*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez głębszego sensu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez głębszego sensu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2018

No i skończyło się rumakowanie...

...powiedziałam do mojej szefowej, dzwoniąc do niej po ostatniej wizycie u lekarza. Jak wspominałam ostatnio, miałam nadzieję, że pociągnę jeszcze chociaż o tydzień dłużej, a najlepiej o dwa, ale niestety się nie udało i od trzech dni siedzę w domu na zwolnieniu. Chociaż, prawdę mówiąc, spodziewałam się, że tak może się skończyć, kiedy na cztery dni przed planowaną wizytą pojawiły się plamienia. I rzeczywiście, okazało się, że to nic groźnego, ale że muszę przez parę dni odpocząć, żeby nie przeszarżować i nie doprowadzić do jakiegoś wcześniejszego porodu albo coś. Do tego doszedł jeszcze taki katar, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie miałam i dostałam przykaz, żeby ograniczyć spacery, nie wysilać się, nie ćwiczyć i absolutnie nie dźwigać. Właściwie już po jednym dniu stosowania się do zaleceń było ok i oczywiście teraz wyrywam się do pracy, bo jak to tak, dobrze się czuję i w domu siedzę?? :) Ale tak naprawdę nie ma sensu, żebym wracała, bo już po sobie posprzątałam, uporządkowałam wszystkie sprawy, przeszkoliłam zastępczynię i mój powrót na tydzień tylko by niepotrzebnie skomplikował sprawę. Od 1-go i tak musiałabym pójść na zwolnienie, bo w dniach mamy kilkudniowy wyjazd służbowy, na który oczywiście chciałam jechać i nawet był plan, że wygłoszę prezentację, ale to było jeszcze gdy myślałam, że będzie on parę dni wcześniej pod Warszawą. Kiedy okazało się, że miejscem docelowym jest Janów Podlaski, stwierdziłam, że nie mam zamiaru aż tak ryzykować i sobie odpuszczę :) 

Mojemu odpoczynkowi sprzyjało to, że Wiking pojechał na ferie do dziadków do Poznania:) Nie musiałam mu przynajmniej tłumaczyć, dlaczego nie mogę go brać na ręce. Waży co prawda niewiele jak na trzylatka, bo 12,5 kg, ale absolutny zakaz dźwigania to absolutny. No i w ogóle jednak nieobecność naszego kochanego synka zdecydowanie mocno mnie odciążyła i sprzyjała wypoczynkowi. Franek miał wolny weekend, więc mieliśmy też okazję przypomnieć sobie, jak to jest bez dziecka :) Nie byłabym sobą, gdybym w tym czasie nic nie zrobiła w domu oczywiście, ale ograniczyłam się do przejrzenia paru kartonów i uporządkowania sterty dokumentów, która czekała na mnie od wieków i tylko rosła. Kiedy sytuacja się ustabilizowała i upewniłam się, że 20-30 minut dziennie lekkich ćwiczeń dla ciężarnych szkody mi nie wyrządzi wróciłam do nich, bo bez tego zwyczajnie nie czułam się najlepiej ani fizycznie, ani psychicznie. 

Początek roku dał nam trochę popalić, sporo się działo. W związku z urodzinami Wikinga pierwszy tydzień zszedł nam na przygotowaniach mini imprezy dla gości. Pokusiłam się nawet na upieczenie pierwszego w życiu tortu i wyszedł całkiem niezły ;) Wikuś świętował również następnego dnia w przedszkolu i z tych emocji aż dostał wysokiej temperatury.
Ja w biurze miałam mnóstwo pracy, głównie ze względu na początek roku, ale również dlatego, że wiedziałam, że mam niewiele czasu na zrobienie tego wszystkiego. Musiałam przygotować wszystkie zestawienia, sprawozdania, uporządkować dokumenty... Było naprawdę intensywnie, ale opłaciło się, bo kiedy faktycznie nadszedł ten dzień, kiedy nagle musiałam ustąpić, miałam już właściwie wszystko posegregowane, rozpisane i nie było żadnych zaległości ani bałaganu. 

Jak wspomniałam, czuję lekki niedosyt, ale z drugiej strony potrafię też dostrzec pozytywne strony tego, że już jestem w domu. Zyskam jeszcze parę chwil tylko dla siebie w czasie, kiedy Wiking będzie w przedszkolu. Może trochę zwolnię, wyciszę się, bo jednak kiedy wracałam z pracy o 18:00 (a w czasie kiedy pracowałam na innym stanowisku nawet pół godziny później), niewiele już mi zostawało tego dnia. Ale jednak i tak odczuwam jakiś rodzaj satysfakcji, że przepracowałam prawie całą ciążę i nawet udało mi się to pogodzić z przeprowadzką i byciem mamą Wikinga.

To miało być takie wprowadzenie do notki, którą ostatnio napisałam w wordzie*, a wyszła ostatecznie cała notka :P Tak więc, żeby już dłużej nie przynudzać, o tym jak druga ciąża się różni od pierwszej i dlaczego nie jest sielanką oraz co właściwie robiłam, kiedy nie miałam czasu pisać, będzie następnym razem :D

*stwierdziłam ostatnio, że technologia postanowiła pokrzyżować mi plany jeśli chodzi o mój zamiar stopniowego powrotu na ten blog, bo nagle coś się stało i na komputerze domowym nie mogłam się zalogować na swój blog i w żaden sposób nie mogłam pozostawić komentarza ani u mnie, ani na jakimkolwiek innym blogu; na telefonie w ogóle nie mogłam się zalogować na bloggera; a blogowanie na służbowym w ogóle odpada, bo mamy pozakładane blokady na tego rodzaju strony :) 
Pisałam więc w wordzie, a jak wreszcie miałam chwilę, żeby się nad tym problemem pochylić, to okazało się, że to nic skomplikowanego, bo wystarczyło zainstalować inną przeglądarkę :D - to tak w razie, gdyby ktoś miał podobny problem ;) 

środa, 2 września 2015

Zawiesiłam się.

