*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kącik smutku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kącik smutku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 maja 2014

Garść przemyśleń na odblokowanie

Zawiesiłam się. Muszę chyba napisać notkę o czymkolwiek, żeby wreszcie ruszyła reszta, którą tylko sobie szkicuję, bo później tracę ochotę na publikowanie albo stwierdzam, że słowa mi się nie kleją :)

Ostatnio to w ogóle ja sama się nie kleję. Franek chodzi na popołudnia do pracy a ja przez ten czas paradoksalnie nie opublikowałam ani jednej notki - mimo, że mam wolny komputer i czasami nudnawe wieczory :)

Tak wracając jeszcze do poprzedniej notki - myślałam jeszcze trochę na ten temat i zdecydowanie mogłabym stwierdzić, że sporo rzeczy poukładało nam się bardzo dobrze i gdyby ktoś nam ponad rok temu powiedział, że tak będzie (w tych poszczególnych kwestiach) to bylibyśmy bardzo zadowoleni. Ogólnie dobrze nam się tu mieszka, żyjemy trochę spokojniej (mam na myśli codzienny pęd), mamy więcej czasu (a na pewno ja mam, bo dojazdy do pracy pożerały 1-2 godziny mojego czasu), dotychczas też nie mogliśmy narzekać na częstotliwość wyjazdów weekendowych (choć to się na pewno niestety zmieni). Prawie wszystko w porządku.

Prawie - bo oprócz tego, że niektóre sprawy są nadal niepewne (ale o tym na razie nie myślimy), to jednak doskwiera trochę to, że jesteśmy tutaj sami. Wiedzieliśmy, że tak będzie i na to się zgodziliśmy. Staramy się ten fakt ignorować i po prostu jeździć do Miasteczka albo Poznania, kiedy tylko jest taka możliwość. Ale czasami mimo wszystko trudno o tym nie myśleć i wtedy jest mi z tego powodu zwyczajnie smutno. Wielokrotnie pisałam o tym, że wyjazd na weekend - nawet w każdy - nie jest dla nas problemem. Ale nie zawsze jest taka możliwość. Jednak tak naprawdę przykre jest to, że tak na co dzień jesteśmy sami i w razie czego możemy liczyć tylko na siebie. Jeszcze bardziej boli myśl, że jeśli wszystko poukłada się tak, jakbyśmy chcieli, to tak już będzie zawsze - i zawsze od bliskich będzie dzieliło nas 300 km. Nie będzie możliwości, żeby wpaść do kogoś po drodze, spontanicznie spotkać się wieczorem, czy poprosić o małą przysługę - nie wspominając już o jakimś nagłym wypadku... To jest trudne i kiedy za dużo o tym myślę, robi mi się źle, bo ogarnia mnie pewien niepokój i taki żal, że tego czasu spędzonego z bliskimi zawsze będzie mało. Ale tak się po prostu poukładało. To była cena, którą musieliśmy zapłacić za perspektywę lepszej (mam nadzieję) przyszłości. Wiem, że ta kwestia nigdy nie da mi spokoju i pewnie nigdy nie zniknie żal, że nie może być inaczej (ok, zawsze może być inaczej - tylko, ze zawsze jest coś kosztem czegoś i zawsze coś trzeba wybrać). Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak po prostu się z tym pogodzić - albo przynajmniej udawać, że się z tym pogodziło :) Wiem, że nie ma sensu rozważać co by było gdyby, ani zamartwiać się że nie jest inaczej. Dlatego na co dzień staram się o tym nie myśleć, przez większość czasu świetnie sobie radzę i udaje mi się tym w ogóle nie przejmować. Wiem, że mogłoby być gorzej. Ale widocznie tak to już jest, że czasami muszę sobie pójść do kącika smutku i trochę popłakać z tego powodu. 
Widocznie trzy weekendy bez żadnego wyjazdu i spotkania z rodziną oraz brak perspektywy na wyjazd w weekend czwarty skłaniają mnie do takich refleksji... :)

piątek, 30 grudnia 2011

Dołek końcoworoczny.

Chyba mam doła :( Od rana jest mi jakoś tak po prostu źle, mimo, że w zasadzie nie mam ku temu szczególnych powodów – obudziłam się o 7:30 wyspana i w pełni wypoczęta. Cały poranek miałam dla siebie – złamałam nawet swoją zasadę i nie ubrałam się od razu, tylko tak trochę posnułam się w piżamie i szlafroku a potem wskoczyłam pod kocyk i trochę poczytałam, poblogowałam i poszydełkowałam :)
Skończyliśmy w pracy kampanię już przed świętami, więc teraz mamy dużo więcej spokoju. O tyle więcej, że dziś w ogóle nie pracowaliśmy. Choć przyznam, że złamałam swoją inną zasadę i z racji tego, że mamy koniec roku i chciałam mieć poczucie, że wszystkie sprawy zakończyłam, wzięłam służbowy komputer i kilka papierów do domu. Wczoraj wyszliśmy szybciej więc nie zdążyłam. A dziś uporałam się z tym w godzinkę. I w jakich warunkach komfortowych – przy blasku świec (lubię zimą świeczki palić) i światełek choinkowych, pod kocykiem, ogrzewana przez poduszkę elektryczną :) Od razu lepiej się pracowało.
No więc niby miło było. Za chwilę przyjdzie do mnie hiszpańska Ania, która przyjechała na święta i strasznie się cieszę na to spotkanie. A jednak dołek jakiś jest :( Sama nie wiem, dlaczego. Pewnie wpływa na to fakt, że Franek od dwóch dni jest jakiś dziwnie nafoczony. Mało się widujemy, bo chodzi na popołudnia, ale i tak widzę, ze coś jest nie tak. To się po prostu wie i już. Niech sobie mówi, że mi się zdaje. Jak jest normalny to się nie czepiam, więc normalny na pewno nie jest :)
A do tego jeszcze ten nieszczęsny Sylwester jutro :) Już kiedyś pisałam, że wkurza mnie ten przymus. Czasami mam ochotę się dobrze zabawić, a czasami nie. Teraz jest ten drugi czas. Nie chce mi się nic jutro robić ani nigdzie iść i już. A tymczasem słyszę od innych teksty – no to jak macie sami siedzieć, to wpadnijcie do nas! A może my chcemy sami? I już :) Dla mnie to nie jest powód do popadania w stan depresyjny jeśli w Sylwestra posiedzę w domu :) I tak do tej pory nie wiem, co będziemy jutro robić. Problem w tym, że ja mówię Frankowi, żeby on zdecydował a on twierdzi, że jemu jest obojętne i chce, żebym to ja była zadowolona. I tak oboje chcemy, żeby to drugie było zadowolone – widzicie, ani krzty egoizmu w żadnym z nas :) Tyle, że decyzja cały czas nie podjęta a atmosfera jakaś kwaśna. Chyba przez tą presję.
No a co do tego wspomnianego dołka – mam nadzieję, że to ten, który nawiedza mnie od czasu do czasu w ostatnie dni roku. Zazwyczaj mija dość szybko i okazuje się, że jest lepiej niż mi się wydawało…

