*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łupy :). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łupy :). Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2015

Urodziny na okrągło.

Jak część z Was już wie, podczas pobytu w puszczy, nieco się zestarzałam :) Przy okazji - jeszcze raz bardzo dziękuję Wam za życzenia smsowe, mailowe tudzież w innej formie! I przepraszam te z Was, którym jeszcze nie zdążyłam za nie indywidualnie podziękować, ale na pewno wkrótce to zrobię!

Stuknęła mi ta rzekomo straszna trzydziestka. Pamiętam kilka lat temu, gdy miałam jakieś 24/25 lat, pracowałam z koleżanką starszą od siebie o osiem lat i ona wspominała, jak ogromną traumą były dla niej trzydzieste urodziny. Mówiła, że cały dzień przepłakała. Nie mogłam tego zrozumieć, a ona mówiła, że może zrozumiem za parę lat, w dniu swoich trzydziestych urodzin. No więc nadal nie rozumiem :) Nie mam żadnych kompleksów na punkcie swojego wieku, nie czuję się stara, nie czuję też upływu lat, a więc nie mam też powodów, aby rozpaczać z powodu tego, że lat mi przybywa. Jest to dla mnie naturalna kolej rzeczy po prostu, a dzień urodzin niezmiennie jest dla mnie moim świętem i jednym z ulubionych dni w roku :) Czuję się dobrze - ani stara, ani młoda, po prostu jestem sobą, a rok w te czy wewte nie robi mi różnicy. Można powiedzieć, że ja sobie a metryka sobie :)
Przyznam, że trochę mnie nawet drażni, kiedy ktoś dzwoniąc do mnie z życzeniami (na przykład szwagier :)) podkreśla, jakie to straszne, że ten czas tak leci i że się starzejemy i żebym się cieszyła, tą trzydziestką, bo za moment już będzie znowu gorzej itp :P Mam wrażenie, że bardziej przeżywa to, że się starzeję, niż ja :P

W każdym razie mnie cieszy mimo wszystko ta trzydziestka. Jest taka okrągła i w sam raz. Łączy w sobie pewną dojrzałość i zdobyte doświadczenia ze świeżością, nadzieją na dobrą przyszłość i poczuciem, że nadal wszystko jeszcze przede mną. Ale nie czuję absolutnie, że przekroczyłam jakąś granicę albo że osiągnęłam jakiś konkretny punkt w życiu. Mimo wszystko tegoroczna inwentaryzacja już nie wypada dla mnie tak pomyślnie jak ta z roku ubiegłego. Niestety na stronę tego, czego nie mam przeszła moja ukochana praca, więc teraz nie mam nie tylko mieszkania i psa, ale także zatrudnienia... Nadzieja i wiara też jakby nieco mniejsze, choć nadal są, bo bez nich to pewnie i mnie by nie było ;) No i kilka kilka kilogramów również straciłam, ale to akurat jest pozytywna strata ;)
Nie mam też Tasiemca, ale za to mam Wikinga, a to przecież bardzo dużo. I cieszę się, że w ten trzydziesty rok życia weszłam już razem z nim - zawsze będzie łatwiej liczyć :D Reszta się na szczęście nie zmieniła i wciąż mam wokół siebie sporo życzliwych ludzi, którzy pamiętali o mnie w tym szczególnym dla mnie dniu, a w sobie sporo energii i nadal jeszcze pozytywnego myślenia. Tradycyjnie wzbogaciłam się też o parę drobiazgów :)



