*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DELE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DELE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 stycznia 2012

Sprawy zaległe.

Aaa, tak na temat blogowania – zapomniałam jeszcze o jednym postanowieniu, które od kilku tygodni usiłuję już wprowadzić w życie :) Mianowicie fajnie byłoby znowu powrócić do dawnej aktywności, ale ponieważ różnie bywa i z czasem wolnym i z innymi zajęciami – niczego w tej kwestii nie obiecuję. Robię swoje i tyle :) Ale postanawiam sobie zrobić nareszcie porządek w linkach, które mi się lekko zdeaktualizowały. I tu moja prośba do Was – przekopuję się co prawda przez maile i komentarze pod poprzednimi notkami, ale mam prośbę – jeśli moje namiary do Was są nieaktualne, bądź nie ma ich wcale po prawej stronie, zostawcie adres jeszcze raz :) Będzie mi ciut wygodniej :) Proszę też wszystkich o jeszcze chwilę cierpliwości, staram się dotrzeć do każdego, ale jeszcze nie udaje mi się codziennie zajrzeć wszędzie i jeszcze zostawić komentarz :)
A tymczasem kilka spraw, o których pisałam już jakiś czas temu, ale wątek się urwał:
Pamiętacie historię z egzaminem DELE? Długa to była historia – zaczęła się od tego, że nie zdałam jednej części tego egzaminu a tym samym nie mogłam otrzymać certyfikatu. Rzekomo nie zdałam, bo gdy wysłałam odwołanie, to po kilku miesiącach dowiedziałam się, że komisja pomyliła się w liczeniu punktów i wszystkie części zaliczyłam. Ostatecznie zdałam egzamin na całkiem dobrym poziomie. Po kolejnych kilku miesiącach, zadzwoniłam do organizatora egzaminu w Poznaniu z zapytaniem, kiedy otrzymam certyfikat. Polecono mi skontaktować się z Instytutem Cervanteza w Warszawie. Tak też zrobiłam. Ale tam także mojego certyfikatu nie mieli. Pozostało mi więc czekać, ewentualnie popędzać samych Hiszpanów, ale jakoś nie chciało mi się tego robić…
Jakiś czas temu, zadzwonił do mnie tata z informacją, że w skrzynce było avizo na list polecony dla mnie. Poprosiłam, żeby spróbował ten list odebrać, tak też zrobił i zadzwonił, że to jakiś list z uniwersytetu w Salamance. Miałam już pewne podejrzenia, co do zawartości koperty, a kiedy tata ją otworzył, potwierdziło się – dostałam certyfikat! Od egzaminu minęło dwa i pół roku… I proszę mi więcej nie narzekać na opieszałość polskich urzędów/uniwersytetów/instytucji (niepotrzebne skreślić)! W porównaniu do tempa hiszpańskiego, wszystko u nas można załatwić od ręki :)
Jeśli chodzi o tę naszą przykrą rodzinną sprawę, o której wspominałam w październiku, to na szczęście wszystko miało pozytywny finał w listopadzie. Nerwówki trochę było, poczucie niesprawiedliwości dalej gryzło, ale teraz to już można puścić to w zapomnienie – co się stało, to się nie odstanie, a wygląda na to, że w przyszłości nie będzie to miało większego znaczenia, więc nie ma sensu rozpamiętywać.  I bardzo się cieszę, że nie rozgrzebałam tej sprawy tu, na blogu :) Wystarczy, że ja wiem, o co chodziło. Czasami zwyczajnie nie warto pisać o wszystkim ze szczegółami, a mnie samej wystarczy, że wyrzucę z siebie negatywne emocje poprzez notkę, która tylko dla mnie jest zrozumiała.
Jakiś czas temu pisałam też o bólach brzucha, które mi doskwierają i o planowanej wizycie u pani doktor od podwozia. Nie byłam pewna, czy jedno z drugim w ogóle ma związek, ale od czasu do czasu skontrolować i tak się trzeba. Ale pani doktor dość szybko zdiagnozowała problem – przyczyną tych bóli był pęcherz moczowy… Prawdopodobnie jeszcze latem musiałam sobie go przeziębić, wtedy zresztą po raz pierwszy miałam niesamowicie bolesną miesiączkę (co mi się zdarza raczej rzadko) – i tak się ciągnęło przez kolejnych kilka miesięcy. Raz było lepiej, raz gorzej, ale ogólnie ciągle coś mi w dole brzucha doskwierało. Wystarczyły jednak jakieś tabletki i jest dużo, dużo lepiej. Brzuch w każdym razie przestał boleć. Zdziwiłam się trochę, że taka była przyczyna, bo kiedyś miałam zapalenie pęcherza i dolegliwości były zupełnie inne, więc nie skojarzyłam nawet tym razem jednego z drugim. A mama mówiła, że to może być to :)
No to by było na tyle jeśli chodzi o zaległe sprawy, o których miałam okazję wspominać :)

wtorek, 12 października 2010

Językowa przerwa.

