*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla zainteresowanych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla zainteresowanych. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lutego 2016

Nocny sen. Czyli znowu o wikingowej rutynie będzie :)

Jak powszechnie wiadomo, pojawienie się w domu świeżo upieczonego małego dziecka oznacza nieprzespane noce. Zazwyczaj przede wszystkim dla mamy - szczególnie jeśli karmi ona piersią - choć przeważnie ta kwestia dotyczy obojga rodziców. A właściwie według mnie,  powinna dotyczyć :)

Od momentu, kiedy dowiedziałam się o ciąży, liczyłam się z tym, że się nie wyśpię. Jednakże nie brałam sobie do serca dobrych rad w stylu „wyśpij się na zapas”, bo po pierwsze jak miałam się porządnie wyspać, skoro musiałam wstawać na sikanie (co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało), a po drugie przecież na zapas i tak się nie da. Owszem, trochę ubolewałam nad tym, że będę musiała zarywać nocki, ale nie spędzało mi to (nomen omen) snu z powiek. Przyjęłam to z godnością, jako konsekwencję decyzji o powiększeniu rodziny.

Po ponad roku z Wikingiem muszę powiedzieć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Oczywiście nie piszę tego, odnosząc się do tej kwestii ogólnie i nie generalizuję, bo wiadomo, że każde dziecko jest inne i każdy rodzic jest inny, nawiązuję tylko i wyłącznie do własnych doświadczeń.

Jak wiecie, bo wspominałam o tym już setki razy, moje pierwsze miesiące z Wikingiem były trudne szczególnie ze względu na moje samopoczucie psychiczne. Miałam zdecydowanie przytępioną zdolność obiektywnej oceny sytuacji i na przykład zauważałam tylko to, że Wiking tak dużo i często płakał, i mało spał w ciągu dnia. Nie zwróciłam jednak uwagi na fakt, że tak naprawdę trafił nam się całkiem fajny egzemplarz jeśli chodzi o odpoczynek nocny. Wiking zasypiał wieczorem i oczywiście budził się w nocy, na początku nawet kilka razy (ale nigdy nie liczyłam, byłam na to zbyt zaspana), ale jak tylko dostawał jeść, to zasypiał z powrotem i spał do rana - na początku nawet do 9:00. Tak naprawdę to chyba wydawało mi się, że jego zachowanie to nic nadzwyczajnego - jest noc, to się śpi :) Dopiero z biegiem czasu dowiedziałam się, że noworodka trzeba nauczyć odróżniać dzień od nocy i słyszałam opowieści o kilkutygodniowych maluchach, które w dzień nie były szczególnie absorbujące, za to w nocy nie chciały spać, bo przychodziła im ochota na poznawanie otoczenia i zabawę. 
Okazuje się, że nasz Wikuś jednak od samego początku (można powiedzieć, że już w życiu płodowym :P bo w nocy nigdy mnie nie kopał, za to w dzień szalał) wiedział, czym się różni dzień od nocy. Nie mieliśmy z nim większych problemów jeśli chodzi o spanie.

Oczywiście zapewne pamiętacie, że ubolewałam w pierwszych tygodniach nad tym, że nie chce spać w łóżeczku. Rzeczywiście było tak, że Wiking zasypiał z nami w łóżku a kiedy go przełożyliśmy do łóżeczka, to budził się po kwadransie - jak przespał w nim ponad godzinę, to był sukces. Początkowo byłam na tyle zdeterminowana, że w środku nocy, po nakarmieniu małego, odkładałam go do łóżeczka i czekałam aż zaśnie, czytając książkę. Parę razy nawet mi się to udało. Ale dość szybko porzuciłam ten zwyczaj i stwierdziłam - trudno, niech Wiking śpi z nami. Potem nawet to polubiłam.  Ale to stało się dopiero później :) Bo przecież mnie chodziło przede wszystkim o zasadę - po to mamy łóżeczko, żeby dziecko w nim spało! Nie poddałam się i kiedy Wiking miał jakieś cztery miesiące, konsekwentnie wieczorem w godzinach 19-20 odkładałam go do łóżeczka, aż nauczył się (całkiem szybko) w nim zasypiać. Budził się zwykle między 22 a północą i wtedy już zabieraliśmy go do nas do spania, ale wtedy już mi to nie przeszkadzało, bo wiedziałam, że łóżeczko go nie parzy i to nasz wybór, a nie konieczność.

Początkowo Wiking budził się w nocy na jedzenie nieregularnie i dość często. Po jakichś czterech, pięciu miesiącach były to dwie/trzy pobudki mniej więcej o stałych porach. Tylko od czasu do czasu zdarzało się, że budziliśmy się z Frankiem nad ranem zdziwieni, że Wiking nadal śpi w łóżeczku i nas nie budził. Kiedy Wikuś miał jakieś dziewięć miesięcy nagle zaczął w nocy być bardzo niespokojny. Wiercił się, jęczał - było widać, że chce zasnąć, ale nie może i to go wkurza. Pierś nie zawsze pomagała, czasami posiłkowaliśmy się mlekiem z butelki. I tak nie było najgorzej, bo to nie trwało całą noc i nie powtarzało się codziennie, ale nie wiedzieliśmy o co chodzi. Potem wszystko wróciło do normy, stwierdziliśmy, że chyba po prostu w naszym wypadku tak Wiking reagował na ząbkowanie, zwłaszcza, że powtórzyło się to w okolicach jedenastego miesiąca, kiedy to wyrżnęły mu się górne jedynki i dwójki. Na szczęście później to minęło i dzisiaj Wikuś śpi bardzo dobrze w nocy. Ale o tym za chwilę.

Wiele razy wspominałam tu, w różnych kontekstach, że ośmiogodzinny, regularny sen jest dla mnie podstawą. Nie lubię zarywać nocy i staram się tego nie robić. Nie potrafię odsypiać. Wstaję wcześnie, ale kładę się spać najpóźniej o jedenastej - a i to w wyjątkowych sytuacjach. Lubię się wysypiać, chociaż spanie traktuję jako czynność czysto fizjologiczną służącą regeneracji. A także oddzieleniu jednego dnia od drugiego :) Zastanawiałam się, jak to będzie, kiedy nie będzie dane mi przesypiać całych nocy, nasłuchałam się przecież strasznych historii na ten temat. I muszę powiedzieć, że ja naprawdę generalnie przez cały ten czas się wysypiałam! Jasne, czasami rano nie chciało mi się wstawać i przysypiałam jeszcze trochę - na tyle, na ile pozwalał mi dokazujący już Wiking. Udzieliłam też samej sobie dyspensy na nastawianie budzika o 6:00 i spałam tyle, ile mogłam, czyli zazwyczaj do 7:00/7:30, w porywach o godzinę dłużej. Naprawdę nie mogę powiedzieć, że się nie wysypiałam. Różne mam wspomnienia z tych pierwszych tygodni, ale nie pamiętam tego, o czym mówi większość matek - że ciągle chciałam spać. Jak jeden mąż wszyscy mówili mi „śpij, kiedy dziecko śpi” - ale ja wcale tego nie chciałam. Raz zdarzyło mi się zdrzemnąć popołudniu. Trzy razy położyłam się z Wikingiem przy jego pierwszej drzemce w okolicach godziny 9:00 i udało mi się zasnąć mocnym snem. Ale to były wyjątkowe sytuacje. Odróżniam stan zmęczenia od stanu niewyspania i o ile to pierwsze mi towarzyszyło, zwłaszcza na początku, to naprawdę rzadko czułam, żebym potrzebowała większej ilości snu w ciągu dnia. Wystarczało mi te przerywane 7-8 godzin. Wiking budził się w nocy, a więc budził i mnie, ale uczciwie przyznaję, że nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie.
Wstawałam półprzytomna i myślę, że między innymi w tym tkwił (i tkwi) częściowo mój sekret :) Kiedyś, gdy już coś mnie wybiło ze snu, nie było szans na ponowne zaśnięcie. Teraz zwykle nie mam z tym problemu. Ba! Zdarzało się, że nie pamiętałam, skąd Wiking wziął się w naszym łóżku, mimo, że sama go przeniosłam :) Kiedy karmiłam go tylko piersią, czasami Wiking sam się obsługiwał - raz zdarzyło się nawet, że sam przeszedł przeze mnie, żeby zjeść z drugiej piersi :) Czasami to Franek go mi przystawiał, a ja to ledwo odnotowywałam. Ale najczęściej wiedziałam co robię, tylko robiłam to prawie się nie wybudzając :) Nabyłam nawet bardzo ciekawą umiejętność - w pewnym momencie zauważyłam, że kiedy Wiking wybudza mnie z jakiegoś snu, ja wstaję do niego, karmię go lub tylko kładę obok siebie i zasypiam powracając z powrotem do tego samego snu! :) 

