwoni następnego dnia. Zadzwoniła, kiedy akurat byłam w drodze do Poznania. Przeprosiła za milczenie i opowiedziała, jak wyglądały jej ostatnie dni. Wcale się nie dziwię, że nie miała czasu się odezwać. Przyjeżdża na dwa tygodnie, chciałaby w tym czasie spędzić maksimum swojego wolnego czasu z rodziną, a jednocześnie zobaczyć się z jak największą liczbą znajomych... Ale okazało się, że i dla mnie znalazła czas! "Wcisnęła" mnie między dwa swoje spotkania z innymi koleżankami i strasznie przepraszała, że ma tylko godzinę. A ja się bardzo cieszyłam, że mamy tą godzinkę :) Prawdę mówiąc bałam się, że w ogóle nie uda nam się zobaczyć. Jej było strasznie głupio, że tak mało czasu ma dla mnie, a ja uważam, że taka godzina znaczy więcej niż cały dzień - jeśli się wie, że danej osobie na tym spotkaniu zależy.
Oczywiście, że ten czas przy piwku minął nam w oka mgnieniu, ale zdążyłyśmy omówić najistotniejsze sprawy :) Poczułam się usatysfakcjonowana :)

Ale oczywiście musiałam sobie wkręcić kolejną rzecz ;) W końcu pisałam kiedyś, że wkrętarka ze mnie :P Napisałam do Doroty smsa. Odkąd się przeprowadziłam mamy w zasadzie non stop gorącą linię - maile i smsy idą u nas w dziesiątki (o ile nie setki czasami) dziennie. Okazało się, że koniecznie musimy sobie przekazywać informacje dotyczące tego, że instruktor fitness zmienił fryzurę albo że podoba nam się jakaś piosenka. Wydaje się, że to totalne bzdury - i jak się zgadzam! Ale rzecz w tym, że my się takimi drobnymi bzdurkami wymieniałyśmy codziennie, najpierw ze sobą mieszkając, a potem chodząc na aerobik. I nagle się okazało, że muszę napisać do Doroty z jakimś drobiazgiem, bo inaczej się uduszę :P Czasami są sprawy ważniejsze, czasami się wygłupiamy, a czasami piszemy tylko o błahostkach jak np. to, że pogoda w Poznaniu fatalna. Nie wyobrażam sobie, żeby tej wymiany myśli między nami nie było. Wracając więc do rzeczy - odpisałam Dorocie na maila przed tym swoim urlopem, a ona mi już od trzech dni nie odpowiadała. Wiedziałam, że kompa ma zepsutego, ale to nie było dla niej przeszkodą, bo zawsze odzywała się prędzej, czy później. Trzy dni nie mieściły się już nawet w później :P Pytam się ja więc jej w tym smsie, czemu zamilkła. A tu nadal nic! I tu już się naprawdę zaniepokoiłam. Na smsy Dorota odpisuje natychmiastowo. I oczywiście wkrętarka zaczęła działać. Już myślałam, że porwali mnie kosmici, albo co gorsza - przestała mnie kochać! :P Franek mnie wyśmiewał, i jak zwykle miał rację, bo następnego dnia z samego rana dostałam wiadomość, że Dorota z Juską zrobiły sobie spontaniczny wypad na długi weekend do Berlina i nie zdążyła nawet mi o tym dać znać. Napisała, bo wiedziała doskonale, że jak tego nie zrobi, to się będę denerwować i wymyślać niestworzone scenariusze. Zapewniła więc, że kocha nadal i zobaczymy się zaraz po jej powrocie. I zobaczyłyśmy się - poszłyśmy razem do szewca a potem na targ :D Nasza znajomość jest niesamowita. W życiu jeszcze się na żadną kawę czy obiad nie umówiłyśmy, co najwyżej załatwiamy razem sprawy ;P

Bałam się, że jak przestaniemy na ten aerobik chodzić codziennie razem, to wszystko nam się urwie i popsuje. Okazało się, że chyba nie ma na nas mocnych, a ta odległość paradoksalnie jeszcze nas do siebie zbliżyła! Nie umiem tego wytłumaczyć, nie mam pojęcia, jak to się stało, ale naprawdę jeszcze nigdy nie miałyśmy ze sobą tak dobrego kontaktu - i tak częstego (pomijając wspólne mieszkanie). Mam wrażenie, że nasza relacja nabrała głębi - nawet gdy "rozmawiamy" o płytkich sprawach :) Dorota zaliczyła w Podwarszawie już dwa weekendy a pewnie za jakiś czas przyjedzie znowu ( i pojawi się dylemat - spać z Frankiem, czy z Dorotą? :P) 
No i właśnie - niechcący się rozpisałam, bo miałam pisać o tych weekendach i o tym, co robiłyśmy, a temat mi się rozwinął nie do końca w tym kierunku, w którym zamierzałam ;) Ale jakoś mi się na refleksje zebrało.
To już może zostawię to na następny raz.

