*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z nutką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z nutką. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2015

Muzyka mojego życia.

Bardzo często słyszę od różnych osób, że bez muzyki nie mogłyby żyć. Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie i zawsze dochodziłam do wniosku, że ze mną jest inaczej. Muzyka nie stanowi jakiejś ważnej części mojego życia, nigdy nie chodzę ze słuchawkami w uszach (a jeśli już to słucham radiowej gadaniny), głośna muzyka mnie raczej drażni (no, chyba, że na imprezie), lubię ciszę.
Z drugiej jednak strony być może po prostu tak bardzo przywykłam do tego, że muzyka wokół mnie jest, że trochę jej nie doceniam i faktycznie byłoby tak, że nie mogłabym bez niej żyć. Trudno mi powiedzieć. W każdym razie na pewno nie jest tak, że słucham tej muzyki jakoś bardzo dużo, ani tak, że jej nie lubię i nie słucham wcale.
Mam kilka ulubionych piosenek, na których pierwsze takty od razu daję głośniej radio :) Jest kilku wykonawców, których lubię bardziej. Ale na co dzień to jednak najbardziej lubię słuchać muzyki spokojnej - np. na Chilli Zet lub jakiejś relaksacyjnej z internetu (np. taka, jak dla kobiet w ciąży), a najbardziej cenię sobie muzykę klasyczną.

Wiem, że to się wielu osobom wydaje dziwne, bo taka muzyka uchodzi za nudną, a jednak to naprawdę jedyne, co mnie nie męczy i co staje się dla mnie po prostu tłem, więc mi nie przeszkadza. Bo jeśli chodzi o inny rodzaj muzyki, nawet taki, który lubię, to podczas słuchania jej, skupiam się na tym bardziej, jak na jakiejś czynności i po jakimś czasie po prostu mnie to męczy, pragnę ciszy. Natomiast w tym wypadku jest nieco inaczej. Bardzo lubię słuchać RMF Classic (gdzie oprócz klasyki jest również muzyka filmowa, którą również lubię) lub radia internetowego z muzyką klasyczną. Poza tym mam też kilka płyt - głównie Chopina, które lecą u mnie w domu na okrągło, przynajmniej przez pierwszą połowę dnia :)

W zasadzie nie wiem skąd mi się to wzięło. Ten rodzaj muzyki lubiłam zawsze i zawsze słuchałam jej z przyjemnością. Od czasu do czasu wybrałam się na jakiś koncert, podczas którego mocno się relaksowałam. Swego czasu grałam na pianinie - przez pięć lat, lubiłam to, choć przyznaję, że mogłam się do tego trochę bardziej przykładać, ale zawsze absorbowały mnie jeszcze inne rzeczy :) W każdym razie szło mi całkiem dobrze, choć nie byłam w tym wybitna :) W sam raz na tamten okres i tak, żeby bez żalu zakończyć tę przygodę, kiedy nie było już czasu na ćwiczenie. Przez chwilę nawet moi rodzice rozważali, czy nie zapisać mnie do szkoły, jak sugerowała nauczycielka gry na pianinie, ale ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowali i w sumie jestem im teraz za to wdzięczna, bo to byłoby jednak dla mnie zbyt obciążające i o beztrosce dnia codziennego już zupełnie mogłabym zapomnieć.
Tak, czy inaczej, nie wiem, czy to, ze kiedyś grałam ma jakikolwiek związek z tym, że dziś świadomie lubię słuchać muzyki klasycznej. Być może osłuchałam się z niektórymi utworami, mam jakąś wiedzę, ale możliwe, że po prostu od zawsze miałam ku temu jakieś predyspozycje. A może przyczynił się do tego też mój dziadek, który zawsze słuchał tego rodzaju muzyki? :)

Chyba wszyscy już słyszeli o tym, że dobrze jest, gdy kobiety w ciąży słuchają Mozarta, bo to świetnie wpływa na inteligencję dziecka nawet, kiedy jest jeszcze w brzuchu mamy. Potem mówiło się o tym, że nie musi być Mozart, może być jakakolwiek muzyka klasyczna. A teraz - że  nie ma sensu się katować klasyką, jeśli się jej nie lubi i wtedy na pewno nie przyniesie to żadnych pozytywnych efektów. Mnie się też wydaje, że jak ktoś nie lubi takiej muzyki, to bez sensu, żeby słuchał jej na siłę. To tak, jakby ktoś mi kazał słuchać np. dwie godziny dziennie radia Eska (słowo daję, zwariowałabym, nie znoszę tego wrzeszczącego radia!, zresztą RMF i ZET też mnie denerwują, ale tam przynajmniej można też spotkać normalną muzykę). Gdy mam ochotę posłuchać czegoś "normalnego" zwykle włączam Radio Złote Przeboje albo warszawskie Radio Kolor. Jednak najczęściej w tle sączy się muzyczka z RMF Classic. Tak było również, gdy byłam w ciąży. Absolutnie się tym nie katowałam, wręcz cieszyłam się, że być może relaksując się sama przy takich dźwiękach, wspieram rozwój Tasiemca.
Teraz Wiking nie ma wyboru :P Siedzi ze mną w domu, więc przez większość czasu słucha tego, co ja. A kiedy idzie spać w ciagu dnia, bardzo często włączam mu płytę Chopina - nie, żeby wspierać jego mózg :) Tylko po to, żeby zagłuszyć ewentualne hałasy z innych części mieszkania. Sama jestem ciekawa, czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie i czy np. będzie miało wpływ na jego muzykalność. Bo z jednej strony może być tak, że jakieś konkretne neurony odpowiedzialne za to są pobudzane przez taką muzykę. Z drugiej - ta muzyka może być potraktowana jako tło i zupełnie zignorowana. Czas pokaże jak będzie. Nie zależy mi na tym, żeby Wiking był szczególnie uzdolniony muzycznie, ale dobrze, żeby miał słuch, poczucie rytmu i nie zaszkodzi, jeśli muzyka klasyczna nie będzie go w uszy kłuła ;)

Wspominałam Wam jakiś czas temu, że kupiliśmy sobie w Żelazowej Woli płytę "Chopin dla ucha malucha". Oczywiście ucho naszego malucha to był pretekst, bo główne kupiłam tę płytę dla siebie :) I zasłuchiwałam się nią na naszych wakacjach. Długo będzie mi się na przykład Polones As-dur kojarzył z tym czasem...

Tak poza tym mam jeszcze kilka ulubionych utworów muzyki klasycznej, choć raczej wszystkich tutaj nie wymienię. Ale dla zainteresowanych, podam kilka, które przyszły mi do głowy
Contredanse Ges-Dur Chopina, którego zawsze bardzo chciałam się nauczyć grać i molestowałam o to moją nauczycielkę, która twierdziła, że to za trudne. W końcu w ostatnim roku nauki się udało :)
Marzenie Schumana, nostalgiczne... Trudno było mi się go nauczyć, bo cały czas chciało mi się grać ten utwór szybko, zanim pojęłam jak to powinno być :)
Menuety Bacha, na przykład ten - kto by pomyślał, że będę je lubić! Bach sprawiał mi największe problemy! Miałam go dość, dość i jeszcze raz dość. A po latach - proszę bardzo ;)
Mazurek F-dur Chopina
Scherzo "Żart" A Corellego
Marsz Radeckiego Straussa - absolutny hit noworoczny jak dla mnie ;)

Echh, chyba muszę na tym poprzestać, bo mogłabym tak wymieniać bez końca :) Beethoven, Vivaldi, Czajkowski, Debussy... O i Jezioro Łabędzie - ostatnio z Wikingiem do tego tańczyłam i bardzo mu się to podobało :P W każdym razie...
Chyba lepiej będzie, jak od czasu do czasu się podzielę z Wami jakąś nutką, która w sposób szczególny utkwiła mi w uchu :)