Miałam napisać o paru rzeczach, ale trochę mi niewygodnie. 
Niestety bliskie spotkanie trzeciego stopnia naszego laptopa z ręką Wikinga wylewającą nań herbatę (na szczęście zieloną i na jeszcze większe szczęście nie słodzę) nie uszło mu na sucho, ze tak powiem... Wyglądało na to, ze będzie dobrze - jeszcze dzień później nie działała klawiatura, dwa dni później tylko literka z. Trzy dni później już działało wszystko, ale czwartego dnia zetka znowu przestała działać i nie działa do dnia dzisiejszego. Bardzo niewygodnie się tak pisze :/ Używam ctrl+v, ale to denerwujące i czasami mi się zapomina, więc jak gdzieś będzie brakowało literki to wybaczcie...  Przydałby się jakiś spec od komputerów, żeby nam to wyczyścił, ale nikogo nie znam, a tak w ciemno trochę się boję. Ktoś się orientuje w ogóle ile coś takiego może kosztować?

Ogólnie dużo się w ostatnich dniach wydarzyło - w sensie emocjonalnym. Przetoczyła się przeze mnie cała burza rożnych uczuć, ale wobec tego może i dobrze, ze nie pisałam, bo może jeszcze bym czegoś pożałowała :) Z drugiej strony, podobno co się odwlecze, to nie uciecze, więc kto wie, może jeszcze się coś pojawi przy następnej nawałnicy, choć wolałabym, żeby jej nie było ;)

Napisałam tez prawie w całości notkę o tym, ze mi ostatnio trudno trochę, bo Wiking rozpuścił mnie najpierw swoim idealnym jestestwem, a później przypomniał, ze on jest przecież tylko niemowlakiem i ma prawo do swoich humorków :) Ogólnie nie jest źle, powiedziałabym nawet, ze bardzo dobrze, tylko jedna kwestia u nas szwankuje i daje mi czasami popalić. Ale o tym właśnie będzie innym razem. A dlaczego w końcu nie dziś? Ano dlatego, ze na razie nie mam nastroju do pisania o tym, gdyż moje odczucia nie są zbieżne z tymi opisanymi. Dzisiaj spędziliśmy we trójkę bardzo miły dzień, więc innym razem pomyślę o tym, co nieco utrudnia nam życie chwilami. Jak co środę pojechaliśmy tez z Wikingiem na zajęcia umuzykalniające i dzisiaj Wikuś przejął dowodzenie i przez chwilę je nawet poprowadził, bo tak się rozśpiewał swoimi "eeoooo", "ałłłłłuuuuu", ze cała grupa za nim powtarzała. A po powrocie do domu Franek odkrył, ze kiedy nuci melodię "Glory, Glory Alleluja", Wiking zaczyna do niej tańczyć :P To znaczy staje na tych swoich nóżkach i ugina je rytmicznie w kolanach, kiwając przy tym głową. Widok jest pocieszny. Przestaje, gdy przestajemy nucić. To może być akurat tylko taka dzisiejsza zbieżność, bo to nie pierwszy raz sobie tak balansuje, ale musimy zaobserwować, czy mały faktycznie kojarzy melodię z ruchem.

Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem na pewno - jeszcze przed kolejną notką. Nie zrobiłam tego jeszcze właśnie z powodu chwilowego zawieszenia :)
A teraz tego nie zrobię, bo robi się późno i idę się położyć, korzystając z okazji, ze jestem w takim dobrym nastroju. Moze przyśni mi się coś ładnego i jutro wstanę w równie dobrym nastroju, chociaż... to chyba niestety niekoniecznie tak działa ;)
Nie no plotę już jak potłuczona, więc lepiej sobie pójdę! Dobranoc.

sobota, 9 sierpnia 2014

Urlopowe dylematy

Nie znoszę takiej pogody, jaka była u mnie wczoraj! Co z tego, że było raptem kilka stopni powyżej 20, skoro wilgotność powietrza taka, że do pracy dotarłam tak zgrzana, jak nigdy, przy pełnym słońcu i 30 stopniach :/ I jeszcze wredny, klejący deszcz. No niestety, pogoda już się robi sierpniowa - czyli popsuta :) Przyszło ochłodzenie i zdecydowanie je odczuwam. Bynajmniej nie jako ulgę - przy 20-24 stopniach jest mi już po prostu chłodno (zimno na szczęście jeszcze nie :)), kiedy ubrana jestem tylko w krótki rękawek i wtedy czuję, że teraz już będzie tylko gorzej :) Zdania nie zmienię chyba nigdy - jest lato, to ma być gorąco, upały nigdy mi nie doskwierają, lubię je po prostu i znowu powtórzę, że w tym moim nieznoszeniu zimna, jestem bardzo konsekwentna. Oczywiście, że czasami, kiedy temperatura przekracza trzydzieści stopni czuję, że jest mi gorąco, ale nie jest to dla mnie problemem i nie utrudnia mi funkcjonowania, w przeciwieństwie do zimna, które powoduje, że wszystkiego mi się odechciewa i od razu mam gorszy humor.

Już jakiś czas temu pisałam, że potrzebuję urlopu. Teraz ta moja potrzeba stała się jeszcze bardziej przemożna. Jestem osobą, która musi pracować i która bardzo to lubi, ale na pewno nie jestem typowym pracoholikiem, który nie potrafi odpoczywać. Nie dość, że potrafię, to jeszcze w pewnych momentach bardzo takiego odpoczynku potrzebuję - i teraz właśnie ten moment nadszedł. Nie jest najlepszy, bo akurat mam sporo pracy i jestem zajęta przez bite osiem godzin, ale to nie dlatego, że się tyle dzieje, czuję, że muszę odpocząć, a raczej dlatego, że już minął rok od mojego ostatniego dłuższego urlopu. Sprawa była trochę skomplikowana, zwłaszcza, ze Asystent trochę nakręcił z terminem swojego urlopu i zrezygnował z terminu, o którym mówił już o kilku miesięcy (a na który bym się nastawiała, gdyby nie to), ale ostatecznie wygląda na to, że wezmę urlop w połowie września. Też muszę się trochę nagimnastykować, bo mam wtedy umówione USG, więc nie wszystko pójdzie gładko - a bardzo tego nie lubię, bo już teraz cały czas rozmyślam jak to wszystko zorganizować. Pojadę do Miasteczka. Franek i tak musi pracować. W międzyczasie jeszcze mamy rocznicę ślubu, którą chcielibyśmy jakoś uczcić i ze względu na jego pracę możliwe, że nie będziemy mogli tego zrobić tak, jakbyśmy chcieli :( Ale wtedy może przeniesiemy świętowanie na październik. Zobaczymy, bo na razie niczego nie mogę przewidzieć.

