*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na wesoło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na wesoło. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2015

Słomiany wdowiec i pranie.

Na wstępie zaznaczam, że notka zawiera słowo niecenzuralne :P

Wiecie, że Franek jest całkiem niezły w zajmowaniu się domem. Sprząta, gotuje, robi zakupy. Jeśli chodzi o to pierwsze, to naprawdę robi to zdecydowanie lepiej ode mnie. Ja mogę segregować i układać, ale pucowanie i szorowanie mnie denerwuje, mąż zaś robi to perfekcyjnie. Dawno temu, kiedy podejmowaliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu, ustaliliśmy ogólny podział obowiązków. Wynikało z niego między innymi, że pranie i prasowanie należy do mnie. Niemniej jednak, od czasu do czasu Franek zostaje w domu sam na dłużej i sam musi prać swoje brudy. Całkiem nieźle mu to teraz idzie. Ale ma przechlapane, bo cały czas wypominam mu jedną wpadkę sprzed kilku lat...
Franek mnie zabije za tę notkę :P Ale ponieważ wczoraj, robił w domu wielkie sprzątanie i miał się zabrać też za pranie, przypomniała mi się tamta sytuacja, której nigdy nie opisałam, bo uległam prośbom Franka, żebym na razie tego nie pisała, bo on się wstydzi :P I to "na razie" przeciągnęło się na kilka lat :P Ale myślę, że po takim czasie nabrał już do tego dystansu i mi odpuści. Choć w naszych rodzinach ta opowieść nadal krąży jako anegdotka ;))

A było tak... 
Wyjechałam na jakiś dłuższy weekend do Miasteczka, Franek chodził do pracy i któregoś dnia okazało się, że nie ma czystej koszuli do munduru.W tym celu zadzwonił do mnie po instrukcję obsługi pralki (która wtedy była nowym zakupem, pamiętacie Pralkówkę? ;))
No to tłumaczę: podziel najpierw ubrania na kupki według kolorów, jak to zrobisz, to będzie można prać... i robisz tak...wsypujesz najpierw proszek.. tak nie za dużo, do tej drugiej kreski na miarce..., wsypujesz do środkowej przegródki... no a teraz płyn do płukania, możesz trochę rozcieńczyć z wodą... wlewasz do ostatniej dziurki... masz? no to teraz zapinasz bęben, zamykasz pralkę i musisz ją nastawić... ustawiasz temperaturę.. i pokrętło na odpowiedni tryb, tak może być ten szybki... nie, nie musisz włączać żadnych dodatkowych opcji.. Ok, no to jak już gotowe, to włączasz start.

Franek włączył, powiedział, że już zrobione a po chwili...
F: O kurwa!
M:Co??? - pytam lekko spanikowana, bo już mam wizję, że woda się leje nie tam gdzie trzeba albo jeszcze coś gorszego się dzieje
F: NIC!!
M: No, co powiedz??? Bo się zdenerwowałam!
F Nic, mówię!!! - a po chwili, dużo ciszej - Ubrań nie wrzuciłem...

Myślałam, że padnę ze śmiechu! 
A Franek rozeźlony jeszcze do mnie mówi - A bo mi o tym nie powiedziałaś! :D:D

No proszę, jaki mężuś posłuszny, krok po kroku robił co należy, a żonka taka nieprecyzyjna :P Miejcie jednak nad nim litość, on normalnie nie jest taki gapowaty :D

sobota, 4 października 2014

Kac

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że ja to chyba jednak nigdy nie miałam kaca. No, może ze dwa razy w życiu. Bo zawsze myślałam, że kac to jest to, co się czuje następnego dnia po wysokoprocentowej imprezie - czyli chroniczne niewyspanie, ból głowy, otępienie i takie ogólne zmęczenie całego ciała i umysłu, powodujące, że się człowiekowi nic nie chce. Drugi dzień po imprezie nie wyglądał u mnie nigdy tak, że spałam do południa a potem resztę dnia zalegałam gdzieś na kanapie przed telewizorem, wręcz przeciwnie, starałam się z tym walczyć - budziłam się wcześnie i zmuszałam się do normalnego funkcjonowania. A więc zjadałam normalnie śniadanie, ubierałam się, często gdzieś wychodziłam, czasami ćwiczyłam (ćwiczenia zawsze dobrze mi robiły) i dopiero późnym popołudniem pozwalałam sobie na zalegnięcie. Ale mimo to, zawsze wiedziałam, że ten "dzień po" będzie poniekąd dniem straconym :)