Przyznam jednak, że bałam się, jak to będzie, kiedy będę musiała chodzić do pracy. Bo jednak to co innego wstawać w nocy ze świadomością, że można rano nawet chwilę dłużej pospać albo, że nie trzeba być szczególnie skupionym w ciągu dnia. Obawiałam się, czy nie będę w ciągu dnia zmęczona tym "sennym zmęczeniem". I chyba Wiking wyczuł te moje obawy, bo dosłownie na kilka dni przed moim pójściem do pracy zaczął przesypiać całe noce. Tak po prostu - nie ograniczaliśmy mu stopniowo jedzenia, nie próbowaliśmy go oszukiwać wodą albo przetrzymywać. Po prostu pewnego razu obudziliśmy się z Frankiem o szóstej i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że Wiking śpi w swoim łóżeczku od godziny 19:00. Następnego dnia się to powtórzyło i tak to trwa do dziś :) Wiking nie budzi się wcale albo dopiero około piątej- zwykle jeśli zdąży zgłodnieć. Piersi już nie chce wcale, ani w dzień ani w nocy. Dostaje więc butelkę z mlekiem modyfikowanym (nadmienię jeszcze, że ja nigdy nie wstawałam i nie wstaję, żeby przygotować mleko - to zawsze rola Franka). A czasami po prostu się budzi, ja biorę go do łóżka a on trochę się wierci a potem zasypia. Przeważnie jestem już o tej porze wyspana i albo tylko drzemię, albo rozmyślam przypominając sobie czasy, kiedy Wikuś spał z nami:) 

Najczęściej jednak noce Wiking spędza we własnym łóżeczku i chociaż wierci się niemiłosiernie - bo raz ma głowę z jednej, raz z drugiej strony, to śpi przynajmniej te dziewięć godzin bez przerwy. Tak się przyzwyczailiśmy do dobrego, że jak mu się zdarzy zapłakać w środku nocy, to się dziwimy i stękamy, że co to ma znaczyć ;))
Oczywiście zdarzyło nam się ze dwa, trzy razy, że Wiking nagle się budził o 3:00 z uśmiechem na buźce i wyraźnie chciał się bawić :) Albo że się przebudził i płakał przez pół godziny albo nawet godzinę (coś go pewnie bolało wtedy). Zaliczyliśmy dwie prawdziwie nieprzespane noce, kiedy Wiking był dość mocno przeziębiony - budził się nawet i co 10 minut! Ale to były sporadyczne sytuacje - a przecież każdemu zdarza się jakaś bezsenna i trudna noc. Można więc powiedzieć, że pod tym względem naprawdę udał nam się synek. Nie dość, że przystosował się do naszego trybu życia i zazwyczaj bez problemu zasypia w okolicach 19:30, to jeszcze śpi ciurkiem 9-11 godzin.
Ja się czasami przebudzam w środku nocy - może z przyzwyczajenia :) - i stwierdzam, że Wiking twardo śpi, tylko trochę się rozkopał, przykrywam go i zasypiam ponownie. Ale często budzę się po siedmiu, ośmiu godzinach mocnego, zdrowego snu i muszę Wam powiedzieć, że to bardzo przyjemne uczucie, choć chyba jednak jeszcze cały czas się temu dziwię :)

piątek, 8 stycznia 2016

Znoowu, czyli jeszcze jedno podsumowanie :D

Sporo ostatnio było tutaj tych podsumowań, ale... pokuszę się o jeszcze jedno :) 
Bo to niesamowite, jak bardzo w ciągu roku zmienia się małe dziecko i naprawdę trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Siłą rzeczy wspominam teraz te nasze pierwsze wspólne chwile, dni i tygodnie i naprawdę nie mogę uwierzyć, że to małe, płaczące zawiniątko, to nasz Wikuś, który teraz urządza sobie zabawę, biegając (naprawdę, zaczyna już biegać) między pokojem a kuchnią. Który chodzi po pokoju, trzymając w jednej rączce wiaderko, drugą wrzucając do niego klocki rozrzucone po podłodze. Który potrafi już sam zamknąć zabezpieczenie szuflady (! na szczęście zamknąć, na to, że można je również otworzyć jeszcze nie wpadł, ale to pewnie kwestia czasu :P). Który podryguje w rytm muzyki, ilekroć usłyszy jej pierwsze takty. Który potrafi pokazać, że chce mu się pić, że chce na ręce albo że już nie chce jeść. Taki jest teraz nasz Wiking. 
Postęp, jaki robi dziecko w ciągu jednego roku jest niewyobrażalny. Z małej istotki, która właściwie nie dziwi i nie myśli, a jedynie czuje - i to głównie dzięki instynktowi, przeobraża się w małego człowieczka, który zaczyna wiedzieć, czego chce i często nawet wie, jak to osiągnąć. Wiking zdumiewa mnie coraz częściej tym, jak potrafi kojarzyć fakty. Ostatnio na przykład zaskoczyło mnie to, że potrafi się zwrócić do mnie o pomoc. Chodziło o drobiazg - Wikuś dorwał się do mojego telefonu. Kiedy zdarzało się to wcześniej (choć wyznajemy zasadę, żeby urządzenia typu telefon, tablet, laptop trzymać od niego jak najdłużej z daleka) , obracał sobie go w rączkach i był zadowolony. Ostatnio przestało mu to wystarczać. Telefon ma się świecić. Kiedy gaśnie (włącza się wygaszacz ekranu) przychodzi do mnie i oddaje mi telefon. Bynajmniej nie dlatego, że stracił nim zainteresowanie. Oddaje mi go i patrzy wyczekująco. Kiedy nic nie robię, zaczyna się niecierpliwić i jęczeć, kiedy - o zgrozo- zabiorę telefon uderza w płacz pełen złości. Kiedy naciskam guziczek powodujący, że telefon na parę sekund się znowu zaświeci, bierze go ode mnie z zadowoleniem. Telefon gaśnie, Wiking podchodzi i mi go oddaje... Niesamowite jest dla mnie to, że nikt go tego przecież nie uczył, a on po prostu nagle, z dnia na dzień, wie co robić (czytaj: nie umiem włączyć, idę do mamy, mama naprawi) To dziecko ma rok! W życiu nie spodziewałabym się, że taki maluch może być już taki kumaty!