Tak, jak wspomniałam ostatnio – wygląda na to, że na razie niestety muszę spasować z moimi poliglotycznymi zapędami. Mam tylko nadzieję, że nie na zawsze…

Jeśli chodzi o angielski plan mam taki, żeby znaleźć pracę, w której mogłabym się nim posługiwać (mam nadzieję, że wypali), ewentualnie mogę udzielać korepetycji. Poza tym codziennie oglądam całkiem sporo materiałów  w tym języku, od czasu do czasu czytam artykuły, czy książki. Angielski jest wszechobecny, więc akurat w tym wypadku nie obawiam się, że go zapomnę.

Bo niestety, język nieużywany odchodzi w zapomnienie. Nie mówię, że na zawsze, ale traci się swobodę wypowiedzi, powoli zapomina się słownictwo i zasady gramatyki. Doświadczyłam tego na przykładzie niemieckiego – maturę ustną zdałam na szóstkę, teraz muszę się głęboko zastanawiać jeśli chcę powiedzieć zdanie w tym języku, a i tak wcina mi się hiszpański. Rozumiem słowo pisane, mówione czasami też, ale zupełnie straciłam biegłość w tym języku. Zaczęłam zastanawiać się nad jakimś kursem, lub choćby konwersacjami w celu odświeżenia sobie niemieckiego. Przypuszczam, że po pół roku wróciłabym do dawnego poziomu.
Poza tym zastanawiałam się co z kursem hiszpańskiego. Po zakończeniu zeszłorocznego zostałam zakwalifikowana na kurs przygotowujący do kolejnego egzaminu międzynarodowego (najwyższego) lub na kurs bez egzaminu – experto. Są to najwyższe poziomy, po roku nie miałabym już gdzie się dalej uczyć, bo nie ma grup na takim poziomie zaawansowania. I niestety zaczęłam się zastanawiać nad sensem tego kursu, skoro i tak za rok będę musiała go przerwać.

Z decyzją wstrzymywałam się do ostatniej chwili, bo nie wiedziałam jeszcze jak będzie z tą pracą – w końcu w grę wchodził jeszcze kurs języka włoskiego, gdyby się udało. Kiedy nic z tego nie wyszło, a szkoły językowe wydzwaniały do mnie, z zapytaniem, czy zamierzam kontynuować naukę, nadszedł czas na podjęcie decyzji.
Długo nad tym myślałam, skonsultowałam się też z mamą i stwierdziłam, że nie będę na razie kontynuować nauki języka na żadnym kursie. Uwielbiam uczyć się języków, wkuwanie słówek, poznawanie zasad gramatyki to dla mnie prawdziwa frajda i prawdę mówiąc mogłabym się nauczyć jeszcze ze dwóch nowych. Pytanie tylko – co dalej? Jest to bardzo czasochłonne a przede wszystkim drogie. Jak to trafnie mój wujek określił (mówiąc o sobie): „człowiek się ciągle dokształca, robi tysiące kursów i studiów podyplomowych, tylko potem nie ma kiedy zarabiać i gdzie wykorzystywać tej wiedzy”. To prawda. Lubię się uczyć, ale trzeba to robić z głową. Zaczynam studia podyplomowe w zupełnie innej dziedzinie niż dotychczas- nie wiem, jak sobie będę radzić. Na pewno będę musiała się bardzo przyłożyć, dlatego przyda mi się czas wolny zyskany poprzez rezygnację z kursu. Poza tym stwierdziłam, że jeśli w przyszłości okaże się, że niemiecki lub hiszpański będą mi potrzebne, wtedy pójdę na kurs.Tymczasem będę się starała choć trochę dbać o moje lingwistyczne umiejętności we własnym zakresie -  będę zaglądać do dawnych notatek, ćwiczeń, chciałabym też znaleźć w internecie jakieś materiały po hiszpańsku na przykład. Najlepiej jakąś telenowelę :P Bo to mnie może wciągnie :) Gdybyście się kiedyś natknęły na coś takiego w sieci – dajcie mi znać!