Z oczywistych względów od pięciu miesięcy z małym hakiem nie piję alkoholu. Pamiętam dokładnie ostatni raz - kiedy to 13 maja świętowaliśmy zatrudnienie Franka w Nie-zielonej Firmie i wypiliśmy czerwone wino. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży i się trochę tym winkiem ululałam :) Ech, żebym wiedziała, że to ostatni raz.. Może wypiłabym jeszcze więcej :P W każdym razie od tamtej pory na wszelkich spotkaniach towarzyskich muszę obejść się smakiem i popijam albo jakiś sok albo wodę z cytryną. Za wódką nigdy nie przepadałam, więc teraz nawet się cieszę, że mam wymówkę, żeby jej nie pić :) Wino lubiłam, zwłaszcza wytrawne - odkąd zaczęłam pracować w mojej firmie. Od czterech lat tego trunku miałam naprawdę pod dostatkiem. Jednak jestem w stanie bez niego przeżyć i specjalnie nie tęsknię. Tęsknię natomiast bardzo za piwem! Czy to smakowym, czy to zwykłym. Lubiłam sobie czasami wypić wieczorem kufel dobrego piwa - tak do blogowania na przykład i na dobry sen ;) Zdecydowanie piwo jest jedyną rzeczą, której naprawdę mi brakuje teraz. Kiedy się spotykamy w większym gronie, to sobie chociaż powącham :)
Ale przyznać muszę, że choć obawiałam się takich sytuacji - bo bycie trzeźwym w podchmielonym towarzystwie nigdy nie wydawało mi się ciekawe - nie jest tak najgorzej i wcale nie czuję się jakoś źle jako ta niepijąca i zazwyczaj bawię się równie dobrze. I mogłabym powiedzieć, że przynajmniej na drugi dzień nie muszę się męczyć z kacem.

No właśnie, wracam teraz do sedna tej notki - bo się właśnie okazuje, że po każdej większej imprezie, po każdym spotkaniu towarzyskim, kiedy to jem nieco później i idę spać po północy następnego dnia i tak się czuję jak na kacu, pomimo tego, że nie wypiłam ani kropelki alkoholu! Stąd właśnie mój wniosek, że chyba tak naprawdę nie musiałam się nigdy z tą "przypadłością" borykać. 

W czwartek mieliśmy w biurze pożegnalną imprezę pracowniczą. Było naprawdę bardzo sympatycznie! Oj, będzie mi okropnie tych ludzi brakowało! Posiedzieliśmy sobie trochę, sporo pojedliśmy, pogadaliśmy i popiliśmy - część towarzystwa piła wino, a część wodę - bo albo byli kierowcami albo przyszłymi matkami :P Ja oczywiście należałam do tej drugiej grupy :) Wieczór był bardzo przyjemny, ale nawet nie siedzieliśmy jakoś bardzo długo, bo impreza skończyła się przed północą. Zostałam jeszcze z Kasią, żeby trochę posprzątać i o północy wsiadałam do taksówki a dwadzieścia minut później już byłam u siebie. Kładłam się więc do łóżka absolutnie nie zamroczona alkoholem około wpół do pierwszej. Rano obudziłam się przed siódmą i oczywiście cały dzień funkcjonowałam na zwolnionych obrotach i czułam się dokładnie tak samo, jak przy każdej okazji, kiedy to wypiłam sobie butelkę wina albo dwa litry piwa ;) I tak jest prawie zawsze, kiedy się z kimś wieczorem spotykam albo nawet kiedy spędzę wieczór w domowych pieleszach, ale położę się spać później niż zazwyczaj.