A morał z tej notki taki, że trzeba się do mnie odzywać na bieżąco, bo w przeciwnym wypadku czuję się niekochana :D

niedziela, 10 marca 2013

Przemyślałam sprawę i już wiem

dlaczego napisałam, że nie do końca się utożsamiam z tym tekstem? :)

1.Nie czytam żadnych instrukcji. Wciskam guziki, aż zadziała.
Zupełnie na odwrót! :) Zanim ruszę jakikolwiek nowy sprzęt, studiuję instrukcję :) Nie zawsze, ale zazwyczaj. Zdarza się, że nie czytam całej instrukcji a tylko część najbardziej mnie interesującą, ale nie lubię na sprzętach działać intuicyjnie :)

2. Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu. I bez alkoholu daję radę.

Trudno mi to skomentować :) Nie wiem, czy się z tym zgadzam, czy nie :) W ogóle staram się nie robić sobie obciachu! A jeśli już mi się to zdarza... To nie mam pojęcia, czy jest to na trzeźwo, czy nie. Chociaż... kiedy się napiję to jest mi bardziej wszystko jedno, więc może i prawda..

3. Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!

Uważam, że bywam rozkapryszona, tudzież "emocjonalnie elastyczna" z równą częstotliwością, co Franek :) To się może zdarzyć każdemu, niezależnie od płci. Być może rzeczywiście kobiety mają ku temu większe skłonności, ale ja rzadko nie wiem, czego chcę i rzadko miewam huśtawki nastrojów, a jeśli już, to zazwyczaj coś za tym stoi - i nie chodzi mi o hormony, a raczej sytuację zewnętrzną.

4. Najpiękniejsze słowa świata: "Idę na zakupy"

Oj nie, jest dużo więcej najpiękniejszych słów świata :) 

5. Nie mam żadnych dziwactw! To są "special effects"!

Oczywiście, że mam dziwactwa! A któż ich nie ma? :)


6. Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie - wytapetowane kości!

Tu się zgadzam! Owszem, podobają mi się - bez podtekstu seksualnego! - raczej drobne dziewczyny (chociaż tu głównie chodzi o wzrost), ale zdecydowanie nie uważam, że szkieletorki są ładne :)

7. Przebaczyć i zapomnieć? Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!

Hmm, hmmm, hmmm.... Jezusem może i bywam, ale Alzheimera nie mam na pewno! :) Pamiętliwa jestem, to fakt. Nie żebym się mściła - absolutnie, ale jeśli ktoś mi raz podpadnie, to długo potem o tym pamiętam. I tylko naprawdę bliskie mi osoby mogą liczyć na to, że taka wpadka nie będzie miała większego wpływu na nasze relacje :)

8. My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła, lecimy dalej - na miotle!

Wszystko jedno jak, ważne, żeby dolecieć jak najszybciej :)

9. To nie jest żaden tłuszcz! To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!

No nie, tak to się nigdy nie tłumaczę :) Mam miejsce gdzie tłuszczyk mi się odkłada, ale jeśli tylko jest go nieco więcej, niż jestem w stanie zaakceptować, walczę!

10. Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał, że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu....a potem uczynił ziemię okrągłą ?