A propos października, okazało się, że jednak będziemy mieli wspólny urlop w tym roku. Franek chciał cały urlop zostawić sobie na przyszły rok, żeby wykorzystać go głównie w styczniu, kiedy to będzie najbardziej potrzebny. Niestety, w Nie-Zielonej Firmie zasady dotyczące urlopów są tak samo głupie jak w Zielonej Firmie i nie może tego zrobić. Kierownik kazał mu wziąć dwa tygodnie w październiku. Na szczęście Frankowi udało się wyprosić rozłożenie tych dni na tydzień w październiku i tydzień w okresie świątecznym w grudniu (przynajmniej odchodzi nam zmartwienie, co będzie w święta, bo przecież chyba bym nie przeżyła świąt tutaj, a Franka samego też bym  nie mogła zostawić). Wobec tego ja sobie mój zaległy urlop rozłożyłam na wrzesień i październik właśnie. Z jednej strony się cieszę na tę wspólną jesień, a z drugiej martwi mnie to, że nie można było zostawić tych wolnych dni na nowy rok. Ale pewnie na razie nie powinnam się tym martwić.

Cóż, grunt, że jakby nie było, mogę powoli zaczynać odliczanie do odpoczynku. Myślę, że to moje pragnienie jest tym silniejsze, że naprawdę długo już nie wyjeżdżaliśmy ani do Miasteczka, ani do Poznania, tylko przyjmowaliśmy gości u nas. Teraz znowu czekamy na kolejnych. Bardzo nas to cieszy, ale ja zdecydowanie po tak długim czasie odczuwam dużą tęsknotę. Zwłaszcza w takie dni jak dzisiaj, kiedy Franek pracuje. Ale odbiję sobie to we wrześniu właśnie - już nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam sama w Miasteczku, zwłaszcza na tyle dni - chyba za czasów studenckich. Całe łóżko dla mnie :P

czwartek, 24 lipca 2014

O czym to ja chciałam?

O tym, że syndrom przedszkolaka mi się uaktywnił, mimo, że się wcale stąd nie ruszałam :) A wszystko przez ten niezwykle udany weekend, który już przeszedł do historii.
Ale też o tym, że być może minie, bo na ten weekend też mamy przewidzianą rodzinną wizytację, choć w mocno okrojonym składzie.
O tym, że chyba jednak się czuję gruba :P
O tym, że lubię muzykę klasyczną.
I że Franek mnie denerwuje a się nawet wkurzyć porządnie na niego nie mogę :)
I że nareszcie powróciłam do ćwiczeń po przerwie.
I o tym, za czym mi tęskno.
O moich dwóch lekarzach.
I wspomnieniach sprzed dwóch miesięcy
O urlopie, którego nie ma....

O tym wszystkim chciałam już od trzech dni, ale mi nie idzie. A wszystko przez to, że jak się zajmuję słonecznikiem, to mam ręce zajęte i pisać się nie da :P Ale tez przez to, że ostatnio nie wiadomo skąd, więcej pracy mi się w pracy zrobiło i jakoś te osiem godzin mija, a ja nie zdążę się nawet zalogować. A w dodatku dziś przez dwie godziny była awaria internetu, więc byłam ze wszystkim do tyłu.
Im więcej piszę, tym więcej tematów mi się w głowie wyświetla, tylko nie nadążam :) Taką prawidłowość zaobserwowałam. Ale może jutro się jednak uda :)


sobota, 7 czerwca 2014

Taki tam słowotok

Ostatnio mam trochę gorszy czas. Właściwie bez konkretnego powodu, bo nic się nie wydarzyło, ale moje przemyślenia nie dają mi spokoju. Każdego dnia gonitwa myśli i analizowanie tego, jak będzie, choć to przecież nie ma większego sensu. Do tego przykre wiadomości o tym, że osoby za które mocno trzymałam kciuki muszą mierzyć się z bardzo przykrymi faktami wcale nie podnosi na duchu. Ech, chciałoby się, żeby los się jednak wreszcie odwrócił.
Niemniej jednak u nas najgorzej nie jest, tylko jakoś się pozbierać ostatnio nie mogłam, żeby wreszcie coś napisać, a jak próbowałam, to okazywało się, że nie ma na to czasu. No to co u nas? :)
Od prawie miesiąca Franek już jeździ sam, bez patrona.Na końcówkę maja grafik dostał mu się kiepski, bo miał same popołudniówki i tylko dwa wolne dni. Nie zamierzamy narzekać - co to, to nie. Za bardzo nam na tej pracy zależało i za bardzo wiemy, że ta kwestia poukładała nam się najlepiej, jak mogła. Ale łatwo nie było - Franek się stresował, bo niektórych linii jeszcze nie znał, więc nie miał czasu nawet odpocząć, bo wracał późno (autobusy dzienne w Warszawie kursują nawet do północy), a rano wstawał i znikał na trzy godziny, żeby "zwiedzić" linię, której nie zna, a którą ma w grafiku, a później wracał tylko po to, żeby zjeść, wykąpać się i wyjść do pracy. Poza tym - jak to często na początku - kilka spraw organizacyjno-technicznych trochę szwankowało, a że był weekend, nic nie można było załatwić. Ale daliśmy radę.
I dajemy nadal. Wiemy, że to tylko trudne początki - później Franek będzie już znał wszystkie trasy i nie będzie się tak stresował przed kursami. Przyzwyczaimy się też do nowego rozkładu dni. Sama przecież pisałam, że czasami nawet mi brakuje tych Franka popołudniówek :) Zastanawiam się co prawda, czy tego nie odszczekać, ale jeszcze się wstrzymam :) Odwykłam od tego, ale to też kwestia przyzwyczajenia i znajdę swój rytm. 
Ostatnio miałam jednak przez większość czasu męża w domu, bo przez pierwsze dwa tygodnie czerwca według grafiku chodzi na rano, a później znowu przez dwa będą popołudniówki. Jakoś będę musiała sobie z tym poradzić :)
Był już taki jeden weekend kiedy to złapałam nawet lekkiego dołka. I pomyślałam, że to chyba przez to, że od prawie roku nie spędziliśmy niedzieli osobno :) Po prostu dziwnie mi było i nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. A najgorsze, co mi się może przytrafić, to nie wiedzieć, co ze sobą zrobić! Dołek murowany, bo ja po prostu nie potrafię siedzieć bezczynnie i nie mieć żadnych planów. Ostatecznie zabrałam się za robienie porządku w pudełkach z biżuterią i z długopisami (nie macie pojęcia, ile mam długopisów, pisaków i piór! :P) i tak mi zleciał wieczór. Ale później wystarczył dosłownie jeden dzień, kiedy Franek miał wolne i już wszystko wróciło do względnej równowagi. Od razu mi się poprawiło, a jeszcze lepiej było, gdy w miniony weekend pojechaliśmy do Miasteczka. Wiecie, że już tego bardzo potrzebowałam.