Oczywiście wiem, że wcale nie jest łatwo się tak samemu zmobilizować, jednak staram się zaufać sobie, wiem, że gdy chcę, to potrafię… A lubiłam zawsze się uczyć słówek, czy gramatyki, więc może dam radę. To tylko kwestia zorganizowania. Pewnie, że jest mi trochę żal, ale naprawdę przestałam widzieć sens tego kursu, tak naprawdę bardziej przydałyby mi się jakieś konwersacje i nad tym też myślałam, ale zadecydowała jedna bardzo istotna rzecz – zapłaciłam za moje studia i totalnie się spłukałam :) Ledwie dwucyfrowa kwota na moim koncie pomogła mi podjąć ostateczną decyzję :)
A kto wie? Może za jakiś czas znowu do tego wrócę. Może zacznę się uczyć kolejnego języka? :) Bo tego też wcale nie wykluczam :) I tak nauczyłam się całkiem sporo, to się na pewno nie zmarnowało, siedzi gdzieś tylko w zakamarkach mojej pamięci i jestem pewna, że jestem w stanie to wygrzebać.
Dziwnie mi będzie bez żadnego kursu, w końcu jakiegoś języka uczyłam się bez przerwy od prawie piętnastu lat :) Ale wszystko się kiedyś kończy :)

***
Przy okazji moich rozważań nad językiem przypomniałam sobie, że nie dostałam jeszcze tego certyfikatu z hiszpańskiego. Hiszpanie działają baardzo opieszale – wszystko jest na mañana, więc osoby, które zdawały egzamin razem ze mną w maju 2009 dostały certyfikaty w czerwcu 2010. Z racji tego, że ja jeszcze wysyłałam odwołanie i czekałam na odpowiedź, która przyszła po pół roku, wszystko się przedłużyło. Ale teraz trochę się zaniepokoiłam, że tak długo to trwa i postanowiłam zadzwonić – najpierw do szkoły językowej, potem do poznańskiego ośrodka, który organizował egzamin i do Instytutu Cervantesa w Warszawie, nikt nic nie wie. Wygląda na to, że muszę się skontaktować z Madrytem. Chociaż… facet w Warszawie powiedział mi, że właśnie dostali certyfikat kogoś, kto zdawał egzamin w 2008, więc może jeszcze powinnam rok poczekać ;)

niedziela, 10 października 2010

Bo polski to za mało :)

Uwielbiam uczyć się języków obcych. W zasadzie mogłabym powiedzieć, że to jakiś rodzaj mojego hobby. Poza tym nigdy nie miałam z tym problemów – słówka wchodzą mi do głowy bardzo szybko. W czasie studiów potrafiłam nauczyć się nawet dwustu nowych słówek dziennie (wraz z definicjami). Nie jestem być może cudownym dzieckiem, któremu wystarczyło dwa razy coś usłyszeć, żeby mogło to powtórzyć, ale wkładałam w naukę języków zawsze bardzo dużo pracy.

Przygodę z językami zaczęłam tak naprawdę kiedy miałam jakieś osiem lat – z ciocią, nauczycielką niemieckiego, śpiewałam piosenki w tym języku. Z wujkiem oglądałam Muzzy in Gondoland (kto pamięta Muzzy’ego?:)) Ale tak na serio zaczęłam się uczyć w piątej klasie podstawówki – kiedy w planie lekcji znalazł się angielski. I od tego czasu w zasadzie wiedziałam, że w przyszłości chciałabym studiować ten język. Oświeciło mnie w momencie, kiedy dorwałam którąś z książeczek o Muzzym i okazało się, że choć nie znam wszystkich słów, jestem w stanie zrozumieć sens opowiadania. Od tamtej pory dążyłam do tego, żeby opanować języka angielski jak najlepiej. 

W pierwszej klasie szkoły średniej zaczęłam uczyć się języka niemieckiego. I dość szybko zdecydowałam, że muszę opanować ten język na tyle, żeby w czwartej klasie zdawać z niego maturę. Udało się – maturę pisemną na poziomie rozszerzonym zdawałam z angielskiego, a ustną z niemieckiego.

Na studia zgodnie z moim wcześniejszym postanowieniem poszłam na filologię angielską, tyle, że poszłam na uczelnię, która oferowała również studiowanie drugiego języka. Zdecydowałam się na hiszpański – uczyliśmy się od podstaw, ale program zajęć był taki jak na języku angielskim, a więc fonetyka, gramatyka, język pisany, gramatyka opisowa itd. Po trzech latach – bo studia były licencjackie, język hiszpański miałam opanowany dość dobrze. Niestety nie było możliwości kontynuacji nauki na takim kierunku na uzupełniających studiach magisterskich. Zdecydowałam się więc kontynuować studia na filologii angielskiej, a hiszpańskiego uczyłam się na własną rękę. 