No tak, ale nie wiemy, co Bóg obiecał facetom ;) Myślę, że też mogą się czuć rozczarowani, więc jesteśmy kwita :P

11. Na moim nagrobku niech będzie napis: "Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"

:D Tego chyba nie muszę komentować :)

12. Tak tak...my kobiety jesteśmy jedyne w swoim rodzaju! 

Oczywiście, że jesteśmy! :) Ktoś ma jakieś wątpliwości? :P
 ***
Można więc powiedzieć, że tekst pasuje do mnie tak w 50% :) Niemniej jednak, uważam, że jako ten pisany z przymrużeniem oka jest świetny i że są kobitki, które utożsamiają się z nim bardziej. Co jest fajne, bo nie są to cechy, które uważałabym za jakieś szczególnie uciążliwe dla otoczenia :)
 

piątek, 8 marca 2013

A dzisiaj święto dziewczynek

JA, KOBIETA:
Nie czytam żadnych instrukcji. Wciskam guziki, aż zadziała.
Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu. I bez alkoholu daję radę.
Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!
Najpiękniejsze słowa świata: "Idę na zakupy"
Nie mam żadnych dziwactw! To są "special effects"!
Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie - wytapetowane kości!
Przebaczyć i zapomnieć? Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!
My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła, lecimy dalej - na miotle!
To nie jest żaden tłuszcz! To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!
Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał, że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu....a potem uczynił ziemię okrągłą ?
Na moim nagrobku niech będzie napis: "Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"
Tak tak...my kobiety jesteśmy jedyne w swoim rodzaju! 

***

Co prawda nie podpisuję się pod każdym z tych stwierdzeń, ale tekścik sympatyczny:) Postanowiłam się nim z Wami podzielić. Wszystkiego najlepszego kobitki!:)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Andrzejki 2005, czyli Margolka czaruje