Kosmetyki, biżuteria, kwiatek do posadzenia i ciasto do zrobienia (to to kolorowe :)). Nie mogło się też obejść bez książki od Franka, która została jednak w Podwarszawie. A prawdziwą wisienkę na tym urodzinowym torcie stanowi prezent od męża, jakim jest popołudnie w SPA! Franek mówi, że na ten prezent miał już chrapkę w grudniu, ale się wstrzymał. I całe szczęście, bo teraz jest mi on potrzebny o niebo bardziej niż przed porodem! Oczywiście wtedy też byłby do wykorzystania przez cały rok, ale to właśnie teraz prezent w postaci świadomości, że któregoś dnia będę mogła sobie pójść na jakiś relaksujący masaż albo inny przyjemny zabieg kosmetyczny, zostawiając chłopaków samych, jest szczególnie budujący! Tylko mam wyrzuty sumienia, że prezent do tanich nie należy. Ale w sumie to tym bardziej - bo wiadomo, że sama bym go sobie na pewno nie zasponsorowała :) Już się nie mogę doczekać! Jeszcze nie wiem kiedy, ale nadejdzie pewnie taki smutny, szary, dobijający czas, kiedy moje akumulatory będą na gwałt potrzebowały doładowania i wtedy wyciągnę asa z rękawa w postaci tego bonu podarunkowego właśnie :)
Co ciekawe, nigdy tego rodzaju prezenty nie robiły na mnie większego wrażenia. Do kosmetyczki chodziłam sama i nie potrzebowałam prezentu w takiej postaci. Teraz jednak to się trochę zmieniło, bo taki prezent jest dla mnie zarazem obietnicą czasu spędzonego jedynie w swoim własnym towarzystwie. Kiedyś tego nie potrzebowałam. Teraz kiedy mam przy sobie takiego zewnętrznego Tasiemca, każda taka chwila jest na wagę złota. Jakiś czas temu, chyba jeszcze w tym najtrudniejszym okresie przeszło mi raz, czy dwa przez myśl, że fajnie byłoby taki prezent dostać. I nie doceniłam chyba swojego męża, bo uczciwie przyznam, że nie spodziewałam się, że sam mógłby na taki pomysł wpaść - wydawało mi się to nie w jego stylu (to trochę takie pójście na łatwiznę, kupno "gotowca" a on zawsze lubił się trochę bardziej wysilić). W tym wypadku jednak absolutnie łatwizną to nie jest, bo Franek doskonale wpasował się w moje potrzeby na chwilę obecną, bo bardzo możliwe, że na przykład dwa lata temu ten prezent nie ucieszyłby mnie aż tak bardzo jak w tym roku. Jak zwykle okazało się, że ma świetne wyczucie jeśli chodzi o prezenty...

niedziela, 23 września 2012

Obdarowani!

Z Miasteczka przyjechaliśmy we wtorek późnym wieczorem. Rzuciliśmy wszystkie nasze bagaże i tak sobie stały do wczoraj. Nie mieliśmy czasu, żeby prędzej jakoś okiełznać ten chaos, ale w sobotę wzięliśmy się za gruntowne porządki. Wypucowaliśmy cały dom, a przede wszystkim, zrobiliśmy miejsce na nasze nowe nabytki, które dostaliśmy w prezencie ślubnym :)

Ponad trzy lata temu, gdy jeszcze nawet nie myślałam o swoim ślubie, popełniłam notkę na temat prezentów. I przyznać muszę, że po tym czasie, mimo, że bogatsza w doświadczenia z własnego ślubu i wesela zdania nie zmieniłam :) Mogę się nadal podpisywać pod tamtym tekstem.

Nie stawialiśmy gościom żadnych wymagań jeśli chodzi o podarunki. Wyszliśmy z założenia, że każdy powinien sam o tym zdecydować. Nie jestem przekonana do wierszyków z prośbą o pieniądze, rozumiem co prawda intencję, ale wydaje mi się to mimo wszystko nieeleganckie. Kiedyś byliśmy w sytuacji, kiedy para zażyczyła sobie pieniądze, a my nie bardzo mogliśmy sobie na to pozwolić - zwłaszcza, gdy zrobiliśmy wywiad, ile inni zaproszeni znajomi włożą do koperty. To była dla nas dość niekomfortowa sytuacja. 
Po prostu sądzę, że niczego nie można wymuszać i goście powinni sami zdecydować w jakiej formie chcą obdarować parę młodą. A jeśli mają wątpliwości lub wszystko im jedno - zawsze mogą po prostu spytać. My odpowiadaliśmy, że pieniądze zawsze się przydadzą, a prezenty zawsze nas ucieszą. Ale jeśli ktoś ma kupować coś na siłę i bez pomysłu, to wolimy pieniądze. Niby nie rozwiązywało to ewentualnego dylematu, ale przynajmniej jasno określiliśmy nasze stanowisko. Kiedy my gościliśmy na innych weselach różnie bywało - w zależności od tego, jak dobrze znaliśmy parę młodą lub od naszej kondycji finansowej, dawaliśmy prezent lub pieniądze, ale bardzo ceniliśmy sobie możliwość wyboru.

