I
słusznie się tego weekendu doczekać nie mogłam, bo był niezwykle udany –
zwłaszcza sobota. W niedzielę poszliśmy na obiad do rodziców Franka,
gdzie spotkaliśmy także jego brata z żoną, a więc dzień spędziliśmy w
miłej, rodzinnej atmosferze. Było przyjemnie, ale jednak nic nie mogło
się równać ze spędzoną tylko we własnym towarzystwie sobotą.
Ogólnie rzecz ujmując w sobotę randkowaliśmy
Najpierw wyszliśmy na dłuugi spacer. Naprawdę długi, przeszliśmy miasto – może nie wzdłuż i wszerz, ale samo wzdłuż na pewno
Spacer trwał jakieś pięć godzin. Naszym celem było wyjście na spotkanie wiośnie
Szukaliśmy pierwszych jej objawów, ale oboje jednogłośnie
stwierdziliśmy, że jeszcze za wcześnie – na naszej trasie nie było
żadnych zielonych pączków, czy świeżej trawy. Wręcz przeciwnie – kry na
Malcie, czy Warcie świadczyły o tym, że zima nie zamierza tak łatwo
odpuścić. Ale my się nie poddamy i będziemy szukać nadal. Na razie niech
nam wystarczy piękna pogoda – słońce i czyste niebo. Temperatury
jeszcze wybaczę. Widocznie musimy jeszcze chwilkę poczekać. Kiedy
poczuliśmy, że spacer daje się nam we znaki głównie poprzez bolące
stopy, skierowaliśmy się w kierunku Starego Rynku. Weszliśmy do jednej z
naszych ulubionych restauracji na obiad. Było przyjemnie i kameralnie –
wieczorne tłumy jeszcze nie zdołały dotrzeć, dlatego też pozwoliliśmy
sobie także na drinka. To znaczy ja sobie pozwoliłam, bo Franuś
zadowolił się piwkiem. Nawet nie wiem, jak długo tam siedzieliśmy, ale
ze dwie godziny na pewno. Dawno nie było tak miło. Tak powinien wyglądać
każdy weekend – może niekoniecznie zaraz trzeba iść na obiad do
restauracji, bo zbankrutowalibyśmy bardzo szybko :), ale chodzi o ten
klimat – spokojna atmosfera, żadnego pośpiechu, tylko my dwoje –
skupieni na sobie. Omawialiśmy różne kwestie od mocno prozaicznych i
przyziemnych, po światopoglądowe. Byliśmy zaskoczeni, kiedy okazało się,
że nagle zrobiło się późno – wszak wchodziliśmy do knajpki jeszcze po
południu
To chyba dobry znak, że się nie nudzimy we własnym towarzystwie. A
kiedy wstawaliśmy od stolika Franek powiedział do mnie coś, co sprawiło
mi ogromną przyjemność i uczyniło naszą „randkę” wręcz idealną w moim
odczuciu
Ale na razie się wstrzymam i nie napiszę co to były za słowa, bo
chciałabym ich użyć jako pretekstu do następnej notki, która chodzi mi
po głowie.





Wieczór
jednak jeszcze się nie zakończył całkowicie, bo kontynuowaliśmy go w
domu grając w nową planszówkę (choć to nie do końca taka tradycyjna gra
planszowa, ale jak się dowiedzieliśmy, kostki i pionki to nuuuda <że
co? :)> i już się tego teraz nie robi :)) Skończyliśmy dopiero grubo
po północy. Zmęczeni byliśmy już po dniu pełnym tak pozytywnych wrażeń,
ale coś się nie mogliśmy wybrać do spania. I jeszcze siedzieliśmy
przytuleni w pokoju i rozmawialiśmy, tak, jak gdybyśmy nie przegadali
całego dnia
Leżałam sobie z głową na frankowych kolanach i słuchałam miłych
rzeczy – fajnie jak się Frankowi czasami na romantyczność zbierze. On
rzadko mówi, co myśli o mnie, o naszym związku, o tym ile to wszystko
dla niego znaczy – ale jak już powie to tak, że zapamiętuję na amen
I zapamiętałam. Cały ten dzień zapamiętam, dzień który w zasadzie był jedną długą, idealną randką