Mieliśmy w tym roku z Mietkiem i Mietkową iść na Andrzejki. Ale umawialiśmy się dawno i od tamtej pory dużo się zmieniło. Ostatecznie sobotniemu wyjściu nie sprzyjała nasza sytuacja finansowa i nastroje. Ale nie ubolewam nad tym. Szczerze, to po prostu nie chciało mi się wychodzić. Ani robić powtórki z zeszłorocznych Andrzejek :P Ale zebrało mi się na wspominki.
Najlepsze Andrzejki na jakich kiedykolwiek byłam miały miejsce cztery lata temu. Spotkałyśmy się wtedy z dziewczynami z mojej ówczesnej grupy na studiach i było po prostu genialnie. To były takie prawdziwe Andrzejki z wróżeniem i czarowaniem :)) Zaczęły się już z samego rana, kiedy to z Pitufiną i Alą jeździłyśmy po całym mieście w poszukiwaniu akcesoriów potrzebnych na wieczorne czarowanie. Nie było problemem zakupienie iluśtam centymetrów czerwonej i zielonej wstążeczki. Żadnych kłopotów nie miałyśmy też z winem, orzechami, świeczkami czy nawet małymi różyczkami. Dało nawet radę pozbierać kilka gałązek wierzbowych. Ale wyobraźcie sobie, że przez pół dnia poszukiwałyśmy obłego kamienia. A właściwie czterech :) Dla każdej po jednym. Taki właśnie obły kamień był niezbędny do jednego z hokus-pokusów jakie odprawiałyśmy. W końcu znalazłyśmy takowe gdzieś nad rzeką. Do dziś nie zapomnę bólu skostniałych rąk, kiedy brodziłyśmy przy rzeczce. Bo listopad 2005 nie był taki łągodniutki jak tegoroczny i przymrozki były całkiem konkretne.
Kiedy już miałyśmy cały ten niezbędnik czarownic wzięłyśmy się za szykowanie sabatu. Wiecie kanapki, chipsy i te sprawy. No i winko. Tu się pojawił pierwszy problem, bo korkociągu na stanie nie było. Zaczęły się więc pielgrzymki po sąsiadach. Bo jakoś przy pierwszym winie nie wpadłyśmy na to, żeby otworzyć od razu pozostałe butelki :) Dzięki temu przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się kto mieszka dookoła :)
Zaczęłyśmy zwyczajnie – od dużego serca i wbijania w nie szpilek, żeby poznać imię naszego przyszłego męża. Trochę śmiechu przy tym było, jako że Ala pisała chyba z dwudziestu Rafałów,bo takowy jej się akurat podobał a Pitufina tyleż samo Łukaszów. No i mi się ten nieszczęsny Łukasz trafił, ale że żadnego Łukasza wtedy nie znałam, zaszachraiłam trochę i obwieściłam wszem i wobec, że ukłułam Szymona, z którym w owym czasie kręciłam ;)
Potem było już bardziej magicznie. Zaklinałyśmy los. Te obłe kamyki miały nam posłużyć jako talizmany, ale najpierw trzeba było je zaczarować.
Zapaliłyśmy czerwone świeczki na cztery strony świata a pomiędzy nimi na kierunkach południowo-wschodnich itd zielone. Każda z nas po kolei wchodziła do koła i trzymała w jednej ręce ten kamień, drugą natomiast miała zapalać po kolei każdą ze świec i zjadając orzecha włoskiego zamoczonego w czerwonym winie, wypowiedzieć życzenie… Życzeń miało być osiem. W tle płynęła nastrojowa muzyka. Nigdy nie zapomnę tego magicznego klimatu. I powiem Wam, że czasami mam wrażenie, że naprawdę od tamtego wieczoru wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze. Choć nie wiem czy to kwestia czarów czy po prostu podejścia :), ale mój obły kamień mam do dziś.
Później zaczęła się prawdziwa zabawa, tańce, hulanki swawole. Byłyśmy już pod wpływem procentów, więc było naprawdę wesoło. A około północy przyszedł czas na kolejne czary. Tym razem musiałyśmy poświęcić nasze włosy, bo każda z nas wiązała pukiel swoich kudłów wstążeczką do kwiatu róży. Później poszłyśmy nad Wartę. Połowę róży trzeba było wrzucić za siebie wypowiadając zaklęcie. Nie pamiętam jakie – coś tam o Wenus na pewno było ;) Drugą połowę zakopałyśmy w ziemi, (tak jak pamiętnego kaktusa :)) a muszę Wam powiedzieć, że to nie lada wyczyn, bo ziemia była zamarznięta :)
Potem wróciłyśmy do domu i zabrałyśmy się za ostatnie czarowanie. Tym razem splatałyśmy wstążeczkę z gałązkami wierzbowymi a następnie trzeba było to przyczepić do świczki, na której wyryte było imię ukochanego. Wcale to nie było łatwe i dobre pół godziny się z tym mocowałyśmy ;) Ela wymiękła. A potem najlepsze - z zapalonymi świeczkami wyszłyśmy na balkon i znowu wypowiadając jakieś życzenia i zaklęcia zwracałyśmy się z nimi w stronę księżyca. To musiał być przekomiczny widok o trzeciej w nocy :P A wierzcie mi, ze parę osób nas widziało. Imprezę zwieńczyłyśmy tradycyjnym laniem wosku.
Po wszystkim odprowadziłyśmy Alę a po drodze każdego napotkanego chłopaka pytałyśmy o imię, bo a nóż, któryś był nam przeznaczony ;) Ale jakoś dziwnie trafiałyśmy na samych Bonifacych, Maurycych i Ksawerych. Hmm, czyżby ktoś sobie z nas jaja robił ?:) W każdym razie Ala się ewakuowała a my wróciłyśmy z powrotem do mnie, gdzie padłyśmy jak kawki.
Na drugi dzień oczom naszym ukazał się najprawdziwszy krajobraz po burzy. Pokój autentycznie wyglądał jak po przejściu huraganu – na samym środku dwie miski z wodą i woskiem. Dookoła pełno liści, gałęzi i płatków róż (które to Dorota znajdowała jeszcze przez jakiś czas w swoim łóźku;)). Na stole poprzewracane kubeczki, rozlane winko a na talerzach resztki chipsów w zastygniętym wosku. Tego się nie da opisać, to trzeba by zobaczyć :) Ale szkód nie było.
Andrzejki okupiłyśmy lekkim kacem i przeziębieniem, które za pewne było skutkiem brodzenia w rzece, nocnych eskapad, tudzież wystawania na balkonie i wycia do księżyca. Trochę trzeba było się wykosztować na te wszystkie akcesoria a z Pitufiną umówiłysmy się, że nigdy się nie przyznamy ile zapłaciłyśmy za 20 cm czerwonej wstążki w jakiejś ekskluzywnej kwiaciarni ;) Ale wspomnienia z imprezy – bezcenne. Do dziś wspominamy tamte Andrzejki z sentymentem jako najlepsze w historii. Taki wieczór się już nie powtórzy. Ale za to wczoraj były u mnie Dorota i Evita i chociaż Andrzeja dopiero dzisiaj już wczoraj zajęłyśmy się wróżeniem i laniem wosku, lub jak to mi się powiedziało ”waniem losku” ;)

czwartek, 29 października 2009

Ładnie dziś wyglądasz.