Podobnie nie mieliśmy żadnych wymagań jeśli chodzi o kwiaty - powiedzieliśmy, że kwiaty cięte lubimy i na pewno nas ucieszą, ale jeśli ktoś nie chce ich kupować to może nam podarować kwiatka w doniczce, książkę, słodycze lub kupon totolotka :) Jak widać, do wyboru - do koloru. Nam naprawdę było wszystko jedno! A dzięki takiemu postawieniu sprawy mieliśmy niespodziankę :)

Prezenty rozpakowywaliśmy dopiero w poniedziałek wieczorem. Muszę przyznać, że mimo iż uwielbiam dostawać prezenty, to tym razem w ogóle o tym nie myślałam! Kiedy goście składali nam życzenia, kompletnie nie zwracałam uwagi na to kto, co daje - od kogo kwiaty, od kogo książka. Kto dał wielkie pudło, a kto małą kopertę? :) I później musieliśmy zdjęcia pooglądać, bo niektórzy mówili, żebyśmy dali znać, co sądzimy o prezencie, a my w ogóle nie pamiętaliśmy co, od kogo :) Zresztą, ja też jak dawałam parom młodym prezenty to raczej chciałam, żeby wiedzieli, że ta konkretna rzecz jest ode mnie.

Oglądanie kartek z życzeniami, liczenie pieniędzy i rozpakowywanie prezentów sprawiło nam ogromną frajdę. W ogóle to nie wiem, czy naprawdę są osoby, które aż tak bardzo zwracają uwagę na to, ile od kogo dostali albo takie, które są bardzo niezadowolone ze swoich prezentów (swoją drogą wydaje mi się, że to nie najlepiej o nich świadczy)? Podobno są... Ale my do nich nie należymy. Nas cieszył każdy grosz i każdy prezent.
Dostaliśmy trochę (choć niedużo, bo jednak goście z drogi, a cięte kwiaty niezbyt dobrze znoszą podróż) kwiatów, które cieszyły oko i zachwycały zapachem. Sporo osób dało nam kupony totolotka (buuu, nawet trójki nie było! nie opyla się grać w totka, słowo daję!:)) Pojawiły się też czekoladki oraz cztery książki (w tym Perfekcyjna Pani Domu - zdecydowanie dla Franka :P). No i piękny storczyk! 
Zawartość kopert nas pozytywnie zaskoczyła (choć to może dlatego, że wcześniej w ogóle nie zastanawialiśmy się nad tym, o kwocie jakiego rzędu można mówić) i więcej na ten temat nie będę pisać :) Wiadomo - nie zmarnuje się! :)
A teraz to, co tygryski lubią najbardziej, czyli pięknie opakowane prezenty :) Dostaliśmy:
- odkurzacz
- żelazko
- blender
- ręczniki (dotychczas mieliśmy tylko te od naszych mam, teraz mamy już swoje :P)
- pościel
- piękną lampę (to od kuzyna i jego żony, których odwiedziliśmy w maju, byłam zachwycona wystrojem ich mieszkania i stwierdziłam, że mamy z żoną podobny gust, teraz to się potwierdziło :))
- kilka garnków i patelni
- zestaw obiadowy - 6 dużych talerzy, 6 małych, dwa półmiski, miseczki, wszystko białej porcelany
- filiżanki
- zestaw do kawy (choć my będziemy używać go do herbaty i osoby, które nam to podarowały, chyba o tym wiedziały, bo do dzbanka włożyły zaparzacz do sypanej herbaty :))
- i parę innych drobiazgów, które trudno opisać.