niedziela, 9 października 2011

Trochę smęcę…

Niewesoło mi ostatnio. Celowo użyłam słowa „niewesoło”, bo wcale nie chodzi o to, że mam doła albo, że jest mi zwyczajnie smutno. To wszystko jest trochę bardziej skomplikowane, tak, jak skomplikowane bywa życie.
Bo ta niewesołość spowodowana jest trochę przez takie zwykłe-niezwykłe problemy typowo życiowe. Rozterki, jakieś zmartwienia, wahanie… Spowodowane jest to pewnie trochę tym, że ja w ogóle mam niestety tendencję do przeżywania wszystkiego trochę za bardzo i do martwienia się na zapas (co nie jest równoznaczne z czarnowidztwem! – podkreślam to szczególnie).
Moje największe zmartwienie ostatnich dni jest bardzo powszechne – o kasę chodzi niestety. Wróciliśmy z urlopu, przed nami ślub i wesele, planowaliśmy od października zacząć naprawdę oszczędzać. Niestety dostaliśmy przykrą wiadomość, która oznacza dla nas spory wydatek. Stać nas jeszcze co prawda, żeby tę należność uregulować, ale z oszczędności niestety nici przynajmniej w najbliższym czasie. Żal mi trochę, bo czuję się zupełnie bezradna. I przykro mi, że trzeba w gruncie rzeczy płacić za to, że się żyje. No ale cóż, tak to właśnie wygląda, nic nie jest na tym świecie za darmo i nic na to nie poradzę. Franek pociesza mnie, że na pewno sobie damy radę, jest więc trochę łatwiej to wszystko przełknąć…
Poza tym trochę mnie martwi perspektywa zbliżających się już wielkimi krokami chłodów. Normalnie przyjęłabym to na klatę, jak co roku, tym razem jest trochę inaczej, bo zimne, a później mroźne i mokre dni znacznie utrudnią mi i tak skomplikowany dojazd do pracy :( Przez ponad pół roku starałam się o tym nie myśleć i cały czas powtarzałam sobie, że jeszcze nie czas się tym martwić. Cóż, czas chyba jednak już nadszedł. Wypożyczalnia rowerów czynna będzie już tylko przez trzy tygodnie, a i tak nie wiem, czy do końca miesiąca będę korzystać z niej tak intensywnie, jak dotychczas. Jak jest zimno, to jeszcze nie ma problemu – czapka, rękawiczki i w drogę. Ale jak pada… No to już nic przyjemnego przyjechać do pracy mokrym, a jeszcze mniej przyjemnie siedzi się potem w mokrych ciuchach. Poza tym jeżdżę polną drogą, która po ulewach wygląda fatalnie a przy przymrozkach byłaby zupełnie nieprzejezdna. Pozostaje więc samochód, ale Poznań teraz rozkopali tak bardzo, że bywa nieprzejezdny, niestety właśnie w mojej okolicy bardzo się zagęściło. Czas dotarcia do pracy samochodem może się więc wydłużyć nawet o 100%. A i tak najbardziej boli mnie koszt, co ściśle wiąże się z moim zmartwieniem numer jeden. Inna sprawa, że i Frankowi samochód bywa potrzebny. Będziemy musieli się więc dzielić a to oznacza dla mnie zapewne dotarcie do pracy na piechotę. Najpierw ponad dwadzieścia minut w środkach komunikacji miejskiej, potem pół godziny szybkiego spaceru. Przyznam szczerze, że zimą sobie tego nie wyobrażam – zwłaszcza powrotu ciemną, polną drogą. Chyba odpadnie, a alternatywy na razie brak :(
I żeby smutku stało się zadość, Franek coś od kilku dni dziki jest. Nie możemy się dogadać. Nawet nie chodzi o kłótnie, a raczej takie oddalenie. Nie mogę się z nim porozumieć, on nie może porozumieć się ze mną.
No to trochę posmęciłam. Ale żeby tak źle nie było, podkreślę, że i tak wcale nie uważam, że mam tak najgorzej i nadal uważam, że jak mi się tak dalej będzie wiodło, to będę całkiem szczęśliwa. Zmartwienia są, rzeczywiście, ale prawda jest taka, że nigdy nie da się ich uniknąć, więc staram się po prostu z nimi żyć w zgodzie. Może się jakoś poukłada.
A z pozytywnych spraw – muszę się Wam pochwalić :) Bachorki wróciły do mnie po wakacjach na korepetycje. Bachorka od początku wydawała mi się bardzo zdolna, ambitna i pracowita. Nie zdziwiło mnie więc, że za tekst, który przygotowywała pod moim okiem dostała szóstkę. Bachorek natomiast na początku zaskoczył mnie tym, że nie znał nawet odmiany czasownika „to be”. Myślałam, że totalnie nie ma zdolności językowych i że będę z nim miała twardy orzech do zgryzienia. Z czasem jednak widziałam postępy i byłam z niego dumna, kiedy potrafił już po angielsku tworzyć całe zdania. Niesamowicie zaskoczyło mnie jednak, kiedy na pierwszej lekcji po wakacjach pochwalił się, że mieli test przydzielający ich do grup zaawansowania. Zdał go z siódmym wynikiem i dostał się do lepszej grupy :) Do tego na ostatnich zajęciach przygotowywałam się z nim do kartkówki i dziś dowiedziałam się od Pani Mamy (która pracuje z mamą Bachorka), że dostał z tej kartkówki piątkę i strasznie go to podbudowało :) Natomiast jego rodzice są bardzo zadowoleni z efektów mojego nauczania i bardzo sobie chwalą moje metody. Ufff… Bo przyznam szczerze, że się bardzo bałam tych moich korepetycji, obawiałam się, czy sobie poradzę i czy czegoś będę potrafiła ich nauczyć :)
Podsumowując tę notkę – trochę przysmucona jestem, ale nie nieszczęśliwa. Przyznam uczciwie, że z chęcią codziennie jeżdżę do pracy, czas wolny natomiast spędzam na swoich ulubionych zajęciach, więc czuję się całkiem dopieszczona przez samą siebie. Żeby jeszcze ten Franek trochę znormalniał…

sobota, 7 maja 2011

Beznadzieja.

Doła mam po prostu :( Więc co tu dużo pisać? Chyba nie ma większego sensu opowiadanie o tym. Zbierało się we mnie to od kilku dni. Zawsze mnie dołowało, kiedy nie wyrabiałam się ze wszystkim i kiedy coś wymykało mi się spod kontroli. A do tego jeszcze dzisiaj czuję się po prostu bezradna, do tego nie wiem, co mam zrobić. Najchętniej bym uciekła. A najlepiej do Miasteczka. Zawsze najlepiej u mamy :( Tylko, że wiem, że taka ucieczka i tak niczego nie załatwi. A nawet gdyby, to i tak nie mam teraz możliwości, żeby tam jechać. Ogólna beznadzieja.

sobota, 5 lutego 2011

Tak nijak.

Nie jestem ostatnio w najlepszej formie :( Długo było fajnie i miałam ogromną nadzieję, że smutki mnie ominą, ale się nie udało. Zbierało się już od tygodnia, aż wreszcie w czwartek już chyba gorzej być nie mogło. No i tak od kilku dni czuję się raczej kiepsko, myśli nachodzą mnie w większości ponure i w ogóle jakoś tak wszystko układa się nie tak, jak ja bym chciała. Pewnie, że człowiek w życiu nie ma nigdy tego, czego by oczekiwał. Ale nie w tym rzecz…
Przyjechałam do Miasteczka na weekend. Tutaj zawsze wszystko wygląda trochę lepiej, więc tak naprawdę dzisiaj wcale nie jest źle. Ale nie pociesza wcale fakt, że jutro znowu muszę wrócić do Poznania.
Tak naprawdę dzisiaj wpadłam tylko tak, żeby pomarudzić. A i tak cieszę się, że nie odezwałam się w czwartek, bo wtedy notka byłaby wyjątkowo gorzka.
No to miłego weekendu wszystkim życzę.

czwartek, 9 grudnia 2010

Łoś!

A ten znowu ma focha :/ Normalnie jeszcze trochę i naprawdę uwierzę, że on ma jakiś zespół napięcia przedmiesiączkowego, tyle, że co dwa miesiące. Bo średnio w takich odstępach czasu muszę znosić Frankowe humory.

Zaczęło się wczoraj rano. Tak mi zepsuł nastrój tym swoim obrażalstwem i nerwowością, że postanowiłam, że się do niego nie odezwę dopóki nie przeprosi. Ale, kurka wodna, nie potrafię nie odbierać telefonu. A skoro odebrałam, to i odezwać się musiałam. Pytał tylko co robimy na obiad, więc udzieliłam mu tej informacji wielce urzędowym tonem.A kiedy wróciłam do domu, trudno było mi się obrażać dalej, bo obiad pachniał już, a w moim kapciu znalazłam paczkę żelków. No więc na chwilę mi przeszło. Ale naprawdę na chwilę, bo zaraz po obiedzie Franek poszedł sobie do drugiego pokoju spać. Wstał na chwilę dopiero po ósmej, trochę na mnie powarczał i położył się z powrotem. Przez całą noc nawet mnie nie dotknął (a budziłam się kilka razy, podświadomie chyba czekając na jakieś przytulenie). Raz tak jakby dotknął moich włosów, przez minimalną chwilę zdawało mi się, że może mnie chce pogłaskać, ale to chyba był tylko „przezsenny odruch bezwarunkowy”. A jak wstawał, to nawet nie dał mi buziaka.

Jak mnie wkurza ten łoś! Najgorsze jest to, że nie potrafię tego tak sobie olać. Owszem, nauczyłam się już teraz, że mam do niego nie podchodzić w ogóle, nawet z kijem, jak się tak zachowuje. Siedzę sobie w drugim pokoju, robię swoje, wychodzę na aerobik, potem oglądam „Na wspólnej”… Niby zajmuję się sobą, a jednak nie potrafię się od tego odciąć. Emocjonalnie, gdzieś w środku przeżywam to bardzo, a nawet popłakuję sobie chwilami. Dobra, on się będzie tłumaczył, że zmęczony jest (kolejna prawidłowość – te fochy ma zawsze w okresie, kiedy przez kilka dni ma do pracy na bardzo-bardzo rano i potem odsypia). Ale ja dziękuję bardzo za coś takiego. To niech się prześpi dwie godzinki i niech będzie normalny a nie się wyżywa. Bo nawet jeśli świadomie tego nie robi, to jego foczenie ma wpływ również na mój nastrój. Niestety, nic mi się nie chce robić i niespecjalnie cieszą mnie różne rzeczy, które w innych okolicznościach na pewno sprawiłyby mi radość.

Jutro ma wolne. I coś czuję, że dzisiaj nastąpi cudowne ozdrowienie (bo zapomniałam wspomnieć, że oprócz tego, że zmęczony, to jeszcze przeziębiony) i nagle będzie już bardzo wypoczęty. Przynajmniej na tyle, żeby wypić czteropak piwa. Najlepiej z kumplami :/ Co za łoś! Chciałoby się go olać, ale jakoś nie potrafię :/

czwartek, 21 października 2010

Spadek formy.

Niestety, mój dobry nastrój się zdeaktualizował :( Bardzo nad tym boleję, bo brakuje mi go, ale nie wiem co zrobić, żeby wrócił.
A wszystko przez to, że Franek od wczoraj ma jakiegoś focha. Był spokój przez prawie dwa miesiące, nie miał żadnych dziwnych humorów, czasami się sprzeczaliśmy, ale ogólnie wszystko było dobrze. A wczoraj się jakoś posypało. Nie pokłóciliśmy się, ale niestety Franek ma to do siebie, że kiedy jest zmęczony albo źle się czuje, to się robi nie do zniesienia. To znaczy ja naprawdę próbuję go znosić i wcale nie  mam ochoty uciec gdzie pieprz rośnie – wręcz przeciwnie – chcę być koło niego, żeby poczuł się lepiej. Ale wygląda na to, że moja obecność tylko go drażni, a mnie jest bardzo przykro z tego powodu. Nie wiem dlaczego on tak reaguje. Staram się chodzić koło niego na paluszkach, być miła, ale nic nie pomaga. A kiedy tylko pytam co się stało, dlaczego jest zły, to odwarkuje – albo, że nie jest, albo że to dlatego, że jest zmęczony/źle się czuje. Naprawdę wszystko rozumiem, ale trudno jest mi to przełknąć. Przez takie jego zachowania mnie robi się przykro, łzy same cisną się do oczu i od razu dostaję syndromu przedszkolaka :( Chciałabym umieć się od tego odciąć, nie zwracać uwagi na jego humory i zająć się sobą. Ale nie potrafię. Strasznie źle to na mnie wpływa i od razu zaczynam się dołować. A na doły niestety nie mam sposobów, mogę udawać, że potrafię je zwalczać, ale w rzeczywistości dopóki same sobie nie pójdą, jestem skazana na ich towarzystwo. Gdyby tak jeszcze Frankowi się poprawiło, gdyby trochę mnie pocieszył, przytulił, pewnie poszłoby szybciej, ale w takich momentach raczej nie mogę na to liczyć.
A w dodatku od jutra będziemy się tylko mijać – w piątek i sobotę nie będziemy się ze sobą wcale widzieć, w niedzielę tylko rano… Cały następny tydzień on będzie chodził na popołudnia, więc też się nie zobaczymy.
Ehh, nie nastawia mnie to zbyt optymistycznie. Jak ja nie lubię być w takim nastroju! :(

piątek, 15 października 2010

W Mariańskim jestem. Rowie Mariańskim.