A za parę dni rozpocznie się raj dla mojego ucha! Konkurs Chopinowski! Cudo! Po raz pierwszy będę miała okazję słuchać tych koncertów, bo będę w domu a nie w pracy :) Bardzo się cieszę na tę okoliczność. Mam nadzieję, ze Wiking również.

piątek, 12 października 2012

A mnie jest szkoda lata

Ech, jakoś tak nie mam co zrobić ze sobą w ten piątkowy wieczór. Głupi jest jakiś. W pracy siedziałam aż do szóstej :/ Mój kolega zrobił błąd i pojechał do domu a później ja siedziałam i odkręcałam wszystko, żeby się nie narobiło jeszcze gorzej. Zła byłam :/ Nie na niego - każdemu się może pomyłka zdarzyć, zresztą całkiem niedawno zrobiłam coś podobnego, choć nieco mniej odkręcania było, bo się od razu zorientowałam. Ale na sytuację byłam zła. Mam mnóstwo pracy i nie wiem, jak się ze wszystkim wyrobię w jeden tydzień. W dodatku piątek, a ty siedź człowieku i pracuj dłużej. Potem zapomniałam jeszcze telefonu i musiałam wrócić. Ostatecznie prawie po ciemku na rowerze wracałam.
A potem przyjechałam do domu i zamiast miłego, relaksującego wieczoru, spędzam wieczór byle jaki. Nic mi się nie chce - nawet relaksować mi się nie chce. A Franek poszedł spać już o 20 i być może nawet poszłabym w jego ślady, gdyby nie to, że jednak szkoda mi tego wieczoru.
Ach ten Franek! Bo to na pewno wszystko przez niego! Jakby on miał lepszy nastrój, to i ja bym miała :)

A tak z innej beczki: pogodę w tym roku po...rypało no! Kto to widział, żeby w pierwszej połowie października było tak zimno! Ja tego nie pamiętam, więc albo tak nie było, albo mam słabą pamięć. A nawet jeśli to drugie, to i tak uważam, że nie powinno być tak zimno! Jeszcze mnie zdąży wytelepać przez kolejne pięć miesięcy :/ Pięć miesięcy!! Toż to kawał czas!
Przypomniała mi się dzisiaj piosenka, którą słyszałam w sierpniu... Pamiętam, że to było rano w mieszkaniu teściów, bo akurat tam pomieszkiwaliśmy. Byłam w łazience i akurat puścili sobie taką pioseneczkę... Wtedy to się nawet przyjemnie jej słuchało, dzisiaj już nie aż tak bardzo....:

Moja żona mnie dzisiaj skrzyczała, powiedziała, żem mazgaj, że głupi.
Że ze wstydu się za mnie rumieni, kiedyż wreszcie zmądrzeję już raz.
A na śmiesznym tle sprawa powstała: poprosiłem, poziomek niech kupi.
- Zdziecinniałeś - powiada - w jesieni?
- To już jesień? Jak leci ten czas!

I westchnąłem: no patrz, już po lecie, po wakacjach, po słońcu, mój Boże!

Już się zacznie szaruga na świecie, no, jasnych spodni już chyba nie włożę.
Pewnie deszcze się zaczną i słota, na to ona, przepraszam, idiota!
Uśmiechnąłem się, mów sobie zdrowo, ty wiesz swoje, a ja swoje wiem.

Bo mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,

Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.

To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł

I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły.

Człowiek pensję ma bardziej niż marną: tysiąc złotych miesięcznie - niewiele.

Ale w lecie, tych tysiąc, to suma! Można za nią jak król jakiś żyć.
Słońce grzeje, opala za darmo, Wisłę gratis masz w każdą niedzielę,
Ptaki dają bezpłatne koncerty, nawet nie chce się jeść ani pić.

Jesień, owszem, jest piękna, bogata, bardzo urozmaicona i pełna kolorów.

Ale gdzie, gdzie jesieni do lata, do lipcowych, sierpniowych wieczorów!
Już niedługo i zima przyleci, pełna śniegu, zawiei, zamieci.
A mnie w głowie poziomki i głupstwa, jakiś koncert i Wisła, i las.

A mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,

Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.

To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł

I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły. 



Tyle, że ten październik to już prawie zimę przypomina, a nie jesień. Aaaale, z drugiej strony - niech sobie będzie zimno! Ja i tak zaraz wyjeżdżam. Dzisiaj kurier przywiózł nam bilety. I za dziewięć dni lecimy sobie, jak te ptaszki, do ciepłych krajów. 
A tak w ogóle to wcale nie mam takiego skwaszonego nastroju, jak wynikałoby z notki :) Tak mi się po prostu napisało, bo mam ochotę pomarudzić, ale w gruncie rzeczy nie jest najgorzej ;)

Ps. Marudo, nie mam pojęcia dlaczego Twój komentarz się nie opublikował, zwłaszcza, że dostałam powiadomienie o nim i jego treść na maila! Odpowiadam więc tu, że w zasadzie nie wiem, co więcej mogłabym napisać o tych oczepinach ponad to, co napisałam w odpowiedzi na komentarz Poli (nie wiem, czy czytałaś, ale tak się domyśliłam) :) Chyba, że masz jakieś konkretne pytania? A co do zdania na temat "w ogóle całej otoczki" to miałam po prostu na myśli zabawy towarzyszące oczepinom, które opisałam - tak jak obtańcowywanie panien i kawalerów i "test zgodności" :) 
Ps. 2 No to już mi M. wytłumaczyła, co się stało i przy okazji znalazł się Twój komentarz sprzed miesiąca ;)

czwartek, 23 sierpnia 2012

Przetańczyć z Tobą chcę...

Zrezygnowałam z "aerobika" na rzecz walczyka :P Ale tylko w tym tygodniu. W przyszłym i tak Franek będzie popołudniu w pracy, więc nie będziemy ćwiczyć.
Ja znam kroki tańców i nie mam z nim większych problemów. W liceum zrobiliśmy sobie klasowy kurs tańca przed studniówką a poza tym śmieję się, że mam to w genach (moi rodzice poznali się na kursie tańca). Franek ma poczucie rytmu, a to bardzo ważne :) Kroków jednak nie znał żadnych. Ja tam potrafię z nim tańczyć - na każdym weselu po prostu wpadaliśmy w rytm i chociaż Franek tańczył po swojemu, to wychodziło nam całkiem dobrze.
Ale postanowiliśmy, że ze względu na to, iż na naszym weselu Franek (ja też zresztą) będzie tańczył nie tylko ze mną, ale ze wszystkimi ciociami i koleżankami :) to wypadałoby, żeby potrafił poprowadzić taniec nie tylko "po swojemu".