Żelazko wypróbowałam pierwszego dnia po powrocie do Poznania (bez porównania ze starym - prawie dwudziestopięcioletnim! mimo, że miałam do niego sentyment.. ale teraz to prawdziwy luksus:) Odkurzaczem cieszyliśmy się wczoraj (ze starego cały czas wypadała rura, to się Franek naprzeklinał!). No i nie możemy się nacieszyć dzbankiem do herbaty! Dotychczas parzyliśmy herbatę w kubkach, a to nie to samo, co dolewać sobie z porcelanowego dzbanka, który w dodatku trzyma ciepło :) Filiżanek na razie jeszcze nie przywieźliśmy - to dopiero będzie degustacja :)
Może to głupie, że się tak ekscytuję, ale naprawdę bardzo się cieszymy z tych prezentów, bo nic nie jest zbędne. Nawet jeśli teraz garnki nam niepotrzebne, bo na wyposażeniu mieszkania były, to przecież wiecznie tu mieszkać nie będziemy i fajnie, że będziemy mieć coś swojego. 

Teraz to już tylko musimy sobie mieszkanie pod te sprzęty sprawić :P

niedziela, 26 grudnia 2010

Dawać i brać :)

Nie mogę odżałować tego, że święta w tym roku wypadły w weekend :( Ostatni raz tak źle było w 2004 roku. Ale wtedy jeszcze miałam ferie świąteczne i i tak było mi wszystko jedno… No cóż, nie ma co narzekać, tylko trzeba pogodzić się z faktami :)
Przy okazji chciałam przeprosić Was za nieobecność na blogach w tych dniach, ale dla mnie jest to naprawdę czas przede wszystkim rodzinny i spędzam go w rzeczywistym świecie z moją realną rodziną, nie na blogowisku. Przyznam, że nawet z odpisywaniem na smsy z życzeniami się nieco ociągałam :)
A żeby jeszcze przez chwilę pozostać przy tym świątecznym temacie, chciałam wspomnieć o… prezentach :) Miałam o tym napisać wcześniej, ale zabrakło czasu. Wiem, że dla niektórych osób, kupowanie prezentów świątecznych to prawdziwa zmora. A ja to bardzo lubię! Zresztą nie tylko o świąteczne chodzi, ale o wszelkie prezenty. Pewnie, że czasami mam problem, bo nie wiem, co komu podarować. Ale nauczyłam się obserwować i słuchać przez cały rok! :) Dzięki temu już w październiku w zasadzie wiedziałam co komu kupić! Staram się obserwować co jest potrzebne Frankowi i co sprawi mu radość, słucham tego co mówią moja mama i siostra… A przecież często ktoś wspomina, że chciałby sobie coś kupić albo że coś mu się podoba :) Naprawdę czasami wystarczy tylko się na tym skupić. Staram się zawsze dopasować prezent do obdarowanego, żeby nie było tak, że na przykład całej rodzinie podaruję żel pod prysznic, tyle, że o innym zapachu :) Wydaje mi się jednak, że znam moich najbliższych na tyle, żeby wiedzieć, co może sprawić im przyjemność. Oczywiście, że czasami miewam problem z zakupem. Ale wtedy staram się skonsultować z innymi, zrobić jakiś „wywiad” no i rekonesans na mieście – czasami coś w oko wpadnie.
Ja sama zawsze jestem bardzo zadowolona z prezentów, którymi jestem obdarowywana. Uwielbiam niespodzianki – takie całkowite, ale również częściowe – na przykład wiem, że od Franka na każdą okazję otrzymuję książkę (bo sama poprosiłam, żeby zawsze dawał mi książkę w prezencie), ale nigdy nie wiem jaki będzie miała tytuł, o czym będzie, nawet z jakiego będzie gatunku… Do mojego prezentu Franuś zawsze dorzuci jeszcze coś, czego bym się nie spodziewała, choćby jakiś drobiazg. Na niespodziankę mogę również zawsze liczyć w przypadku prezentów od rodziców, czy siostry. Jednak na przykład od wujka i dziadka dostaję co roku mniej więcej to samo i to też mi odpowiada :) Czułabym się wręcz rozczarowana, gdyby się któregoś roku wyłamali :) W każdym razie – niespodzianka, „przewidywanka”, czy też zamówiony prezent – wszystko zawsze sprawia mi ogromną radość! Wiem, że są to zawsze prezenty przemyślane, że osoba, która robiła mi prezent naprawdę się zastanowiła nad tym, co chciałabym mieć, co by mnie ucieszyło. I nie jest to nawet kwestia tego, czy ktoś mnie świetnie zna.. Bo na przykład od rodziców czy brata Franka też zawsze dostaję bardzo trafione prezenty. Więc może chodzi po prostu o to, aby… umieć prezenty przyjmować :) Mnie cieszy naprawdę każdy drobiazg, myślę, że ucieszyłabym się nawet z żelu pod prysznic dla mężczyzn :P (nie zdarzyło mi się takowego otrzymać, ale mojej mamie owszem :), obróciła wszystko w żart i stało się to przedmiotem jednej z anegdotek rodzinnych:)).
Dawanie prezentów bywa ryzykowne. Niestety, chyba nie da się ustrzec tak zupełnie od błędów. Każdy z nas pewnie przynajmniej raz zaliczył gafę i podarował komuś coś nie do końca trafionego. Ale ważne jest, żeby naprawdę się starać i żeby myśleć przede wszystkim o osobie, której chcemy prezent zrobić. A przyjmując prezent też powinniśmy pamiętać o tym, że jednak zazwyczaj osoba, która wręcza nam podarunek naprawdę się starała :)
Mam nadzieję, że Wasze prezenty choinkowe były jak najbardziej trafione :) I nie staniecie się bohaterkami reportażu, który co roku pojawia się w programach informacyjnych – o tym, co, gdzie i kiedy można zwrócić, gdy okazało się nietrafionym prezentem :)