Wniosek z tego taki, że alkohol chyba nigdy mi jakoś specjalnie nie szkodził, a przynajmniej nie tak bardzo jak sam fakt najadania się po godzinie 20tej i zasypiania kilka godzin później niż zazwyczaj. Jestem niereformowalna chyba jeśli chodzi o rytm dnia. Prawie można regulować zegarek sądząc po tym o której godzinie jestem głodna, o której wstaję i o której zasypiam ;)

środa, 24 września 2014

Nie dla wrażliwych*

* Franek nie pozwolił mi publikować tej notki, bo powiedział, że zaraz posypią się na nas gromy, że się tak nieładnie wyrażamy i że będziemy strasznymi rodzicami... Uspokoiłam go, że macie poczucie humoru i potraficie wychwycić moment, kiedy mrugam do Was okiem, więc nie zawiedźcie mnie :P Ale jeśli rzeczywiście ktoś nie ma dystansu do ciąży, macierzyństwa i jest przewrażliwiony na punkcie pieszczotliwych określeń dzieci (narodzonych i nie) to lepiej niech nie czyta :))

Na początek wyjaśnienie: Franek ma kilka takich swoich powiedzonek. Wielu z nich nawet teraz nie umiem przytoczyć, ale w jeśli nadarza się konkretna sytuacja, jestem w stanie przewidzieć kiedy powie na przykład "jasny piernik"!" Kiedy coś go niecierpliwi albo powtarza się wielokrotnie, to zawsze mówi, że np. nie będzie tego robił sto pięćdziesiąt razy! Nie sto, nie dwieście, nie dziesięć, zawsze jest sto pięćdziesiąt. A kiedy mówi o czymś malutkim, to stosuje zwrot "małe gówienko". Walczę z tym, bo nie przepadam za żadnymi pozornie łagodnymi gówienkami, dupami i pieprzeniem w codziennym języku, ale małego gówienka jeszcze nie udało mi się zlikwidować.

Siedzimy sobie ostatnio przed telewizorem. Leci jakiś przypadkowy program, matka trzyma na rękach niemowlę. Mówię do Franka:
M: Niedługo my też takie będziemy mieli, wyobrażasz sobie?
F: Noooo...
M: A tak serio, myślisz czasami o tym?
F: Jasne, ze myślę, Często się nad tym zastanawiam.
M: I co sobie myślisz?
F: No tak się martwię trochę, jak ja będę to podnosił (tutaj następuje gest chwytania noworodka na ręce). Takie to małe gówienko... - do mojego brzucha - oj, sorry, bez urazy, wiem, że ty wszystko już słyszysz...

Jakiś czas temu mówię do Franka:
M: A jak będzie dziecko to już przestaniesz mnie pewnie kochać i nie będę już dla Ciebie najważniejsza na świecie.
F: Będziesz, będziesz. Dziecko będzie też najważniejsze, ale moja żonka zawsze będzie dla mnie najważniejsza na świecie.
M: A dlaczego?
F: Bo tak!
M: Ja ci powiem dlaczego! Bo dziecko będzie, będzie, a potem dorośnie i pójdzie sobie w świat, a żonka zostanie!
F: Oooo, a nie da się na odwrót?? :P
M: /wzrok Bazyliszka/

piątek, 28 marca 2014

Głośne naleśniki

Franek ostatnio zakochał się w moich naleśnikach. Twierdzi, że bardzo mu ostatnio posmakowały i nigdy takich nie jadł. Prawdę mówiąc nie do końca wiem, co ma na myśli, bo jak dla mnie - naleśniki, jak naleśniki. Nic nadzwyczajnego, mąka, mleko, jajka... To co zawsze :) No, ale rzeczywiście ostatnio jak tylko nie mamy pomysłu na obiad, słyszę: naleśniki!

Dzisiaj też nie mieliśmy drugiego dania zaplanowanego, więc Franek przymilnym tonem poprosił o naleśniki - tak chociaż po dwa! Ostatecznie naleśniki robi się szybko, więc się zgodziłam i wzięłam się za smażenie. Ponieważ bardzo nie lubię, kiedy w całym mieszkaniu unosi się zapach smażonego jedzenia - a zwłaszcza oleju, otworzyłam okno w kuchni, zamknęłam drzwi do sypialni i do dużego pokoju, w którym siedział Franek. Nagle słyszę: "dlaczego zamykasz?? nie zamykaj! ja chcę słyszeć jak robisz, jak słyszę to mi bardziej smakuje!" 
No proszę i już wiemy, dlaczego takie smaczne - bo głośne! :D