A tu już kolejny weekend nadszedł, choć tym razem pracujący. 
Jak widać, jakoś nam się wiedzie - dzień za dniem płynie i czas mija. Dlatego wiem, że to chwilowe i muszę przeczekać ten mój gorszy nastrój bez większego powodu :) Bo tak ogólnie, póki co, więcej jest jednak powodów do zadowolenia, więc staram się na nich skupić. Czekam na lipiec - mimo, że przecież tak lubię czerwce. Ale same zobaczycie, że czekać warto :) Przynajmniej jeśli chodzi o niektóre sprawy.
To tyle, jeśli chodzi o minione dwa tygodnie (ale się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że prawie tyle czasu minęło od ostatniego wpisu), od jutra bieżączka ;) Chyba, że mnie znowu przymuli na dłużej :P

piątek, 16 maja 2014

Oklapnięta

Od dwóch/trzech dni bardzo dziwnie się czuję. Wczorajszego wieczora osiągnęłam szczyt tego dziwnego samopoczucia, który do tej pory mnie nie opuścił.
Jestem załkowicie oklapnięta. Nie zmęczona - oklapnięta właśnie... Wczoraj w pracy mieliśmy jeszcze jedną nieważną kontrolę, która okazała się jednak ważna i po wszystkim miałam już dość. 

Przyszłam do domu. Aleee głupio jak Franka nie ma :P Kiedyś to było normalne przecież, a teraz mi dziwnie, bo się przyzwyczaiłam, że zawsze jest :) Ale oczywiście cieszymy się - nawet jak musi chodzić na popołudniówki :) Prawdę mówiąc czasami nawet za tym tęskniłam - za tym czasem tylko dla siebie.. Ale teraz jakoś użytku z tego swojego czasu zrobić nie potrafiłam. Podgrzałam sobie obiad i zupełnie spontanicznie zabrałam się za sprzątanie mieszkania.
Franek jest zawsze od "mokrej" roboty - czyli na przykład mycie łazienki, odkurzanie i mycie podłóg a ja od "suchej" - ścieranie kurzu i przede wszystkim ogarnianie codziennego bałaganu - wiecie, odkładanie drobiazgów na miejsce, układanie, sortowanie i takie tam. I tym się zajęłam wczoraj. W gratisie dorzuciłam jeszcze zamiatanie.
Po dwóch godzinach byłam bardzo zadowolona z efeketów i wtedy właśnie oklapłam tak naprawdę. Wcześniej nie czułam, żeby mi brakowało energii, to dopadło mnie nagle. Po prostu usiadłam przed komputerem chcąc napisać notkę (od dwóch dni próbuję) i nie mogłam. Nic nie mogłam! Się czułam jak sparaliżowana normalnie - tyle, że psychicznie. Była 21, poszłam sobie do łóżka. Myślałam, że poczytam - pół strony przeczytałam i miałam dość. Zgasiłam światło i leżałam. Nie chciało mi się spać, ale nie chciało mi się robić niczego innego, leżałam więc tak w ciemności i nawet nie myślałam o niczym. Musiałam jednak zasnąć, bo przegapiłam moment, kiedy po 22 wrócił Franek, ocknęłam się dopiero gdy zapalił światło w przedpokoju. Potem przyszedł, położył się obok i zapytał jak w pracy. Ja też miałam do niego kilka pytań, ale nie miałam na to siły! Powiedziałam mu, że jutro wszystko mu powiem...  Nie miałam nawet siły wstać do toalety.

Kiedyś zatrułam się lekami. I teraz czuję się podobnie jak wtedy (tyle, że żadnych leków nie brałam ostatnimi czasy) - mam wrażenie, jakby moje ciało się oddzieliło od moich myśli. Ciało swoje, myśli swoje... Z jednej strony zastrzyk energii, za chwilę padam i nie mam siły się ruszyć, choć nie czuję zmęczenia. Wiem, że zabrzmi to idiotycznie, ale ja nie miałam nawet siły, żeby siedzieć i nic nie robić! Fizycznie też się średnio czuję, bo ćmy jakieś jeszcze w moim żołądku latają - jestem głodna, ale nie chce mi się jeść i jest mi lekko niedobrze. Do tego od paru dni pobolewa mnie brzuch i ciągle sikam - więc albo przeziębiłam sobie pęcherz albo to jeszcze stres, bo zawsze jak się stresuję, to dużo sikam ;)
W każdym razie wydaje mi się, że to wszystko, co opisałam powyżej, to właśnie wyłażący ze mnie stres. Przez ostatnie tygodnie żyłam w większym lub mniejszym napięciu - minione dni to była prawdziwa kumulacja tych stresów i napięcia. Czułam się więc źle - a więc te mdłości, brak apetytu, bóle brzucha itp, ale wiedziałam, że to po prostu z nerwów. Teraz napięcie w dużej mierze z nas opadło - sprawa Franka zakończyła się pomyślnie, moja sytuacja choć nadal się nie zmieniła, to przynajmniej się uspokoiła, więc przez chwilę możemy poudawać, że problemu nie ma... Ale jednak moje ciało ma problem, żeby tak od razu wrócić do równowagi i pewnie stąd ten dziwny stan. Jakoś muszę sobie z tym poradzić - dobrze, że już weekend. Mam nadzieję, że pomoże mi zregenerować siły, bo strasznie jestem zmęczona tym zmęczeniem :))

sobota, 10 maja 2014

Rozpi(A)sanie bez większego sensu

A w ogóle zauważyłyście, jak się ostatnio rozpisałam? :) I nawet nie mam na myśli tych ostatnich dni, chociaż teraz to już w ogóle szaleję :) Ale mam wrażenie, że tak od marca powróciłam do dawnej formy. Bardzo dużo myśli mi się kłębi pod kopułką, umiarkowana ilość wolnego czasu sprzyja, no i nastrój do pisania zdecydowanie mam - bo czasami właśnie tego mi brakowało - nie tematów, nie czasu,ale siadałam przed klawiaturą - i nic. Brakowało jakiegoś entuzjazmu, słowa nie chciały płynąć, rzeczywistość hamowała.