poniedziałek, 18 października 2010

Małgorzaty i Łukasza :)

Debiut się udał :) W zasadzie jeden i drugi, chociaż studia może odłożę na później, a teraz zajmę się krótką relacją z imprezy. W czasie kiedy ja byłam na zajęciach, Franek z pomocą brata zrobił ostatnie zakupy i przytachał to wszystko do mieszkania. Potem wziął się za gotowanie. Ja wróciłam po 21:00 i udało mi się jeszcze zrobić dwie sałatki. Poczułam się trochę lepiej, że przynajmniej tym odciążę Franka. On zresztą z całą jedzeniową kwestią też uporał się w piątek. Ja się położyłam, a on jeszcze ze dwie godziny coś tam w kuchni robił i w sumie przeszkadzał mi spać :) W ogóle to się wtedy pokłóciliśmy, bo jak Franek zaczyna gotować, to się robi nieznośny, ale to temat na osobną notkę, więc nie będę teraz o tym pisać. Grunt, że ostatecznie przyszedł do mnie, położył się i zasnęliśmy pogodzeni. W sobotę byłam zmęczona i śpiąca, ale przynajmniej nie miałam złego humoru spowodowanego naszą sprzeczką. 

Podczas gdy ja siedziałam na uniwerku, Franek poprzywoził od rodziców wszystko, co było nam potrzebne – czyli krzesła, kieliszki i takie tam i zajął się sprzątaniem. Kiedy wróciłam około 17:00 wszystko lśniło. Nie było już nic do roboty, więc mogłam się zająć sobą. Kiedy kończyłam makijaż przyjechali Franka rodzice, żeby pomóc jeszcze w rozstawieniu stołu no i przywieźli ciasto, które upiekła Pani Mama. Pierwsi goście zapowiedzieli się nieco wcześniej, bo już na 17:30 i zdążyłam z przygotowaniem się dosłownie na pięć minut przed ich przybyciem :) Nawet jeszcze wystarczyło mi czasu na to, żeby doprawić sałatkę, która się przegryzała przez noc i się nie dogryzła :)