Długo mnie to omijało. Kilka miesięcy nawet, mogłabym stwierdzić. Ale niestety dopadł mnie wreszcie zły nastrój. Nie mam na myśli tutaj gorszego dnia, ale po prostu utrzymujące się przez dłuższy okres czasu obniżenie nastroju.Mam tak od kilku dni, raz jest lepiej, raz gorzej, ale ogólnie rzecz biorąc – nie najlepiej. Doła mam po prostu i już. A właściwie nie i już, tylko głębokiego jak Rów Mariański. Chociaż zdarza mi się wynurzać na płyciznę.

Funkcjonuję niby normalnie, wstaję rano, idę do pracy. Potem wracam, idę na aerobik, na miasto albo usiłuję zrobić coś w domu, chociaż jakoś tak zapał straciłam ostatnio do wszystkiego i niestety każda czynność, którą jeszcze dwa tygodnie temu wykonywałam pełna energii w krótkim czasie, teraz mi się dłuży albo wcale jej nie wykonuję. 
Bywają dni w miarę spokojne, kiedy jakoś się wszystko kula i nawet mam siłę na uśmiech. Ale bywają też te kryzysowe, kiedy łzy ciągle się cisną do oczu i wszystko mnie rozczula. Nie znam nawet powodu tego złego nastroju, to raczej takie ogólne poczucie braku sensu. Czasami wydaje mi się, że wszystko jest takie bezcelowe.

Oczywiście staram się temu przeciwdziałać i generalnie udawać, że mnie ten dołek nie dotyczy, ale nie zawsze się da. W poniedziałek na przykład wyszłam sobie po pracy na miasto. Miałam trochę spraw do pozałatwiania, pomyślałam, że to dobra okazja, która w dodatku pomoże mi zapomnieć o smutku. Ale nie do końca mi wyszło. Owszem, załatwiłam większość rzeczy, które chciałam, zrobiłam zakupy ostatnich prezentów dla bliskich, odnalazłam krawcową, która mi się kiedyś przeniosła ze stałego punktu, zaniosłam telefon do serwisu i, co sprawiło mi największą przyjemność, odwiedziłam dwie biblioteki i wyszłam z nich oczywiście z łupami. Funkcjonowałam jakoś i starałam się za dużo nie myśleć, ale to wcale nie było takie łatwe, bo kiedy na przykład zapuściłam się w tę część Poznania, po której spacerowałam przez kilka godzin razem z rodzicami, podczas ich ostatnich odwiedzin, zrobiło mi się jakoś tak… żałośnie :)

We wtorek trochę się wypłakiwałam Frankowi, ale on ma do tego średnią cierpliwość i nie do końca rozumie, dlaczego jest mi smutno. Zresztą nawet mu się nie dziwię, bo przecież ja sama też nie do końca to rozumiem.
Echh, niechby już te święta przyszły… Chociaż tutaj też żal, bo w gorszym terminie to one się już trafić naprawdę nie mogły. Zero wolnego. Dobrze, że zostało mi jeszcze siedem dni urlopu do wykorzystania za ten rok, to sobie pojadę do Miasteczka już w środę po pracy, a wrócę dopiero w poniedziałek. Gdyby nie możliwość wzięcia urlopu, zajechałabym do domu akurat na Wieczerzę Wigilijną a wracać musiałabym tuż po obiedzie w drugi dzień świat. Fatalnie.

sobota, 10 lipca 2010

Źle.

Jakże inny jest mój dzisiejszy nastrój od tego, w jakim byłam tydzień temu. Dziś jest mi źle, bardzo źle, czuję się po prosu nieszczęśliwa i prawdę mówiąc mam wszystkiego dość. Nie widzę w życiu nic pozytywnego, nie ma żadnych celów, które warto by było osiągnąć.
Na dworze piękna pogoda, idealna na weekend. Może byłaby idealna, gdybym była w innym miejscu. Ale nie tu. Chociaż i tak wyjdę za chwilę, chociaż postaram się jakoś przeżyć ten dzień i jutrzejszy, i następny, nawet mimo tego, że niespecjalnie widzę w tym sens :(
Wybaczcie ten nastrój, mam nadzieję, że się nikomu nie udzieli.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Być może ostatni…

Wiem, że niektórzy mają już trochę dość i chcieliby, aby życie wróciło do normy. Ja też bym tego chciała. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przecież trzeba iść dalej, należy normalnie funkcjonować. I zazdroszczę wszystkim tym, którzy dali radę. Ja jeszcze nie potrafię :(

I znowu będę monotematyczna, choć wiem, że część z Was już nie ma ochoty o tym czytać. Ale ja muszę gdzieś wyrzucić to, co czuję. Naprawdę nie wiem, dlaczego aż tak bardzo to przeżywam. Wczoraj wydawało mi się, że będzie lepiej. Rano co prawda nie czułam się dobrze, ale w pracy musiałam zająć się codziennymi obowiązkami, popołudniu nawet spotkałam się z koleżanką – wydawało się, że jest lepiej. Że najgorsze już minęło, nie wrócą te wszystkie smutne myśli i nareszcie normalnie zasnę. I zasnęłam, ale obudziłam się już po półgodzinie i zaliczyłam kolejną nieprzespaną  noc :( To już trzecia. Nie mogę spać. To mi się już bardzo dawno nie zdarzyło. Owszem, bywało, że miałam zmartwienie i nie mogłam spać, ale zawsze na drugi dzień zmęczenie wygrywało i spałam jak kamień nocy następnej. Nie tym razem. Ilekroć przysypiam, śni mi się to, o czym myślę przez cały dzień – wtedy od razu się budzę i nadal myślę. 
Nie wiem jak sobie z tym poradzić. 

To nie były bliskie mi osoby. Nie naszły mnie też refleksje o kruchości życia ludzkiego. Po prostu przeraziło mnie to wszystko i może właśnie dlatego nie umiem sobie poradzić z moimi uczuciami, bo nie potrafię ich nazwać ani wyjaśnić. Nie mam zamiaru stawiać pomnika ś.p. Lechowi Kaczyńskiemu. Skoro za jego życia nie zgadzałam się z jego poglądami ani nie podobała mi się część jego zachowań, nie będę nagle twierdzić, że było to najlepszy polityk i najwspanialszy człowiek jakiego znałam. Bo nie w tym rzecz. To wszystko, co myślałam o tych ludziach, nie ma teraz żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, że jest mi strasznie przykro i będzie ich na pewno w jakiś sposób brakowało. Zginęli przede wszystkim ludzie, nie politycy. 
Mój ogromny żal jest ponad wszelkimi wcześniejszymi sympatiami i antypatiami.

Wiecie, przyznać muszę, że nie podoba mi się trochę mówienie o tym, że teraz ludzie są zjednoczeni w bólu, a za kilka dni wszystko wróci do normy i znowu zaczną codzienną gonitwę. A ja się zgadzam z tym, co powiedział Stefan Niesiołowski - żałoba nie jest stanem naturalnym. Trzeba się otrząsnąć i żyć dalej. Nie chciałabym żeby ten stan trwał dłużej, bo nie chcę żyć cały czas w atmosferze smutku. Chcę iść dalej i nie ma znaczenia to, że ludzie zajmą się swoimi sprawami, a politycy znowu zaczną się kłócić. Aby świat funkcjonował normalnie, ludzie muszą wrócić do codziennych obowiązków. Aby polityka funkcjonowała normalnie – spory polityczne muszą mieć miejsce. 

Czy ta tragedia nas czegoś nauczy? 
Szczerze mówiąc, nie wiem, czego mogłaby nauczyć :( Poszanowania życia? Docenienia chwili? Myślę, ze większość z nas, kiedy się zastanowi nad swoim życiem, stara się je doceniać i stara się jednak cieszyć tym, co ma. Nie zgadzam się, że za jakiś czas wszyscy zapomną o tym co się stało. Myślę, że część osób jeszcze przez długi czas będzie to w pewien sposób przeżywała. Ale też nie można stać w miejscu, trzeba starać się, aby wszystko wróciło do normy. Żałobę trzeba przeżyć a następnie jednak ją porzucić. Nikt nie jest w stanie normalnie funkcjonować w stanie żałoby. Państwo również nie.

Nigdy nie twierdziłam, że nie jestem naiwna. 
Wiem, że tak jest. Wierzę w ludzi, wiem, że nawet jeśli za parę dni wszystko będzie jak dawniej, to ich obecne uczucia: ból, smutek, żal, strach są szczere. Pomijam tutaj to, o czym również można przeczytać – skandaliczne wpisy na forach, niektórych blogach, okropne komentarze, nietaktowne pytania dziennikarzy, zupełnie absurdalne teorie spiskowe – to wszystko jest dziełem ludzi, którzy w mojej opinii nie są normalni. Nie tylko nie potrafią uszanować faktu czyjejś śmierci, ale są zupełnie pozbawieni empatii i jakichkolwiek uczuć wyższych. Nawet nie chcę poświęcać im więcej myśli – ignoruję ich wypowiedzi, nie czytam komentarzy. Takie hieny zawsze się znajdą.