Każda babka lubi słyszeć, ze ładnie wygląda nie? :) Ale z drugiej strony nie powinna może tego słyszeć codziennie, bo jak spowszednieje, to traci swoją moc. Mam takiego kolegę w pracy (tego od kwiatów i od budki telefonicznej), który codziennie przychodzi do pracy i pierwsze co robi, to kieruje swoje kroki do biura, żeby się ze mną przywitać i powiedzieć mi, że ładnie wyglądam.
No pewnie, że to miłe, ale trochę przestałam na to reagować, bo jak tu wierzyć, skoro słyszę to codziennie, bez względu na to jak jestem uczesana i w co jestem ubrana.? :) W pewnym momencie zamiast „dziękuję, miło mi”, zaczęłam odpowiadać z uśmiechem „dzisiaj też?” :) Chociaż jedno mu trzeba oddać, jak pewnego razu miałam zmartwienie i zaliczyłam nieprzespaną i przepłakaną noc, to zapukał swoim zwyczajem do biura, powiedział: „Cześć Margolka ład…” i się zawiesił, po czym dokończył „coś blada dzisiaj jesteś, dobrze się czujesz? Jakoś źle wyglądasz..” Więc może jednak jest szczery i naprawdę uczciwie mówi, że mam ładny płaszczyk na przykład :)
Także w liceum miałam kolegę, który raz jeden powiedział mi, że ładnie wyglądam, a ponieważ bardzo miło mi się wtedy zrobiło i dziękowałam mu wylewnie za komplement, chyba uznał za punkt honoru codzienne poprawianie mi nastroju miłym słowem. Od tamtej pory każdego dnia przychodził do szkoły ze słowami „Cześć Gosia, ładnie dzisiaj wyglądasz” :)
Miło jest słyszeć coś takiego codziennie, ale jeszcze przyjemniej, kiedy się usłyszy coś takiego niespodziewanie i od osoby, która komplementami nie szafuje. Pamiętam jak ładnych parę lat temu spotkałam się z moim ówczesnym najlepszym kolegą i on nagle spojrzał na mnie i powiedział „jakoś ładnie dzisiaj wyglądasz”. Miałam wtedy podły nastrój, ubrana byłam bardzo zwyczajnie (do dziś to pamiętam :) i nawet się nie pomalowałam, bo była sobota. Ależ mi się przyjemnie zrobiło.
A jeszcze przyjemniej zrobiło mi się wczoraj. Franek nie należy do tych facetów, którzy nie mają swojego zdania jeśli chodzi o babskie ciuszki czy fryzury. Potrafi spojrzeć na mnie krytycznym okiem i powiedzieć, że sweterek troszkę babciny albo, że coś dziwnego mam z włosami (na szczęście często tego nie słyszę, więc chyba nie jest tak źle :)). Ale jednocześnie od samego początku ujął mnie tym (bo był pierwszym moim chłopakiem, który zwracał uwagę na to, jak wyglądam), że słyszałam od niego dość często: „O, ładnie Ci w tym”, albo „Jakoś Ci to pasuje”, albo „O co zrobiłaś z włosami, jakoś tak ładnie…”. Codziennie może tego nie słyszę, ale cieszę się, bo lubię się czasami odpicować i otworzyć mu drzwi umalowana, przebrana i zobaczyć w jego oczach prawdziwy podziw i zachwyt. Kiedy mu się tak oczy zaświecą, wiem, że jest szczery. Jakbym słyszała to za często, komplementy by mi spowszedniały.
Wczoraj rano normalnie ubrałam się do pracy. Włożyłam nowy golf z sobotnich zakupów, a że oczy miałam trochę podkrążone do makijażu, oprócz codziennego tuszu do rzęs, użyłam również cienia pod kolor i kredki. Franuś się przebudził, spojrzał na mnie i nagle szeroko otworzył oczy i powiedział „Ale ślicznie wyglądasz!!” Uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam on dalej siedział i patrzył na mnie powtarzając „Normalnie, ale ładnie ta moja Kluska dzisiaj wygląda…” No i wiadomo, że wyszłam z domu od razu w lepszym nastroju. Potem poprawił mi go jeszcze R. spojrzał na mnie i rzekł „O coś nowego widzę, jakoś inaczej… no ładnie, ładnie…” No proszę, najpierw Facet Osobisty, potem Szef :) Ja wcale jakoś szczególnie nie wyglądałam, ot zwykły golfik za 40 złotych. Ale widocznie ładnie mi w czerwonym :) A poza tym warto się jednak codziennie nie malować, to jak już człowiek się pacnie takim bordowym maziajem, to nie dość, ze wszyscy zauważą to jeszcze pochwalą :)
A co do Kolegi z pracy, właśnie przed chwilą mnie nawiedził w biurze i usłyszałam „Cześć kochanie, ależ ładnie wyglądasz, no pięknie! Długo dzisiaj jesteś? Aaa, normalnie.. No, dobre i to”
No to wracam do roboty, bo zaraz się okaże, że nie będzie normalnie, a ja dziś na Hiszpański się spieszę ;)

sobota, 19 września 2009

Próba.