A potem już poszło. O 18:15 byliśmy w komplecie i przy jednym małym stole siedziało nas dwanaście osób plus trzyletni Kubuś. Ściśnięci byliśmy niemiłosiernie, ale jakoś nikt nie narzekał :) Wyglądało na to, że jednak wszyscy dobrze się bawili. Łącznie z Kubusiem, który znalazł wszystkie moja spinki do włosów i powpinał najpierw w moje włosy a potem w swoje blond loki :) Kubusiowi wujkowie byli oburzeni, a kiedy mały do tego założył na rękę mój różowy zegarek, zaczęli doszukiwać się skłonności homoseksualnych :) Czy nie wydaje Wam się normalne, że chłopiec w tym wieku nie przejmuje się konwenansami i oprócz zabawy samochodzikami, bawi go też fryzjerstwo? :) Bo mnie jak najbardziej. Ale może się nie znam :P

Nie ma sensu opisywać przebiegu całej imprezy, bo chyba wszyscy go doskonale znacie :) Jedni lubią takie spotkania, inni nazywają je spędami i próbują się od nich wykręcić. Ja te rodzinne imprezy uwielbiam :) Lubię rozmowy i żarty w gronie rodzinnym. I w mojej i w Franka rodzinie na takich spotkaniach panuje świetna, rodzinna atmosfera :) Nareszcie mieliśmy okazję porozmawiać i dowiedzieć się co u kogo słychać, bo na co dzień nie ma czasu na takie kontakty, mimo, że daleko do siebie nie mamy. Ostatni goście wyszli tuż przed północą. Do pierwszej wyrobiliśmy się z Frankiem ze sprzątaniem i zmywaniem i mogliśmy położyć się spać. Rano obudziliśmy się wypoczęci i w dobrych humorach – zwłaszcza, że w mieszkaniu było czyściutko :) Relację miałam zdać już wczoraj, ale kto by się zajmował blogowaniem, skoro za oknem taka piękna pogoda :) Wyszliśmy więc na spacer, później do kościoła, a następnie poszliśmy… do rodziców Franka. Dostałam od Franusia na imieniny grę planszową i chcieliśmy ją wypróbować:
 

Świetna sprawa :) Dzisiaj z Frankiem zrobimy sobie znowu wieczór gier planszowych, tym razem we dwoje.

A tak a propos prezentów. To zdjęcie zrobiłam po sobotniej imprezie:
 
Tylko choinkę postawić i już byłoby jak na Boże Narodzenie :) No co, nie będę udawać, że nie lubię prezentów, zwłaszcza, że dostaliśmy wiele praktycznych rzeczy – na przykład nie będziemy musieli już pożyczać kieliszków do wina :)
Podsumowując, mogę powiedzieć, że wieczór był naprawdę bardzo udany. Gościom też się chyba podobało – rodzicom Franka bardzo. A i kuzynostwo zadowolone, jak doniosła nam Pani Ciocia, która zadzwoniła z życzeniami w niedzielę, bo niestety w sobotę wpaść nie mogła…

poniedziałek, 4 października 2010

Zakupowe szaleństwo.

O ubraniach i zakupach piszę bardzo rzadko, tudzież wcale. A to głównie dlatego, że nie przepadam za zakupami. Jestem chyba ostatnią osobą, którą można by nazwać zakupoholiczką. Ale jednocześnie jestem typową babą i lubię ładnie wyglądać, a to, że nie lubię zakupów, nie oznacza, że nie lubię nowych ubrań :) Dlatego postanowiłam wreszcie popełnić wpis w tym temacie…

Nie potrafię wejść do sklepu ot tak – żeby tylko pooglądać. Niektórzy w ten sposób polują na ciuchy – oglądają z nadzieją, że coś im wpadnie w oko. Nie ze mną te numery – ja kiedy wybieram się do sklepu to z zamiarem kupienia konkretu. Tyle, że kiedy już się wybiorę, to kupuję hurtowo :) Raz, a dobrze. Po prostu kupuję wszystko, co jest mi akurat potrzebne (bądź mi się wydaje, że jest potrzebne :)), zaspokajam swoje zachcianki i potem mogę nie wychodzić na zakupy przez następne pół roku. Zwykle odbywa się to sezonowo.

