Wiem,
że mam dużo szczęścia, bo mogę powiedzieć coś, co wielu osobom nie
przeszłoby przez gardło: bardzo lubię swoją pracę. Bywają chwile, kiedy
wręcz ją uwielbiam. A od półtora roku w zasadzie chyba nie było momentu,
kiedy pomyślałam, że jej nie lubię. Owszem, mogłam zdenerwować się na
pracowników, mogłam się wkurzyć na dostawców, mogłam przeklinać na
sprzęt albo psioczyć na szefa przez krótką chwilę, ale nigdy nie
pomyślałam, że mam dość i ze rzucam tę robotę.
Ale
bywało różnie. Kilka razy wspominałam coś na ten temat na blogu, ale z
pewnych względów postanowiłam zebrać wszystkie moje przemyślenia w jedną
notkę. A właściwie w kilka
Lojalnie uprzedzam, że i bez podziału jej na kilka postów jest co czytać:)

POCZĄTKI:
Zaczęłam
pracę po drugim roku studiów – na wakacjach. Pracowałam popołudniami od
poniedziałku do piątku jako pomoc biurowa u szefa J., którego pewnie
pamiętają jeszcze osoby, które czytają mnie od początku (hmm, są takie?
:)) albo przeczytały mojego bloga razem z archiwum. Potem wyjechałam do
Hiszpanii a na moje miejsce zwerbowałam Dorotę, która szczerze nie
znosiła tej roboty
Za każdym razem jak rozmawiałyśmy mówiła, że jak wrócę, mam natychmiast przejąć z powrotem posadę
Było mi to na rękę, bo lubiłam tę pracę a poza tym wiedziałam, że nie
znajdę innej, którą będę mogła pogodzić z moimi studiami. Byłam na
trzecim roku, studiowałam dziennie, pisałam pracę licencjacką, do tego
musiałam nadrabiać różnice programowe powstałe w wyniku mojego pobytu na
stypendium zagranicznym a oprócz tego kilka razy w tygodniu,
popołudniami chodziłam jeszcze do pracy. Ale dałam sobie radę ze
wszystkim.


PRZEŁOM?
Przyszły
kolejne wakacje i znowu przychodziłam codziennie popołudniu. Aż
któregoś dnia okazało się, że kolega, któremu pomagałam, odchodzi.
Miałam nadzieję na stałą posadę… Dodatkowo rozbudziła je moja koleżanka,
która chciała ze mną pracować i już rozmawiała na ten temat z szefem J.
To było prawie pewne. Tylko, że rozmawiałam z nią przez telefon –
ostatniego dnia mojego urlopu. I kiedy wróciłam nagle się okazało, że
kolegę ma zastąpić Kapuś. Nie wiadomo skąd się wziął, ani ja, ani
koleżanka nie wiedziałyśmy co to za jeden. Wszystko rozegrało się za
naszymi plecami. Uprzedzam pytania i domysły – to nie był żaden znajomy
szefa J… Po prostu J. bywa męskim szowinistą i nie jeden raz pokazywał,
że kobiety według niego służą tylko do ozdoby a do pracy niespecjalnie
się nadają. Było mi przykro i czułam się ogromnie zawiedziona. Poszłam
porozmawiać z J. i dałam mu do zrozumienia, że nie wiem na czym stoję,
bo jakby nie patrzeć trochę zrobił mnie w konia… Zrobiło mu się chyba
trochę głupio (nie, ludziom takim jak on raczej się głupio nie robi :),
ale można powiedzieć, że zainteresował się moim losem), podrapał się po
głowie i zawołał R, który był jego prawą ręką i, jak się okazało,
właśnie przestawał nią być, bo otwierał własny lokal… Zapytał, czy
przypadkiem nie potrzebuje kogoś do zorganizowania biura. R potrzebował –
i to bardzo. Był zadowolony, że przynajmniej szukanie pracownika na to
stanowisko ma z głowy.
PIEKŁO/NIEBO