Kiedy przeanalizowałam sobie moją aktywność w ostatnich miesiącach, oświeciło mnie - ja po prostu zapadłam w zimowy sen blogowy :P Co prawda zima w tym roku była łagodna (no ale i nie zaprzestałam publikowania w miesiącach zimowych całkowicie), ale jednak źle wpłynęła na moje blogowanie. Wraz z wiosną i mój kolorowy świat trochę odżył. Teraz jeszcze muszę popracować nad przywróceniem dawnej aktywności w odwiedzaniu Was. Staram się w każdym razie, a w ramach wdrażania programu systematycznych odwiedzin, robię porządki w moich linkach. Idzie mi to dość powoli, więc jeśli jakiegoś adresu nie ma na liście, to dlatego, że jeszcze nie zdążyłam go tam umieścić :) No chyba, że nie będzie go tam nadal za miesiąc - wtedy proszę się upomnieć :)

Poza tym przeglądam sobie archiwum moich publikacji i okazuje się, że jest całe mnóstwo notek, które napisałam, ale nie zostały z różnych powodów opublikowane! A tematy jak najbardziej aktualne, więc muszę je tylko trochę podszlifować i będą gotowe ujrzeć światło dzienne. 

Zastanawiałam się, czy mam ochotę pisać o tej kumulacji stresów, która w tym tygodniu mnie dopadła, czy może cofnąć się w czasie o jeden rok i napisać jak to było w tę drugą majową sobotę roku 2013, kiedy to wyruszałam na podbój Warszawy. Ale się nie zdecydowałam i tym sposobem powstała ta notka bez większego sensu, ale tak bardzo chciało mi się coś napisać, że aż o samym pisaniu musiałam! :)

sobota, 18 września 2010

Dyrdymały.

No to się lenimy. Gdyby nie resztki kataru i lekarstwa, które ciągle jeszcze bierzemy, zupełnie zapomniałabym, że chorowaliśmy :) Już nawet nie mam wyrzutów sumienia :) No powiem Wam, że od wtorku niewiele pożytecznych rzeczy robimy :) Zrobiliśmy pranie, prasowanie i wysprzątaliśmy mieszkanie. Poza tym gotujemy (dzisiaj na przykład ulepiliśmy razem 60 pierogów), ale oprócz tego całe dnie spędzamy na totalnym nicnierobieniu. Aż dziwne, że w nocy spać możemy, bo wydawałoby się, że jak człowiek aż tak wypoczęty będzie, to nie będzie miał czego odsypiać :)
Ale błogie lenistwo powoli dobiega końca. Ja już pojutrze idę do pracy. Franek od środy. Trzeba się trochę zmobilizować do działania. Ja na przykład staram się zabrać za uporządkowanie wszystkich drobiazgów i papierów, które upchnęłam we wszystkich możliwych szafkach po przeprowadzce. Nie mam pojęcia co mam z tym wszystkim robić??! Notatki ze studiów mam w miarę uporządkowane i akurat one niespecjalnie mi wadzą, ale mam mnóstwo mniej lub bardziej ważnych świstków i nie wiem jak się odkopać :) Będę to chyba robić do końca roku – a to i tak może być wersja optymistyczna :) Plan jednak mam ambitny i zamierzam się z tym wszystkim jakoś rozprawić :)
W zasadzie to nie przeraża mnie wizja poniedziałkowego pożegnania z urlopem. Bardziej fakt, że kiedy się będę budziła, będzie jeszcze ciemno :( Przed urlopem było już szarawo… Tego najbardziej nie lubię w jesieni i zimie – wieczorem może się ściemniać szybciej, nie przeszkadza mi to tak bardzo jak ciemne poranki. Ale pewnie i do tego przywyknę :) Jak zwykle. Czas płynie nieubłaganie, ale muszę przyznać, że chyba nie mam do  niego o to pretensji. A wręcz czasami mi się wydaje, że jestem mu za to wdzięczna. Jakby to było beznadziejnie, gdybyśmy się tak zapętlili. Nie wiem jak Wy, ale ja bym zwariowała :)
A tymczasem kończę tę notkę w konwencji „stream of consciousness” zapewniając Was, że powoli nadrabiam również zaległości na Waszych blogach, chociaż jeszcze idzie mi to dość opornie :) Ale zawsze prędzej czy później mi się to udaje :)

niedziela, 18 kwietnia 2010

Nadzieja.

Z różnych powodów nie udało mi się jednak zajrzeć na blog w ciągu weekendu. Chwilami miałam ochotę coś napisać, ale potem myślałam, że może nie będę o niczym pisać zbyt pochopnie… Albo z kolei nie bardzo wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co myślałam… To nadal nie były dobre dni dla mnie. Były trudne i cieszę się, że byłam w domu, bo to bardzo pomogło mi jakoś przetrwać i nawet się trzymać. Moja mama ma dzisiaj urodziny, wczoraj mieliśmy kolację z tej okazji, więc większą część soboty spędziłam w kuchni. Na zmartwienie zawsze najlepsze zajęcie i towarzystwo… – przynajmniej na moje zmartwienie.
Ale dzisiaj wieczorem zdarzyło się coś, co dało mi nadzieję. I jest już trochę lepiej. Może nareszcie te dni będą lepsze? Chcę, żeby były lepsze, bo źle mi z tym, że mi źle, jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało…

wtorek, 30 marca 2010

I w ogóle nastrój mi się skaszanił. Ehhh… Ciemne chmury się na razie nade mną zebrały. A właściwie to nawet nie, ale ja sama je tak jakby formuję.