W zasadzie od zawsze tak było. Po prostu jak byłam młodsza, raz na jakiś czas mama zarządzała wypad na zakupy do dużego miasta – zwykle do Wrocławia. Czasami Opola. Jechaliśmy wtedy całą rodziną, tata szedł do jakiegoś hipermarketu budowlanego oglądać śrubki, a ja, mama i siostra chodziłyśmy „po ubraniach”. Zwykle wracałyśmy obładowane i miałyśmy spokój z zakupami na kilka miesięcy. No i tak mi zostało :)

W zeszłym roku w październiku kupiłam Frankowi na urodziny sweter. Przy okazji wzięłam też coś dla siebie. W domu ubrałam jeszcze raz, po czym stwierdziłam, że to nie to… Wróciłam do sklepu, oddałam bluzkę, dostałam zwrot pieniędzy i… wyszłam ze sklepu z czterema nowymi ciuchami. A po drodze kupiłam jeszcze dwie pary spodni – bo przeceniony były… Wyrzuty sumienia wyleczyły mnie z zakupów na jakieś pół roku… Wiosną sprawiłam sobie płaszczyk i buty. Latem znowu uzupełniłam garderobę hurtowo, ale w zasadzie to się nie liczy, bo to był prezent dla mnie od moich rodziców na urodziny :)

W minionym tygodniu znowu obkupiłam się za wszystkie czasy. Stwierdziłam, że nie może być tak, że moim jedynym ciuchem oficjalnym-nie-tak-zupełnie-galowym nie może być moja garsonka z matury :)  Wzięłam Franka pod pachę jako doradcę i wzbogaciłam się o spódnicę, żakiet, kamizelkę i sukienkę. Nic to jednak. Pochwaliłam się mamie, która stwierdziła, że ona też musi iść na zakupy. Pojechałam na weekend do Miasteczka, w sobotę wsiadłyśmy w auto i pojechałyśmy do Oklahomy. Bilans: dwie pary butów, spódnica, żakiet i płaszcz.. Z tego moje były botki i zimowy płaszcz koloru fioletowego. Jeszcze nie wydałam więcej, niż zarabiam, ale swój rekord chyba pobiłam :) Ale mam teraz spokój przynajmniej na pół roku – w ogóle nie będę się wybierać na zakupy (i dobrze, straszny to pożeracz czasu), bo zwyczajnie absolutnie nic nie jest mi potrzebne :) Lubię to poczucie, że mam wszystko – od bucika po czapeczkę i że mam spokój z tym całym przymierzaniem… Oczywiście w tych przerwach międzyzakupowych zdarza się czasami jakiś drobiazg – zwykle buty, bo na nie choruję, ale to już przeważnie są tylko jakieś wyjątkowe okazje :) Ale jeśli o buty chodzi – jestem zabezpieczona aż do lata. Mam kilka par butów na jesień, zimę i wiosnę. Tylko sandałki mi się ostatnio zepsuły, więc być może w czerwcu trzeba będzie się udać na polowanie.

Kiedy tak wracam do domu obładowana siatkami pełnymi nowych nabytków, dręczona wyrzutami sumienia z powodu ilości wydanych pieniędzy, myślę sobie, że ja po prostu mam złych doradców :) Kiedy idę z mamą, przymierzam coś w czym wyglądam dobrze, nigdy mi nie odradzi zakupu, wręcz namawia do kupna i przekonuje, że to się na pewno przyda na dłuższy czas (zawsze ma rację), więc warto. Franek nigdy nawet nie mrugnął, kiedy pokazywałam mu ceny na metkach, jak wyglądałam dobrze, kazał kupić. A kiedy zakupu dokonywałam pod jego nieobecność i skruszona dzwoniłam, że zaszalałam i wydałam tyle i tyle i kupiłam entą parę butów odpowiada tylko: „w porządku, ale dobrze, że nie torebkę, nie ma na nią miejsca”.