Chodziłam przez rok do dość znanej szkoły języków obcych, z której jednak nie byłam specjalnie zadowolona. Po roku zmieniłam miejsce i przez dwa lata uczyłam się w całkiem fajnej poznańskiej szkole językowej. Jak zapewne wiele z Was pamięta, jakiś czas temu zdałam również egzamin międzynarodowy z tego języka. W tym czasie kontynuowałam studia i pisałam magisterkę po angielsku. 
Studia skończyłam w lutym tego roku, kurs języka hiszpańskiego zakończył się w czerwcu. Miałam kilka miesięcy na zastanowienie się, co dalej. Myślałam długo i brałam pod uwagę najróżniejsze opcje. Niestety wygląda na to, że na chwilę obecną moja przygoda z nauką języków obcych dobiegła końca. Nie wykluczam powrotu, ale na razie taka jest moja decyzja. 
Złożyło się na nią kilka czynników, ale o tym już niestety innym razem, a wszystko przez to, że, kurka wodna, nie potrafię mniej gadać, nawet na piśmie :P
Cóż, żal, ale w życiu nic nie trwa wiecznie :)

poniedziałek, 1 marca 2010

wSPAniały dzień :)

Więcej takich weekendów poproszę :) Zaczęło się już w piątek, a jak już wspomniałam w ostatniej notce, był to dla mnie naprawdę bardzo dobry dzień. Niemalże w stanie euforii kładłam się spać i żałowałam, że dzień się już kończy.
Jak już wiecie, jedną z przyczyn mojego dobrego nastroju była wiadomość z Salamanki o zdanym egzaminie. Pół roku realnego niepokoju i realnego poczucia totalnej porażki okazało się fikcją :/ Nie wyobrażacie sobie tego poczucia ulgi, które w tym momencie odczułam…
Prosto z poczty pofrunęłam niemal jak na skrzydłach na masaż. Przyznaję, że myślałam, że to będzie takie małe byle co :) W końcu konkurs polegał tylko na tym, żeby wysłać maila z imieniem i nazwiskiem (BTW: dzisiaj dostałam informację, że znowu wygrałam – tym razem dwa zaproszenia o wartości 20 zł do jakiejś kawiarni z ekologicznym jedzeniem ;)). Wysyłałam na co popadnie, dopiero potem się zreflektowałam i pomyślałam, że bez sensu żebym wysyłała na jazdę na łyżwach, skoro w życiu nie miałam tego na nogach :) W każdym razie polowałam na bilety do kina i w pierwszym momencie pomyślałam sobie, że nie będę szła na jakieś podejrzane masaże. Dopiero kiedy przeczytałam, że to w SPA, to mnie ruszyło. Pomyślałam, że może być fajnie.
Ale nie sądziłam, że będzie aż tak fajnie! Toż to luksus był prawdziwy! (a w ogóle to dostrzegłam w cenniku, że normalnie kosztuje taka przyjemność 100 zł ;)). W ogóle myślałam, że to będzie tylko masaż pleców, a nie całego ciała. Dobrze, że parę dni wcześniej nogi ogoliłam, bo byłby wstyd :P
Kiedy przyszłam, masażystka już na mnie czekała. Zaprosiła mnie do pomieszczenia, w którym unosił się zapach olejków eterycznych a na podłodze i parapecie paliło się mnóstwo świeczek. W tle słychać było relaksacyjną muzykę. Miałam się rozebrać i położyć na łóżko. Nie powiem, przez chwilę poczułam się jak u lekarza :) Ale zaraz to przykre odczucie minęło, kiedy pani zaczęła zajmować się moją prawą nogą, potem lewą, brzuchem i ramionami. Potem to samo w leżeniu na brzuchu – z wymianą brzucha na plecy :) Najpierw był masaż klasyczny a potem za pomocą gorących kamieni. To dopiero były doznania :) Całość trwała ponad godzinę.
W życiu nie myślałam, że masaż może być taki przyjemny :) To znaczy podejrzewałam, ale dopiero jak odczułam to na własnej skórze, zaczęłam sobie obliczać ile bym musiała sobie do skarbonki odkładać, żeby, powiedzmy, raz na dwa miesiące sobie taką przyjemność zafundować.
Ciekawa sprawa jak taki zabieg potrafi poprawić humor. Znaczy się ja i tak miałam dobry nastrój z wiadomego powodu, ale ten masaż wprowadził mnie właśnie we wspomniany wcześniej stan euforii :) Przez godzinę czułam się najważniejszą osobą w całym wszechświecie. Ważna byłam tylko ja moje doznania i moje myśli – jak najbardziej radosne. Niesamowicie pozytywnie takie zabiegi wpływają na, – że się posłużę jednym z moich ulubionych słówek po angielsku – podwyższenie swojego self-esteem :) (poczucie własnej wartości nie brzmi tak ładnie ;)) Naprawdę nie przypuszczałam, że wyjdę stamtąd taka zrelaksowana i podbudowana. Postanowiłam przedłużyć sobie chwile tej przyjemności i nadal zająć się sobą. W nagrodę za zdany egzamin zaprosiłam się do mojej ulubionej kawiarni, gdzie usiadłam sobie z boczku, zamówiłam ulubioną herbatę i sałatkę i zagłębiłam się w lekturze.
Chwile rozmyślania nad tym, jak to dobrze być kobietą przerwał mi Franek, który skończył pracę i wstąpił po mnie do kawiarni. Razem pojechaliśmy do domu.
Cudny to był dzień i wspaniały początek słonecznego, wiosennego weekendu. Dość już jednak o weekendach, mamy poniedziałek i to w dodatku 1 marca, więc trzeba się zabrać do roboty. Schodzimy z obłoków Ludziki Drogie :)