I wszystko przez to, że ja nie umiem się nie martwić na zapas :( A tak bym chciała posiadać tę umiejętność. Chciałabym tak olać sprawę, na którą i tak nie mam większego wpływu. Ale nie potrafię. I tak będę się teraz martwić przez dwa miesiące. Wkurza mnie to strasznie w moim charakterze. 

I jeszcze mnie wkurza, ze taka panikara ze mnie. Nosz fak! Straszna jestem. Wczoraj niby taka pierdołka mała a ja już spanikowałam. Wepchnęłam coś nie do tej dziury co trzeba i już prawie w ryk i do Franka dzwonię, żeby przyszedł, w końcu 100 metrów ma do mnie. Potem nadal prawie-w-ryku dzwonię do mamy – chociaż 200 km ode mnie i i tak nie pomoże. No sama nie wiem po co zadzwoniłam. Ale ja do mamy dzwonię zawsze :) Obojętnie czy coś złego, czy dobrego. Przecież mówiłam, że mamincóreczka jestem A potem do wujka – mimo, że 210 km ode mnie. Wujek tylko kazał mi się uspokoić i nie panikować. No to zadzwoniłam do Juski – 300 metrów ode mnie. Też mi kazała nie panikować. Nie chciałam, żeby przyszła, a ona i tak przyszła. To znaczy najpierw przyszedł Franek, ale nie pozwoliłam mu nic ruszać. Jusce też nie chciałam pozwolić, ale sama sobie pozwoliła. Na spokojnie, bez paniki, delikatnie – naprawiła. I panika była niepotrzebna. Ale ja już musiałam pół Polski obdzwonić. 

I normalnie niby potrafię zachować zdrowy rozsądek i zimną krew. Ale to zależy od sytuacji. Bo niestety często panikuję strasznie. I muszę wtedy po ludziach podzwonić, mimo, ze później wydaje się to zupełnie zbędne. Ale ja tego potrzebuję choćby po to, żeby zobaczyć, że inni są spokojni :) No i mi się udziela.

I wiem, że nic nie rozumiecie z tej notki, ale nie będę się tutaj kompromitować pisząc wprost o co chodziło :) Natomiast sprawa, o którą się martwię na zapas jest nieco poważniejsza i dotyczy Frankowej umowy o pracę, bo teraz ma tylko na 3 miesiące na okres próbny.

I w ogóle bez sensu ta notka jest. Nie podoba mi się. Może będzie sensowniej później, jak uda mi się odgonić te chmury…

środa, 30 grudnia 2009

Takie tam różne różności

Tak a propos poprzedniej notki, czy nie wydaje Wam się, że przez tę firmę od soczków Tymbark, ludzie zaczęli pisać „*tymbardziej”, zamiast „tym bardziej”? :) Sama się na tym łapię. No i jeszcze jedno, dostałam wczoraj maila od znajomego nieznajomego, który pisał pięknie, ładnie, poprawnie, ba! nawet z polskimi znakami a na koniec walnął: „pozdrawiam Ruwniesz ciebie goronco” Dacie wiarę? :P No i co ja mam z takim zrobić?
Dobra co ja tu jeszcze chciałam… Aha, bo wszyscy robili podsumowanie świąt. No ja nie zrobiłam, ale chciałam się pochwalić, ze dostałam superancką prostownicę. Taką co to naprawdę prostuje. Bo wcześniej miałam taką jedną co dostałam w spadku po jednej współlokatorce, ale teraz wiem, że to tylko udawało, że prostuje :) Teraz mam taką z prawdziwego zdarzenia :) Za to mama dostała też fajny sprzęcior, jak to wujek określił: „taką odwrotną prostownicę… no taką prostownicę, która podkręca włosy” Czyli w wolnym tłumaczeniu mama dostała lokówkę. No i teraz niszczymy sobie włosy na przemian prostując i lokując :P
Natomiast Franek zawsze ma problem co mi kupić, bo twierdzi, ze nie może mi ciągle kupować: książek, perfum, żelek, czekolad Lindt, biżuterii itd. Jak to nie może? :)) W każdym razie przy każdej okazji ma ten sam problem, bo nie wie co kupić i kupuje wszystko co mu akurat wpadnie w oko:)) Średnio dostaję zawsze cztery prezenty, wszystkie mi się podobają zawsze. W tym roku tak samo i znowu będzie jęczał, że nie wie co mi kupić:) Dostałam jeszcze sporo różnych drobiazgów mniejszych i większych od innych członków rodziny i jak co roku jestem bardzo ukontentowana ;)
Ok, podsumowanie świąt było, a teraz wszyscy robią podsumowanie roku. Ale to ja się jeszcze wstrzymam, bo w końcu zostało jeszcze jakby nie patrzeć 40 godzin tego roku, więc poczekam, wiele się może zdarzyć nie? :P Może jakiś piorun mnie trzaśnie. Tak więc do napisania.

czwartek, 17 grudnia 2009

Rozmemłana.