Chyba pisałam już, że trochę żałuję, że w tych pierwszych miesiącach nie potrafiłam cieszyć się macierzyństwem. Potrzebowałam na to czasu i choć żałuję to nie mam żalu do siebie, bo uważam, że robiłam co mogłam i nie zawiniłam. Niemniej jednak są momenty, które wspominam z ogromnym sentymentem :) Ten całkiem malutki Wikuś też był na swój sposób fajny i bywało, że próbowałam na siłę wciskać go w śpioszki w rozmiarze 50 i 56, bo wydawało mi się to niemożliwe, że on rośnie :P Ale jednak zdecydowanie obcowanie z dzieckiem, które skończyło już pół roku sprawiało mi więcej radości.  Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wiking jest taki pogodny, rzadko marudzi, mało płacze (to znaczy płacze, ale zawsze wiadomo, dlaczego, więc szybko ten płacz mija)... Obym teraz nie zapeszyła ;P
O jedzeniu już pisałam ostatnio sporo i nic się nie zmieniło. Nadal jeszcze dokarmiam Wikusia piersią, ale już nie ma w tym żadnej regularności. Myślę, że oboje dojrzewamy do tego, żeby zakończyć ten etap. Wiking zdecydowanie woli zajadać się kromką chleba posmarowaną pastą z makreli - dostaje w łapę taką kanapkę i mimo, że górne zęby (cztery na raz) dopiero mu wychodzą, radzi sobie z nią sprawnie i po chwili domaga się kolejnej. A mordkę ma tak słodko umorusaną :)
W ciągu dnia sypia niewiele. Bywa, że ogranicza się tylko do jednej drzemki, ale najlepiej jednak funkcjonuje, gdy prześpi się raz w okolicach 9-10 i drugi raz między 14 a 15. Łącznie wystarczają mu dwie godziny snu w ciągu dnia. O śnie nocnym chciałabym jeszcze napisać całą notkę, więc teraz tylko napiszę tyle, że sypia całkiem nieźle. Zazwyczaj budzi się tylko raz - albo około północy i potem śpi już do rana, albo koło czwartej. Wolę pierwszą opcję. No chyba, ze budzi się dopiero o piątej - to mogłabym nawet zaakceptować na stałe, bo kiedy kładę się o 22, jest to godzina o której mogę wstać, zwłaszcza, kiedy zacznę pracować. Być może powinniśmy dążyć do tego, żeby zupełnie wyeliminować nocne karmienie, a co za tym idzie pobudkę, ale póki nam to szczególnie nie doskwiera, to dajemy mu się najeść. W końcu grubasem nie jest :)
Jeśli chodzi o wikingową higienę, niewiele się zmieniło. Nadal uwielbia się kąpać. Dzielnie znosi też mycie ząbków, choć zwykle chodzi mu o zjedzenie pasty. Ale czasami podczas ubierania po kąpieli dostanie w rączkę szczoteczkę i tak się nią zainteresuje, że zapomina lamentować i ogłaszać wszem i wobec, że niedobrzy rodzice chcą go ubierać. Najbardziej cieszy mnie, że już od dwóch miesięcy Wiking wie, do czego służy nocnik. Nie potrafi jeszcze zasygnalizować, że chce mu się na przykład siku, ale posadzony "na tronie" robi co trzeba. Nie tylko siku :) Przy zakładaniu pieluchy nadal się denerwuje i przekręca. Chyba, że osobą zmieniającą jest niania. Oboje z Frankiem zachodzimy w głowę, jak niania to robi, że on jej grzecznie leży i się prawie nie rusza??!!
Jeśli chodzi o zabawy, to Wiking nadal często jest samowystarczalny -co prawda nie potrafi zainteresować się jedną rzeczą przez dłuższy czas, ale lubi sobie chodzić po pokoju trzymając raz jakiś klocek, za chwilę pudełko, innym razem skarpetkę... Innym razem usiądzie i bawi się wyciągając wszystko z kosza albo wrzucając zawartość z powrotem. Prawdę mówiąc trudno mi nawet teraz dokładnie opisać, co on robi "w wolnym czasie", ale często jest tak bardzo zajęty, że aż żal mu się wtrącać w te zabawy :) A kiedy zaczyna domagać się uwagi, często wystarczy, że się usiądzie obok niego na podłodze. Nawet nic nie trzeba robić, on jest już zadowolony. 

Zmienił się ten nasz Wikuś bardzo. Nie do poznania. Czasami sama sobie się dziwię, że myślałam o nim, że jest trudny :P Chociaż w gruncie rzeczy nadal tak uważam, ale tu znowu wracamy do punktu wyjścia i do tego, że po prostu jestem zbyt wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi o sobie zapomnieć :) Ale chciałam się Wam pochwalić, że póki co opiekunka twierdzi, że takiego bezproblemowego dziecka jak Wiking to jeszcze pod swoją opieką nie miała. Mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Oczywiście nie tylko Wiking się zmienił, ja również. O tym też już pisałam. I Wy też pisałyście. Najbardziej zmieniło się oczywiście moje podejście. Ostatnio uświadomiłam sobie w pełni, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiking nauczył mnie jednej rzeczy, która powinna być dla mnie zawsze oczywista. Przecież to taki banał... Chodzi mianowicie o to, że wszystko mija... To właśnie przy dziecku nauczyłam się, że nie należy się do niczego przyzwyczajać. Dotyczy to oczywiście również tego co dobre, ale przede wszystkim sprawdzało się to w przypadku trudniejszych okresów i jakichś problemów - ze spaniem, z jedzeniem, ze złym samopoczuciem... Dzięki temu, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że nic nie będzie trwało wiecznie, świetnie radziłam sobie z gorszymi chwilami. A co ważniejsze, ta filozofia samoczynnie przeniosła się również na inne aspekty mojego życia! Nagle prawdziwie uwierzyłam w to, że wszystko minie. A także, że wszystko jest do przeżycia. I że nie ma sensu przejmować się tym, na co i tak nie mam wpływu. Nie twierdzę, że stałam się nagle niepoprawną optymistką, która niczym się nie martwi, ale jednak nabrałam ogromnego dystansu do wszystkiego i wyszło mi to na dobre.

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu z tych rzeczy już pisałam i się powtarzam. Ale przecież to cała ja :) A tego podsumowania jednak nie potrafiłam sobie odmówić :)

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Jedzenie, czyli wikingowa rutyna dla zainteresowanych część V.

O Wikingu dawno nie było, ani o jego zwyczajach, a jeszcze zanim mnie wciągnie praca (?) chciałabym wspomnieć o tym i owym...
Na przykład o jego nawykach żywieniowych :) Pisałam o tym ostatnio jeszcze w kontekście karmienia piersią. Teraz można powiedzieć, że idziemy zgodnie z planem... Planowałam bowiem, że będę karmić piersią przynajmniej przez 10-12 miesięcy. Założenie było takie, że będę stopniowo Wikinga od takiego jedzenia odzwyczajać tak, żeby w okolicach roczku może nie tyle odstawić go zupełnie, co po prostu sprawić, żeby mógł się bez mojego mleka obejść. Można powiedzieć, że samo wyszło, bo po prostu Wiking tak posmakował w "normalnym" jedzeniu, że już nie było za wiele czasu na mleko z piersi w ciągu dnia. Stało się to mniej więcej półtora miesiąca temu. Od tamtej pory właściwie łapałam się na tym, że w ciągu dnia karmiłam go tylko raz lub dwa razy, często też było to raczej na zasadzie popicia niż faktycznego jedzenia. Teraz prawie wcale już go nie karmię w ciągu dnia, chyba, że akurat ewidentnie tego chce albo nie chce niczego innego pić (choć wtedy wcale nie jest powiedziane, że wypije mleko z piersi). Karmię go jeszcze w nocy i bywa, że ssie nawet przez parę minut, ale potem różnie bywa - czasami po jedzeniu zasypia, a czasami się denerwuje i jest wkurzony, że nie może zasnąć z powrotem. 
Myślę, że czas karmienia piersią powoli dobiega u nas jednak końca. Z jednej strony oczywiście trochę mi żal, bo zawsze to koniec jakiegoś etapu, z drugiej już dawno to nie było takie fajne jak na początku, kiedy to karmienie trwało nawet godzinę, a Wikuś sobie ssał długo, spokojnie i potem zasypiał :) To były najlepsze czasy!
Poza tym cieszę się, że póki co, odbyło się to u nas w miarę bezboleśnie. Wiking miał co prawda krótką fazę, kiedy to szarpał mnie za bluzkę i koniecznie chciał ssać, ale szybko mu przeszło - właśnie wtedy, kiedy zasmakował w innym jedzeniu. Teraz rzadko się już dopomina i nie robi tego nachalnie. Dobrze, że stało się to mniej więcej w zakładanym przez nas czasie, czyli do roczku. Może mogłabym jeszcze karmić potem przez jakieś pół roku, ale to już naprawdę maks. Po prostu nie przemawia do mnie idea karmienia piersią dziecka dwuletniego albo takiego, które już chodzi do przedszkola, bo znam takie przypadki. Nie chodzi o to, że je potępiam, te mamy mają swoje racje i swoje argumenty, które jak najbardziej do mnie trafiają, krzywdy na pewno dziecku  nie wyrządzają, ale nie w każdym przypadku się to po prostu sprawdza i myślę, że u nas by się to nie sprawdziło. Myślę, że z czasem byłoby zresztą coraz trudniej Wikinga od piersi odzwyczaić, bo więcej już by rozumiał i miałby swoje nawyki.W każdym razie, bardzo możliwe, że ten problem nas ominie. 