***
A tymczasem dzisiaj wieczorem się relaksujemy w towarzystwie. Koleżanka, z którą ostatnio świętowałam Dzień Kobiet oraz jej chłopak zaprosili mnie i Franka na wieczór. Jak to Kasia określiła - wyczaruje z dwóch butelek 0,7 wódki i 2 kg cytryn przepyszną ambrozję.
Będzie się działo...

niedziela, 26 stycznia 2014

W kropeczki... + "wytłumaczenie" :)


Jesteśmy w Miasteczku. Ubieramy pościel - a właściwie to Franek ubiera, bo to zawsze jego działka :) Mnie przypada ubranie "jaśków" Chwytam więc dwie poszewki i dwie poduszki i ubierając zadaję Frankowi pytanie: "Którą chcesz?.. Ja biorę tę w kropeczki". Zgadnijcie dlaczego Franek popatrzył na mnie dziwnie. Baaardzo dziwnie? :  :D:D
 


Ps. Ale mam - małe, bo małe - ale jednak wytłumaczenie :)


***
 Otóż: "moją" była oczywiście (nie tylko dla mnie, ale jak się okazuje również dla niektórych z Was :)) ta podusia niżej - czyli w kropeczki granatowe. Jest to poszewka jeszcze z moich przedszkolnych czasów i znam ją po prostu od zawsze. I zawsze była moja - z tyłu ma nawet wyszyte inicjały - więc w zasadzie od razu po tym jak zapytałam, odpowiedź nasunęła mi się sama, bo przecież oczywistą oczywistością było to, że ja biorę moją, a więc w kropeczki. Wiecie, to tak, jakby ta poduszka po prostu nazywała się "w kropeczki" :) Dopiero po chwili spojrzałam jeszcze raz i stwierdziłam, że o tej drugiej można powiedzieć to samo :D 
I wtedy zrobiło się wesoło, dawno się tak nie uśmiałam :) 

Ale grunt, że Wy wiecie, która to ta w kropeczki ;)

wtorek, 21 stycznia 2014

Wróżby jajcarskie i inne zabobony*

* z przymrużeniem oka
Mam wreszcie zdjęcie frankowej wróżby jajcarskiej, więc wrzucam, cobyście wiedziały, na podstawie czego wróżyłyście :)) Spisałyście się rewelacyjnie, wiedziałam, że mogę na Was liczyć w tej kwestii :)
 A tu jeszcze moja panterka:
Podsumowując, chłopek być może nie ma ewidentnej pozycji siedzącej, tak jak tamten zielony, ale nawiązując do tego, co było, przyjmujemy, że ma on coś wspólnego z przyszłą pracą Franka. Zielona Firma w Warszawie jest nie zielona a czerwono- żółta, więc same rozumiecie :)
Pamperek jest może mniej wyszczerzony, ale uśmiecha się, a to najważniejsze. Pędzelek na łepetynie oznacza, że Franek będzie sprawiał, że mój świat będzie cały czas kolorowy. A najwięcej będzie w nim żółtego i niebieskiego - czyli bardzo pozytywnych kolorów kojarzących sie z niebem, słońcem, morzem... Jedynym słowem - latem :) A w ogóle to ten chłopek ma na czole odciśnięte słoneczko, więc może wreszcie zaświeci dla nas słońce?!
Tylko co oznacza to koło ratunkowe?? :)

Kiedy zobaczyłam swoją figurkę, w pierwszej chwili pomyślałam, że to może czarny kot! Na szczęście doczytałam, że to pantera. Czyli będę sprytna, zwinna, szybka i odrobinę drapieżna - żeby walczyć o swoje ;) I ostatecznie spadnę na cztery łapy.

Same dobre rzeczy, nieprawdaż? :) Teraz trzeba się tego tylko trzymać.