piątek, 26 lutego 2010

Dziady hiszpańskie

Ależ miałam dzisiaj miły dzień. Oby więcej takich :) Szczegółowa relacja z piątku margolkowego (łącznie ze sprawozdaniem ze SPA ;)) jutro, bo teraz mam komunikat:
Ponieważ są osoby, które czytają mnie krócej niż pół roku, na początku legenda, żeby uniknąć ewentualnych pytań i wyjaśnień w komentarzach :)
W maju przystąpiłam do egzaminu, który poszedł mi w miarę dobrze, poza jedną częścią.
W sierpniu się załamałam, bo okazało się, że go nie zdałamtu więcej szczegółów. I tu.
We wrześniu wysłałam do Hiszpanii odwołanie.
Otóż dzisiaj dostałam odpowiedź. Zdałam!!! Wyobrażacie sobie??? Egzamin międzynarodowy, kurczę pieczone, a oni się mylą w punktacji! Poleciałam na pocztę cała w nerwach, rozrywam nerwowo kopertę a tam dwie strony A4 po hiszpańsku. Na szczęście szybko znalazłam wyraz, który mnie interesował – APTO (zdane), bo był wielkimi literami napisany. Potem już na spokojnie przeczytałam wszystko. Niczego mi nie wyjaśnili, nawet nie przeprosili za pomyłkę i zamieszanie :( Po prostu stwierdzili fakt, że po ponownym przeliczeniu punktacji wynik egzaminu jest pozytywny.

Dziady jedne hiszpańskie :/ Czy oni sobie zdają sprawę ile nerwów mnie to kosztowało?? Pamiętacie chyba w jakim dołku byłam… I przez pół roku tak naprawdę cały czas myślałam o tym egzaminie i myślałam sobie jaka ja jestem głupia, ze ustnego nie zaliczyłam. A oni po prostu źle policzyli… Dobre sobie. A swoją drogą, tyle ludzi zdaje ten egzamin, ale akurat mnie się musiała taka pomyłka przytrafić nie? :)) Takie już moje szczęście.
Najważniejsze, że zdane! :D Jupi! :)

wtorek, 15 września 2009

Hmmm...

Sprawa wygląda tak:
Odważyłam się wreszcie napisać maila do Hiszpana. Tego, z którym miałam zajęcia. Zbierałam się długo, bo nie bardzo wiedziałam co, albo raczej jak, mam napisać. Opisałam mu całą sytuację, że oblałam ten egzamin, że wszystkie części poszły mi dobrze oprócz tej ustnej i nie wiem dlaczego. Poprosiłam go, żeby mi wyjaśnił, co mi tak źle poszło. W końcu był na tym egzaminie. Ogólnie pisałam chyba przez pół godziny, bo swoją drogą trochę wyszłam z wprawy – jednak nie miałam z hiszpańskim do czynienia już równo cztery miesiące (O matko! Ale ten czas zleciał!). Napisałam długaśną rozprawę. Po godzinie otrzymałam krótką odpowiedź:
Tienes que reclamar. Puede ser que haya sido un error en el sistema de correccion, que es informatico. Sin duda, reclama. Recuerdo que yo te puse apto en la parte oral y no creo que la otra examinadora te pusiera malas notas.
Wiem, że niektóre z Was rozumieją :) Dla tych co nie rozumieją: Mam się odwołać. Możliwe, że wystąpił jakiś błąd komputera w podliczaniu punktacji. Hiszpan pamięta, że zaliczył mi ten egzamin i mówi, ze nie sądzi, żeby drugi egzaminator postawił mi niskie oceny…
Hmmm…. Ja generalnie mam w życiu pecha, więc jakoś mi się nie chce wierzyć, że w tym przypadku miałabym tyle szczęścia, że o zawalonym egzaminie zdecydowałby głupi komputer. Ale szczerze powiem, lepiej się poczułam. Przynajmniej wiem, że nie zbłaźniłam się na tym egzaminie…

