Franek mówi, że nie jestem prawdziwym kibicem. Ale ja nigdy nie twierdziłam, że jestem
Nie jestem kibicem na dobre i na złe. Jestem kibicem na dobre. Jak
jest komu – kibicuję. Co nie znaczy, że nie cieszy mnie, kiedy Polacy
zwyciężają w różnych dyscyplinach. Cieszy mnie to bardzo i chciałabym,
żeby wygrywali, ale jestem realistką i w niebieskie smoki nie wierzę.
Polscy piłkarze grają dla mnie jak „patałachy”, nie obrażając nikogo,
chodzi mi tylko o samą grę. I denerwowało mnie to całe zamieszanie przed
meczem z Niemcami, kiedy tak naprawdę w ogóle nie mieliśmy szansy.
Wczoraj było troszkę inaczej, bo szansa rzeczywiście była. Na początku
grali fatalnie, potem było już lepiej. Bez szału, ale jednak nieźle. I
ja taka sceptyczka, taka niedobra dla polskiej drużyny, prawie się
popłakałam na koniec spotkania
Z żalu. Żal mi było Leo, żal Boruca, żal piłkarzy. Żal wszystkich
Polaków, którzy czekali aż minie te 60 sekund i sędzia odgwiżdże koniec
meczu. Nigdy się nie emocjonuję piłką nożną. To był pierwszy raz, kiedy rzeczywiście
mecz wywołał we mnie jakieś emocje. Polacy jakoś tak specjalnie nie
zasłużyli na zwycięstwo. Nie grali wybitnie. Ale Austriacy też nie
zasłużyli. Gdyby zdobyli gola w walce, remis byłby ok. Ale oni mieli
dwunastego zawodnika na boisku. I to najbardziej boli.


No
i proszę. A wcale nie miało być o piłce. Miało być o tym, że, hura
hura, mamy piątek. I, hura hura, wychodzę wcześniej z pracy. O 15 mam
pociąg i o 19 będę już siedziała u mamusi na obiadku. Tak, bo ze mnie
taka „mamincóreczka”
Jeżdżę do domu kiedy tylko mogę i jak bym mogła to jeździłabym jeszcze częściej. O!