Naszym podstawowym celem więc, jak już wspominałam, było takie ogólne rozruszanie się, wpadnięcie w rytm, poznanie jakichś kroków. W ogóle nie myśleliśmy o jakimś specjalnym układzie, czym zadziwialiśmy ludzi, w tym Dagę, bo wszyscy byli przekonani, że chodzi nam o ułożenie choreografii do pierwszego tańca. Tak, jak napisałam walczyka Franek załapał szybko. We wtorek poćwiczyliśmy jeszcze chwilę sami, ale okazało się, że śmigamy zarówno walcem, jak i użytkowym. Wczoraj znowu wpadła do nas Daga i pokazaliśmy jej, co umiemy. Była w autentycznym szoku, że po jednej lekcji tak dobrze nam idzie - zwłaszcza Frankowi, który naprawdę nie rokował w pierwszym momencie :)
No i nie bardzo miała pomysł na to, co z nami dalej robić w takim razie - wyskoczyła więc ze swoim układem, który obmyśliła do jednej z piosenek, którą jej podaliśmy. Ćwiczyliśmy wczoraj ten układ i umówiliśmy się jeszcze na piątek.
Na chwilę obecną mam mieszane uczucia - glównie dlatego, że nie byłam przekonana do układu. Po prostu nie chciałam, żeby było sztucznie i na pokaz. Z drugiej strony taki normalny dreptany taniec byłby zwyczajnie nudny. Wczorajszy "trening" był świetną zabawą :) Wygłupialiśmy się trochę, śmiechu było co niemiara. Do tego Franek oberwał z mojej klatki piersiowej w brodę, kiedy ćwiczyliśmy jedno podnoszenie zaproponowane przez Dagę :) Było naprawdę fajnie i układ też jest ciekawy - krótki, bo tylko na dwie zwrotki i refren a później zaprosilibyśmy już gości do wspólnej zabawy. Jak już się go nauczyliśmy, to szkoda nie wykorzystać...
Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji - po prostu będziemy sobie w domu tańcować a potem wymyślimy co dalej :) Wydaje mi się, że jeśli tylko podejdziemy do tego na luzie, nie jakoś bardzo oficjalnie, to będzie dobrze. Jeśli będziemy się tym tańcem bawić - tak jak wczoraj, gdy nie będziemy martwić się o fałszywy krok, czy wypadnięcie z rytmu, a przede wszystkim zatańczymy radośnie, to będzie dobrze. Wydaje mi się, że wtedy taki taniec będzie spontaniczny nawet pomimo wcześniejszego przećwiczenia. Dodam, że choreografia nie jest jakoś specjalnie wyszukana, czy udziwniona. Refren zatańczymy normalnym 2na1, ale chodzi o wprowadzenie paru figur, żeby nie było nudno. Bo właśnie - tak wyjść i zatańczyć byle co, aby było to trochę głupio, skoro wszyscy będą na nas patrzeć :)
Obiecałam, że jak już zdecydujemy, to napiszę, jaką piosenkę wybraliśmy na pierwszy taniec. No więc jeszcze nie podjęliśmy ostatecznej decyzji, ale ten taniec ćwiczyliśmy do tej piosenki. Nie mamy żadnej "swojej" piosenki, ale ona własnie najbardziej kojarzy mi się z naszymi początkami. Poza tym ma słowa, które idealnie pasują do naszego związku i naszej sytuacji.

Zastanawialiśmy sie jeszcze nad "Odrobinę szczęścia w miłości", ale w wykonaniu Roberta Janowskiego. Oraz nad "Najpiękniejszą" Seweryna Krajewskiego. Obie piosenk nam się podobają, ale może ostatecznie po prostu zapytamy naszego zespołu, czy mają to w repertuarze, bądź są w stanie przygotować i sobie zażyczymy, żeby je zagrali, ale nie koniecznie na nasz pierwszy taniec :)

A teraz walca ćwiczymy między innymi do pięknej piosenki "Answer me, My Love" Frankie Laine, ale w jakimś innym wykonaniu. Niestety nie znalazłam tego necie.
I właśnie zastanawiamy się głównie nad tą pierwszą i ostatnią. Nad pierwszą ze względu na słowa i układ. Nad drugą - bo piosenka piękna, a... walc to jednak walc :) Wygląda pięknie i wspaniale byłoby zatańczyć go na własnym weselu. Może ostatecznie zatańczymy oba tańce - jeden jako pierwszy, a drugi w okolicach północy na przykład.

Nie chcemy za dużo planować, bo uważam, że lepiej wszystko wyjdzie, jeśli nie będziemy się spinać - po prostu zobaczymy jak będzie. Jak będziemy się czuli, jak będą się bawić goście. Zresztą razem z koleżankami mamy obmyślony jeszcze jeden taniec, który być może zatańczymy na weselu - ale właśnie w zależności od ogólnych nastrojów :)
Nie spinam się jeśli chodzi o inne sprawy weselne, nie zwracam na szczegóły większej uwagi niż to konieczne, żeby było po prostu miło i radośnie, więc i w kwestii tańca nie chciałabym się spinać :) Dlatego bardzo zależałoby mi na tym, żeby ten pierwszy taniec nie był sztuczny. Ale z drugiej strony wydaje mi się, że to tylko od nas zależy. Wszak i taniec nieprzećwiczony i bez choreografii może wyglądać sztucznie, jeśli się tańczące osoby nie zgrają i za bardzo stremują :) Ja na razie nie mam problemu z tym, że będziemy w centrum uwagi - wręcz przeciwnie, nawet mi się to podoba :) A przecież będą sami bliscy, przed kim się tu tremować? :)


Ps. Prośba o pomoc w kwestii zamieszczania filmików - zajrzyjcie na koniec notki w POMOCY TECHNICZNEJ blogspotowicze, plisss :)

piątek, 18 maja 2012

Krótki mix.

A w piątki czas jednak płynie zupełnie inaczej. Przede wszystkim - kiedy siedzę w pracy, wyjątkowo zwalnia. Ale przyznać muszę, że i po pracy nie biegnie jak szalony, jak to bywa na co dzień. W piątek zawsze więcej zdążę załatwić, dzisiaj wprost nie mogłam uwierzyć, że w półtorej godziny zdążyłam wyjść z pracy, zahaczyć o kilka sklepów w samym centrum i dojechać na drugi koniec Poznania, żeby odebrać zaproszenia. Założę się, że gdyby to była środa na przykład, to bym się nie wyrobiła :)
Cóż, nic innego, tylko magia :)

Na weekend wybywamy. Kierujemy się na wschód z lekkim odchyleniem na północ. Czyli we Włocławku wylądujemy. I jego okolicach. Jedziemy osobiście dostarczyć pierwszą porcję zaproszeń ślubnych. To dobra okazja, żeby zobaczyć się z dawno niewidzianym kuzynostwem i żeby po prostu zrobić sobie weekendową wycieczkę za miasto :)

I jeszcze na koniec... Wiecie, czym się ostatnio zachwycam? TYM! Zawsze wiedziałam, kim jest Seweryn Krajewski. Znałam jego piosenki. "Wielka miłość" swego czasu była niemalże moim hymnem. Ale dopiero w noc sylwestrową ten facet, a właściwie jego głos mnie zaczarował - zupełnie przez przypadek zerknęłam na powtórkę Top Trendy w Sopocie, na którym występował z Piaskiem. I... Franek nie mógł mnie oderwać od ekranu! Ten głos, ta barwa, ta dykcja! I tak mnie trzyma do dziś... Słowo daję, w różnych się artystach kochałam jako nastolatka, ale takiego głosu to żaden facet nie miał! Pan Seweryn co prawda nie z mojego pokolenia. I mnie też już nie wypada sobie nad łóżkiem plakatów idoli wieszać :) Nie zmienia to jednak faktu, że ten głos mnie uwiódł! Tutaj też...

Do poczytania więc.

piątek, 17 lutego 2012

Móc zatrzymać ten czas.