Teraz Wiking zazwyczaj zjada w ciągu dnia kaszkę i trzy lub cztery posiłki bezmleczne. Czasami też między posiłkami zjada jeszcze jakąś przekąskę zazwyczaj w postaci surowej papryki, ogórka albo innego warzywa, rzadziej jest to biszkopt, wafelek ryżowy albo chrupek kukurydziany. Ale zdarza się, bo nie należymy do tych rodziców, którzy zamierzają dziecko całkowicie odciąć od słodyczy. Sami je jemy, więc nie będziemy dziecku zabraniać, niech wie, co to jest słodkie, ale niech się tym nie objada. Aaa, no i Wiking strasznie lubi suchy chleb i bułki. Kiedy rano jem kanapki, to obowiązkowo muszę dać Wikusiowi przynajmniej skórkę od chleba a najlepiej piętkę albo i całą kromkę, bo inaczej jest wrzask ;)
O tym, jak Wiking je już parę razy wspominałam. Rozszerzanie diety zaczęliśmy niby w piątym miesiącu, ale tak naprawdę pełną parą ruszyliśmy dopiero po ukończeniu przez niego pół roczku. Wcześniej szło nam dość niemrawo. Czasami dostawał coś ze słoiczka, czasami coś tam mu ugotowałam, ale trudno było mówić wtedy o tym, żeby on cokolwiek jadł. Raczej próbował, a "jadł" nadal mleko.
Po półroczku musieliśmy wprowadzić jakiś rygor w podawaniu mu posiłków bezmlecznych, więc staraliśmy się, żeby dostawał w ciągu dnia jeden deserek i jeden obiadek. Nie zawsze się udawało, ale pilnowaliśmy się, żeby tak było. Na początku Wiking był bardzo entuzjastycznie do nowych smaków nastawiony i rzucał się niemal na wszystko. Potem mu się odechciało i nie tyle nie chciał jeść, co po prostu nudziło go siedzenie. Przyznam, że nie lubiłam go karmić łyżeczką :) Męczyła mnie ta czynność i trochę nudziła. Przełom nastąpił we wrześniu, czyli kiedy Wiking miał już skończone osiem miesięcy. Wtedy jeszcze bardziej zachwycił się jedzeniem - i to nie tylko papkami, ale największą przyjemność zaczęło mu sprawiać jedzenie większych kawałków. 
Od tamtej pory zaczęłam czerpać (no, prawie ;)) przyjemność nie tylko z karmienia Wikusia, ale także z gotowania dla niego. Normalnie zaczęłam przygotowywać regularne posiłki ;) Zupki, kluseczki, kotleciki... A im bardziej się rzucał na jedzenie, tym bardziej miałam ochotę na to gotowanie. Najbardziej chyba smakuje mu zupa ogórkowa, ale nie pogardzi też krupniczkiem. Zajadał się kopytkami dyniowymi i klopsami z cielęcinki. Z deserów chyba najbardziej podeszła mu kasza jaglana z jabłkiem i cynamonem. Nie przekonał się do kisielu wiśniowego, ale mam podejrzenie, że już zaczynała mu się wtedy ta grypa żołądkowa, więc będę musiała to jeszcze przetestować. 
Jak możecie wyczytać, Wiking zjada już całkiem "dorosłe" potrawy. Zazwyczaj je po prostu to samo co my, chociaż nie z tego samego garnka. Po prostu jak robię dla nas ogórkową, to dla niego gotuję w osobnym garnku taką samą zupę, tylko inaczej doprawioną - nie dodaję soli, a zamiast tego wsypuję sporo różnych ziół. Poza tym, wspominałam już parę razy o tym, że zawsze kiedy my jemy, on siada z nami przy stole i też dostaje do swojej miseczki coś, co mamy na talerzach. Dzisiaj na przykład dostał makaron, gotowanego kurczaka i ogórka. Zjada wszystko rączkami, bo jeszcze się nie nauczył posługiwać łyżeczką - trzyma ją tylko, a zjada z drugiej rączki. Nie jest to taka typowa metoda BLW (czyli Baby Led Weaning albo Bobas Lubi Wybór) polegająca na tym (tak w duużym uproszczeniu dla tych, którzy mogą nie mieć pojęcia o co chodzi), że pomija się etap, kiedy podaje się dziecku papki i daje mu się tylko większe, miękkie kawałki różnego jedzenia i ono samo sobie wybiera, co je. Na początku tylko jedzeniem się bawi, później zjada coraz więcej. Jak wiecie jestem przeciwniczką wszelkich skrajności a także przesadnego stosowania się do ściśle określonych reguł różnych metod, wolę wybierać sobie z nich to, co akurat w naszym wypadku może się sprawdza. Podawaliśmy więc papki na równi z kawałkami jedzenia. Nie dawaliśmy Wikingowi jakiegoś dużego wyboru, tylko po prostu to, co akurat miałam pod ręką. Początkowo w ogóle trudno było mi przeforsować ten pomysł, bo Franek się strasznie bał, że się Wikuś zakrztusi, a tymczasem ja widziałam, że on sobie świetnie radzi w takich sytuacjach i potrafi porządnie odkaszlnąć (co jest bardzo ważną i potrzebną umiejętnością). Ale potem się udało i teraz tylko czasami Franek stęknie, że za duży kawałek sobie Wiking odgryzł ;) W każdym razie na początku ta metoda i tak szału nie robiła, bo Wiking niespecjalnie był zainteresowany, ale właśnie w okolicach dziewiątego miesiąca zachwycił się tym, że może jeść razem z nami. Od tamtej pory nie ma możliwości, żebyśmy coś jedli i jemu nie dali :) Ale dla nas to tylko lepiej, bo po pierwsze spokojnie możemy zjeść posiłek, a nie na zmianę, bo druga osoba musi zająć się dzieckiem, a po drugie Wiking od małego uczy się zwyczaju, że przy stole siedzi się razem, całą rodziną.

Gotuję Wikingowi teraz sporo, ale nie mam też nic przeciwko słoiczkom. Po prostu uważam, że karmić należy tak, jak rodzicom jest wygodniej, jedno nie wyklucza drugiego. Słoiczki to fajne rozwiązanie, kiedy akurat nie ma czasu albo nie chce się gotować. Poza tym są łatwo dostępne i chyba jednak wygodniejsze w pewnych sytuacjach. Niektórzy rezygnują z tego rozwiązania twierdząc, że jedzenie w słoiczkach nie jest do końca naturalne i zdrowe. Inni z kolei uciekają się tylko do tej opcji i uważają, że skoro nie mają warzyw z własnej uprawy, słoiczki są lepsze. Do mnie nie przemawiają chyba argumenty żadnej ze stron. Po prostu wiem, że trudno jest dzisiaj żywić się tak absolutnie i w stu procentach ekologicznie, więc może nawet i lepiej, kiedy dziecko od małego jest w jakiś sposób narażone na pewne substancje - chociaż oczywiście bez przesady, bo bezpieczeństwo jest jednak najważniejsze i nie chodzi o to, żeby od razu faszerować malucha chemią. 

Jak w każdej dziedzinie życia i tutaj wyznaję zdroworozsądkowe umiarkowanie. Wiadomo, że chcę jak najlepiej dla własnego dziecka, więc staram się, żeby jadł jak najbardziej zdrowe i pełnowartościowe posiłki. Ale z drugiej strony nie mam zamiaru w przyszłości chować przed nim słodyczy albo kategorycznie zabraniać zjedzenia pizzy albo hamburgera od czasu do czasu. Teraz Wiking jada już prawie wszystko. Nie podałam mu jeszcze na przykład cytrusów (chociaż jadł już wersję słoiczkową z twarożkiem), mleka krowiego (ale przetwory mleczne i owszem) czy grzybów. Trudno zresztą wymienić mi wszystkie, ale chodzi raczej o jakieś potrawy, które mogłyby mu zaszkodzić albo które niczego dobrego na tym etapie by nie wniosły do diety Wikinga. Jak już wspomniałam, nie solę jego posiłków, ale jeśli czasami dostaje coś z naszego talerza, to jest to posolone. Nie dostaje też nic smażonego ani przetworzonego. No i słodkiego jednak też unikamy na razie.