niedziela, 23 sierpnia 2009

Parę słów.

Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie i miłe słowa. Świadomość, że jest parę osób, które się interesują tym co u mnie słychać podnosi na duchu.W „realnym” świecie również najbliżsi pocieszali mnie jak mogli. Zawsze kiedy dzieje się u mnie coś ważnego, informuję o tym kilka osób -Franka, mamę i wujka (brata mamy, który jest dla mnie prawie jak drugi tato). No i Dorotę jeszcze. Tym razem też tak było. Zadzwoniłam, mimo że było już bardzo późno. Musiałam się wyżalić i już.
Jest trochę lepiej. Po kilku dniach wszystko blednie. Zbladła również ta porażka, chociaż nadal jeszcze kilka razy dziennie czuję jak gorycz zalewa moje serce. Nie potrafię się do końca pogodzić z tą porażką.
Wiem, że pewnie brzmi to zbyt dramatycznie. Może dla niektórych sprawa jest niewarta tylu nerwów i łez. Ale dla mnie jest to poważna rzecz. Czuję się trochę oszukana i jest mi bardzo przykro. Na niektórych porażki działają mobilizująco. Na mnie wręcz przeciwnie. Odechciewa mi się wszystkiego, kiedy widzę, że moje wysiłki idą na marne. Kolejną kwestią jest to, że cały ten egzamin poważnie podkopał moją wiarę w siebie i we własne umiejętności. I jeszcze jedno. Wiem, że wiele osób jest bardzo zaskoczonych, może nawet bardziej niż ja, moją porażką. I to jest również bardzo przykre, bo czuję się, jakbym zawiodła te osoby, chociaż wiem, że one w żaden sposób mnie nie obwiniają.
To tyle w tym temacie. Wiem, że nic na to nie poradzę i pewnie powoli zatrze się nawet to gorzkie uczucie porażki. Na razie jeszcze we mnie siedzi, jak taki wyrzut sumienia gdzieś w kąciku i wyłazi w momencie, kiedy zaczynam się śmiać, żeby mi przypomnieć, że do śmiechu nie powinno mi być. Muszę się wreszcie otrzepać…
Jeszcze raz dziękuję bardzo za komentarze. Mam nadzieję, że wreszcie jutro uda mi się zamieścić tę relację z Zakopanego:) Chociaż nie wiem, czy szlag mnie wcześniej nie trafi, bo na tym nowym komputerze trochę mi się trudno piszę i tę notkę trzy razy zaczynałam :)
Ps. Pomyślałam sobie nawet, że pokarało mnie tym egzaminem za ten mój dobry humor z początku sierpnia. Przesadziłam. W życiu jednak się trzeba kierować zasadą złotego środka… :)