Gdybym miała przeżywać jakiś dzień w nieskończoność i gdybym miała wybór… Jaki byłby to dzień?
Zdumiewająco szybko przyszła mi do głowy odpowiedź na to pytanie – byłby to dzień naszych zaręczyn. I wcale nie dlatego, że spełniło się moje marzenie -  zupełnie nie miałam takich odczuć. Ani nawet nie dlatego, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu – wiele takich pięknych dni już przeżyłam. Właściwie nie potrafię chyba powiedzieć, dlaczego właśnie ten dzień – może po prostu był idealny? :) Przy czym zaznaczam, że wcale nie chodzi o nieskazitelność – przecież nie było słodko od rana, nie wstaliśmy we wspaniałych humorach. Mało brakowało, a nigdzie byśmy nie pojechali, po drodze się posprzeczaliśmy (o totalną drobnostkę, ale my chyba lubimy po prostu się trochę poprztykać), pogoda była beznadziejna przez pół dnia. A jednak pamiętam jak się czułam, gdy już dojechaliśmy na miejsce. Beztroska, radość, szczęście po prostu. A może już coś przeczuwałam? Jeśli tak, to nawet fragment moich przeczuć nie przedostał się do mojej świadomości :) Było ciepło, przyjemnie. Było tak… zwyczajnie :) A potem ta plaża – czułam się wolna. Miałam poczucie, że możemy wszystko, choć poprzestaliśmy na tym, że grzecznie usiedliśmy na kocyku i popijaliśmy winko (to już nie tak grzeczne :)) Jeszcze zanim usłyszałam wiadome pytanie, miałam poczucie, że chcę zatrzymać tę chwilę. Wszystko, co wydarzyło się później, uczyniło ją tylko jeszcze piękniejszą i jeszcze bardziej wartą zapamiętania. Nie chciałam schodzić z plaży. Marzy mi się spędzenie którejś z czerwcowych nocy w Petersburgu. No właśnie, to była taka namiastka białej nocy… Dookoła się ściemniało, zegar wskazywał coraz późniejszą godzinę, a na północy cały czas było jasno. Pięknie. Mogłabym tam spędzić całą noc. Ale musiałam ulec Frankowi, który zdecydowanie twierdził, że nie jest to najbezpieczniejszy pomysł. Ruszyliśmy więc w stronę miasta, a mnie kręciło się w głowie – nie tylko ze względu na wypite wino. Zaczęło docierać do mnie, co się wydarzyło. Zboczyliśmy jeszcze do knajpki na piwo i trafiliśmy na dancing. Muzyka była doskonałym tłem do naszej rozmowy o ilości gości na naszym weselu :) Niestety nic nie trwa wiecznie i musieliśmy wracać. Nie chciałam. A przede wszystkim – nie chciałam, żeby czas płynął dalej. Tuż przed wejściem do naszego domku patrzyłam w czyste niebo pełne gwiazd i myślałam o tym, że chcę zatrzymać ten czas.

Jak wiadomo – żaden dzień się nie powtórzy i nie ma dwóch tych samych nocy. Ale można przynajmniej jeden dzień dwa razy opisać :)

Notkę sponsoruje książka „Siedem razy dziś” autorstwa Lauren Oliver :)

Ps. I tak mi przyszło do głowy, w trakcie pisania – ta piosenka chyba byłaby bardzo adekwatna.

piątek, 10 czerwca 2011

Może to i żart…

do posłuchania: tu i do poczytania…

Nagle los mi dał,
wszystko co chciałam mieć,

w końcu jesteś Ty, jestem ja…
Zabrał całe zło,
bym mogła wierzyć Ci,

że będzie zawsze tak, jak w tę noc…

I drżę w jej blasku całkiem bezsenna,
bo wiem, ze tak, bardzo mnie chcesz…


W każdą noc,
będziesz zawsze tylko mój,
tylko Ty stopisz we mnie serca lód.

Jak każda noc i Ty odejdziesz,
zostań, nim skradnie mi Cię dzień.

Rankiem powiesz – to był sen…

Może to i żart,
lecz zwątpić nie mogę, gdy

jesteś cały czas, w każdą noc…


I drżę w jej blasku całkiem bezsenna,
bo wiem, ze tak, bardzo mnie chcesz…


W każdą noc,
będziesz zawsze tylko mój,
tylko Ty stopisz we mnie serca lód.

Jak każda noc i Ty odejdziesz,
zostań, nim skradnie mi Cię dzień.

Rankiem powiesz – to był sen… ***
Tyle na dziś.

niedziela, 18 lipca 2010

Czego wciąż mi brak?

Może nie będę się powtarzać, skoro ktoś kiedyś już tak ładnie o tym śpiewał


Czego wciąż mi brak? 
Przecież wszystko mam… 
Obcy ludzie mówią, 
że tak zazdroszczą mi… 
Czego wciąż mi brak? 
Co tak cenne jest? 
Że ta nienazwana myśl 
Rysą jest na szkle… 
Czego wciąż mi brak? 
Czego miewam mniej? 
Na ulicy mówią mi 
Wszystko jest O.K.!… 
Czego wciąż mi brak? 
Co tak cenne jest? 
Że ta nienazwana myśl 
Rysą jest na szkle… 
Czego wciąż mi brak? 
Przecież wszystko mam… 
Nie zrozumie nigdy mnie 
Ten, kto nie jest sam 
Czego wciąż mi brak? 
Czemu chcę to mieć? 
Jaka nienazwana myśl
Rysą jest na szkle? 
Czego wciąż mi brak?… 
Czego miewam mniej?… 
Czego zawsze w życiu mi brak?…

czwartek, 25 lutego 2010

To i owo

Wszyscy ostatnio o wiośnie zaczęli pisać. Ano to ja też :) Może jak tak się zaweźmiemy wszyscy to się zima wkurzy i Se pójdzie ;) Ale tak serio to niestety dzisiaj w radio słyszałam, że się trochę jeszcze z nią pomęczymy. Miałam na to dowód wczoraj, kiedy to wyszłam rano z domu i wpakowałam się w śnieg po kostki i jeszcze więcej tego białego dziadostwa leciało z nieba. Jak wracałam z pracy, to już białe nie było, za to bardziej mokre a pod butami było szaro i chlupało :) Za to dzisiaj słoneczko śmiało się do mnie pełną gębą i aż zaczęłam się zastanawiać, gdzie też włożyłam na przezimowanie moje okulary przeciwsłoneczne. Zdecydowanie będę musiała je wkrótce odszukać.
Natomiast najbardziej widocznym znakiem na to, że wiosna jest coraz bliżej, są coraz dłuższe dni. A przede wszystkim fakt, że coraz szybciej robi się jasno. Wprowadza mnie to niejednokrotnie w konsternację, bo… mam wrażenie, że jestem spóźniona :) Przez kilka miesięcy wychodziłam z domu jak było zupełnie ciemno, a kiedy dojeżdżałam do pracy, to tylko gdzieś hen, hen na wschodzie robiło się szaro. A teraz?Wychodzę z domu a tu z dnia na dzień coraz jaśniej. Aż strach pomyśleć co będzie, jak będę się budzić „po jasnemu” :)
Ale oczywiście na wiosnę czekam z utęsknieniem i nie mogę się już doczekać, kiedy z Frankiem otworzymy sezon spacerowy.
Na zakończenie chciałam powiedzieć, że jutro Margolka idzie do SPA! Fajnie nie? :) Proszę sobie wyobrazić, że wygrałam w konkursie internetowym masaż gorącymi kamieniami :)Tak więc jutro po południu będę się relaksować.
No i co to ja jeszcze chciałam? Aha, wrzucam tutaj link do piosenki. To była pierwsza piosenka jaką się nauczyłam śpiewać po hiszpańsku i po prostu nie mogę znieść tej zmasakrowanej polskiej wersji „skąd mam na głowie ptaków sto…” czy jakoś tak…

