Słowo
daję, gdyby nie to, że nie mam czasu, żeby kombinować nad graficzną
stroną nowego bloga na innym portalu, już by mnie tu nie było! To co
wyprawia się od jakiegoś czasu na blogach onetowych jest po prostu
żenujące. Portal sobie zwyczajnie kpi z blogowiczów oraz ich
czytelników.
***
Ale do
rzeczy – przestało być zabawnie. W zasadzie sobotnia poprawa stanu
zdrowia Franka była chwilowa, bo kilka godzin później już miał z
powrotem wysoką gorączkę. Całą niedzielę leżał bez życia z gorączką
dochodzącą do 40 stopni. Ewidentnie grypa. Wszystkie objawy na to
wskazują. Ja ani nikt z moich bliskich nigdy nie chorowaliśmy na grypę.
Pierwszy raz widzę kogoś tak bardzo i tak długo chorego. Franek bardzo
się męczy tą chorobą i jest coraz bardziej wycieńczony. I ja w zasadzie
również. Weekend mocno mnie zmęczył. Niemal cały czas byłam na nogach i
zajmowałam się chorym – przynosiłam mu lekarstwa, picie, ścieliłam
łóżko, robiłam okłady, nacierałam plecy, obierałam mandarynki – bo tylko
to chciał jeść… Wczoraj obudziłam się o piątej, żeby przed pracą
jeszcze rosół zrobić – z nadzieją, że może chociaż taki bulion Franka
trochę wzmocni, skoro nic innego nie je. Chwilami sama się
zastanawiałam, skąd biorę na to siłę. Ale starałam się jak mogłam, żeby
było mu jak najlepiej i jak najwygodniej. Chyba sama siebie zaskoczyłam,
bo nie wiem, czy podejrzewałabym siebie o taką chęć zajmowania się
chorym Frankiem. Zwłaszcza, że wkładałam w to całe serce i wiele rzeczy
robiłam na wyrost – byleby było jeszcze lepiej, żeby szybciej
wyzdrowiał.
Wczoraj
rano gorączka nadal była wysoka, ale już po południu przez dłuższy czas
utrzymywała się w okolicach 37,5-38. Franek wstał, sam koło siebie
wszystko robił, a kiedy się rzuciłam z pomocą, powiedział: „kochanie,
już się lepiej czuję, nie musisz mi już usługiwać”
Mieliśmy nadzieję, że dziś będzie nareszcie pierwszy dzień bez gorączki, ale niestety – rano znowu powyżej 38


Wietrzę
mieszkanie, garściami zjadam rutinoscorbin, piję mleko z miodem i
czosnkiem… – wszystko z obawy przed zarażeniem. Strasznie się boję, że
się rozchoruję. Chociaż i tak nieźle się trzymam jak na razie. To będzie
test dla mojej odporności… Wczoraj wieczorem absolutnie nie czułam,
żebym miała podwyższoną temperaturę, a termometr pokazał 37,6. Byłam w
szoku i nie mam pojęcia, jak to możliwe. Na szczęście wzięłam na noc
tabletkę i rano już było ok.
Czuję się dobrze poza tym, że jestem zwyczajnie zmęczona. Fizycznie, ale też psychicznie. Brakuje mi Franka
Bo niby jest, ale tak, jakby go nie było. Nie mam nawet za bardzo jak z
nim porozmawiać, bo jest na to zbyt słaby. Poza tym nie chcę mu
zawracać głowy. Czasu razem też nie spędzamy – ani filmu nie obejrzymy,
ani nie poczytamy… Nie mówiąc już o jakiejkolwiek grze. Oczywiście
absolutnie nie mam o to żalu. Tylko tak mi trochę smutno i samotnie.
Dziwne, gorzej to znoszę, niż kiedy Franka naprawdę nie ma – na przykład
gdy pracuje… Wtedy jakoś samotność mi nie przeszkadza.

No dobra, to sobie trochę pomarudziłam
Wybaczcie, gorsze dni za nami i może jeszcze kilka niezbyt dobrych w
perspektywie, więc taki mam kaprys. Zwłaszcza, ze tę notkę piszę po raz
kolejny po tym jak poprzednie mi się nie zapisały :/