Cóż, spuśćmy zasłonę milczenia na moje samopoczucie dzisiejsze po imprezie :) Nie tyle chodzi o kaca, co po prostu strasznie jestem zmęczona. Ale zaszalałyśmy. Aż wstyd się przyznać, ale do domu wróciłam o… 8:30. Na imprezy w mieście chodzę rzadko, ale jak już chodzę to jak widać na całego… Dzisiaj Franek szaleje. Poszedł sobie z kolegami.
Od dwóch godzin siedziałam nad notką. Ale brak mi dzisiaj umiejętności przelewania myśli na… ekran :) Nic mi nie wyszło z moich wywodów. A ostatnio mam mnóstwo pomysłów na notki. Aż szkoda, że dzisiejszy temat się zmarnował :)
Wczorajsza impreza była bardzo udana. Choć potańczyłam trochę mniej niż ostatnio. Za to przeprowadziłam kilka bardzo fajnych rozmów. I doświadczyłam czegoś. Już wiem, co to jest ta chemia między ludźmi… Poza tym poznałam lepiej samą siebie. Znalazłam się w sytuacji, kiedy miałam dokonać jakiegoś wyboru. I to zrobiłam. Wiem, jasności tu niewiele, może wrócę do tematu. Powiem tylko, że dzisiaj moje myśli krążą wokół wczorajszej rozmowy z osobą, która chyba była moją drugą połówką w poprzednim wcieleniu…
Bez obaw. Franuś nadal jest tym jedynym, nie zakochałam się, nie planuję rewolucji w życiu. Ale doświadczenie bardzo pouczające. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” napisała Szymborska. Właśnie się sprawdziłam…
I jeszcze scenka rodzajowa. Koleżanka rozmawiała wczoraj z nowo poznanym chłopakiem. Kiedy podeszłam powiedziała „poznajcie się…” On wyciąga rękę i mówi „Miło mi, Jaś jestem” Również wyciągam dłoń: „Małgosia…” Zgadnijcie, czy mi uwierzył :P

sobota, 25 lipca 2009

Dzień po.