wtorek, 16 lutego 2010

Miesięczne archiwum: Luty 2010 Dziady hiszpańskie 26 lutego 2010 Ależ miałam dzisiaj miły dzień. Oby więcej takich :) Szczegółowa relacja z piątku margolkowego (łącznie ze sprawozdaniem ze SPA ;)) jutro, bo teraz mam komunikat: Ponieważ są osoby, które czytają mnie krócej niż pół roku, na początku legenda, żeby uniknąć ewentualnych pytań i wyjaśnień w komentarzach :) W maju przystąpiłam do egzaminu, który poszedł mi w miarę dobrze, poza jedną częścią. W sierpniu się załamałam, bo okazało się, że go nie zdałam – tu więcej szczegółów. I tu. We wrześniu wysłałam do Hiszpanii odwołanie. Otóż dzisiaj dostałam odpowiedź. Zdałam!!! Wyobrażacie sobie??? Egzamin międzynarodowy, kurczę pieczone, a oni się mylą w punktacji! Poleciałam na pocztę cała w nerwach, rozrywam nerwowo kopertę a tam dwie strony A4 po hiszpańsku. Na szczęście szybko znalazłam wyraz, który mnie interesował – APTO (zdane), bo był wielkimi literami napisany. Potem już na spokojnie przeczytałam wszystko. Niczego mi nie wyjaśnili, nawet nie przeprosili za pomyłkę i zamieszanie :( Po prostu stwierdzili fakt, że po ponownym przeliczeniu punktacji wynik egzaminu jest pozytywny. Dziady jedne hiszpańskie :/ Czy oni sobie zdają sprawę ile nerwów mnie to kosztowało?? Pamiętacie chyba w jakim dołku byłam… I przez pół roku tak naprawdę cały czas myślałam o tym egzaminie i myślałam sobie jaka ja jestem głupia, ze ustnego nie zaliczyłam. A oni po prostu źle policzyli… Dobre sobie. A swoją drogą, tyle ludzi zdaje ten egzamin, ale akurat mnie się musiała taka pomyłka przytrafić nie? :)) Takie już moje szczęście. Najważniejsze, że zdane! :D Jupi! :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 74 Komentarze To i owo 25 lutego 2010 Wszyscy ostatnio o wiośniezaczęli pisać. Ano to ja też :) Może jak tak się zaweźmiemy wszyscy to się zimawkurzy i Se pójdzie ;) Ale tak serio to niestety dzisiaj w radio słyszałam, żesię trochę jeszcze z nią pomęczymy. Miałam na to dowód wczoraj, kiedy towyszłam rano z domu i wpakowałam się w śnieg po kostki i jeszcze więcej tegobiałego dziadostwa leciało z nieba. Jak wracałam z pracy, to już białe niebyło, za to bardziej mokre a pod butami było szaro i chlupało :) Za to dzisiajsłoneczko śmiało się do mnie pełną gębą i aż zaczęłam się zastanawiać, gdzieteż włożyłam na przezimowanie moje okulary przeciwsłoneczne. Zdecydowanie będęmusiała je wkrótce odszukać. Natomiast najbardziejwidocznym znakiem na to, że wiosna jest coraz bliżej, są coraz dłuższe dni. Aprzede wszystkim fakt, że coraz szybciej robi się jasno. Wprowadza mnie toniejednokrotnie w konsternację, bo… mam wrażenie, że jestem spóźniona :) Przezkilka miesięcy wychodziłam z domu jak było zupełnie ciemno, a kiedy dojeżdżałamdo pracy, to tylko gdzieś hen, hen na wschodzie robiło się szaro. A teraz?Wychodzę z domu a tu z dnia na dzień coraz jaśniej. Aż strach pomyśleć cobędzie, jak będę się budzić „po jasnemu” :) Ale oczywiście na wiosnęczekam z utęsknieniem i nie mogę się już doczekać, kiedy z Frankiem otworzymysezon spacerowy. Na zakończenie chciałampowiedzieć, że jutro Margolka idzie do SPA! Fajnie nie? :) Proszę sobiewyobrazić, że wygrałam w konkursie internetowym masaż gorącymi kamieniami :)Tak więc jutro po południu będę się relaksować. No i co to ja jeszczechciałam? Aha, wrzucam tutaj link do piosenki. To była pierwsza piosenka jakąsię nauczyłam śpiewać po hiszpańsku i po prostu nie mogę znieść tejzmasakrowanej polskiej wersji „skąd mam na głowie ptaków sto…” czy jakoś tak… Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 68 Komentarze Sny na jawie 24 lutego 2010 Pojechałabym Se gdzieś :) Odkąd musiałam się pożegnać z instytucją zwaną feriami zimowymi, sama sobie takowe ferie organizowałam. I tak w 2006 roku poleciałyśmy z koleżankami ze studiów do Madrytu na tydzień. W roku 2007 w zasadzie podróżować mi się odechciało, bo właśnie w lutym wróciłam z półrocznego stypendium w Cordobie, no ale wyjazd był zaliczony. W roku 2008 polecieliśmy z Frankiem do Sevilli. A właściwie tam tylko spaliśmy a w ciągu pięciu dni zdążyliśmy zaliczyć jeszcze kilka innych miast. No i w zeszłym roku w marcu zaliczyliśmy Londyn. Na początku lutego 2009 już mieliśmy kupione bilety. A teraz co? Bida. Nie ma na co czekać i aż mi dziwnie, bo odczuwam silną potrzebę, żeby gdzieś pojechać. Nawet miałam w planach Irlandię, ale niestety na przeszkodzie stoją dwie rzeczy. Po pierwsze nowa praca Franka. Wczoraj podpisał umowę :))) Na razie co prawda na trzy miesiące, ale mam nadzieję, że już się go tak szybko nie wyrzekną, bo w końcu rok cały trwały szkolenia, więc trochę w niego zainwestowali. W każdym razie wczoraj już mu wszystko mniej więcej pokazali a w poniedziałek ma się stawić w zajezdni w pełnym umundurowaniu :) Dowiedział się już co prawda, że w tym okresie przysługuje mu pięć dni urlopu, ale nie jest za bardzo wskazane, żeby od razu go wykorzystywał na samym początku, więc raczej jego podróż ze mną nie wchodzi w grę. Franek nie chce mnie samej puścić. Sam ma ochotę się gdzieś przejechać, a poza tym boi się co ja tam mogę przeskrobać jak mnie nie będzie pilnował :) Zwłaszcza, że jak kiedyś poszłam do wróżki (pierwszy i ostatni raz, nigdy więcej!), to ta wywróżyła mi, że wyjadę za granicę i nie wrócę, bo tam znajdę sobie męża. I na nic tłumaczenia, że to miało być w zeszłym roku :) Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w ogóle pozwoliła Frankowi, żeby mi czegoś zabronił, prawda? :) No więc głównie chodzi o moją obronę. Ciągle nie mam terminu. Będzie to któryś piątek marca, ale nie wiadomo który i przez to nie mogę nic sobie zaplanować, a jak wiadomo bilety w tanich liniach lotniczych rezerwować należy raczej z dużym wyprzedzeniem. Przed obroną na pewno nie chciałabym polecieć, więc wygląda na to, że w marcu się nie uda. Problem pojawia się również w kwietniu, bo przez przypadające w tym miesiącu święta, bilety bardzo podrożeją. No i klops. Potem weekend majowy i to samo. Wygląda na to, że niestety mój wyjazd nie dojdzie do skutku :( Ale ja muszę sobie zorganizować tydzień urlopu i gdzieś wybyć! Wyjazdy z Frankiem zawsze najbardziej mnie cieszą. Żaden wyjazd nie jest tak przyjemny, kiedy nie mogę z nim dzielić wrażeń, ale jak się okaże, że wyjazd z nim naprawdę jest niemożliwy, to zacznę sama kombinować. Albo spróbuję jeszcze coś załatwić coś z tą Irlandią w kwietniu (o ile ceny biletów będą do przełknięcia) i polecę do koleżanek sama, albo namówię Dorotę (póki nie pracuje), żeby gdzieś się ze mną wybrała. Bez Franka to nie to samo, ale jak to ostatnio jego wyjazd w góry pokazał, takie rozstanie tygodniowe też może być budujące :) I cieszę się, że potrafimy się od siebie od czasu do czasu oderwać :) No nic, ale na razie to wszystko tylko w sferze snów na jawie :) Siedzę sobie w biurze i ładuję akumulatory przed comiesięcznym nawałem pracy w pierwszych dniach nowego miesiąca, trochę się nudzę no i tak sobie myśleć zaczęłam o niebieskich migdałach. Marzy mi się taki wyjazd. Ba! On mi się nie marzy, on mi jest potrzebny po prostu :) No cóż, póki na razie nic więcej nie mogę zrobić, to sobie będę myśleć i planować. A nuż coś sobie wymarzę :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 86 Komentarze Pomysłowy Franek 22 lutego 2010 (…) Od zakochanych można się uczyć miłych słów: moja różo, moja cebulko, mój ty