I ostatnia rzecz - czy z tej tragedii może wyniknąć coś dobrego?
Znowu posłużę się słowami wicemarszałka Niesiołowskiego, który powiedział, że każda śmierć jest złem i nie bardzo wie, co dobrego mogłaby przynieść. Ja też nie bardzo wiem… Chyba mam tylko nadzieję na jedno – że wspólne przeżycie takiej tragedii z Rosjanami będzie przełomem w naszych wzajemnych relacjach. I że tego, co zostało zbudowane w ciągu ostatnich dni, nie zniszczą żadne antyrosyjskie komentarze, czy absurdalne oskarżenia. Prawda jest taka, że mogliśmy na nich liczyć.

Wiem, że trudno się czyta tę notkę. Mam jednak nadzieję, że możliwość opisania wszystkich swoich uczuć pomoże mi wreszcie iść dalej, pozwoli mi skupić się na czymś innym i być może zamknąć ten temat… 
Osoby, które naprawdę mają dość czytania „tych rzeczy”, bardzo proszę o uszanowanie mojej potrzeby poradzenia sobie z żalem w taki właśnie sposób…

wtorek, 16 lutego 2010

Miesięczne archiwum: Luty 2010 Dziady hiszpańskie 26 lutego 2010 Ależ miałam dzisiaj miły dzień. Oby więcej takich :) Szczegółowa relacja z piątku margolkowego (łącznie ze sprawozdaniem ze SPA ;)) jutro, bo teraz mam komunikat: Ponieważ są osoby, które czytają mnie krócej niż pół roku, na początku legenda, żeby uniknąć ewentualnych pytań i wyjaśnień w komentarzach :) W maju przystąpiłam do egzaminu, który poszedł mi w miarę dobrze, poza jedną częścią. W sierpniu się załamałam, bo okazało się, że go nie zdałam – tu więcej szczegółów. I tu. We wrześniu wysłałam do Hiszpanii odwołanie. Otóż dzisiaj dostałam odpowiedź. Zdałam!!! Wyobrażacie sobie??? Egzamin międzynarodowy, kurczę pieczone, a oni się mylą w punktacji! Poleciałam na pocztę cała w nerwach, rozrywam nerwowo kopertę a tam dwie strony A4 po hiszpańsku. Na szczęście szybko znalazłam wyraz, który mnie interesował – APTO (zdane), bo był wielkimi literami napisany. Potem już na spokojnie przeczytałam wszystko. Niczego mi nie wyjaśnili, nawet nie przeprosili za pomyłkę i zamieszanie :( Po prostu stwierdzili fakt, że po ponownym przeliczeniu punktacji wynik egzaminu jest pozytywny. Dziady jedne hiszpańskie :/ Czy oni sobie zdają sprawę ile nerwów mnie to kosztowało?? Pamiętacie chyba w jakim dołku byłam… I przez pół roku tak naprawdę cały czas myślałam o tym egzaminie i myślałam sobie jaka ja jestem głupia, ze ustnego nie zaliczyłam. A oni po prostu źle policzyli… Dobre sobie. A swoją drogą, tyle ludzi zdaje ten egzamin, ale akurat mnie się musiała taka pomyłka przytrafić nie? :)) Takie już moje szczęście. Najważniejsze, że zdane! :D Jupi! :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 74 Komentarze To i owo 25 lutego 2010 Wszyscy ostatnio o wiośniezaczęli pisać. Ano to ja też :) Może jak tak się zaweźmiemy wszyscy to się zimawkurzy i Se pójdzie ;) Ale tak serio to niestety dzisiaj w radio słyszałam, żesię trochę jeszcze z nią pomęczymy. Miałam na to dowód wczoraj, kiedy towyszłam rano z domu i wpakowałam się w śnieg po kostki i jeszcze więcej tegobiałego dziadostwa leciało z nieba. Jak wracałam z pracy, to już białe niebyło, za to bardziej mokre a pod butami było szaro i chlupało :) Za to dzisiajsłoneczko śmiało się do mnie pełną gębą i aż zaczęłam się zastanawiać, gdzieteż włożyłam na przezimowanie moje okulary przeciwsłoneczne. Zdecydowanie będęmusiała je wkrótce odszukać. Natomiast najbardziejwidocznym znakiem na to, że wiosna jest coraz bliżej, są coraz dłuższe dni. Aprzede wszystkim fakt, że coraz szybciej robi się jasno. Wprowadza mnie toniejednokrotnie w konsternację, bo… mam wrażenie, że jestem spóźniona :) Przezkilka miesięcy wychodziłam z domu jak było zupełnie ciemno, a kiedy dojeżdżałamdo pracy, to tylko gdzieś hen, hen na wschodzie robiło się szaro. A teraz?Wychodzę z domu a tu z dnia na dzień coraz jaśniej. Aż strach pomyśleć cobędzie, jak będę się budzić „po jasnemu” :) Ale oczywiście na wiosnęczekam z utęsknieniem i nie mogę się już doczekać, kiedy z Frankiem otworzymysezon spacerowy. Na zakończenie chciałampowiedzieć, że jutro Margolka idzie do SPA! Fajnie nie? :) Proszę sobiewyobrazić, że wygrałam w konkursie internetowym masaż gorącymi kamieniami :)Tak więc jutro po południu będę się relaksować. No i co to ja jeszczechciałam? Aha, wrzucam tutaj link do piosenki. To była pierwsza piosenka jakąsię nauczyłam śpiewać po hiszpańsku i po prostu nie mogę znieść tejzmasakrowanej polskiej wersji „skąd mam na głowie ptaków sto…” czy jakoś tak… Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 68 Komentarze Sny na jawie 24 lutego 2010 Pojechałabym Se gdzieś :) Odkąd musiałam się pożegnać z instytucją zwaną feriami zimowymi, sama sobie takowe ferie organizowałam. I tak w 2006 roku poleciałyśmy z koleżankami ze studiów do Madrytu na tydzień. W roku 2007 w zasadzie podróżować mi się odechciało, bo właśnie w lutym wróciłam z półrocznego stypendium w Cordobie, no ale wyjazd był zaliczony. W roku 2008 polecieliśmy z Frankiem do Sevilli. A właściwie tam tylko spaliśmy a w ciągu pięciu dni zdążyliśmy zaliczyć jeszcze kilka innych miast. No i w zeszłym roku w marcu zaliczyliśmy Londyn. Na początku lutego 2009 już mieliśmy kupione bilety. A teraz co? Bida. Nie ma na co czekać i aż mi dziwnie, bo odczuwam silną potrzebę, żeby gdzieś pojechać. Nawet miałam w planach Irlandię, ale niestety na przeszkodzie stoją dwie rzeczy. Po pierwsze nowa praca Franka. Wczoraj podpisał umowę :))) Na razie co prawda na trzy miesiące, ale mam nadzieję, że już się go tak szybko nie wyrzekną, bo w końcu rok cały trwały szkolenia, więc trochę w niego zainwestowali. W każdym razie wczoraj już mu wszystko mniej więcej pokazali a w poniedziałek ma się stawić w zajezdni w pełnym umundurowaniu :) Dowiedział się już co prawda, że w tym okresie przysługuje mu pięć dni urlopu, ale nie jest za bardzo wskazane, żeby od razu go wykorzystywał na samym początku, więc raczej jego podróż ze mną nie wchodzi w grę. Franek nie chce mnie samej puścić. Sam ma ochotę się gdzieś przejechać, a poza tym boi się co ja tam mogę przeskrobać jak mnie nie będzie pilnował :) Zwłaszcza, że jak kiedyś poszłam do wróżki (pierwszy i ostatni raz, nigdy więcej!), to ta wywróżyła mi, że wyjadę za granicę i nie wrócę, bo tam znajdę sobie męża. I na nic tłumaczenia, że to miało być w zeszłym roku :) Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w ogóle pozwoliła Frankowi, żeby mi czegoś zabronił, prawda? :) No więc głównie chodzi o moją obronę. Ciągle nie mam terminu. Będzie to któryś piątek marca, ale nie wiadomo który i przez to nie mogę nic sobie zaplanować, a jak wiadomo bilety w tanich liniach lotniczych rezerwować należy raczej z dużym wyprzedzeniem. Przed obroną na pewno nie chciałabym polecieć, więc wygląda na to, że w marcu się nie uda. Problem pojawia się również w kwietniu, bo przez przypadające w tym miesiącu święta, bilety bardzo podrożeją. No i klops. Potem weekend majowy i to samo. Wygląda na to, że niestety mój wyjazd nie dojdzie do skutku :( Ale ja muszę sobie zorganizować tydzień urlopu i gdzieś wybyć! Wyjazdy z Frankiem zawsze najbardziej mnie cieszą. Żaden wyjazd nie jest tak przyjemny, kiedy nie mogę z nim dzielić wrażeń, ale jak się okaże, że wyjazd z nim naprawdę jest niemożliwy, to zacznę sama kombinować. Albo spróbuję jeszcze coś załatwić coś z tą Irlandią w kwietniu (o ile ceny biletów będą do przełknięcia) i polecę do koleżanek sama, albo namówię Dorotę (póki nie pracuje), żeby gdzieś się ze mną wybrała. Bez Franka to nie to samo, ale jak to ostatnio jego wyjazd w góry pokazał, takie rozstanie tygodniowe też może być budujące :) I cieszę się, że potrafimy się od siebie od czasu do czasu oderwać :) No nic, ale na razie to wszystko