Ja chcę już święta. Jestem taka rozmemłana od paru dni i właśnie do mnie dotarło, że to przez to, że już odliczam dni do momentu, kiedy wreszcie sobie pojadę do Miasteczka. Nie mogę już się doczekać. Rozmawiałam z R. i będę miała prawdopodobnie wolne w środę :) Nie mówiąc już o samej Wigilii. Co prawda mamy otwarte, ale wiecie, księgowe rządzą się innymi prawami :P I nie muszę tam siedzieć. No chyba bym się zapłakała, gdybym mogła z Poznania wyjechać dopiero o 15:00 w Wigilię. Toż na wieczerzę bym nawet nie zdążyła ;) A tak poza tym to mnie coś bierze chyba. Nie wiem co się stało z moją odpornością. Jak ktoś ją spotka, to przekażcie, że jej szukam i tęsknię za nią. Potrafiłam przez cztery lata nie chorować, a teraz już trzeci raz w tym roku łażę ze stanem podgorączkowym. I nawet dzisiaj na hiszpański nie poszłam. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. No ale przeprowadziłam z moją mamą telefoniczną rozmowę i ona strasznie się boi że jakąś grypę podłapię i kazała mi nie iść. A jak wiadomo ja się mamy słucham ;))
Zaliczyłam dzisiaj kolejną wizytę u okulisty. A wiecie co to dla mnie oznacza, prawda? :) Nie, nie poprawiłam się ani trochę. Wstyd normalnie mi było, ćwierć wieku prawie na karku a ja nie umiem oczu otworzyć, żeby mi lekarz ciśnienie w oku zmierzył. Znowu musieli wołać na pomoc pielęgniarkę.  Ale przynajmniej się okazało, że i ciśnienie i pole widzenia ok. Tylko w takim razie nie rozumiem po co znowu mam przychodzić do kontroli za trzy miesiące. Kurczę, ja nawet okularów nie noszę (no, tylko w samochodzie), a jednak coś tam muszę mieć nie tak.. Chyba z dnem oka. Moja mama mówi, że powinnam się cieszyć, że jestem pod stałą kontrolą lekarza, to jak się będzie coś działo, to się szybko zorientują. No dobra, to się cieszę :)
Dzisiaj dla odmiany krótka i mało sensowna notka :) Dobranoc, pchły na noc;)
Ps. A tak właściwie to chyba sobie po prostu wynalazłam zastępczy temat, bo strasznie miałam ochotę cosik dzisiaj napisać, ale jakoś nie miałam weny na nic ambitnego. Chciałam napisać coś o Franku. Coś miłego. Ale wieczorem zmieniłam zdanie. Nie pokłóciliśmy się ani nic, ale jakoś taki mi jest… hmm, smutno chyba. On mówi, że wszystko jest ok, ale znam go na tyle, że wiem, kiedy jest normalny, a kiedy zachowuje się”dziwnie”. Taki zimny jest… A ja w takich momentach jestem rozdarta między uczuciem smutku a złością i chęcią napisania mu, żeby spadał na drzewo banany prostować i, że mooożeee zobaczymy się za niecałe dwa tygodnie, bo wcześniej nie mam ochoty :/

Dopisek z 18 grudnia godz. 07:23
No dobra, coś mi wczoraj chyba odbiło. Przesadziłam :) Franek twierdzi, że to przez gorączkę (chociaż 37 to nie jest gorączka!) Gadaliśmy przez telefon i wyszło na to, że to niby ja byłam dla niego niemiła. Przemyślę sprawę i może się z nim zgodzę :)

wtorek, 6 października 2009

Piszę, więc jestem :)

Tak, to powinno stać się moim mottem na te czasy. A właściwie nawet mogłabym to trochę rozszerzyć na „obcuję ze słowem pisanym, więc jestem”, bo jak nie piszę to czytam. I w zasadzie niewiele więcej robię ostatnio :) Robię sobie tylko przerwę na Na Wspólnej. I jeszcze Brzydulę zaczęłam od zeszłego tygodnia oglądać, bo z tego co wiem, nie długo ma się skończyć ten serial, a ja lubię oglądać końcówki :)
A wracając do słowa pisanego. Jak wiadomo, piszę pracę. Jak nie piszę pracy, piszę bloga. Jak nie piszę bloga, to piszę komentarze na Waszych blogach :) Jak nie piszę komentarzy, to czytam Wasze blogi – no właśnie tu się chciałam wytłumaczyć, że od piątku odwiedzam Wasze blogi tak na wyrywki, szybciutko i nie wszystko komentuję, ale wszystko nadrobię. Tak poza tym czytam szukając materiałów do pracy no i zdarza mi się dwa razy ukraść parę chwil na poczytanie czegoś po polsku – raz, kiedy jadę tramwajem w poniedziałek, środę i czwartek, a drugi raz kiedy siedzę na kibelku, zdarza mi się przeczytać aż pół artykułu z jakiejś gazety. Ale ciii :) Swoją drogą dziwne, że jeszcze przez sen nie czytam. Albo nie piszę. Ale wszystko przede mną. Bo już się w zasadzie przyzwyczaiłam, ze na tym polega mój dzień – wstaję o szóstej, jadę do pracy, wracam, jem obiad i piszę. Piszę i piszę. I czytam. Już mi nawet nie brakuje innych czynności jakoś specjalnie :) Jak to się człowiek do wszystkiego przyzwyczaić potrafi.
A propos przyzwyczajania się. Znowu mam problemy ze snem. Jak Dorota się wyprowadziła, to po jakichś dwóch tygodniach przyzwyczaiłam się do samotnego spania i spałam jak suseł. Nawet jak czasami Franek przychodził w nocy, to się nie budziłam. Potem przyjechała Ela i przyzwyczaiłam się do jej obecności w drugim pokoju. Tyle, ze Ela dość często na dość długo wybywa z mieszkania. No i właśnie parę dni temu pojechała i znów źle sypiam – budzę się co chwilę i jestem niespokojna. A znając życie jak się do tego przyzwyczaję, to Ela przyjedzie :) I tak w koło Macieja. (A tak swoją drogą, kto wymyślił takie głupie powiedzonko??)
Dobra, to teraz idę sprawdzić, czy dzisiaj uda mi się zasnąć. Napiłam się melisy i czuję się trochę śpiąca, więc może dam radę :) Czas najwyższy skończyć te wywody, które właściwie powstały tylko z rozpędu :) Bo zgadnijcie, co robiłam wcześniej? Tak! Pisałam :))

sobota, 14 lutego 2009

Walę tynki...

…i to niemal dosłownie, bo już prawie walę głową w ścianę, z której zapewne tynk by się posypał :) A wszystko przez to, że zżerają mnie nerwy przed dniem jutrzejszym. Już mam dość tej prezentacji, tyle razy ją powtarzałam. Ale z drugiej strony wiem, że nie umiem jeszcze tak jak powinnam. Poza tym mam jeszcze test ze słownictwa na tych zajęciach i też nie jestem super przygotowana. Najchętniej to bym się teraz teleportowała tak na jutro na godzinę 10, kiedy już będzie po wszystkim :)
A jeśli chodzi o dzień dzisiejszy, to chyba się potwierdziła moja wczorajsza teza. Poszliśmy dzisiaj z Frankiem coś zjeść do jednej z galerii handlowych. Ludzi było mnóstwo, w kinie takich kolejek jeszcze chyba nigdy nie widziałam. Ale mimo, iż myślałam, że te wszystkie pary będą działać mi na nerwy, sama siebie pozytywnie zaskoczyłam :) Byłam do tych ludzi całkiem przychylnie nastawiona, fajnie było tak popatrzeć na te wszystkie pary. A może zawsze ich tyle, tylko dzisiaj się jakoś bardziej w oczy rzucały? :) W każdym razie Walentynki chyba naprawdę mi nie przeszkadzają :)

niedziela, 25 stycznia 2009

Coś dla ciała. I dla ducha też.