szczypiorku zielony. Zakochani mówią tak, jakby się uczyli tylko botaniki, a zagniewani– jakby się uczyli tylko zoologii, bo mówią: ty ośle, baranie, ty foko,ty byku. Najlepsi nauczyciele – to zakochani. (ks. J. Twardowski – „Zakochani”) Kiedy wcześniej byłam w dwóch, dość poważnych związkach, dla moich facetów byłam zawsze Misiem. Od czasu do czasu Kotkiem. Ale przeważnie jednak zwracali się do mnie „Misiu”. Franek w życiu tak do mnie nie powiedział. I całe szczęście :) Bo Misiów mam serdecznie dość. Franuś jest bardziej oryginalny, bo oprócz tego, że od czasu do czasu wyrwie mu się: „Cześć Kotek” (nie Kotku, tylko Kotek właśnie), to ze zwierzyńca woli inne osobniki. Często jestem Rybą (ewentualnie Rybką, jak zasłużę), Małpką, Szczeniaczkiem, Robaczkiem, Myszką, Prosiaczkiem i Pędraczkiem. Kiedyś zdarzył się jakiś Pingwinek, czy inny Krokodylek. Kiedy odbieram telefon, nigdy nie wiem, czy usłyszę: „Cześć Słońce”, „Witam mojego Kurczaczka” czy może „Dzień Dobry Najpiękniejsza Świnko Świata”. Przyznać muszę, że Franek jest wyjątkowo pomysłowy jeśli chodzi o wymyślanie określeń dla mnie. Pewnego dnia zaczęłam sobie wszystko spisywać, lista jest już całkiem długa i wcale nie skończona, bo co rusz Franek wymyśla nową Pyzię albo Śnieżniczkę (połączenie Śnieżynki z Księżniczką). Najczęściej jednak inspirację czerpie, jak na kucharza przystało, ze sztuki kulinarnej :) (Strach pomyśleć co teraz będzie jak zmieni pracę – klockiem hamulcowym to ja nie chcę być:)) I tak oto zwracał się już do mnie: Śliwko, Fryteczko, Szpinaczku, Pierniczku, Parówko, Truskawko, Koktajliku, Papryczko, Pyrko (dla nie-Poznaniaków – Pyra, to ziemniak :)), Pierożku no i zdarzyło się nawet „Żołądeczku” :). Ale najbardziej lubię jak mówi do mnie Klusko, Kluseczko lub Klusaku. Bynajmniej nie chodzi o to, że mam za dużo ciała, bo Franek twierdzi, że wręcz powinnam przytyć i „Szkieletorku” też kiedyś usłyszałam :) Tak jakoś mu to przypasowało a i ja lubię te Kluski, bo brzmią tak miękko :) A jak jestem niegrzeczna to słyszę: „Głupia Klucha” :) Czasami jednak zdarza się, że Franuś używa słów z innych kategorii: Aniołku, Smerfnusiu, Słoneczko, Perełko. No i Piękna też bywam :) Oczywiście bywa też tradycyjny i wymknie mu się czasem Kochanie lub Skarbie. W towarzystwie natomiast zawsze używa mojego imienia w jednej tylko formie: „Małgosiu”, co mi bardzo odpowiada, bo nie lubię słodzenia przy ludziach :) No cóż, ja ze swoim Frankiem, Franusiem i Franiem, przy jego licznych określeniach, wymiękam :) No i oczywiście od czasu do czasu wyrwie mi się „Łukasz”, ale wtedy to nawet on się dziwi :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 96 Komentarze Niezdecydowana 20 lutego 2010 Hmmm, chyba ostatnio trochę przesadzam z tymi notkami co? :) Nie wydaje Wam się? Ale jakoś tak mi się ostatnio chce :) Zresztą ostrzegałam, że jak już napiszę pracę, to się będę musiała tutaj wyżywać piśmienniczo :) Jeszcze tylko będę musiała wrzucić zaległe recenzje na mój drugi blog :) W każdym razie chciałam powiedzieć, że wczoraj o godzinie 16 pożegnałam wszelkie smutki :) Gryzło mnie to tak, dusiło, więc postanowiłam udać się z tym problemem do źródła, czyli do Doroty. Powiedziałam co mi leży na wątrobie i podzieliłam się swoimi obawami. Dorota powiedziała mi to, co potrzebowałam usłyszeć. Była przy tym bardzo serdeczna i utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że niezależnie od wszystkiego mogę na nią liczyć i że jednak jest to ktoś bliski w moim życiu. Franek mówił mi, że tak będzie. W końcu zna Dorotę tak długo jak mnie :) Ale ja się musiałam przekonać, już taka jestem, że muszę wszystkie niedopowiedzenia wyjaśnić, nawet takie, które sobie sama wymyśliłam :) Ale najważniejsze, że naprawdę poczułam się, jakby kamień spadł mi z serca. A potem dostałam smsa: „Kocham cię strasznie mocno!” :) I to nie od Franka, tylko od Doroty właśnie :) My się kochamy od naszej pierwszej lekcji angielskiego. A wczoraj obeszło się bez przygód. Dojechałam punktualnie. Szok. Takie rzeczy się nie zdarzają w PKP na co dzień :) Jestem więc dzisiaj już w Miasteczku i szykujemy się na imprezę z okazji 25tej rocznicy ślubu moich rodziców :) A na koniec powiem Wam, że strasznie niezdecydowana kobita ze mnie. Do Franka zadzwonili wczoraj z Zielonej Firmy. We wtorek ma przyjść podpisać umowę i dobrać sobie mundur: M: Myślałam, że będą szyli na miarę. Będą mieli taki na ciebie? F: No a dlaczego nie? M: A bo taki chudy jesteś.. F: Ja chudy? Ostatnio przecież przytyłem, ważę już prawie 75kg M: No właśnie, za duży brzuchol ci się zrobił. Taki grubas z ciebie trochę F: Hmm, no to jaki jestem w końcu? Ps. Bo chyba nie wszyscy dobrze zrozumieli – to był żart! :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 92 Komentarze Na szybko 19 lutego 2010 Staram się nie myśleć o zmartwieniach, ale trudno niestety :( Siedzi to cały czas i gryzie i martwi. Niby taki drobiazg. Franek mówi, że w ogóle nie ma co się przejmować i ja niby to wiem, ale to jest takie przykre… Nie lubię takich dni jak wczoraj – od samego rana wiedziałam ile mam na głowie i cały czas tylko analizowałam, czy się ze wszystkim wyrobię. Poprosiłam tylko Franka, żeby poszedł do mnie po 13, bo mieli spisywać stan liczników. Tak swoją drogą, nie rozumiem dlaczego oni to robią w czasie, kiedy większość ludzi jest w pracy?? Niby można potem dostarczyć te cyfry, ale dużo zamieszania jest z tym a nasze liczniki są tak umiejscowione, że trzeba się nieźle nagimnastykować żeby je odczytać, więc niech już się ten facet, któremu za to płacą kładzie pod kiblem :) W każdym razie Franek czekał na Pana Licznikarza i przy okazji odebrał przesyłkę dla mnie, dzięki czemu nie musiałam już lecieć po pracy na pocztę – odpadła mi jedna sprawa :) Franuś kupił mi też bilet (bo znowu wybieram się w podróż pociagiem), kolejny punkt w moim planie dnia odhaczony… Ja w tym czasie byłam w pracy i załatwiałam służbowe sprawy urzędowe. Potem musiałam załatwić prezent urodzinowy dla współlokatorki i prezent na rocznicę ślubu dla rodziców. Zahaczyłam o bibliotekę, gdzie czekała na mnie książka potrzebna mi do obrony a potem jeszcze o księgarnię, również po odbiór zamówionej książki. Zaliczywszy te wszystkie punkty mojego planu dnia, popędziłam, objuczona siatami jak wielbłąd, na tramwaj. Udało mi się wreszcie dotrzeć do domu i od progu krzyczałam, że mam półgodziny na odrobienie zadania z hiszpańskiego, zrobienie i zjedzenie obiadu, umycie łazienki, zrobienie prania i pozmywanie. Okazało się jednak, że Franuś właśnie stawiał przede mną talerz z obiadem. A poza tym posprzątał łazienkę! Ale mnie to ucieszyło! Chociaż głupio mi trochę, bo w końcu jakby nie było ostatnimi czasy on nie spędza u mnie zbyt wiele czasu, a co za tym idzie nie korzysta z łazienki, ale powiedział, że wiedział, że mam tyle do zrobienia, to chciał mi pomóc. I przyznać muszę, że zrobił to lepiej ode mnie – a przynajmniej podłogę lepiej umył :) Potem jeszcze pozmywał po obiedzie i tym sposobem zdążyłam nastawić pranie i zrobić pół zadania domowego, po czym poleciałam na hiszpański. Po powrocie jeszcze tylko pakowanie i mogłam się z czystym sumieniem położyć spać. Ale gdyby nie Franek, to na pewno nie zdążyłabym się ze wszystkim wyrobić. No a dzisiaj, z różnych względów, znowu nie pojadę do Miasteczka samochodem, ale pociagiem. Dorota jechała tydzień