Problem mamy trochę z napojami, bo Wiking mało pije. I to obojętnie co by to nie było - woda, kompot, sok czy herbatka - jeśli faktycznie chce mu się pić to nie pogardzi nawet zwykłą wodą, ale zazwyczaj nawet słodkim sokiem (choć zwykle jednak zmieszanym z wodą) musimy poić go trochę na siłę, kiedy wiemy, że bardzo mało wypił. Cóż, to chyba ma po mamie ;) Ale kiedy bardzo chce mu się pić to umie się o to upomnieć, więc tłumaczymy sobie po prostu, że jego organizm to sam sobie reguluje.

Zdążyliśmy się już kilka razy przekonać, że kiedy Wiking nie chce jeść, to zawsze coś za tym stoi - zwykle jakaś nadciągająca choroba, bo już przynajmniej trzy razy było tak, że Wiking nagle stracił apetyt i za pierwszym razem dzień później miał trzydniówkę, drugi raz infekcję a trzeci - jelitówkę. Ale poza tymi sytuacjami, raczej nie mamy problemów, jeśli chodzi o jedzenie. Kiedy ja byłam w wieku Wikinga, byłam strasznym niejadkiem. Na szczęście póki co tego po mnie Wikuś nie odziedziczył :) Wcina wszystko bardzo chętnie, ale czasami nie umie wysiedzieć na tyłku, żeby zjeść. Interesuje go wszystko wokół, kręci się, wierci, czasami stęka - mimo, że buzię otwiera szeroko. W takich momentach bardzo nie lubię go karmić, bo to dość irytujące, jednak przyznać muszę, że narzekać nie możemy - nie musimy uciekać się do żadnych wymyślnych sposobów, żeby nakarmić dziecko i oby tak już pozostało!

niedziela, 15 listopada 2015

Rodzicielskie obserwacje.

Wiking chyba jednak trochę gorzej znosi wyrzynanie się górnych ząbków, bo jest bardziej marudny od dwóch dni i często ma stan podgorączkowy. Piszę "chyba", bo nadal pewności, że to o ząbkowanie chodzi nie mamy, choć wszystko na to wskazuje. Ciekawe, jak długo to potrwa. Ale i tak wydaje mi się, że nie jest tak źle. Albo może to tylko moje podejście jest zupełnie inne niż kiedyś, bo właśnie dzisiaj pomyślałam sobie, że nie ma we mnie za grosz frustracji związanej z macierzyństwem :) O tym napiszę kiedy indziej, ale cieszy mnie bardzo ten stan i mam nadzieję, że tak zostanie.

Jutro ostatnie spotkania towarzyskie. Wiking spotka się z dwumiesięczną Helenką i tygodniową Hanią :) Smarkule jak dla niego, a ten sam rocznik przecież :) Kiedyś ta różnica się jednak zatrze i będzie miał fajne koleżanki. Bo tak się składa, że w większości ma koleżanki.
Spotkania Wikinga z innymi dziećmi uwypuklają pewne cechy naszego synka. Nie pamiętam, czy o tym już pisałam, ale zauważyłam, że aktywność i zachowanie Wikusia zależą bardzo od tego, z jakim typem dziecka się spotka. Kiedy towarzysz(ka) jest spokojny i raczej flegmatyczny, Wiking szybko to wychwytuje i staje się dominatorem :) Zabiera drugiemu dziecku zabawki, jest bardzo energiczny, głośno się bawi, dokazuje i wszędzie go pełno. Zdarza się, że nawet wspina się na swojego towarzysza zabawy, żeby ułatwić sobie wstawanie (choć to już rzadko, bo teraz radzi sobie sam :)) Ale gdy trafi na kogoś z silniejszym charakterem niż jego, woli się wycofać. Nie chodzi o to, że nagle siada w kąciku i go nie ma, ale po prostu jest nieco spokojniejszy, mniej zwraca uwagi na takie dziecko i raczej bawi się sam w innym miejscu, choć nadal zagląda w każdy kąt. Zwykle jest zadowolony tak, jak w pierwszym przypadku, ale mam wrażenie, że dynamika jego zabawy jest nieco inna :) Czasami trafia na dzieci z podobnym temperamentem do swojego i te relacje fajnie się obserwuje, bo dzieciaki bawią się często razem, zabierają sobie nawzajem zabawki i analizują swoje twarze :) A innym razem z kolei maluchy siedzą niby obok siebie, ale jednak każde sobie rzepkę skrobie i tylko od czasu do czasu przypominają sobie o obecności tego drugiego.

Wczoraj spotkaliśmy się z Jowitką i okazało się, że zdecydowanie to ona była dominatorką :P Miałam wrażenie, że Wiking chce się od niej opędzić i śmialiśmy się trochę z tego, że się mała od małego za chłopakami ugania :D A w ogóle to okazało się, że Wikuś jest jednak bardzo delikatny i to na dwa sposoby :) Po pierwsze kiedy dotyka drugiego dziecka, robi to bardzo delikatnie. Głaszcze po głowie, po nóżce albo po twarzy. Bardzo interesują go oczy innych dzieci, więc trzeba pilnować, żeby nie wsadził im palca w oko, choć nawet jeśli to zrobi, trzeba przyznać, że robi to bardzo delikatnie :P - w sensie nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów. Z kolei Jowitka bez żadnych ceregieli zdzieliła wczoraj dwa razy Wikinga z całą swoją mocą! Przyznam, że jeszcze nie widziałam, żeby dziecko tak się zachowało w stosunku do innego malucha :) Stwierdziliśmy, że to chyba dlatego, że to był jej pierwszy kontakt z rówieśnikiem, wcześniej nie miała styczności z innymi niemowlakami, więc nie wiedziała, jak się zachować. Maluchy, które ja widuję jednak zwykle od początku mają jakiś kontakt z innymi, więc chyba trochę się już nauczyły pewnych odruchów. 
W każdym razie, Jowita Wikinga uderzyła, a ten uderzył w płacz (za bezczelne uważam, że na to Jowitka się roześmiała :P). Mimo wszystko nie było to uderzenie jakoś szczególnie mocne ani precyzyjne, więc uważam, że Wikuś ze swoją reakcją jednak przesadził :) To jest więc ta jego druga delikatność, o której przekonałam się już po raz kolejny, bo zdarzało mu się już reagować płaczem na przykład na piski koleżanek :) Ogólnie rzecz biorąc, to dziewczyny go chyba denerwują, bo choć ma więcej koleżanek niż kolegów, to częściej one doprowadzają go do płaczu swoimi gwałtownymi zachowaniami :) Ale dobrze, dobrze, niech się chłopak uczy, że nie wszystkie dzieci są spokojne i wyważone w swoich reakcjach :)

Stwierdziliśmy też wczoraj - ja, Franek i rodzice Jowity, że Wiking sprawia jednak wrażenie może nie tyle grzeczniejszego, co bardziej ułożonego. Był w swoich zachowaniach nieco mniej chaotyczny i właśnie bardziej wyważony, choć energii mu nie brakowało i z każdą chwilą rozkręcał się coraz bardziej. Było też parę momentów, kiedy dzieciaki bawiły się razem - na przykład w przeciąganie pieluchy tetrowej :) Ale potem zamieniły się zabawkami i Jowitka bawiła się autkiem Wikusia, a Wikuś jej lalką. 
I zwróciłam wczoraj uwagę na jedną rzecz, która bardzo mnie ucieszyła :) Wiking grzebał w koszu z zabawkami Jowity. Grzebał bez większego przekonania, tak jakby chciał faktycznie obejrzeć co tam w ogóle jest. I nagle coś przyciągnęło jego uwagę. Sięgnął głębiej i wyciągnął książeczkę :) Hura! Fajnie, że akurat książka go zainteresowała - usiadł sobie i ją przeglądał. Oczywiście na razie największą atrakcją dla niego jest samo przewracanie stron, ale cieszy mnie, że bawi się (no bo przecież nie czyta:)) książeczkami coraz częściej i sięga po nie świadomie. 