czwartek, 20 sierpnia 2009

Nadal dołek :(

Wybaczcie, jeszcze będzie o tym samym…
Bo to nie było tak, że ogólnie marnie mi poszło. Ten egzamin składał się z kilku części. W niektórych miałam tylko po jednym błędzie. Z pisania osiągnęłam 90%, z czytania 92%, z gramatyki i słownictwa 95%. Ok, słabiej było słuchanie – 75%, ale tego się spodziewałam. Za to w ogóle nie spodziewałam się, że z mówienia będę miała 65%. Mówienie sumuje się ze słuchaniem i z po dodaniu punktacji miałam 68%. Do zaliczenia potrzebne jest 70 i tu właśnie zabrakło tych 0,75pkt. Nie umiem tego zrozumieć, bo przecież część ustna łączy w sobie wiele elementów. Czy możliwa jest ponad dwudziestoprocentowa rozbieżność między poszczególnymi częściami??
I jeszcze jedno. Egzaminował mnie TEN SAM facet co na próbnym. I ten Hiszpan na próbnym egzaminie powiedział mi, że z moim poziomem  nie powinnam się w ogóle obawiać, że nie zaliczę. Zapytałam go, co myśli o moim ustnym, odpowiedział, że według niego zdam bez problemu. Namawiał mnie do przystąpienia do tego egzaminu.Ocenę co prawda wystawiała babka, która siedziała obok, ale jednak on wiedział jakie są kryteria i jaki poziom jest potrzebny, żeby zaliczyć. Kolejna sprawa – na studiach miałam w każdej sesji egzamin ustny z hiszpańskiego i zawsze dostawałam 4,5 lub 5. Jak to możliwe, że nagle mój poziom obniżył się tak bardzo?
Nie potrafię tego pojąć. I wiecie co najbardziej boli? Gdybym zawaliła to słuchanie, czy którąkolwiek inną część, wiedziałabym, że ewidentnie czegoś nie wiedziałam. Zaznaczyłam złą odpowiedź i tyle. Miało być A to A. I nie mogę dostać punktu za odpowiedź B. Ale przy części ustnej ktoś siedzi z boku i ocenia mnie SUBIEKTYWNIE. Nie ma jasnych kryteriów. I właśnie to boli najbardziej. Nie zdałam, bo komuś nie podobało się na tyle, to co i jak mówię, że pożałował mi tych 0,75 pkt. I co ja mogę zrobić w takiej sytuacji? Pozostałe części świadczą o tym, że poziom mojej wiedzy jest co najmniej dobry, więc jak niby mam się przygotować żeby zdać? Przecież to jest poziom średnio-zaawansowany, a nie egzamin na tłumacza przysięgłego.

Jeśli chodzi o egzamin ustny w sobotę, właściwie jestem zadowolona. Trafiłam na taki temat, że mogłam się wykazać trochę wodolejstwem, a mianowicie „młodzi dzisiaj”. Lubię takie tematy, bo wtedy mam coś do powiedzenia (drugi jaki wylosowałam dotyczył medycyny alternatywnej :P) Weszłam na luzie i kontrolowałam się cały czas, więc nie popełniłam żadnych błędów, o których bym wiedziała. Starałam się kontrolować rodzajniki, akcenty i czasy…  - tak oto pisałam 18 maja. Jeszcze nigdy się tak nie pomyliłam co do oceny swoich możliwości.

środa, 19 sierpnia 2009

Miała być relacja z wakacji...

Miała być relacja z wakacji. Nawet ją trochę już przygotowałam. Ale nie będzie, bo właśnie się dowiedziałam, że nie zdałam tego egzaminu DELE, do którego przystąpiłam w maju. Zabrakło mi 0,75 pkt. Nie chce mi się więcej pisać. Idę ryczeć.

poniedziałek, 18 maja 2009

Kujonowo

Wpadłam w ciąg. Jak już się zaczęłam uczyć, to się uczę dalej:) A tak serio, to jeszcze w sobotę mam egzamin na uczelni i próbuję się do niego przygotowywać. Niestety kiepsko mi idzie. Oduczyłam się już uczyć teorii, nie umiem już tak wkuwać na pamięć, a niestety wiele rzeczy tak trzeba. Oczywiście słówka też trzeba wkuwać na pamięć, ale jakoś to jest sama przyjemność dla mnie i idzie mi to bardzo szybko. Ale mam nadzieję, że jakoś mi się uda do soboty ogarnąć cały materiał.
Jeśli chodzi o egzamin ustny w sobotę, właściwie jestem zadowolona. Trafiłam na taki temat, że mogłam się wykazać trochę wodolejstwem, a mianowicie „młodzi dzisiaj”. Lubię takie tematy, bo wtedy mam coś do powiedzenia (drugi jaki wylosowałam dotyczył medycyny alternatywnej :P) Weszłam na luzie i kontrolowałam się cały czas, więc nie popełniłam żadnych błędów, o których bym wiedziała. Starałam się kontrolować rodzajniki, akcenty i czasy…
Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie! Za to, że trzymałyście kciuki. I poproszę o jeszcze:) Chociaż przez najbliższy tydzień.
Podsumowując, poza tą nieszczęsną częścią słuchaną, poszło mi całkiem nieźle. Wszystkie części na pewno zaliczyłam. Tylko czy to wystarczy w połączeniu ze słuchaniem?? Cóż, dowiem się za jakieś dwa, trzy miesiące, bo tyle to trwa zanim egzaminy trafią do Hiszpanii a potem sprawdzone z powrotem… Z jednej strony dobrze, bo emocje już opadną.
Ale teraz łyso mi trochę bez tych testów:) A jeszcze bardziej mi łyso, kiedy pomyślę, że skończyły mi się zajęcia z hiszpańskiego. Za tydzień skończą mi się też zajęcia na uczelni a te pozostałe pół roku to taka ściema – mamy kilka wykładów i pisanie pracy. Żadnych zajęć praktycznych. Nie umiem sobie tego wyobrazić – jak to, nie będę się słówek uczyć? Gramatyki?? Nie, no będę musiała coś wykombinować, bo języki to moje hobby i dzień bez jednego słówka więcej to dzień stracony :P
A tymczasem wracam do „Kujonowa”. Przede mną Applied Linguistics, czyli językoznawstwo. Połączone z metodyką na domiar złego:)