temu i tym razem nic się nie spaliło, nie było zalania ani żadnej innej katastrofy, ale wyjechała z Poznania o 17 a dojechała do domu po 23 (planowo miała być o 20). Tak więc od rana myślę, co muszę ze sobą zabrać w tak trudną podróż :)? Kanapki, termos, coś ciepłego do ubrania – w razie gdyby siadło ogrzewanie, a w ogóle to ubrać się na cebulkę – w razie gdyby zrobili w pociągu saunę. Poza tym kilka lektur dla zabicia czasu, naładowaną komórkę… Z poduszką już chyba nie będę przesadzać nie? :) Nie będę kusić losu i zamierzam głęboko wierzyć w to, że noc spędzę w Miasteczku we własnym łóżku a nie w szczerym polu w zimnym przedziale :) Trzymajta kciuki :) Ps. Aha! Zapomniałam – Frankowi przydzielili wczoraj w Zielonej Firmie numer służbowy… Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 60 Komentarze Komentarz do komentarzy :) 18 lutego 2010 No dobra, przyznaję, trochę wczoraj sobie popłynęłam z tym postem :) Dziękuję Wam za wszystkie komentarze i oczywiście wiem, że macie racje. Ja sama w zasadzie o tym wszystkim wiedziałam, ale tak mnie naszło na te wszystkie przemyślenia, refleksje, że musiałam gdzieś się wypisać widocznie. A przecież sama kiedyś napisałam notkę „Podwójne oblicze” i wtedy mi się to podobało. No jak widać mam ostatnio gorsze dni :) Na pewno jest tak, jak piszecie, że każdy jest postrzegany przez inne osoby bardzo subiektywnie – nasze doświadczenia są przeczytane i zinterpretowane a dotego jeszcze przepuszczone przez pryzmat doświadczeń czytelnika. Poza tym na pewno po prostu dostosowujemy się do sytuacji i towarzystwa, w którym się znajdujemy. Trudno, żebym w klubie na imprezie zachowywała się tak samo jak na egzaminie albo w pracy :) No i bardzo możliwe, że jest mam w sobie wszystkie te cechy, o których mówią inni – w końcu z powietrza się nie wzięły :) Po prostu niektórym się rzuca coś w oczy bardziej, niż innym. Najważniejsze, że ja się czuję sobą w każdej sytuacji. Jeśli jest inaczej, to znaczy, ze to sytuacja nie dla mnie i muszę jak najszybciej się z niej wyplątać :) Chyba musiałam się wygadać :) A teraz lecę, bo mam tyyyle do załatwienia jeszcze dzisiaj :) Do napisania wkrótce :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 40 Komentarze Margolka bez koloryzowania 17 lutego 2010 Jak zaczęłam już pisać, to wyszła mi strasznie długa notka… Skróciłam ją trochę i stwierdziłam, że do niektórych spraw powrócę tu na blogu. Ale mimo to, wyszła bardzo długa a i tak nie wiem, czy się w niej jasno wyraziłam. Tak się złożyło, że ostatnio, dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka moich rozmów z innymi osobami, zupełnie przypadkiem zeszło na to jaka jestem. Czasami były to rozmowy bezpośrednie, czasami po prostu jakieś jedno zdanie wplecione w wywód na inny zupełnie temat. W każdym razie zdumiewa mnie to, jak czasami mnie ludzie odbierają. I nie chodzi o to, że odbierają mnie źle. Tak naprawdę tym, co skłoniło mnie do refleksji jest fakt, że jestem różnie postrzegana, przez różne osoby. Najlepiej znają mnie oczywiście najbliżsi i w zasadzie oni widzą mnie tak, jak i ja siebie widzę, więc to, co czasami mówią na mój temat, niespecjalnie mnie dziwi. Ale na przykład prawie mnie z butów wyrwało, kiedy moja koleżanka na uczelni stwierdziła, że jestem zawsze taka spokojna i opanowana. Ja??? Już pomijam moje panikowanie, ale o mnie na pewno nie można powiedzieć, że jestem opanowana! Przecież ja się wściekam o byle co, a impulsywność to moje drugie imię. Bardzo często działam pod wpływem emocji, co w połączeniu z moim niewyparzonym jęzorem powoduje czasami głupie sytuacje. Kiedy powiedziałam o tym, co usłyszałam Frankowi, czy mamie, to się tylko roześmiali. Wy zresztą też dzięki moim notkom chyba już miałyście okazję poznać mój temperament. No właśnie, a propos Was, Czytelniczek… W opisie swojej osoby zastrzegłam, że nie jestem optymistką. Pesymistką też nie, ale jestem mistrzem w czarnowidztwie. Wiem, że to może się wykluczać, ale dla mnie pesymizm nie jest tym samym, co czarnowidztwo, nie będę teraz się w to zagłębiać, ale na pewno napiszę notkę na ten temat w przyszłości. W każdym razie, w komentarzach, czy w mailach wiele z Was pisało, że jestem taką pogodną osobą, optymistycznie nastawioną do życia i zawsze wesołą. Niezmiernie mnie to dziwi, bo ja siebie tak nie widzę. I na przykład Franek, czy Dorota też by nigdy nie powiedzieli, że jestem optymistką, bo znają moją skłonność do martwienia się na zapas. Zawsze mnie zastanawia, dlaczego tutaj tak mnie wiele osób postrzega, bo przecież staram się być sobą. Oczywiście są również takie cechy, które widzą we mnie wszyscy – na przykład to, że się bardzo przejmuję wszystkim. To, że jestem bardzo zorganizowana, skrupulatna i systematyczna. I generalnie, jak to się ktoś o mnie kiedyś wyraził „solidna firma”. I wszyscy też wiedzą, że się lubię rządzić. Wy chyba też wiecie, że jestem raczej pewna siebie i może aż za bardzo uparta w forsowaniu swojego zdania. Poza tym znajomi przyznają, że jestem zawsze szczera. Twierdzą, że na pewno nie jestem osobą fałszywą, zawsze powiem to, co naprawdę myślę i od razu po mnie widać, że kogoś nie lubię. Cieszy mnie to bardzo, ponieważ taka właśnie chcę być. Nawet pisząc tutaj staram się wszystko opisywać tak, żeby nie było żadnych niejasności ani problemów z interpretacją jeśli chodzi o moją osobę. No właśnie i po tym długim wywodzie, dochodzę wreszcie do sedna sprawy. Bo skoro są osoby, które odbierają mnie inaczej niż inni albo nawet niż ja sama, to może ja wcale taka szczera nie jestem. Oczywiście to nie była jedyna przyczyna mojego smutku, ale zaczęłam się nad tym zastanawiać i to spowodowało, że mam pewne rozterki. Tak bardzo staram się przedstawiać siebie taką, jaka jestem. Nie ukrywam wcale swoich wad, otwarcie o nich piszę, czy mówię. „Margolka bez koloryzowania” to naprawdę moje motto. A jednak zaczęłam się myśleć, że może nie zawsze jestem sobą, nawet nie wiedząc o tym. Może kreuję się na kogoś, kim nie jestem, może nieświadomie wprowadzam w błąd Was, lub znajomych w świecie realnym? A ja tego nie chcę. Nie chcę, żeby ktokolwiek miał jakiekolwiek wątpliwości w stosunku do mojej osoby. Jeśli mnie ktoś lubi, to musi wiedzieć, jaka jestem i musi znać moje wady nawet bardziej niż zalety, bo wtedy będę miała pewność, że to jest szczera sympatia. Tak naprawdę to przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy pisanie mojego bloga ma sens. Nie wyobrażam sobie przestać pisać, bo bardzo to lubię i bardzo dużo mi to daje, ale mimo tego naszła mnie taka refleksja, czy powinnam to robić. Ma to związek z pytaniami, które wczoraj sobie tutaj zadałam. Kim ja jestem? A właściwie, jaka jestem? I czy widzicie mnie źle? Wiem, że komuś może się wydać głupie, że ja się takimi rzeczami przejmuję, ale jednak… Bo poczułam się, jakbym kogoś oszukiwała, chociaż wcale tego nie chcę. Tak naprawdę to wszystko o czym tutaj napisałam, nie było głównym powodem mojego smutku. O tamtym nie chcę pisać, bo wymagałoby to zagłębienia się w przeszłość a także angażowania w to historii innych osób, a tego chciałabym uniknąć. Jednak tamto zmartwienie wywołało różne moje myśli także na temat bloga i postanowiłam się skupić tutaj na tym właśnie aspekcie. Ależ bzdury mi wyszły. Gratuluję wytrwałości :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 92 Komentarze Jeszcze raz