Dzisiaj mieliśmy okazję się przekonać, że dzieci tylko trochę od niego starsze, zwłaszcza dziewczynki, nie robią na Wikingu żadnego wrażenia. Całkowicie ignorował swoją starszą o rok kuzynkę. Zainteresował się co prawda trochę dwuletnim kuzynem, ale tylko z daleka, bawić się z nim nie miał ochoty. Bardziej pociągały go dzieci starsze - pięcio i ośmioletnie :) Z zainteresowaniem przyglądał się ich zabawom, chodził za nimi i zaczepiał je. 
Fajnie się tak obserwuje dziecko w kontaktach z innymi, zwłaszcza, jeśli mamy porównanie. Dzięki temu możemy zauważyć, jakie zachowania są dla Wikinga typowe, a jakie są prowokowane przez inne dzieci. Ale jutro to pewnie za wiele nie zaobserwujemy, bo ze strony dwóch małych dziewczynek na "Ha" jeszcze się interakcji raczej nie doczekamy :)

czwartek, 5 listopada 2015

Higiena, czyli wikingowa rutyna dla zainteresowanych część IV.

Dawno już nie było notki z tej serii. A więc dziś znowu post dla zainteresowanych. Bo jakże by to mogło być, żeby pisać o dziecku i nigdy nie wspomnieć o kupkach? :D Osobom szczególnie wrażliwym, ale jednak mającym ochotę poczytać to i owo na temat zabiegów higienicznych Wikusia, polecam przejść od razu do części drugiej - kąpielowej ;)
O moich pierwszych wspólnych godzinach z Wikingach dotychczas parę razy napomykałam i pewnie kiedyś o tym napiszę, bo to dość zabawne (z perspektywy czasu :)) było. Na przykład nie wpadłam na to, żeby sprawdzić dziecku pieluchę :P Nie zrozumcie mnie źle, ja oczywiście wiedziałam, że noworodek = zmienianie pieluch, ale jakoś po prostu nie przyszło mi do głowy, że jak założyłam mu rano, to za chwilę trzeba będzie zakładać następną :P Ale to zaćmienie umysłu trwało tylko przez moment. Wkrótce już o tym pamiętałam, ale nigdy nie zapomnę tego trudnego do opisania zdziwienia, które mi towarzyszyło - jak to? Kupa? Przecież przed chwilą jej nie było :D Kolejne zdziwienie było w momencie, kiedy nachylałam się nad maleńkim Wikusiem, żeby zmienić mu pieluchę, a on mi prawie na twarz nasikał :P Potem się już nauczyłam, że trzeba zawsze zabezpieczyć to i owo pieluchą tetrową, bo przy zmianie temperatury Wiking tak reaguje, że nam robi fontannę (po miesiącu mu przeszło ;P) Ostatnie zdziwienie było z gatunku tych pozytywnych - zaskoczyło mnie, że tak sprawnie mi szło. Wiedziałam co robić i wcale nie bałam się operować takim małym ciałkiem...

Na usprawiedliwienie tego, że nie myślałam o tym podstawowym zabiegu higienicznym u noworodka mam to, że Wiking po prostu nie płakał z powodu pełnej pieluchy! Niestety :P Bo jak płakał, to zawsze miałam nadzieję, że pomoże właśnie czysta pielucha, a tu zonk! I tak mu pozostało do dziś, serio, mógłby chodzić pół dnia z kupą w majtkach (oczywiście do tego nie doszło :D) i byłoby mu wszystko jedno :)
Niemniej jednak dość szybko ustabilizował się jakiś dobowy rytm zmiany pieluch. W ciągu dnia tych pieluch było około 6-7, w nocy 1. To znaczy jedna zmiana pieluchy założonej wieczorem. Ale jeśli o to chodzi, to dość szybko z tego zrezygnowaliśmy - mniej więcej po miesiącu zorientowaliśmy się, że zmiana pieluchy w nocy wpływa na Wikinga bardzo źle - wkurzał się, wrzeszczał i rozbudzał. Od dawna już więc zakładamy pieluchę wieczorem i zmieniamy rano. W ciągu dnia też już teraz dużo rzadziej zmieniamy pieluchy - zwykle 3-4 razy. Wiem, że pewnie wiele mam się zdziwi, że tak mało (obserwuję dziewczyny na spotkaniach i widzę, że dużo częściej zmieniają pieluchy dzieciakom), ale naprawdę u nas nie ma takiej potrzeby. Wiking się wcale zmiany nie domaga, a ta zmiana jest dla niego czymś dużo gorszym niż chodzenie w mokrej :) Jasne, że pilnujemy, żeby nie chodził w całkiem przemoczonej pieluszce, ale po prostu nie mamy zwyczaju, że przewijamy np. po każdej drzemce albo jedzeniu. Raczej jest to według potrzeb (częściej naszych, bo mam wrażenie, ze nasze dziecko mogłoby chodzić w jednej pieluszce nawet całą dobę :/). Sprzyja nam to, że Wikuś nie ma jakiejś bardzo wrażliwej skóry, właściwie nigdy nie miał odparzeń, a jeśli pojawiały się sporadycznie jakieś zaczerwienienia, to zwykle jedna aplikacja Sudokremu albo Linomagu wystarczała.

Zmienianie pieluchy zdecydowanie nie jest czynnością pożądaną przez nasze dziecię :) Zwłaszcza odkąd Wiking nauczył się przewracać na brzuch (czyli już mniej więcej od maja). Leżenie na plecach to dla niego udręka, więc od razu się przekręca, utrudniając nam sprawę. Zwłaszcza w przypadku tej mniej przyjemnej zawartości pieluchy :) W takich wypadkach zwykle staramy się przewijać (w miarę możliwości oczywiście) Wikinga we dwójkę. Staram się też zakładać pieluchę kiedy Wiking jest w pozycji na czworakach, kiedy stoi, albo kiedy Franek go trzyma i przewijam w powietrzu :) Taki to mamy ambaras ;) Trzeba będzie szybko Wikinga nauczyć do czego służy nocnik :P
Rzadko bawimy się w jakieś waciki czy też mokre chusteczki. Od samego początku bez ceregieli zabieraliśmy Wikinga pod kran i od samego początku bardzo mu się to podobało. Jest to dla nas wygodniejsze i chyba jednak bardziej higieniczne, a Wikuś przynajmniej nie fika :)

Nie chcę tu robić żadnej reklamy i zapewniam, że nikt tego posta  nie sponsoruje :D Ale powiem Wam, ze próbowaliśmy różnych pieluch, tych tańszych z Tesco lub Dadę z Biedronki również. Ale jednak stwierdziliśmy, że najlepsze są Pampersy. Po prostu są najbardziej elastyczne i kiedy zakładamy "trójkę" pampersową to wszystko jest w porządku i jest jeszcze duży zapas, natomiast "trójka" innej marki już nie jet taka pewna i zdarza się, że gdzieś coś przecieknie, mimo, że rozmiar niby taki sam. Generalnie uważamy też, że Pampersy są bardziej chłonne, a jak już wiecie, w naszym wypadku to akurat ważna sprawa. Droższe to fakt, zwykle polujemy na promocje. Ale ponieważ przewijamy Wikinga jednak rzadko, to chyba cenowo wychodzi na to samo.