tylko w sferze snów na jawie :) Siedzę sobie w biurze i ładuję akumulatory przed comiesięcznym nawałem pracy w pierwszych dniach nowego miesiąca, trochę się nudzę no i tak sobie myśleć zaczęłam o niebieskich migdałach. Marzy mi się taki wyjazd. Ba! On mi się nie marzy, on mi jest potrzebny po prostu :) No cóż, póki na razie nic więcej nie mogę zrobić, to sobie będę myśleć i planować. A nuż coś sobie wymarzę :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 86 Komentarze Pomysłowy Franek 22 lutego 2010 (…) Od zakochanych można się uczyć miłych słów: moja różo, moja cebulko, mój ty szczypiorku zielony. Zakochani mówią tak, jakby się uczyli tylko botaniki, a zagniewani– jakby się uczyli tylko zoologii, bo mówią: ty ośle, baranie, ty foko,ty byku. Najlepsi nauczyciele – to zakochani. (ks. J. Twardowski – „Zakochani”) Kiedy wcześniej byłam w dwóch, dość poważnych związkach, dla moich facetów byłam zawsze Misiem. Od czasu do czasu Kotkiem. Ale przeważnie jednak zwracali się do mnie „Misiu”. Franek w życiu tak do mnie nie powiedział. I całe szczęście :) Bo Misiów mam serdecznie dość. Franuś jest bardziej oryginalny, bo oprócz tego, że od czasu do czasu wyrwie mu się: „Cześć Kotek” (nie Kotku, tylko Kotek właśnie), to ze zwierzyńca woli inne osobniki. Często jestem Rybą (ewentualnie Rybką, jak zasłużę), Małpką, Szczeniaczkiem, Robaczkiem, Myszką, Prosiaczkiem i Pędraczkiem. Kiedyś zdarzył się jakiś Pingwinek, czy inny Krokodylek. Kiedy odbieram telefon, nigdy nie wiem, czy usłyszę: „Cześć Słońce”, „Witam mojego Kurczaczka” czy może „Dzień Dobry Najpiękniejsza Świnko Świata”. Przyznać muszę, że Franek jest wyjątkowo pomysłowy jeśli chodzi o wymyślanie określeń dla mnie. Pewnego dnia zaczęłam sobie wszystko spisywać, lista jest już całkiem długa i wcale nie skończona, bo co rusz Franek wymyśla nową Pyzię albo Śnieżniczkę (połączenie Śnieżynki z Księżniczką). Najczęściej jednak inspirację czerpie, jak na kucharza przystało, ze sztuki kulinarnej :) (Strach pomyśleć co teraz będzie jak zmieni pracę – klockiem hamulcowym to ja nie chcę być:)) I tak oto zwracał się już do mnie: Śliwko, Fryteczko, Szpinaczku, Pierniczku, Parówko, Truskawko, Koktajliku, Papryczko, Pyrko (dla nie-Poznaniaków – Pyra, to ziemniak :)), Pierożku no i zdarzyło się nawet „Żołądeczku” :). Ale najbardziej lubię jak mówi do mnie Klusko, Kluseczko lub Klusaku. Bynajmniej nie chodzi o to, że mam za dużo ciała, bo Franek twierdzi, że wręcz powinnam przytyć i „Szkieletorku” też kiedyś usłyszałam :) Tak jakoś mu to przypasowało a i ja lubię te Kluski, bo brzmią tak miękko :) A jak jestem niegrzeczna to słyszę: „Głupia Klucha” :) Czasami jednak zdarza się, że Franuś używa słów z innych kategorii: Aniołku, Smerfnusiu, Słoneczko, Perełko. No i Piękna też bywam :) Oczywiście bywa też tradycyjny i wymknie mu się czasem Kochanie lub Skarbie. W towarzystwie natomiast zawsze używa mojego imienia w jednej tylko formie: „Małgosiu”, co mi bardzo odpowiada, bo nie lubię słodzenia przy ludziach :) No cóż, ja ze swoim Frankiem, Franusiem i Franiem, przy jego licznych określeniach, wymiękam :) No i oczywiście od czasu do czasu wyrwie mi się „Łukasz”, ale wtedy to nawet on się dziwi :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 96 Komentarze Niezdecydowana 20 lutego 2010 Hmmm, chyba ostatnio trochę przesadzam z tymi notkami co? :) Nie wydaje Wam się? Ale jakoś tak mi się ostatnio chce :) Zresztą ostrzegałam, że jak już napiszę pracę, to się będę musiała tutaj wyżywać piśmienniczo :) Jeszcze tylko będę musiała wrzucić zaległe recenzje na mój drugi blog :) W każdym razie chciałam powiedzieć, że wczoraj o godzinie 16 pożegnałam wszelkie smutki :) Gryzło mnie to tak, dusiło, więc postanowiłam udać się z tym problemem do źródła, czyli do Doroty. Powiedziałam co mi leży na wątrobie i podzieliłam się swoimi obawami. Dorota powiedziała mi to, co potrzebowałam usłyszeć. Była przy tym bardzo serdeczna i utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że niezależnie od wszystkiego mogę na nią liczyć i że jednak jest to ktoś bliski w moim życiu. Franek mówił mi, że tak będzie. W końcu zna Dorotę tak długo jak mnie :) Ale ja się musiałam przekonać, już taka jestem, że muszę wszystkie niedopowiedzenia wyjaśnić, nawet takie, które sobie sama wymyśliłam :) Ale najważniejsze, że naprawdę poczułam się, jakby kamień spadł mi z serca. A potem dostałam smsa: „Kocham cię strasznie mocno!” :) I to nie od Franka, tylko od Doroty właśnie :) My się kochamy od naszej pierwszej lekcji angielskiego. A wczoraj obeszło się bez przygód. Dojechałam punktualnie. Szok. Takie rzeczy się nie zdarzają w PKP na co dzień :) Jestem więc dzisiaj już w Miasteczku i szykujemy się na imprezę z okazji 25tej rocznicy ślubu moich rodziców :) A na koniec powiem Wam, że strasznie niezdecydowana kobita ze mnie. Do Franka zadzwonili wczoraj z Zielonej Firmy. We wtorek ma przyjść podpisać umowę i dobrać sobie mundur: M: Myślałam, że będą szyli na miarę. Będą mieli taki na ciebie? F: No a dlaczego nie? M: A bo taki chudy jesteś.. F: Ja chudy? Ostatnio przecież przytyłem, ważę już prawie 75kg M: No właśnie, za duży brzuchol ci się zrobił. Taki grubas z ciebie trochę F: Hmm, no to jaki jestem w końcu? Ps. Bo chyba nie wszyscy dobrze zrozumieli – to był żart! :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 92 Komentarze Na szybko 19 lutego 2010 Staram się nie myśleć o zmartwieniach, ale trudno niestety :( Siedzi to cały czas i gryzie i martwi. Niby taki drobiazg. Franek mówi, że w ogóle nie ma co się przejmować i ja niby to wiem, ale to jest takie przykre… Nie lubię takich dni jak wczoraj – od samego rana wiedziałam ile mam na głowie i cały czas tylko analizowałam, czy się ze wszystkim wyrobię. Poprosiłam tylko Franka, żeby poszedł do mnie po 13, bo mieli spisywać stan liczników. Tak swoją drogą, nie rozumiem dlaczego oni to robią w czasie, kiedy większość ludzi jest w pracy?? Niby można potem dostarczyć te cyfry, ale dużo zamieszania jest z tym a nasze liczniki są tak umiejscowione, że trzeba się nieźle nagimnastykować żeby je odczytać, więc niech już się ten facet, któremu za to płacą kładzie pod kiblem :) W każdym razie Franek czekał na Pana Licznikarza i przy okazji odebrał przesyłkę dla mnie, dzięki czemu nie musiałam już lecieć po pracy na pocztę – odpadła mi jedna sprawa :) Franuś kupił mi też bilet (bo znowu wybieram się w podróż pociagiem), kolejny punkt w moim planie dnia odhaczony… Ja w tym czasie byłam w pracy i załatwiałam służbowe sprawy urzędowe. Potem musiałam załatwić prezent urodzinowy dla współlokatorki i prezent na rocznicę ślubu dla rodziców. Zahaczyłam o bibliotekę, gdzie czekała na mnie książka potrzebna mi do obrony a potem jeszcze o księgarnię, również po odbiór zamówionej książki. Zaliczywszy te wszystkie punkty mojego planu dnia, popędziłam, objuczona siatami jak wielbłąd, na tramwaj. Udało mi się wreszcie dotrzeć do domu i od progu krzyczałam, że mam półgodziny na odrobienie zadania z hiszpańskiego, zrobienie i zjedzenie obiadu, umycie łazienki, zrobienie prania i pozmywanie. Okazało się jednak, że Franuś właśnie stawiał przede mną talerz z obiadem. A poza tym posprzątał łazienkę! Ale mnie to ucieszyło! Chociaż głupio mi trochę, bo w końcu jakby nie było ostatnimi czasy on nie spędza u mnie zbyt wiele czasu, a co za tym idzie nie korzysta z łazienki, ale powiedział, że wiedział, że mam tyle do zrobienia, to chciał mi pomóc. I przyznać muszę, że zrobił to lepiej ode mnie – a przynajmniej podłogę lepiej umył :) Potem jeszcze pozmywał po obiedzie i tym sposobem zdążyłam nastawić pranie i zrobić pół zadania domowego, po czym poleciałam na