Wiadomo
jednak było, ze u R. nie będzie tak dużo pracy co u J., który prowadził
trzy lokale. Ostatecznie miałam pracować normalnie osiem godzin od rana
– dwa razy w tygodniu u R pod Poznaniem i trzy razy w Poznaniu u J.
Byłam zadowolona, chociaż niestety wykluczało to możliwość pracy na
umowę o pracę, bo to jednak były dwie różne spółki i w żadnej z nich nie
byłabym w stanie wyrobić etatu. Pomijam już fakt, ze J. był bardzo
niechętny zatrudniania kogokolwiek na umowę o pracę.
Bardzo
lubiłam pracę u R i jeździłam tam z ogromną przyjemnością. Natomiast
praca u J nie jeden raz doprowadzała mnie do łez. Nie było tragicznie,
ale szłam tam często z niechęcią, źle się czułam w tamtym biurze, z
Kapusiem współpracowało mi się fatalnie i w ogóle nie mogłam się z nim
dogadać (zresztą nie tylko ja). Do tego J. niestety nie należy do osób,
które doceniają pracowników- i wcale nie chodzi mi tu o kwestie
finansowe. Był zawsze uprzejmy, zwykle zachowywał się jak dobry kumpel,
ale byłam
świadkiem różnych sytuacji i kilka razy miałam wrażenie, że bardzo
wykorzystuje swoich pracowników. Nie był to wyzysk, bardziej chodzi o
to, że nie potrafił nikogo pochwalić, nigdy nie był zadowolony z czyjejś
pracy, nawet, gdy pracownicy bardzo się angażowali w pracę. Jeśli
chodzi o mnie o pracowników biura, często
miałam wrażenie, że mnie i koleżankę traktuje pobłażliwie (zwłaszcza
mnie), a do tego często pół żartem pół serio mówił o całej naszej trójce
„darmozjady”, bo przecież pracownicy kuchni i sali przyczyniali się do
zwiększenia obrotów, my natomiast tylko zajmowaliśmy się papierkową
robotą, nic tylko przeliczaliśmy, kalkulowaliśmy, siedzieliśmy przy
kompie a do tego zużywaliśmy sprzęt biurowy (no wiecie – tusz do
drukarki, taśmy klejące, spinacze :P) a co gorsza przynajmniej raz w
tygodniu podsuwaliśmy mu faktury od kontrahentów do zapłaty. Doprawdy,
żadnego z nas zysku nie było, same straty

Zupełnie
inaczej było u R., on zawsze dawał do zrozumienia jak bardzo docenia
moją pracę. Zarabiałam u niego mniej, a czułam się o wiele bardziej
wartościowym pracownikiem. R dbał o pracowników i zawsze był wobec nich
uczciwy, gdy pojawiała się jakaś kwestia sporna, zawsze rozstrzygał ją
na korzyść pracownika.
KRYZYS:
Pracowałam
w ten sposób prawie dwa lata – rozpoczynałam tydzień przyjemnym
poniedziałkiem u R i kończyłam go w piątek. Od wtorku do czwartku jakoś
dawałam radę przemęczyć się u J. I generalnie zniosłabym wszystko, bo
nie było tak źle, gdyby nie Kapuś. On wykańczał mnie wręcz psychicznie.
Był moim zmiennikiem, więc rzadko byliśmy w biurze w tym samym czasie, a
mimo tego często szłam do pracy z lękiem – co tym razem wymyślił? O co
będzie miał pretensje? Do czego się przyczepił? Kogo podkablował?
Zdarzało mi się z nim ścierać, ale on był jeszcze większym szowinistą
niż J. i mnie, koleżanką a nawet szefową (żonę J.) traktował nie z
pobłażaniem, ale wręcz pogardliwie. Źle mi tam było. Miałam dość.
Stwierdziłam, że dłużej tego nie zniosę…