Tyle o pieluchach. Teraz kąpiel :) Przez pierwsze dni Wikingowi się nie podobało - myślę, że w szpitalu kąpali go w zbyt chłodnej wodzie :) Ale w domu szybko się przekonał do tego wieczornego rytuału i choćby płakał wcześniej przez całą godzinę, włożony do wanienki od razu się uspokajał. Potem nagle mu się odmieniło - chociaż dość szybko doszliśmy do wniosku, że jest po prostu głodny, bo założenie mieliśmy takie, że jedzenie dostaje po kąpieli. Przez jakiś czas musieliśmy więc odwrócić kolejność i znowu kąpiel była spokojna. Problemy pojawiały się od czasu do czasu - szczególnie kiedy przez jakiś czas kąpaliśmy Wikusia w dużej wannie w Miasteczku a potem musiał się przerzucić na swoją małą wanienkę w Podwarszawie. Nie podobało mu się to, oj nie. Kupiliśmy więc większą i było w porządku. Ale za to zaczął stanowczo protestować przeciwko leżeniu na plecach. On nigdy tego nie lubił, ale odkąd sam się nauczył przekręcać na brzuszek, to usiłował zrobić to również w wannie. Przez pewien czas mieliśmy więc etap siłowania się w kąpieli... A właściwie Franek miał. Bo na początku zawsze kąpaliśmy Wikinga razem - to znaczy ja go trzymałam, a Franek mył. Trwało to mniej więcej cztery miesiące. A potem Franek całkowicie wziął na siebie kąpanie Wikinga, ja w tym czasie przygotowuję ubranko, pieluchę, jedzenie... Franuś naprawdę świetnie sobie radzi z tą kąpielą. Ale wracając do zachowania Wikinga - przełom nastąpił, kiedy nauczył się siadać. Wtedy już wystarczyło tylko go asekurować, ale tak naprawdę fajnie zaczęło się robić, gdy Wikuś zaczął wstawać. Robi to również w wannie i od tamtej pory kąpiel stała się chyba jego ulubioną rozrywką w ciągu dnia :) Kąpiemy go więc codziennie, bo po prostu nie mamy serca odmówić mu tej przyjemności :) Wiking jest naprawdę zachwycony! A nam miło jest popatrzeć, jak Dzieciak staje przy krawędziach wanienki, ogląda obrazki na niej namalowane albo siedzi i chlapie wodą :) Kilka razy stracił równowagę albo się poślizgnął i zanurkował nawet, ale okazało się, że nie robi to na nim najmniejszego wrażenia! Wynurza się, chwilę prycha, odkasłuje i nawet nie stęknie. Kiedyś jeszcze się zdarzało (szczególnie kiedy ja go trzymałam na brzuszku i - wstyd się przyznać - zagapiłam się i zanurzyłam mu buzię w wodzie:)), że po zakrztuszeniu się wodą płakał ze złością, ale teraz nic takiego się nie dzieje. Dzięki temu możemy Wikingowi myć uszy i włoski, a także polewać głowę prysznicem, woda spływa mu po twarzy strumieniami, a on się tylko z tego cieszy. Mam nadzieję, że tak już mu zostanie :)
Teraz jesteśmy w Miasteczku i znowu kąpiel odbywa się w dużej wannie. To dopiero zabawa dla Wikinga! Ależ on szaleje w tej wodzie. Naprawdę bardzo się cieszy, śmieje się cały czas, chlapie, kładzie się na brzuszku, potem wstaje... Zresztą już wie, kiedy jest szykowany do kąpania i dosłownie przebiera nogami, żeby się znaleźć w wannie. Raz na przykład zaczęłam go rozbierać w łazience podczas gdy wanna napełniała się wodą, ale o czymś sobie przypomniałam i na chwilę wyszłam z Wikingiem na rękach. Ależ się rozwrzeszczał! No bo jak to, tu woda leci, a ja go zabieram??!! Czasami kiedy go rozbieram, to on już staje przy wannie i sam próbuje do niej wejść. W porze wieczornej sam dźwięk zapalania światła w łazience wywołuje u Wikinga podekscytowanie. Ale znowu się obawiam, jak to będzie w Podwarszawie. Mamy tam tylko brodzik, w dodatku dość płytki, więc nie ma innego wyjścia, jak kąpiel w plastikowej wanience. Trochę się boję, że teraz będzie dla Wikinga za mała i się wkurzy...
Kąpiel jest więc bardzo przyjemna zarówno dla Wikinga, jak dla nas. Niestety potem zaczyna się część mniej przyjemna, mianowicie suszenie i ubieranie. Sam fakt wyciągnięcia Wikinga z wanny wywołuje u niego głośny protest, a potem jeszcze w dodatku traktujemy go ręcznikiem! Co gorsza, następnie zakładamy mu pieluchę i - o zgrozo - piżamkę!! Niestety, każdego wieczoru jest to samo, czyli jeden wielki wrzask :) Ale właściwie nie robi to na nas wrażenia, bo wiemy, że chodzi tylko o to wycieranie i ubieranie, którego Wiking szczerze nie znosi. Próbowaliśmy wszystkiego - zabawiania, śpiewania, odwracania uwagi, ale nic nie pomaga. Na palcach jednej ręki moglibyśmy policzyć dni od urodzenia Wikinga, kiedy się nie darł po kąpieli :)
No nie znosi się ubierać, koniec kropka. Podobno tak mają prawdziwi faceci, haha :D W każdym razie w ciągu dnia jest to samo, aczkolwiek trochę łatwiej jest odwrócić jego uwagę i zdarza się, że uda mi się go ubrać bez większych ceregieli. Ale zazwyczaj rozkładam to w czasie. To znaczy na przykład zakładam po kolei body, za jakiś czas rajtuzy, potem bluzeczkę itd. Robię to kiedy Wiking się bawi albo próbuję jakoś zainteresować go rymowankami lub śpiewankami. Niemniej jednak dużo łatwiej było nam pod tym względem latem, kiedy wystarczyła jedna sztuka odzieży na raz ;) W dodatku bez rękawków. Cóż, kiedyś na pewno mu przejdzie... ;)

Jeśli chodzi o inne zabiegi higieniczne, to tak naprawdę nie ma ich za wiele. Albo po prostu nie ma o czym pisać ;) Paznokcie obcinam mu zawsze we śnie, inaczej nie da rady, bo zbyt ruchliwy jest. Rzadko smaruję go jakimiś oliwkami lub kremami, bo raczej nie ma skóry, która wymagałaby jakiegoś specjalnego traktowania. Jednak jeśli już się zdarzy, to zależy od dnia, a raczej od momentu :) Kiedy jest śpiący, głodny, znudzony, marudny, to tylko pogorszę sytuację traktując go jakąś mazią. Ale jak jest w dobrym nastroju to zazwyczaj daje się posmarować. Czasami uciekam się do sposobu i smaruję go w rytm jakiegoś wierszyka, który zna. Od niedawna też przyzwyczajam Wikinga do tego, że trzeba też dbać o ząbki. Na razie ma tylko pół dolnej jedynki, ale od czasu do czasu masuję mu dziąsła specjalną nakładką. Póki co nie wzbudza to szczególnego entuzjazmu u Wikusia, raczej woli gryźć tę nakładkę, ale dobre i to. Pewnie przyjdzie czas i na szczoteczkę.

Podsumowując - póki co, cieszymy się radością Wikinga w czasie kąpieli i zaciskamy zęby na jego głośne i zdecydowane protesty odnośnie ubierania. Chciałabym mieć do wszystkiego takie luźne podejście, jak do tych awantur przy przewijaniu :) Staram się zająć czymś Wikinga przy tych zabiegach i kiedy mi się to udaje, jestem bardzo zadowolona, ale gdy się nie da i mały płacze, to nie stresuję się tym, tylko robię swoje, wiedząc, że za chwilę mu przejdzie. W końcu kiedyś na pewno przestanie się wściekać przy każdej próbie założenia kurteczki :P

niedziela, 13 września 2015

Pierwsze dwa miesiące - wspomnienie.



Dzisiaj kolejna garść refleksji i wspomnień na temat mojego macierzyństwa. Jestem świadoma tego, że czasami przynudzam :), ale tyle mam tych przemyśleń zapisanych gdzieś na luźno albo nawet jeszcze nie, że żal mi nic z nimi nie zrobić... A w planie mam wyczyszczenie swoich wersji roboczych do końca tego roku, więc strzeżcie się, mogą się pojawiać tutaj bardzo dziwne wpisy :D