hiszpański. Po powrocie jeszcze tylko pakowanie i mogłam się z czystym sumieniem położyć spać. Ale gdyby nie Franek, to na pewno nie zdążyłabym się ze wszystkim wyrobić. No a dzisiaj, z różnych względów, znowu nie pojadę do Miasteczka samochodem, ale pociagiem. Dorota jechała tydzień temu i tym razem nic się nie spaliło, nie było zalania ani żadnej innej katastrofy, ale wyjechała z Poznania o 17 a dojechała do domu po 23 (planowo miała być o 20). Tak więc od rana myślę, co muszę ze sobą zabrać w tak trudną podróż :)? Kanapki, termos, coś ciepłego do ubrania – w razie gdyby siadło ogrzewanie, a w ogóle to ubrać się na cebulkę – w razie gdyby zrobili w pociągu saunę. Poza tym kilka lektur dla zabicia czasu, naładowaną komórkę… Z poduszką już chyba nie będę przesadzać nie? :) Nie będę kusić losu i zamierzam głęboko wierzyć w to, że noc spędzę w Miasteczku we własnym łóżku a nie w szczerym polu w zimnym przedziale :) Trzymajta kciuki :) Ps. Aha! Zapomniałam – Frankowi przydzielili wczoraj w Zielonej Firmie numer służbowy… Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 60 Komentarze Komentarz do komentarzy :) 18 lutego 2010 No dobra, przyznaję, trochę wczoraj sobie popłynęłam z tym postem :) Dziękuję Wam za wszystkie komentarze i oczywiście wiem, że macie racje. Ja sama w zasadzie o tym wszystkim wiedziałam, ale tak mnie naszło na te wszystkie przemyślenia, refleksje, że musiałam gdzieś się wypisać widocznie. A przecież sama kiedyś napisałam notkę „Podwójne oblicze” i wtedy mi się to podobało. No jak widać mam ostatnio gorsze dni :) Na pewno jest tak, jak piszecie, że każdy jest postrzegany przez inne osoby bardzo subiektywnie – nasze doświadczenia są przeczytane i zinterpretowane a dotego jeszcze przepuszczone przez pryzmat doświadczeń czytelnika. Poza tym na pewno po prostu dostosowujemy się do sytuacji i towarzystwa, w którym się znajdujemy. Trudno, żebym w klubie na imprezie zachowywała się tak samo jak na egzaminie albo w pracy :) No i bardzo możliwe, że jest mam w sobie wszystkie te cechy, o których mówią inni – w końcu z powietrza się nie wzięły :) Po prostu niektórym się rzuca coś w oczy bardziej, niż innym. Najważniejsze, że ja się czuję sobą w każdej sytuacji. Jeśli jest inaczej, to znaczy, ze to sytuacja nie dla mnie i muszę jak najszybciej się z niej wyplątać :) Chyba musiałam się wygadać :) A teraz lecę, bo mam tyyyle do załatwienia jeszcze dzisiaj :) Do napisania wkrótce :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 40 Komentarze Margolka bez koloryzowania 17 lutego 2010 Jak zaczęłam już pisać, to wyszła mi strasznie długa notka… Skróciłam ją trochę i stwierdziłam, że do niektórych spraw powrócę tu na blogu. Ale mimo to, wyszła bardzo długa a i tak nie wiem, czy się w niej jasno wyraziłam. Tak się złożyło, że ostatnio, dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka moich rozmów z innymi osobami, zupełnie przypadkiem zeszło na to jaka jestem. Czasami były to rozmowy bezpośrednie, czasami po prostu jakieś jedno zdanie wplecione w wywód na inny zupełnie temat. W każdym razie zdumiewa mnie to, jak czasami mnie ludzie odbierają. I nie chodzi o to, że odbierają mnie źle. Tak naprawdę tym, co skłoniło mnie do refleksji jest fakt, że jestem różnie postrzegana, przez różne osoby. Najlepiej znają mnie oczywiście najbliżsi i w zasadzie oni widzą mnie tak, jak i ja siebie widzę, więc to, co czasami mówią na mój temat, niespecjalnie mnie dziwi. Ale na przykład prawie mnie z butów wyrwało, kiedy moja koleżanka na uczelni stwierdziła, że jestem zawsze taka spokojna i opanowana. Ja??? Już pomijam moje panikowanie, ale o mnie na pewno nie można powiedzieć, że jestem opanowana! Przecież ja się wściekam o byle co, a impulsywność to moje drugie imię. Bardzo często działam pod wpływem emocji, co w połączeniu z moim niewyparzonym jęzorem powoduje czasami głupie sytuacje. Kiedy powiedziałam o tym, co usłyszałam Frankowi, czy mamie, to się tylko roześmiali. Wy zresztą też dzięki moim notkom chyba już miałyście okazję poznać mój temperament. No właśnie, a propos Was, Czytelniczek… W opisie swojej osoby zastrzegłam, że nie jestem optymistką. Pesymistką też nie, ale jestem mistrzem w czarnowidztwie. Wiem, że to może się wykluczać, ale dla mnie pesymizm nie jest tym samym, co czarnowidztwo, nie będę teraz się w to zagłębiać, ale na pewno napiszę notkę na ten temat w przyszłości. W każdym razie, w komentarzach, czy w mailach wiele z Was pisało, że jestem taką pogodną osobą, optymistycznie nastawioną do życia i zawsze wesołą. Niezmiernie mnie to dziwi, bo ja siebie tak nie widzę. I na przykład Franek, czy Dorota też by nigdy nie powiedzieli, że jestem optymistką, bo znają moją skłonność do martwienia się na zapas. Zawsze mnie zastanawia, dlaczego tutaj tak mnie wiele osób postrzega, bo przecież staram się być sobą. Oczywiście są również takie cechy, które widzą we mnie wszyscy – na przykład to, że się bardzo przejmuję wszystkim. To, że jestem bardzo zorganizowana, skrupulatna i systematyczna. I generalnie, jak to się ktoś o mnie kiedyś wyraził „solidna firma”. I wszyscy też wiedzą, że się lubię rządzić. Wy chyba też wiecie, że jestem raczej pewna siebie i może aż za bardzo uparta w forsowaniu swojego zdania. Poza tym znajomi przyznają, że jestem zawsze szczera. Twierdzą, że na pewno nie jestem osobą fałszywą, zawsze powiem to, co naprawdę myślę i od razu po mnie widać, że kogoś nie lubię. Cieszy mnie to bardzo, ponieważ taka właśnie chcę być. Nawet pisząc tutaj staram się wszystko opisywać tak, żeby nie było żadnych niejasności ani problemów z interpretacją jeśli chodzi o moją osobę. No właśnie i po tym długim wywodzie, dochodzę wreszcie do sedna sprawy. Bo skoro są osoby, które odbierają mnie inaczej niż inni albo nawet niż ja sama, to może ja wcale taka szczera nie jestem. Oczywiście to nie była jedyna przyczyna mojego smutku, ale zaczęłam się nad tym zastanawiać i to spowodowało, że mam pewne rozterki. Tak bardzo staram się przedstawiać siebie taką, jaka jestem. Nie ukrywam wcale swoich wad, otwarcie o nich piszę, czy mówię. „Margolka bez koloryzowania” to naprawdę moje motto. A jednak zaczęłam się myśleć, że może nie zawsze jestem sobą, nawet nie wiedząc o tym. Może kreuję się na kogoś, kim nie jestem, może nieświadomie wprowadzam w błąd Was, lub znajomych w świecie realnym? A ja tego nie chcę. Nie chcę, żeby ktokolwiek miał jakiekolwiek wątpliwości w stosunku do mojej osoby. Jeśli mnie ktoś lubi, to musi wiedzieć, jaka jestem i musi znać moje wady nawet bardziej niż zalety, bo wtedy będę miała pewność, że to jest szczera sympatia. Tak naprawdę to przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy pisanie mojego bloga ma sens. Nie wyobrażam sobie przestać pisać, bo bardzo to lubię i bardzo dużo mi to daje, ale mimo tego naszła mnie taka refleksja, czy powinnam to robić. Ma to związek z pytaniami, które wczoraj sobie tutaj zadałam. Kim ja jestem? A właściwie, jaka jestem? I czy widzicie mnie źle? Wiem, że komuś może się wydać głupie, że ja się takimi rzeczami przejmuję, ale jednak… Bo poczułam się, jakbym kogoś oszukiwała, chociaż wcale tego nie chcę. Tak naprawdę to wszystko o czym tutaj napisałam, nie było głównym powodem mojego smutku. O tamtym nie chcę pisać, bo wymagałoby to zagłębienia się w przeszłość a także angażowania w to historii innych osób, a tego chciałabym uniknąć. Jednak tamto zmartwienie wywołało różne moje myśli także na temat bloga i postanowiłam się skupić tutaj na tym właśnie aspekcie. Ależ bzdury mi wyszły. Gratuluję wytrwałości :) Share on twitter Share on email Share on wykop Kategorie: Bez kategorii 92 Komentarze Jeszcze raz