Już nie mieszkam z magistrem od fikołków. Mieszkam z przyszłym doktorem od fikołków :P Dorotka dostała się na studia doktoranckie:) Niestety z tym doktorem długo nie pomieszkam, bo nadszedł ten smutny dzień naszego rozstania:( W przyszłym tygodniu wyprowadza się. Znalazła wreszcie mieszkanie. Plus jest taki, że będzie teraz mieszkać  dwa bloki dalej:) Drugi plus – będę miała więcej miejsca na półkach, reszta to minusy :( No ale trzeba szukać pozytywów w sytuacjach, na które i tak nic nie poradzimy.
Ale wczoraj miałyśmy wielki dzień. A właściwie wielki wieczór. Zaczęło się od obcowania z Panem Sobieskim :) Zasiedział się u nas trochę i na imprezę wyszłyśmy w iście hiszpańskim stylu – dopiero o pierwszej. Ale czas został przez nas dobrze wykorzystany. Zebrało nam się na zwierzenia. I wyznałyśmy sobie przyjaźń. Pewnie pamiętacie mój post na ten temat, kiedy pisałam, że nie wierzę w przyjaźń. I może nadal nie wierzę, ale gdybym miała uwierzyć, to Dorota jest osobą, którą mogłabym uznać za przyjaciółkę. Nie wiem, może niedobrze wyszło, bo nadal twierdzę, że jak się czasami coś powie na głos, to czar pryska. I boję się, że tak będzie w tym przypadku, ale z drugiej strony chyba potrzebowałyśmy takiej rozmowy. Ostatnio kiedy poszłyśmy razem na imprezę, Franek nie spał całą noc i czekał aż wrócimy. Tym razem też nie spał. Tyle, że postanowił mieć mnie na oku… Zabrał kolegę i poszli z nami. Nie powiem, nie byłam do końca zadowolona z tego obrotu sprawy, bo bałam się, że za bardzo będzie mnie kontrolował. Ale potem pomyślałam sobie, że nie robię przecież nic złego, więc niech i nawet kontroluje. A przynajmniej mogłyśmy bez obaw zostawić swoje żakiety, bo kiedy szalałyśmy na parkiecie chłopaki ich pilnowali ;) Bawiłam się świetnie. Rzadko chodzę na imprezy, ale jak już idę to bawię się na całego. Nawet pasowało mi, że Franek pojawiał się znikąd w każdym momencie, kiedy jakiś facet za bardzo starał się do mnie zbliżyć, bo poszłam potańczyć a nie na polowanie:) A tak przynajmniej wszyscy się szybko zorientowali, że „te panie są z ochroną” :) Wyobraźcie sobie, że nawet się pytali, czy mogą z nami zatańczyć:) Dla Franka byłam dość okrutna. Szedł dzisiaj do pracy na 10 i koło czwartej zaczął się denerwować, że nie chcemy wracać. Nawet chciał mnie zaszantażować:) „Albo wracamy albo wracam sam” Powiedziałam, żeby wracał… Wiem, może trochę przesadziłam, ale ja naprawdę poszłam się pobawić i miałam zamiar korzystać z chwili. Nie kazałam mu przychodzić, więc nie kazałam też zostać. Ale i tak został. Ostatecznie do łóżka kładłam się o 5:48.
Tego potrzebowałam :) Co prawda dzisiaj nie czuję się najlepiej, ale było warto. Lubię jak mi od czasu do czasu alkohol zaszumi w głowie. A zaszumiał wczoraj porządnie:) Nawet nie pamiętałam, że obudziłam się przed ósmą i wysłałam do Franka serię smsów:
„Kocham Cię Franuś”
„Jak mnie nie kochasz, to mi napisz”
„A jak mnie nie kochasz to też mi napisz”
„Nranuus:)” (to chyba miał być Franuś hehe)
No to już wiecie, Margolka czasem lubi się zabawić ;)
Ps. Wybaczcie nieskładną relację, ale pisanie na kacu mi nie służy ;)

piątek, 1 maja 2009

Przyjaźń.

Temat rzeka. Ale postaram się nad nim za bardzo nie rozwodzić, żeby się nie zapętlić. Wasze (bardzo miłe zresztą) komentarze pod ostatnim postem skłoniły mnie do napisania o tym paru słów. 

Z Dorotą znamy się od pierwszego dnia liceum, ale nie będę teraz pisać o szczegółach, bo pisałam już o tym  w poście „Współlokatorka” . Jednak nie myślałam nigdy o relacji między nami jako przyjaźni. Głównie z  jednego powodu - nie bardzo w nią wierzę. To znaczy, do tematu przyjaźni, podchodzę trochę jak do tematu duchów:) Tyle o nich się mówi, tyle było filmów, świadectw ludzi, którzy mieli jakieś z nimi doświadczenia… Niby w nie nie wierzę, ale zawsze pozostawiam sobie jakiś margines wątpliwości:) Ale generalnie, nie sądzę, żebym miała z nimi jakieś doświadczenia.
Kiedyś strasznie się przejmowałam, tym, co myślą o mnie koleżanki, czy mnie akceptują i czy będę jedną z nich. Były dla mnie najważniejsze. W ogóle nie przyjmowałam do wiadomości słów moich bliskich, którzy mi powtarzali, że koleżanka jednego dnia jest, drugiego już jej nie ma i że w swoim życiu jeszcze wiele razy będę poznawać nowych i rozstawać się ze starymi znajomymi. Tak naprawdę zmądrzałam dopiero w liceum. Rzeczywiście z większością koleżanek z podstawówki i liceum, na których tak mi kiedyś zależało, w ogóle nie utrzymuję kontaktu. Nasze drogi zupełnie się rozeszły, mamy inne priorytety, często nie mamy nawet wspólnych tematów.