***
A skoro już w tej sferze jesteśmy... Kojarzycie coś takiego jak "oko proroka"? Dostałam parę lat temu taką pamiątkę od teściowej, która wróciła z wycieczki w Turcji. Nosiłam ją jako breloczek do kluczy. Znałam ten "symbol", choć nie wiedziałam, że ma specjalną nazwę i generalnie nie przywiązywałam do tego żadnej wagi. Ot, taka ozdoba. Wygodna, bo dobrze mi się klucze wyciągało z torebki ciągnąc za to kółeczko :)


I ostatnio kiedy wyciągałam te klucze, to mi upadły na ziemię i pawie oczko (bo tak sobie je w myślach nazwałam) mi się połamało, (czy też stłukło, zwał, jak zwał:)) Żal mi się trochę zrobiło, bo się do niego przywiązałam, a w dodatku to upominek. Ale dopiero po chwili zastanowiłam się, czy to przypadkiem nie jest jakiś symbol. Nie wiem skąd mi to do głowy przyszło akurat wtedy, skoro przez trzy lata się nad tym nigdy nie zastanawiałam? :)
Poszukałam w internecie i znalazłam! O dziwo okazało się, że nosiłam przy sobie talizman :P chroniący przed "złym spojrzeniem", zawiścią, zazdrością, czy nieszczęściem, który ewentualne złe życzenia pod moim adresem odbijał i kierował do nadawcy. Okazało się, że kiedy takie oko proroka pęka, to znaczy, że wypełniło swoje zadanie i ochroniło mnie przed czymś wspomnianym wyżej, o czym nawet mogłam nie mieć pojęcia :D

Tak na serio nie wierzę w takie rzeczy :) Ale stosuję je czasami jako swego rodzaju afirmację. Ubieram coś "na szczęście", zabieram ze sobą coś w tym samym celu, podnoszę się na duchu tym, co napisano w horoskopie (oczywiście "wierzę" tylko w to, co dobre:P) albo odprawiam jakiś mały rytuał (np. przed ważnymi egzaminami spałam z notatkami pod poduszką a na śniadanie jadłam jajko i Snickersa:P) Może nie wierzę w to, że coś faktycznie może mi przynieść szczęście albo że jak coś jest napisane w horoskopie, to na pewno się wydarzy. Ale wierzę w moc swoich własnych myśli i wierzę w to, że pozytywne myśli przyciągają pozytywne wydarzenia. A wokół siebie staram się szukać dowodów potwierdzających to moje pozytywne myślenie :)

Tak czy inaczej, wniosek z tego taki, że teraz to już naprawdę wszystko musi iść dobrze, skoro wszelkie uroki odpędzone a jajcarska wróżba jak zwykle pozytywna. 

piątek, 13 września 2013

Trzynastego

Jak tam Wasz piątek trzynastego? :)
Ja ledwo przyszłam do pracy, chciałam poprawić wystawkę i tak postawiłam butelkę, że się przewróciła, pociągnęła za sobą korkociąg, który zaczepił o kieliszek. Wszystko spadło z wysokości około 2 metrów, efekt: jedna butelka i jeden kieliszek rozbite, szkło było wszędzie, podobnie jak czerwone wino :) Ale miałam sprzątania! :)
Na szczęście wszyscy u mnie w pracy, którym musiałam powiedzieć o stracie stwierdzili, że to tylko jedna butelka i tylko jeden kieliszek i najważniejsze, że człowiek nie ucierpiał :P
Potem zepsułam mopa przy tym sprzątaniu.
W końcu wysypał się Anglikom system, co oznaczało totalne uziemienie nas na jakąś godzinę. Nie zrobiłam połowy z tego, co planowałam.
A teraz jeszcze pada deszcz a ja właśnie rowerem będę jechać do domu.

Ale co tam! Najważniejsze, że mamy tydzień rocznicowy i będziemy świętować :) Za chwilę jedziemy do Miasteczka :)