Bardzo dziękuję za Wasze komentarze. Na wszystkie odpowiem jutro. Teraz idę spać, ponieważ kiedy dzień jest zły a noc dłuży się, kiedy żadna myśl już nie cieszy mnie, zacznę wszystko jeszcze raz. Może jutro wstanę i wezmę głęboki wdech. Bo życie dziwne jest i słodko-gorzki ma smak.
A dziś nieważne co będzie jutro.

Kącik smutku.

No dobrze, najpierw wprowadzenie w nastrój -Klik  (Everybdy Hurts)
    Smutek co nie wiadomo
skąd jak i dokąd
czekanie z góry na dół
i z dołu do góry
nie dokochany dziadek
z osą na łysinie
niewiara na całego
co przyjdzie co minie
                                                                          (ks. J.Twardowski)
Gdybym umiała pisać, to napisałabym piosenkę. A gdybym umiała śpiewać, to nawet bym ją zaśpiewała. Bo nie ma takiej, która odzwierciedlałaby mój nastrój. Bo zakłada się, że jak smutek, to głównie z powodu miłości i złamanego serca. A mi jest tak po prostu smutno…Bo…
Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy (Haruki Murakami)
Tak po prostu. Bo myśli kłębią się pod kopułką, bo nie wiem kto jest blisko a kto nie. Bo może widzicie mnie źle? Bo inni widzą mnie inaczej. Bo kim ja jestem? Bo się staram a i tak jest inaczej.
Someone who’ll always understand
Sprostowanie:
Ja akurat dobrze wiem, skąd wziął się ten smutek. Wcale nie bez powodu. Ale nie da się tak po prostu napisać, że stało się to i to i dlatego właśnie jest mi smutno.

sobota, 5 grudnia 2009

Marudzę, gryzę i co tylko

Ajjjj, w sumie mnóstwo miałam pomysłów na różne różniste notki. Ale co z tego jaka żadna nie pasuje do mojego nastroju. Chyba doła mam po prostu. Zwątpienie totalne mnie ogarnęło. Im bliżej końca pisania magisterki, tym bardziej mi się nie chce. I szczerze powiedziawszy rzygać mi się chce jak pomyślę, że zaraz znowu muszę do tego usiąść.  Na dworze szaro i ciemno. A o Franku też nie wiem sama co mam myśleć. Niby nic się nie wydarzyło, ale zaczęłam się zastanawiać jaki w tym wszystkim jest sens. W takich chwilach wkurza mnie to życie. Zupełnie bezcelowe.

środa, 21 października 2009

Coś więcej niż kryzys.

Hmm, co właściwie napisać? Na ten temat nie miałam pisać nic. Ale trudno pominąć milczeniem coś, co stanowi jedną z najważniejszych części mojego życia. Ale nie wiem co napisać. Nie wiem co sądzić. Nie wiem co będzie dalej. Trudno to nawet nazwać kryzysem. Bo nie wiem, czy to  nie coś więcej.
Można powiedzieć, że problem tkwi we mnie, bo pewnie, gdybym przeszła nad tym do porządku dziennego i olała sprawę, wszystko byłoby ok. Taki już właśnie jest Franek. On myśli, że to, że będziemy razem jest najoczywistszą z oczywistości i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nieważne są inne sprawy, nieważne są kłótnie, nieważne są jego czy moje (choć częściej jego) wybryki. A ja tak tego nie widzę. Bo choć wydaje mi się przesądzone to, że będziemy razem, nie umiem zaakceptować niektórych rzeczy. Nie umiem tego olać. Nie umiem odpuścić. Poczułam się bardzo zraniona, oszukana i zignorowana. A najgorsze jest to, że on oczywiście nie widzi nic złego  w swoim postępowaniu. To ja jestem ta zła, bo się czepiam. I nie odbieram telefonu.
Zawsze jestem zwolenniczką rozmów. Ale wczoraj rzeczywiście nie chciałam rozmawiać. Nie chciałam, żeby mnie zaraz udobruchał. Chciałam, żeby wiedział, że coś jest nie tak. Z jednej strony cieszyłam się, że jednak dzwoni. Z drugiej nie chciałam mieć z nim kontaktu. Długo tak nie umiem wytrzymać. Na smsa z zapytaniem, czy się dobrze bawię, odpisałam, że wcale. I że porozmawiamy dzisiaj. Dzisiaj rozmawiałam tylko chwilę. O godzinie, która dla mnie jest już zaawansowanym porankiem, dla niego środkiem nocy. Nie, to nawet nie była rozmowa. Raczej badanie gruntu. Ale niewiele z niego wyniknęło i nie wiem, co będzie dalej.
Po czym poznaję, że to poważna sprawa? Bo nie płaczę. Ja jestem beksa i ryczę prawie codziennie. Każda głupota jest w stanie doprowadzić mnie do łez. A kiedy mam poważne zmartwienie coś mnie zatyka. Łzy, nawet jeśli się pojawią, szybko znikają…

poniedziałek, 5 października 2009

Pomarudzę se. A co!

Tak sobie jest mi dzisiaj… Nie jest to może jeszcze jesienna chandra, ale jakoś tak smętnie mi. Znowu stres mnie trochę dopada, zwłaszcza związany z moimi studiami. Denerwuję się, czy nie będę miała problemów z egzaminami, bo od jakiegoś czasu mam pecha jeśli chodzi o ważne egzaminy. Inna sprawa, że wczoraj napisałam kolejne półtora strony do mojej pracy i byłam dość pozytywnie nastawiona a dzisiaj tak sobie siedziałam rano przed wyjściem do pracy, gryzłam kromeczkę chleba i myślałam. I wymyśliłam, że w sumie nie wiem o czym pisać w tym rozdziale. Potrzebny mi jeszcze materiał na jakieś sześć stron i nie wiem czy dam radę. No i na pewno jak promotor odda mi te wcześniejsze rozdziały to się okaże, że połowa do wymiany. Ehhh.

No i o czym by jeszcze pomarudzić? W sumie to nie wiem. Więcej powodów niby nie mam. No to już zupełnie nie wiem, czemu mam kiepski nastrój. Aha, zimno jeszcze jest. Ja nie należę do tych osób co to narzekają na zimno, szczękają zębami i na sobie mają sweterek i lekką kurteczkę. Plecy obowiązkowo odsłonięte. Nie, ja narzekam na zimno i szczękam zębami a na sobie mam podkoszulkę, koszulkę z długim rękawem, sweter i kurtkę. I nadal jest mi zimno. I to jest najgorsze, bo trudno ubrać się jeszcze cieplej. Ubrałabym zimową kurtkę. Ale jak ją ubiorę teraz przy 15 stopniach to co ja zrobię w zimie jak będzie na minusie?

No, to sobie pomarudziłam :) Pomysłów na notki mam nadal sporo, ale dzisiaj nie chce mi się za dużo myśleć, więc wolę pomarudzić trochę. Teraz sobie idę. Aha, byłam w piątek na Galeriankach. Kto widział? Film zrobił na mnie duże wrażenie. Ale to może już następnym razem.

A na koniec z cyklu koślawe dialogi (tym razem smsowy):
Jestem w sobotę na wykładzie i widzę, ze Franek dzwoni. Skasowałam go i piszę smsa: „Siedzę na wykładzie” Za chwilę dostaję od Franka odpowiedź: „Ok., kochanie, to sobie siedź. Dobrze, że nie stoisz” :D

wtorek, 29 września 2009

Przebranżowienie.

No dobra. Dość tych sentymentalnych bzdur. Bujało się ostatnio w obłokach, czas teraz zejść na ziemię i skupić się trochę na rzeczywistości. Która wcale różowa nie jest…
Franek z zawodu jest kucharzem i od ładnych paru lat wykonuje ten zawód. Tyle, że w lutym tego roku postanowił się przebranżowić zupełnie. Złożył papiery i został przyjęty. Będzie kierowcą miejskich autobusów. Jak tylko skończy kurs. A kurs, Moi Drodzy, trwa już od kwietnia. Tak jest. Najpierw pozaliczał wszystkie testy psychologiczne, refleksyjne i takie tam. Potem miał cykl wykładów. Potem musiał wyjeździć wszystkie godziny przygotowujące go do egzaminu na prawo jazdy kategorii D. Teraz został mu jeszcze egzamin, znowu cykl jakichś wykładów i potem jeszcze chyba jakieś symulatory. Ilość tych wykładów jest określona wymogami Unii Europejskiej. Ma być tego 280 godzin. Tak jest. I od dwóch tygodni wygląda to tak, że ja chodzę na siódmą do pracy. Wracam około czwartej. Natomiast Franek siedzi w domu a na trzecią leci na te wykłady. Trwają one do ósmej lub dziewiątej. Potem od razu leci do pracy na nockę. Pracuje do drugiej, trzeciej nad ranem. Czy ktoś dostrzega już problem? Tak jest, właśnie, szanse, żebyśmy się mogli zobaczyć są zerowe. Jak nie było mojej współlokatorki Eli, to jeszcze przychodził do mnie po pracy i chociaż trzy godziny spaliśmy razem – i czasami udało się porozmawiać o świcie. Teraz już nawet to odpada… Zostają jeszcze weekendy – owszem. Tyle, że w weekendy Franek chodzi do pracy za dwóch, bo w końcu tam mu poszli na rękę, to się musi odwdzięczyć w weekendy.  Tak jest. I też się nie widzimy. I tak będzie przynajmniej do grudnia, bo dokładnie 10 grudnia kończą się wykłady. Co będzie później sama nie wiem. Może znowu coś wynajdą.
A mnie, delikatnie mówiąc szlag już trafia. Bo kiedy się okaże, że akurat jakoś się uda, że mamy przez chwilę wolne w tym samym momencie, to i tak zwykle wypadnie coś, co uniemożliwi nam spotkanie. Może i czasami się widzimy. Ale dla mnie jest to zdecydowanie niezadawalające. Już bym czasami wolała w ogóle się nie widzieć przez jakiś czas, niż te pięć minut dziennie. Tak jest. Bo wtedy przynajmniej by się stęsknił.
Franek cały czas uzależnia naszą przyszłość od tej roboty. Już od dawna mówił, że on ma jakiś dokładny plan, ale nie chce nic o nim mówić, bo to ma być niespodzianka. Od żyje myślą, że wszystko zacznie się od tego, jak on zacznie tę pracę. Teraz najważniejsze jest osiągnięcie tego celu. Ok, to się chwali. Ale tak szczerze to ja mam dość tego gadania i tej sytuacji przejściowej. Na chwilę obecną wkurza mnie niemiłosiernie, że w ogóle nie ma czasu na to, żeby zwyczajnie razem spędzić czas. Co chwilę się o to kłócimy, bo jak długo tak można? To jest gorsze niż związek na odległość. Bo jak ja siedziałam za granicą a on w Polsce, to przynajmniej wiedziałam, że nie ma szans na spotkanie. A tak, polega to na wyszukiwaniu krótkich chwil, kiedy można by się spotkać, a kiedy te nie wychodzą, frustracja się nasila.
To mówiłam ja, sfrustrowana i zgorzkniała Margolka :/

środa, 2 września 2009

Malkontenci i ironia losu.