I jak tu nie szaleć? :)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Łupy :)

Tak, ja wiem, że jestem monotematyczna, ale niech to będzie tylko dowodem na to, że naprawdę uwielbiam obchodzić urodziny i delektuję się nimi tak długo, jak się da :) 

Jak już wspomniałam, świętowałam do piątku. W środę wybrałam się z Dorotą na aerobik, a potem spędziłyśmy wieczór u niej w domu przy piwku. Franek szedł do pracy na 4, więc zostałam u Doroty na noc, żeby go nie budzić i tak minął mi ten właściwy dzień urodzin. W czwartek świętowałam z Frankiem. Poszliśmy nad jezioro maltańskie i parę godzin przesiedzieliśmy tam przy piwie, rozmawiając. Rozmawialiśmy długo i o wielu rzeczach. Trochę się wypłakałam i chyba już wiem, co jest główną przyczyną moich ostatnich smutków… Ale to nie temat na dziś :) 
To było bardzo miłe popołudnie i wieczór. I znów, kładąc się spać, żałowałam, że ten dzień się już skończył. Ale okazało się, że to nie koniec wrażeń, bo w piątek jeszcze zostałam obdarowana przez Franka prezentami, bo okazało się, że kwiaty i czekoladki ze środy to była tylko część prezentów :)
W tym roku było trochę inaczej niż zwykle. Przez ostatnie kilka lat starałam się zorganizować sobie na ten dzień wolne i przeważnie urodziny obchodziłam w ostatni dzień urlopu – mojego i Franka. Mogliśmy więc świętować razem. Teraz oboje szliśmy do pracy, on bardzo wcześnie, więc trochę trzeba było zmodyfikować plany. Ale przyznaję, że i tak było świetnie :) Spędziłam wieczór z Dorotą – jak za starych dobrych czasów, a poza tym mogłam delektować się urodzinami nieco dłużej…

A dzisiaj się będę chwalić. Prezentami rzecz jasna :P

Oto kwiaty od szefa i chłopaków. Niesamowicie mnie zaskoczyli, jak mi ryknęli „Sto lat” to mało z krzesła nie spadłam :)
 
 

A to już bukiet od Franusia.
  
Razem z torcikiem – niestety, został skonsumowany, więc zdjęcie jest z Internetu :)
  

A w piątek dostałam.. No cóż ja mogłam dostać, oczywiście, że książkę :)

  

I płytę… Ostatnio zasłuchiwałam się w Urszuli i wspomniałam, że fajnie byłoby mieć jakąś płytę. No i mam :)

  

Kolejną książkę dostałam od Eli:

  

A to już upominek od Doroty i Juski, zna się moje upodobanie do żelek :P (BTW: Młoda, sprawdziłam w słowniku, obie formy są poprawne:)) Chciałam nadmienić, że połowę paczki już pożarłam :)

  

Jako mol książkowy jestem wniebowzięta z powodu nowych zdobyczy. Ale to jeszcze nie koniec. Moja siostra jeszcze ma zamiar sprezentować mi jakąś lekturę, ale wysłała mi trzy tytuły i mam sobie wybrać. Wybór został ograniczony do dwóch, bo trzecia książka, to powyższa Emancypacja Mary Bennet, no i teraz muszę zdecydować, czy chcę:

Marinę:
 
   

Czy Ogród wiecznej wiosny:

  

Trochę mam dylemat, bo na Marinę już dawno miałam ochotę i zapowiada się ciekawie. Ale ta druga książka też ma dobre recenzje, a poza tym bardzo lubię wielopokoleniowe sagi…

No i to by było na tyle. Achh nie.. Zapomniałam przecież wspomnieć o prezentach, które dostałam już tydzień temu od rodziców. Otóż wybrałam się z mamą na zakupy i sprezentowała mi w imieniu swoim i taty dwie i pół bluzki oraz spodnie. Zapomniałam cyknąć zdjęcia :) Gdyby ktoś był ciekawy, jak można było kupić pół bluzki: po prostu obie z mamą świetnie w niej wyglądamy i stwierdziłyśmy, że będziemy się wymieniać :) W tej chwili jest moja kolej, a jak pojadę do Miasteczka, to zostawię bluzkę na kolejne dwa tygodnie mamie :)

Teraz czas oficjalnie zakończyć tegoroczne świętowanie. Teraz czekam na imieniny ;) U mnie w domu się ich co prawda nie obchodzi, ale w Poznaniu jak najbardziej