***
 Wiele razy powtarzałam, że w żadnym wypadku nie chciałabym jeszcze raz przechodzić przez pierwsze dwa miesiące życia Wikinga. Tak, dwa pierwsze były najgorsze i najtrudniejsze, bo choć naprawdę poprawiło się dopiero po trzecim, to już w marcu było trochę lepiej. Dzisiaj, z perspektywy minionych ośmiu miesięcy nadal tak myślę, chociaż to stwierdzenie wymaga sprecyzowania. 
Bowiem chodzi o to, że absolutnie nie chciałabym wrócić do tamtych dni – nie chciałabym znowu borykać się ze złym nastrojem, z tym smutkiem i bezsilnością, które odczuwałam. Co pamiętam z tamtego czasu? Towarzyszący mi niemal bez przerwy stres. Stresowałam się, że Wiking płacze, a ja nie potrafię nic na to poradzić. Stresowałam się, że mało śpi, a ja nie mam czasu na wiele rzeczy, na które chciałabym go mieć. Kiedy spał też się stresowałam, bo wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten moment, że się obudzi i znowu będzie płakał. Potrafiłam się przez cały dzień stresować tym, co będzie popołudniu, bo zazwyczaj około 16 Wiking się budził i już do wieczora nie zasypiał, a ja nie wiedziałam co z nim robić, bo przecież bawić się jeszcze nie dało.
Poza tym pamiętam poczucie bezradności, kiedy nie potrafiłam Wikinga uspokoić. Albo może inaczej (choć to wiem dopiero dziś, wtedy tego nie widziałam) – poczucie bezradności, kiedy Wiking nie uspokajał się w taki sposób, w jaki ja chciałam, czyt. nie zasypiał, nie leżał spokojnie w łóżeczku itp. 
Do tego jeszcze doszedł smutek – byłam smutna, bo żal było mi… ciąży. Tak, żałowałam, że już nie jestem w ciąży, bo ten okres był dla mnie jednym z najlepszych w całym życiu (pomijając cukrzycę ciążową i negatywne emocje z nią związane, ale przyznaję, że dziś już ich  nie pamiętam). Było mi smutno, że już wyszłam ze szpitala, w którym poświęcano mi tyle uwagi, że z dnia na dzień nowa sytuacja powszednieje Frankowi, który coraz mniej koło mnie skakał (dobra, wiem, że to nie brzmi najlepiej, ale to było takie cudowne być przez chwilę zagłaskiwaną na śmierć :)) Było mi smutno, że nie mogę prowadzić takiego życia, jakie prowadziłam – z moim ukochanym grafikiem, w którym zapisane miałam od której do której uczę się słówek hiszpańskich, a kiedy robię porządek w szufladzie! Jak mi się wspaniale funkcjonowało w ten sposób. Nie! Plany i grafiki nigdy nie były moim wrogiem i nie ograniczały mojej wolności, wręcz przeciwnie, miałam poczucie, że moja wolność została ograniczona właśnie teraz, kiedy swojego grafiku nie mogę mieć.  A przede wszystkim byłam smutna – bo tak! To właśnie było najgorsze – ryczałam po południu i nie bardzo wiedziałam dlaczego. Klasyczny baby blues...?
Jeszcze jedno pamiętam – poczucie bezcelowości. Bywało, że wstawałam rano i  uderzała mnie myśl – jakie to wszystko jest bez sensu! Nic się nie dzieje, nie mam do czego dążyć, jedynym moim celem jest zaspakajanie potrzeb mojego dziecka. To straszne...!

Od razu wyjaśnię – ja nie byłam zaskoczona tym, że tak to wszystko wyglądało. Spodziewałam się tego! Ba! Ja wiedziałam, że tak będzie! Byłam jednak zaskoczona tym, że w taki sposób to na mnie wpłynęło. Macierzyństwo mnie nie rozczarowało, bo nie miałam wobec niego żadnych wzniosłych oczekiwań. Liczyłam się z tym, że będę musiała porzucić swój dotychczasowy styl życia i zrezygnować wielu rzeczy, ale byłam zdziwiona, że przychodzi mi to jednak z takim trudem. Bo choćbym nie wiem jak bardzo świadoma była tego, że dzieci to nie roboty, że nie da się ich zaprogramować, że nie ma do nich instrukcji obsługi i choćbym nie wiem jak skrupulatnie przygotowywała się do tego, że będę musiała przemeblować swoje życie – nie byłam w stanie wyobrazić sobie rzeczywistości. Nie uważam, że się myliłam, nie sądzę też, że rzeczywistość mnie przerosła, ale na pewno zaskoczyła. I wiecie, ze nie wstydzę się do tego przyznać ani, że nie uważam, że jestem złą matką. Bo od samego początku robiłam wszystko, aby Wikingowi było dobrze.

Ale to wszystko, co napisałam, nie oznacza, że te pierwsze dwa miesiące to było nieustanne pasmo niepowodzeń i udręki :) Owszem, miałam przytępioną zdolność odczuwania radości, skoro ciągle siedziałam w kąciku smutku i nie umiałam z niego wyleźć, ale wiele rzeczy wspominam z sentymentem. Na przykład bardzo długie karmienia… Nawet godzinne. Naprawdę to lubiłam i bardzo mi tego dzisiaj brakuje. A ile książek wtedy przeczytałam! :) Albo ten zaburzony rytm dnia i nocy – spanie przy zapalonym świetle, czytanie przez godzinę książki o 2 nad ranem, bo wzięłam sobie za punkt honoru, że Wikuś zaśnie w łóżeczku… Spanie we trójkę w łóżku, leniwe pobudki grubo po ósmej. Wiking kwękający na bujaczku. Albo przysypiający po jedzeniu ułożony wzdłuż moich kolan, z tym grymasem błogości przypominającym uśmiech na ustach… 
Wiele z tych rzeczy innym kojarzy się źle, a ja jestem jakaś dziwna, bo mnie akurat to nie przeszkadzało :) Pomimo tego wszystkiego, o czym napisałam powyżej, pomimo dużo płaczącego dziecka, pomimo żalu za tym, co minęło, od samego początku całym sercem kochałam swoje dziecko. Podkreślam, że nie byłam w nim zakochana, ale je kochałam (mam nadzieję, że łapiecie różnicę). Uwielbiałam trzymać mojego malutkiego chłopczyka w ramionach, spontanicznie całowałam go i przytulałam. Często mu się przyglądałam. Nie płakałam ze wzruszenia, ale rozczulały mnie (i rozczulają nadal) jego rączki i stópki a także bezzębne dziąsełka oraz karczek (i tu może jestem dziwadłem, bo jeszcze nie słyszałam, żeby kogoś to rozczulało, ale naprawdę mam słabość do karku Wikinga :P). Cieszyłam się, że jest z nami, zaakceptowałam go w pełni i bezwarunkowo i ani razu nie pomyślałam sobie „co ja najlepszego zrobiłam”. 
 
Oczywiście czasami z rozrzewnieniem myślę o tym maleńkim Wikusiu, który mieścił się w całości na moich udach :) Oglądam pierwsze zdjęcia i myślę sobie „ojej jaki malutki!”, oglądam filmiki z tamtego okresu i dziwię się jego słodkim niezgrabnym ruchom i kwileniu, które wydobywa się z jego ust. Tak, przyznaję, że czasami chciałabym jeszcze raz wziąć tę małą kruszynkę na ręce i przytulić. Chciałabym jeszcze raz doświadczyć niektórych emocji. Ale to nie zmienia faktu, że zdecydowanie wolę mojego dzisiejszego Wiktosia, którego znam już lepiej, który jest taki ciekawski, który reaguje śmiechem na mój widok.  Choć widok tamtego maluszka sprzed pół roku mnie rozczula, to mam trochę wrażenie, jakby to było jakieś inne dziecko. Takie nie moje :) Bo ten dzisiejszy Wiking zdecydowanie jest mój!
Jasne, dziś też mam gorsze momenty. Mamy też kryzysy (na przykład wózkowy albo ostatni drzemkowy, który najwidoczniej już za nami... ale kto wie, bo ilekroć o czymś tu napiszę to się odmienia :P), ale to wszystko ma zupełnie inny wymiar niż kiedyś. Inaczej to przeżywam i nawet jeśli z jakiegoś powodu mam zły nastrój, to zupełnie inaczej to wszystko wygląda niż na początku.


Chociaż nie byłam zakochana bez pamięci w swoim dziecku (ale może z czasem trochę się w nim zakochałam, ale raczej z pamięcią :P), chociaż nie potrafię zdobyć się na całkowite poświęcenie i nie zrezygnuję z wielu rzeczy dla dziecka (na przykład z czasu dla siebie), choć nie twierdzę, że macierzyństwo to najlepsze co mi się w życiu przytrafiło (nie mówię, że nie jest fajne, ale po prostu w życiu przytrafiło mi się wiele równie fajnych rzeczy), to nigdy ani przez sekundę nie pożałowałam, że mam Wikusia i on sam jest dla mnie ogromnie ważny.
Nie chciałabym wracać do pierwszych dwóch miesięcy macierzyństwa, ale paradoksalnie, dziś wiem, że mając szansę przeżyć to jeszcze raz, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Dopiero dzisiaj uświadamiam sobie pewne błędy, które popełniłam i dopiero dzisiaj przyszły pewne refleksje. O tym jednak napiszę przy następnej okazji, żeby już nie przedłużać zanadto :)