Ps. A swoją drogą jakoś w ogóle nie zauważyłam, że dziś piątek trzynastego, dopóki nie usłyszałam o tym w radio. Ale jak dobrze mieć usprawiedliwienie dla pechowego dnia :P

czwartek, 12 września 2013

Weekendowe wspomnienie i zapowiedź świętowania

Sprawa wygląda tak, że od jakiegoś czasu żyję po prostu w permanentnym stresie i lęku o to, co przyniesie przyszłość. Nie znoszę niepewności, a stabilizacja jest dla mnie równa z poczuciem bezpieczeństwa, spełnienia - a co za tym idzie, szczęścia. Dlatego, jeśli tego mi brakuje, nie czuję się najlepiej.
Na co dzień oczywiście staram się trzymać. Wiem doskonale, że zamartwianie się niczego mi nie da - ale pewnie każda z Was wie jak to jest wmawiać sobie, że będzie dobrze i nie ma co się teraz zamartwiać, a nastrój i tak nas nie słuchał. W każdym razie, staram się trzymać, ale niewiele niestety trzeba, żebym się puściła :) Wystarczy drobiazg i się sypię - i tak się stało na przykład wczoraj.
Dzisiaj jest lepiej, ale niestety obawiam się, że dopóki coś się nie wyjaśni, takie złe momenty będą się jeszcze zdarzały - bo, jak napisałam w komentarzu jednej z Was, to coś poważniejszego niż gorszy dzień. Raczej chodzi o trudny okres, w którym staram się funkcjonować. Na szczęście to puszczanie się działa też w drugą stronę :) Czyli wystarczy pozytywny drobiazg w tej ciemnej sytuacji i już jest jakoś trochę lepiej.

Tak na przykład było w weekend :) Przyjechała Dorota i zarządziła odstresowywanie mnie i Franka! Myślałam, że nie da rady, ale okazało się, że w miarę, jak wieczór upływał, mój stres się ulatniał a humor poprawiał. Mogłam się wreszcie napić :) Bo ze mną to jest tak, że jak jestem zestresowana i zdołowana, to alkohol w ogóle mi nie wchodzi, dopiero jak się wyluzuję, to mogę pić. Wypiłam więc trzy piwka, ale to było nic w porównaniu do wyczynu Franka i Doroty, a zwłaszcza Doroty :) Rano w kuchni było czternaście pustych puszek po piwie (ach, jak mi żal, że zdjęcia na potrzeby bloga nie zrobiłam :)) - moje trzy, jedenaście Franka i Doroty. Nie są pewni, jaki był rozkład, ale obstawiają 6:5 dla Doroty (chyba, że 7:4, ale to malo prawdopodobne, Franek nosił ślady większego spożycia jak na moje subiektywne oko :P)
Jak już wiecie, nocka upłynęła nam spokojnie w jednym łóżku. Franek przez chwilę się gorszył, że może nie wypada, żebyśmy tak w trójkę, ale już ścielił łóżko. Myślę, że przeważył argument, że musiałby ubrać drugą pościel dla Doroty (u nas to zazwyczaj on zmienia pościel) i jego lenistwo :P

Sobota była błogim lenistwem! Oglądaliśmy różne bzdury w internecie i podjadaliśmy: to chipsy, to żelki, to słonecznik (tak, tak, w tym roku zdziubałam ich już chyba setki, nadrabiam ubiegły :P), to pierogi ulepione przeze mnie dzień wcześniej. Pogoda była piękna, więc gdy Franek poszedł się zdrzemnąć, stwierdziłyśmy z Dorotą, że idziemy na spacer. Na co Franek się ocknął i stwierdził, że idzie z nami. Zwiedziliśmy trochę okolicę (bo nawet my z Frankiem jeszcze wszystkich kątów nie obeszliśmy), pogadaliśmy trochę, i pofilozofowaliśmy. Po powrocie znowu zalegliśmy na kanapie. 
Miałam poczytać, ale Franek z Dorotą chcieli coś oglądać. Ostatecznie puściliśmy Kac Wawę - bo słyszeliśmy, że jest to najgorszy i najgłupszy polski film, jaki kiedykolwiek nakręcono i chcieliśmy sprawdzić dlaczego. Potwierdzamy jednogłośnie opinię, ale na pytanie "dlaczego" nie da się odpowiedzieć, jest aż tak źle :) Najzabawniejsze jest to, że obejrzeliśmy cały film, ale tylko jak się naszą trójkę do kupy weźmie :P W sensie: tak się zlożyło, że jak ja oglądałam, to Dorota z Frankem spali, kiedy Dorota się obudziła, to zasnęłam ja, ale w końcu zmogło ją znowu i tylko Franek obejrzał końcówkę :D