piątek, 15 maja 2009

Diplomas de Espanol como Lengua Extranjera

No to nadeszła godzina zero. Pierwsza godzina zero, bo jeszcze ich będzie trochę:) A tymczasem proszę trzymać za mnie kciuki zwłaszcza między 9 a 13. Pozdrawiam
Godz. 13:20.
Dziękuję za trzymanie kciuków. Częściowo pomogło. Ale niestety schrzaniłam totalnie część słuchaną. Zresztą chyba nie tylko ja, bo dużo osób miało z tym problemy. Jestem po prostu załamana, bo na 12 odpowiedzi, tylko 7 usłyszałam i byłam w stanie zaznaczyć. A z tego jedną na karcie odpowiedzi zaznaczyłam w pośpiechu źle:(  Pozostałe odpowiedzi zwyczajnie strzeliłam. Żeby zaliczyć trzeba mieć 70% łącznie z części słuchanej i gramatyki. Grama była ok, myślę, że w granicach 80-90 % Ale to słuchanie to po prostu porażka:( Jestem wściekła i do tego smutno mi. Miałam się uczyć do egzaminu za tydzień, ale teraz to się chyba pójdę zakopać :( A ustny jutro o 12:00

piątek, 10 kwietnia 2009

Kawa i egzamin

O kurczę, jestem w szoku, że ostatnią notkę napisałam w poniedziałek. Kiedy to minęło? Ostatnio czas tak szybko mi ucieka…
Udało mi się jakimś cudem wszystko zrobić trochę wcześniej w pracy i dzisiaj mam wolne. Przyjechałam już do domu. Wiadomo jak to wygląda zawsze przed świętami, ale mimo to liczę na to, że uda mi się chociaż trochę odpocząć.
Chciałam jeszcze skomentować moją notkę na temat „dziwności” :) Otóż okazało się, że wcale nie jest tak, że cały świat piję kawę. Bo naprawdę już zaczynałam tak myśleć. Gdziekolwiek i z kimkolwiek bym nie rozmawiała, to każdy był w szoku. „Jak to nie pijesz kawy?”; „Bez kawy nie da się funkcjonować” i takie tam. A tymczasem okazuje się, że wcale kawa nie jest niezbędna do życia wielu osobom. Bardzo się z tego cieszę, bo nie rozumiem ludzi, którzy bez pomocy jakiejś używki nie potrafią funkcjonować :) To takie krótkie podsumowanie wszystkich komentarzy hihi.
A teraz się będę chwalić. Jeśli chodzi o niedzielne kolokwium poszło mi bardzo dobrze. Co prawda nie mam jeszcze wyników, ale sprawdzaliśmy odpowiedzi. Wygląda na to, że wszystko jest ok. A teraz egzamin z hiszpańskiego. We wtorek miałam część ustną i wyniki. Hiszpan, z którym mamy zajęcia powiedział mi, że powinnam przystąpić do egzaminu międzynarodowego DELE, bo bez problemu zdam. Miałam z czytania ze zrozumieniem 100%, pisania, gramatyki i słownictwa po 90. Nie wiem ile miałam z części ustnej, ale lektor powiedział, że zdałabym na pewno. Jedynym problemem jest część słuchania ze zrozumieniem, bo miałam tylko 75%. Jest mało pytań – dwanaście a trzy odpowiedzi miałam błędne. Chociaż od razu po tej części czułam, że mi nie poszła. Nie mogłam się jakoś skoncentrować… No i mam problem. Bo, żeby zdać egzamin trzeba mieć 70% z każdej części. Słuchanie jest oceniane razem z mówieniem, więc teoretycznie powinnam ze spokojem mieć te 70%, ale trochę się boję. Nie tylko chciałabym zdać ten egzamin, ale też zdać go dobrze… Nie mam za dużo czasu do zastanawiania się, bo zapisywać można się chyba do 20 kwietnia a egzamin jest 15 maja… Hmmmm….
No dobra, to byłoby na tyle, mojej chaotycznej notki. Wyszłam z wprawy czy co? :D