Bardzo dziękuję za Wasze komentarze. Na wszystkie odpowiem jutro. Teraz idę spać, ponieważ kiedy dzień jest zły a noc dłuży się, kiedy żadna myśl już nie cieszy mnie, zacznę wszystko jeszcze raz. Może jutro wstanę i wezmę głęboki wdech. Bo życie dziwne jest i słodko-gorzki ma smak.
A dziś nieważne co będzie jutro.

Kącik smutku.

No dobrze, najpierw wprowadzenie w nastrój -Klik  (Everybdy Hurts)
    Smutek co nie wiadomo
skąd jak i dokąd
czekanie z góry na dół
i z dołu do góry
nie dokochany dziadek
z osą na łysinie
niewiara na całego
co przyjdzie co minie
                                                                          (ks. J.Twardowski)
Gdybym umiała pisać, to napisałabym piosenkę. A gdybym umiała śpiewać, to nawet bym ją zaśpiewała. Bo nie ma takiej, która odzwierciedlałaby mój nastrój. Bo zakłada się, że jak smutek, to głównie z powodu miłości i złamanego serca. A mi jest tak po prostu smutno…Bo…
Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy (Haruki Murakami)
Tak po prostu. Bo myśli kłębią się pod kopułką, bo nie wiem kto jest blisko a kto nie. Bo może widzicie mnie źle? Bo inni widzą mnie inaczej. Bo kim ja jestem? Bo się staram a i tak jest inaczej.
Someone who’ll always understand
Sprostowanie:
Ja akurat dobrze wiem, skąd wziął się ten smutek. Wcale nie bez powodu. Ale nie da się tak po prostu napisać, że stało się to i to i dlatego właśnie jest mi smutno.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Biegiem myślę, biegiem śpię :)

Ahh, ciągle w biegu. No naprawdę, co tydzień to gorszy. Pocieszam się tylko, że może po 15, jak już będę miała za sobą tę ostatnią prezentację, wreszcie trochę odsapnę. A tak, nie dość, że muszę przygotowywać prezentację, uczyć się do kolokwium, to jeszcze w pracy też masę roboty :/ A skoro już przy pracy jesteśmy, to się pochwalę, że dostałam podwyżkę :) Tak po prostu, niby kryzys, a mój szef stwierdził, że wystarczająco długo pracuję za tę samą stawkę :) Dowiedziałam sie o tym w piątek – jak znalazł na dobry początek weekendu :) I weekend rzeczywiście był bardzo udany. Tyle, ze minął zbyt szybko – jak zwykle :)
Franka co prawda na autostradzie nie wysadziłam, ale może źle się stało, bo… Zatrzymała nas policja i oczywiście Franuś ma mandacik za przekroczenie prędkości. Na szczęście tylko 100 zł, bo jechał 70 km/h, a nie pędził jak wariat. Szkoda, że tak się trafiło, bo Franek mówił, że widział, że jak mierzyli innych i ktoś miał 65 lub nawet 68 to nie zatrzymywali, widocznie sobie taki limit wyznaczyli, że od 70, a Franuś zwalniał co prawda przy wjeździe na teren zabudowany, ale za słabo, a oni stali zaraz za tabliczką prawie. No cóż trudno… Ja i tak lepsza byłam, bo jak wyjechaliśmy w niedzielę, i byliśmy tak już 30 km od domu zadzwoniła mama. Już wiedziałam, że czegoś zapomniałam… Nie wiem jak to zrobiłam, ale zostawiłam w domu dowód rejestracyjny i OC, no i trzeba było wrócić. Ja to jestem jedna roztrzepana jak jajko na jajecznicę :/ Myślałam, że się Franek na mnie wkurzy, ale tylko powiedział „Słoneczko, a pytałem, czy wszystko zabrałaś” No nic, dobrze, że chociaż mama zauważyła te dokumenty jak byliśmy 30 km od domu a nie 130, bo byłby problem.
Tak więc weekendzik z przygodami. Ale fajny naprawdę. Nawet chwilami miałam okazję trochę zwolnić – na przykład jak poszliśmy na koncert. Był to koncert organizowany przez Straż Pożarną w ramach szkolenia przeciwpożarowego, a występował zespół Łzy. Jeśli chodzi o muzykę, tak naprawdę słucham tylko radia, jak mi się coś spodoba, to po prostu ściągam piosenkę, ale żeby mieć jakiegoś ulubionego wykonawcę to nie bardzo. I ten zespół to jedyny, którego mam wszystkie płyty i którego słucham regularnie :) I jeszcze Franka zaraziłam, więc poszliśmy razem i naprawdę fajnie się bawiliśmy.
Ale po weekendzie zostało już tylko wspomnienie. A teraz czas się zabrać za dalszy ciąg nauki. Staram się do Was wpadać chociażby tak „na wyrywki”, mimo, że nie zawsze komentuję. Ale jestem z Wami myślami i staram się być na bieżąco. A jak już się trochę u mnie uspokoi, to wszystko nadrobię :)