Późnym popołudniem i wieczorem zdążyłam jeszcze ugotować rosół i zrobić pranie, a potem szykowałyśmy się z Dorotą do wyjśnia na imprezę. Franek nie dał się namówić.Ale nie protestował i poszłyśmy same :) Było fajnie, choć tym razem jakoś miałyśmy więcej ochoty, żeby posiedzieć przy barze, pogadać i poobserwować ludzi, niż bawić. Niemniej jednak potańczyłyśmy trochę też :) Ale już po pierwszej Dorota stwierdziła, że czuje się zmęczona i wychodzimy. Poszłyśmy na nocny autobus, który z Marszałkowskiej zawiózł nas prosto do Podwarszawia. 
W autobusie trochę pospałyśmy, ale na szczęście gdy usłyszałam przystanki mówiące o tym, że znajdujemy się już w Ursusie przebudziłam się i dopilnowałam, żeby wysiąść w porę. Na szczęście, bo Dorota nastawiła co prawda budzik, ale zadzwonił dopiero jak już wsiadałyśmy do taksówki, która wiozła nas prosto do domu. Franek był bardzo mile zaskoczony, gdy już przed trzecią obudziły go hałasy na klatce schodowej, a dokładnie moja czkawka i śmiech Doroty :D Myślał, że znowu wrócimy rano, więc się ucieszył bardzo na nasz widok i położył nas spać. 
Nie mam pojęcia, kiedy zasnęłam. A gdy obudziłam się po siódmej po swojej lewej stronie zobaczyłam śpiącą Dorotę, a po prawej... nikogo. Biednego Franka znalazłam w drugim pokoju. Spytałam, dlaczego sobie poszedł, a on powiedział, że my zasnęłyśmy w pół sekundy, a on nie mógł, bo Dorota zaczęła chrapać, a ja się rozpychać :D Bieedny :)
Niedziela była bardzo niedzielna, poszliśmy na spacer i do kościoła (nawet Dorota wyraziła chęć, żeby się wybrać na mszę z nami) i na kawkę do kawiarni..Po 15 Dorotka pojechała, a my z Franusiem znowu zalegaliśmy na kanapie i brakowało nam Doroty :))
Tak powinien wyglądać udany weekend :) Było dużo leniuchowania, sporo imprezowania, ale też zrobiłam kilka pożytecznych rzeczy. A przede wszystkim spędzliśmy ten czas w doborowym towarzystwie i naprawdę świetnie się bawiliśmy. Było prawie tak, jak sobie kiedyś z Dorotą obmyśliłyśymy, że będziemy mieszkać razem z naszymi mężami :P 

Ta wizyta była i mnie i Frankowi bardzo potrzebna, żebyśmy się trochę wyluzowali o pobawili. Nastrój naprawdę podskoczył nam w górę i tak się trzymał do wtorku, dopiero wczoraj było trochę gorzej, jak już wiecie.
Za to dziś mam nadzieję, że będzie tylko dobrze, bo oto rozpoczynamy "Tydzień rocznicowy" :P Tak sobie wymyśliliśmy świętowanie naszej rocznicy, która przypada co prawda dopiero na niedzielę, ale ponieważ nie załatwiliśmy sobie na te dni urlopu, świętowanie rozłożymy w czasie. Zaczynamy już dziś i na 19:30 wybieramy się do teatru!

poniedziałek, 9 września 2013

Streszczenie

Kiedy już Dorota rozpłynęła się niemal ze wzruszenia na tekst Franka, że jest dla niego jak siostra - jeśli nawet nie jego własna, to moja, usłyszała:
- Jesteś moją faworytką! Lubię Cię najbardziej ze wszystkich koleżanek mojej żony.
Na co odparła:
- Ty też jesteś moim faworytem! Lubię Cię najbardziej ze... No lubię Cię najbardziej po prostu :P
Uff, o mało mnie nie wsypała z tymi mężami :D

Oni się naprawdę bardzo lubią i bardzo, bardzo mnie to cieszy :) Franek juz kilka razy mówił mi, jaka Dorota jest fajna, Dorota zawsze wychwalała Franka mądrość życiową, zaradność i... normalność :P Tym razem posłodzili sobie bez mojego pośrednictwa :D