W czwartek wieczorem poczułam się zmęczona. Z jednej strony wiedziałam, że mam dużo nauki, ale uczyłam się codziennie i tego dnia wróciłam z hiszpańskiego i już mi się nic nie chciało. I niestety tak mi się utrzymywało przez cały weekend. Dzisiaj wieczorem też miałam zamiar się pouczyć, ale skończyło się na Reddsie i teraz mi błogo, a uczyć się nie chce. Trudno. To jest chyba tak zwane zmęczenie materiału. A na niedzielę mam esej do napisania, mam dopiero niecałą połowę:( No nic intelektualnie się niespecjalnie rozwinęłam ostatnio. Zatroszczyłam się za to o ciało. Zaliczyłam wczoraj wizytę u kosmetyczki i fryzjera. A dzisiaj miała być długa kąpiel w olejkach i takich tam, ale nie było mi dane. Od rana nie było wody na połowie osiedla. Rura pękła. Przeczekałam do 14 i w końcu poszłam do Franka pod prysznic i na obiad, bo przecież bez wody to nawet nie mogłam obiadu zrobić. I dla ducha też trochę było. Przeczytałam dwie książki. A od jutra trzeba się wziąć do roboty. Na niedzielę esej, a potem na 15 lutego następne koło i znowu prezentacja. Na pewno ostatnia w tym roku. I prawdopodobnie ostatnia na tych studiach. Już bliżej niż dalej :) 
 I tak weekend minął na niczym. Ja to jednak nie mogę mieć całych dni wolnych. Nic wtedy nie robię. A jak wracam z pracy o 16, a na 19 już lecę na hiszpański to nagle w te trzy godziny zrobię dużo więcej niż w taką sobotę. Chyba idę spać, bo naprawdę mi błogo po tych piwkach:)
Ps. A za dwa miesiące lecę do Londynu.

czwartek, 18 grudnia 2008

Ostatnie przygotowania.

Ale ze mnie zdolna dziewczynka, prawie ze wszystkim się wyrobiłam :) Wszyscy już obkupieni. Prezenty prawie zapakowane.Właściwie to już w sobotę załatwiłam wszystkie. Franusiowi kupiłam te dżinsy. Udało nam się znaleźć bardzo fajne za 120 zł. Niech mi ktoś wytłumaczy jaki jest sens kupowania spodni droższych niż 200zł??? Przecież one z reguły wcale nie są trwalsze od tych tańszych! Ciężko nam było znaleźć to, co chcieliśmy, ale konsekwentnie omijaliśmy te kosztujące prawie dwie stówy. W końcu postanowiłam się udać do sklepu, gdzie nie trzeba płacić za zagraniczną markę, czyli do naszego polskiego Big Stara. I nie zawiodłam się. Dzięki temu, mogłam Frankowi jeszcze coś dokupić, bo przeznaczyłam na prezent dla niego około 200 zł. I dostanie wyjęczaną grę komputerową. Chciałam mu do tych spodni zrobić jakiś prezent niespodziankę, ale tak jęczał o tą grę, że stwierdziłam, że chyba się z niej bardziej ucieszy niż z niespodzianki…Dzieciaczek z niego co? :) I dobrze, niech się czasem pobawi Wczoraj pojechaliśmy po grę. Sama nie wiedziałabym co mu wybrać.Najchętniej to już by ją sobie wziął, ale się uparłam. W zeszłym roku uległam –kupiłam mu miesiąc przed świętami portfel, który sam sobie wybrał i od razu zaczął nosić. W tym roku się nie ugnę! I spodnie i grę zobaczy w Wigilię! Zanim pojadę, oddam zapakowane prezenty jego rodzicom na przechowanie :) Zresztą ja od niego też już dostałam prezent, ale umówiliśmy się, że do Wigilii ich nie ruszamy.
A poza tym załatwiłam dzisiaj wszystkie zaległości. W pracy wszystko zamknęłam, załatwiłam wszystkie możliwe biblioteki, posprzątałam kuchnię, a co najważniejsze, prawie się spakowałam. Nienawidzę tego i zawsze zajmuje mi to mnóstwo czasu, ale dziś się sprężyłam i prawie wszystko już mam. Teraz lecę na hiszpański jeszcze jakąś kartkówkę napisać i po powrocie dokończę pakowanie. Eh, a jutro o tej porze będę już w domku :)

środa, 22 października 2008

Sielanka hihi :)

Z czasem niestety nadal niedobrze. Z niecierpliwością czekam na weekendy, bo następny zjazd mam dopiero w połowie listopada, więc pozostałe weekendy teoretycznie mogłabym poświęcić na przykład na przygotowanie prezentacji. Teoretycznie. Bo w ten weekend bardzo możliwe, że odwiedzi mnie kuzynka. W przyszły wiadomo – Wszystkich Świętych. Ale jest jeszcze nadzieja w długim weekendzie około 11 listopada :) Może dam radę.
Przed nami kolejne wesela. W sierpniu przyszłego roku żeni się Franka brat. I właśnie dziś jechali rezerwować salę. Byłam dzisiaj u Franka na obiedzie a tam zażarta dyskusja rodzinna na tematy ściśle weselne… Ehhh, chyba zazdroszczę trochę, ale ciiiii :) W każdym razie jak brat z narzeczoną, rodzicami i kuzynką, która ma robić za dekoratorkę pojechali spisywać umowę, mieliśmy trochę czasu dla siebie. Milutko spędziliśmy ten czas, ale oczywiście szybko nam zleciał. Tym bardziej, że tak naprawdę przez dłuższy czas ja siedziałam i się uczyłam, a Franek po prostu sobie  leżał. Ale muszę przyznać, że po tej rozmowie ulżyło mi i jakby zniknęła jakaś bariera niewidzialna między nami. Niestety musiałam potem wrócić do siebie, a Franuś nie bardzo mógł pójść ze mną. To chyba głupio zabrzmi, ale już się za nim stęskniłam :P