Już od paru dni chodził za mną post o narzekaniu. Tak a propos tych wszystkich narzekających na swoje urlopy, o których pisałam parę dni temu. I tak się złożyło, że dzisiaj postanowiłam o tym napisać. Ironia losu. Ale o tym na końcu.

Narzekać nie lubię. Oczywiście nie jest tak, że nigdy mi się to nie zdarza. Ale na pewno nie jestem malkontentką. Nie lubię zwłaszcza narzekać na coś, co sobie sama wybrałam – nie wiem, na przykład na studia, na pracę, na mieszkanie. No, cokolwiek. Pewnie, że wszystko ma jakieś słabe strony i czasami powiem coś na ten temat, ale nie jest to na zasadzie marudzenia. Znam natomiast osoby, które są wiecznymi malkontentami. No naprawdę, oni nawet minę na wstępie mają skrzywioną. I potem się zaczyna narzekanie na wszystko. Dosłownie wszystko. Tak jak w przypadku naszych urlopowiczów. Bo przecież na wszystko można narzekać. Powód się zawsze znajdzie. Bo słońce świeci, bo nie świeci, bo okna za wysoko, bo za nisko, bo drogo, bo za dużo nauki – albo za mało. I tak dalej. Męczą mnie strasznie takie osoby. Ja nie uważam siebie za optymistkę. Jak zresztą napisałam w opisie siebie – wydaje mi się, że jestem realistką. Nie jestem typem osoby, która jest wiecznie uśmiechnięta i każdy dzień zaczyna pełna energii i radości. Też mi się czasem nic nie chce i nic mnie nie cieszy. Ale staram się na wszystko patrzeć realnie. Dlatego też nie mam podejścia, że wszystko jest i będzie źle, i że jak coś ma się nie udać to się nie uda. Inna sprawa, że często się martwię na zapas. Mam trochę tego czarnowidztwa w sobie, ale to chyba wynika z tego, że wolę się rozczarować pozytywnie niż negatywnie. Ale to chyba nie jest pesymizm. Bo zawsze w każdej sytuacji obok tego czarnowidzenia jest też nadzieja, że będzie dobrze. Zakładanie z góry, że wszystko się źle skończy nie jest moim sposobem na życie. Myślę, że umiem być szczęśliwa i chwilami beztroska. Kolejny raz się powtórzę, że chyba najważniejszy jest umiar we wszystkim.

I jeszcze chciałam dodać, że takich malkontentów znam sporo – i osobiście i wirtualnie – jest kilka takich blogów. Wiecie, jak czytam to mnie czasami krew zalewa, bo widzę, że ci ludzie na własne życzenie są nieszczęśliwi! Jak tylko przydarza im się coś dobrego, sami to niszczą – albo nadal narzekają albo w ogóle to odrzucają. Ludzie, jak tak można? Nie, zdecydowanie nie jestem taką osobą, bo owszem pomartwić to ja się mogę, ale na pewno potrafię cieszyć się z drobnych sukcesów. Koleżanka kiedyś tak marudziła i marudziła. Miałam już tego dość i żeby uciąć rozmowę powiedziałam, że wolę nie myśleć o tych złych sprawach skupić się na czymś pozytywnym. A ona mi na to, że ona to nazywa oszukiwaniem samego siebie. Dobra, niech będzie, że sama siebie oszukuję :)

A jak się ma do tego wspomniana na początku ironia losu? Otóż narzekać nie lubię, ale to, że akurat dzisiaj postanowiłam napisać post o nienarzekaniu to naprawdę gorzki zbieg okoliczności. Coś mi się ostatnio wiele spraw sypie. Najpierw ten egzamin, potem kłótnie z Frankiem. W pracy zrobiło się trochę nieciekawie. Ja, jako osoba dość blisko szefa, wiem o sprawach, o których niekoniecznie mogą wiedzieć inni pracownicy. A nie są to wieści ciekawe. Na razie nie wiadomo nic, więc staram się jednak nie zakładać najgorszego. Poza tym przypaliłam dzisiaj garnek. A stało się tak dlatego, bo rozmawiałam przez telefon z mamą, która powiedziała mi, że mojego wujka (tego, który jest dla mnie jak drugi tato) potrącił samochód na przejściu dla pieszych, kiedy szedł do pracy. Niby nic się nie stało wielkiego, ale jest w szpitalu. Baba się tłumaczyła, ze słońce ją oślepiało… Jakoś mnie to mało obchodzi. A w domu mi śmierdzi nie dość że spalenizną to jeszcze akurat gotowałam kalafior, więc sobie wyobraźcie te dwa smrodki. I żeby nie było że narzekam za mało – martwię się magisterką.
Narzekać nadal nie lubię. Więc teraz nie narzekam. Po prostu się martwię.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Nadal dołek :(

Wybaczcie, jeszcze będzie o tym samym…
Bo to nie było tak, że ogólnie marnie mi poszło. Ten egzamin składał się z kilku części. W niektórych miałam tylko po jednym błędzie. Z pisania osiągnęłam 90%, z czytania 92%, z gramatyki i słownictwa 95%. Ok, słabiej było słuchanie – 75%, ale tego się spodziewałam. Za to w ogóle nie spodziewałam się, że z mówienia będę miała 65%. Mówienie sumuje się ze słuchaniem i z po dodaniu punktacji miałam 68%. Do zaliczenia potrzebne jest 70 i tu właśnie zabrakło tych 0,75pkt. Nie umiem tego zrozumieć, bo przecież część ustna łączy w sobie wiele elementów. Czy możliwa jest ponad dwudziestoprocentowa rozbieżność między poszczególnymi częściami??
I jeszcze jedno. Egzaminował mnie TEN SAM facet co na próbnym. I ten Hiszpan na próbnym egzaminie powiedział mi, że z moim poziomem  nie powinnam się w ogóle obawiać, że nie zaliczę. Zapytałam go, co myśli o moim ustnym, odpowiedział, że według niego zdam bez problemu. Namawiał mnie do przystąpienia do tego egzaminu.Ocenę co prawda wystawiała babka, która siedziała obok, ale jednak on wiedział jakie są kryteria i jaki poziom jest potrzebny, żeby zaliczyć. Kolejna sprawa – na studiach miałam w każdej sesji egzamin ustny z hiszpańskiego i zawsze dostawałam 4,5 lub 5. Jak to możliwe, że nagle mój poziom obniżył się tak bardzo?
Nie potrafię tego pojąć. I wiecie co najbardziej boli? Gdybym zawaliła to słuchanie, czy którąkolwiek inną część, wiedziałabym, że ewidentnie czegoś nie wiedziałam. Zaznaczyłam złą odpowiedź i tyle. Miało być A to A. I nie mogę dostać punktu za odpowiedź B. Ale przy części ustnej ktoś siedzi z boku i ocenia mnie SUBIEKTYWNIE. Nie ma jasnych kryteriów. I właśnie to boli najbardziej. Nie zdałam, bo komuś nie podobało się na tyle, to co i jak mówię, że pożałował mi tych 0,75 pkt. I co ja mogę zrobić w takiej sytuacji? Pozostałe części świadczą o tym, że poziom mojej wiedzy jest co najmniej dobry, więc jak niby mam się przygotować żeby zdać? Przecież to jest poziom średnio-zaawansowany, a nie egzamin na tłumacza przysięgłego.

Jeśli chodzi o egzamin ustny w sobotę, właściwie jestem zadowolona. Trafiłam na taki temat, że mogłam się wykazać trochę wodolejstwem, a mianowicie „młodzi dzisiaj”. Lubię takie tematy, bo wtedy mam coś do powiedzenia (drugi jaki wylosowałam dotyczył medycyny alternatywnej :P) Weszłam na luzie i kontrolowałam się cały czas, więc nie popełniłam żadnych błędów, o których bym wiedziała. Starałam się kontrolować rodzajniki, akcenty i czasy…  - tak oto pisałam 18 maja. Jeszcze nigdy się tak nie pomyliłam co do oceny swoich możliwości.

środa, 19 sierpnia 2009

Miała być relacja z wakacji...

Miała być relacja z wakacji. Nawet ją trochę już przygotowałam. Ale nie będzie, bo właśnie się dowiedziałam, że nie zdałam tego egzaminu DELE, do którego przystąpiłam w maju. Zabrakło mi 0,75 pkt. Nie chce mi się więcej pisać. Idę ryczeć.

czwartek, 1 stycznia 2009

Najgorszy dzeń w roku.

Nienawidzę 1 stycznia. Nienawidzę Nowego Roku. Nie dość, że zawsze jestem zmęczona i nierzadko skacowana, to na dodatek tak naprawdę cały świat ma kaca. Jest smętnie, szaro smutno i jeszcze człowiek niewyspany. Ja nie umiem odsypiać. Położyłam się o 6:45, poddałam się o 8. Wstałam, włączyłam telewizor – a tam same bajki. Pouczyłam się trochę i dopiero około 12 udało mi się na dwie godziny zdrzemnąć. Chociaż i tak budził mnie albo papież pozdrawiający pielgrzymów z Polski, prezydent swoim orędziem albo Małysz nieudanym skokiem. Telewizora wyłączyć nie mogłam, bo chyba bym zwariowała przez tą ciszę, która panuje tylko w ten jeden jedyny najgorszy dzień w roku. Przerywana jedynie wystrzałem jakichś niedobitków petard… Nie muszę chyba wspominać, że przy tym wszystkim miałam doła głębokości rowu mariańskiego…
Wiedziałam, że tak będzie. Co roku tak jest. Naprawdę nienawidzę tego Światowego Dnia Kaca i Odsypiania. Mówi się, że jaki Nowy Rok, taki cały rok. Oby nie… Chociaż w zasadzie u mnie Nowy Rok zawsze jest tak samo beznadziejny a cały rok już niekoniecznie.
W każdym razie ogólnie to jest do dupy. Dobranoc.