Na osobach, które kiedyś traktowałam jak „przyjaciółki” strasznie się zawiodłam. I to nie jeden raz. Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałam, że przyjaźń nie polega na jednostronnej wymianie informacji, na zasadzie ona mówi a ja tylko słucham. Albo wręcz odwrotnie – ja się zwierzałam, a „przyjaciółka” nie chciała powiedzieć słowa o sobie. Wiele wody upłynęło, zanim skojarzyłam, że skoro „przyjaciółka” obrabia przy mnie tyłek swojej innej „przyjaciółce”, to pewnie o mnie też ma dużo do powiedzenia. Cóż, lepiej późno niż wcale. Grunt, że zrozumiałam i od tamtej pory nie staram się szukać w każdej serdecznej znajomej przyjaciółki. Ludzie przychodzą i odchodzą, nigdy nie wiadomo, z kim Cię zetknie lub rozdzieli los. Nie powiem, czasami brakuje mi „Kogoś”, ale jest wiele osób, które (tak myślę) są mi życzliwe i o których myślę serdecznie, więc przeważnie mi to wystarcza. Mam też pewną „bratnią duszę”, z którą niestety widuję się bardzo rzadko (ostatnio chyba ponad 3 lata temu), ale utrzymujemy kontakt ze sobą i zawsze wydawało mi się, że łączy nas coś niezwykłego.

A Dorota? Dorota ma wiele bardzo serdecznych koleżanek. Poza tym ma dwie przyjaciółki, z którymi przyjaźni się od jakichś sześciu lat i mimo, że studiują każda w innym mieście, rozrzucone po całej Polsce, cały czas są ze sobą blisko. Nawet nie wiem, czy Dorota miałaby miejsce na taką przyjaciółkę jak ja:) Nie mam odwagi nazywać tej więzi między nami przyjaźnią. Na pewno jest to coś ważnego i szczególnego. Coś, co bardzo wpłynęło na nasze życie. Razem się śmiałyśmy i płakałyśmy. Uczyłyśmy się i bawiłyśmy. Wyznawałyśmy sobie nie raz miłość, ale nigdy przyjaźń :)  Czas pokaże jak się to wszystko potoczy dalej. Oby „to” nam przetrwało, cokolwiek to jest.Ostatnio mam skłonność do przydługawych notek :) Ale to jest taki temat, o którym można powiedzieć wiele, a jednoczenie ciężko ubrać go w słowa. 
Na zakończenie jedna taka moja myśl: czasem mi się wydaje, że przyjaźń ma to do siebie, że jak się ją nazwie po imieniu, to znika…

niedziela, 27 lipca 2008

Wypoczęta. W miarę :)



Jak ja lubię takie weekendy kiedy nic nie muszę robić, załatwiać żadnych spraw, nigdzie jechać (no chyba że do domu :) ), słowem, kiedy nie mam żadnych planów :) Franek był w pracy, więc weekend spędziłam czytając nad Wartą i korzystając ze słońca. A wieczorami drinkowałyśmy. Co prawda nie do końca wyszło tak jak planowałyśmy, bo z Justyną napiłyśmy się trochę w piątek a kontynuacja miała być w sobotę po powrocie Doroty. Ale jakoś wczoraj dziewczyny przymulone były. Ale tak to już jest, że jeśli chodzi o picie, to najlepsze są spontany.Wypiłyśmy parę drinków, od malibu z mlekiem, przez gorzką żołądkową z sokiem grejpfrutowym (btw malibu z grejpfrutem też całkiem niezłe :)) po malinówkę domowej roboty. Ale efektu betonu nie było i w miarę trzeźwe poszłyśmy spać. A szkoda. Nawet naszła mnie ochota na jakąś imprezę na mieście, ale nie miałam z kim. Nawet do Franka zadzwoniłam i mu się nie chciało. Raz na rok zachce mi się iść do klubu i nie ma z kim no! No cóż, trudno. Ale nie narzekam, bo przynajmniej niedzieli nie miałam wyjętej z życiorysu :) I mogłam znowu nad Wartą posiedzieć. Wiem, ze wszyscy narzekają na upały, ale ja nie! Ja się mogłam nareszcie powygrzewać na słoneczku i wyrównać trochę opaleniznę. Za to teraz zdycham. Strasznie mi gorąco, mimo że siedzę w mojej leciutkiej satynowej piżamce. To chyba od komputera tak grzeje, więc będę kończyć :)

A tak na zakończenie zostawię fotkę z wesela :) Margolka i Franuś w prawie całej okazałości. Naszymi pięknymi pyszczkami nie będę się chwalić :)