Dylemat się  rozwiązał bardzo szybko. Spaliśmy w trójkę! Tak po prostu ;) Ja w środku!
To na razie tyle, ze szczegółami na temat minionego weekendu wrócę później, bo mam trochę pracy ;)


poniedziałek, 2 września 2013

Zostań bohaterem w swoim domu + dopisek

Siku zachciało mi się chyba już przy węźle Emilia. Ale jeszcze nie tak mocno, więc stwierdziłam, że wytrzymam. Szkoda było mi czasu na zatrzymywanie się, zwłaszcza, że już się ściemniało... I wytrzymałam. Ale jak tylko zaparkowaliśmy na osiedlu, wzięłam co mogłam z bagażnika i pobiegłam do domu do toalety. 
Później zrobiłam to co każdy, czyli spuściłam wodę i... I nic. To znaczy na początku się spuściło a potem reszta wody ze spłuczki została na poziomie zdecydowanie zbyt wysokim, nie żeby się wylewało, ale jednak wyglądało groźnie.
Wpatrywałam się tak przez chwilę, po czym pobiegłam do okna, żeby zobaczyć na jakim etapie jest Franek z wyciąganiem bagażu z samochodu. Już zamykał. No więc czekam niecierpliwie, przebieram nóżkami. Domofon zapipkał - znak, że Franek już wszedł do klatki. Wyleciałam na korytarz, zapaliłam światło, żeby szybciej się wdrapał. Kiedy tylko pojawił się w zasięgu wzroku wyszeptałam zrozpaczonym niemal głosem (niedziela, godzina 22, co my zrobimy??) - Ubikacja się zatkała!
Franek spojrzał na mnie dziwnie i rzekł "no to co?", po czym skierował swoje kroki do toalety, wziął takie gumowe coś (tak, ja wiem do czego to służy, ale na widok zatkanego kibelka ja się zatkałam jeszcze bardziej i nie pomyślałam), co zawsze stało w łazience, a czego nigdy w życiu używać nie musiałam, uczynił swoją powinność i wszystko ładnie spłynęło.
Z szerokim uśmiechem spojrzałam pełnym uwielbienia wzrokiem na swojego małżonka.
Proszę, jak łatwo można zostać bohaterem we własnym domu - i to nie udając się wcale do marketu budowlanego ;)



DLA DOMU Z POMYSŁEM :P     
(obrazek znaleziony w internecie ;)


Ps. Powiesiłam dzisiaj pranie na balkonie. Pogoda była niby niepewna, ale zaryzykowałam. W ciągu dnia zaczęło trochę padać. Czekałam z niecierpliwością aż Franek będzie w domu, żeby poprosić go, aby zdjął wszystko ze sznurka. 
Okazało się, że już to zrobił ;) A to, co było jeszcze wilgotne rozwiesił na suszarce. No proszę, a podobno faceci o takich rzeczach nie myślą :) Prawdziwy domowy bohater!

piątek, 30 sierpnia 2013

Odwdzięczona

I wreszcie się Frankowi mogłam odwdzięczyć za tysiące sytuacji, w których mnie ratował! Dowoził mi klucze, dokumenty, załatwiał duplikaty skierowań i co tam jeszcze :) Bo ja ciągle czegoś zapominałam - albo zabrać ze sobą, albo oddać (np. zakosiłam dokumenty samochodu, podczas gdy potrzebne były Frankowi, a raz zabrałam nawet oba komplety kluczy:P).
Dzisiaj Franek zrobił coś, co jest zupełnie do niego niepodobne i aż nie mogę uwierzyć :) Chociaż po prawdzie, jak się tak zastanowiłam nieco dłużej, to trochę moja wina.

Franek wczoraj robił część badań do pracy - psychotechniczne, a dzisiaj miał całą resztę i na koniec lekarza medycyny pracy. I wyobraźcie sobie, że jadąc do tego lekarza, zabrał skierowanie, natomiast wczorajszych wyników już nie! Zadzwonił do mnie zły jak sto os, że musi się wrócić i dostarczyć te badania. A ja byłam zdumiona! To takie typowe - dla mnie! Nie dla niego :) Ale wielkodusznie, żeby było szybciej zgodziłam się (ba, sama chciałam to zaproponować, ale nie zdążyłam) wyskoczyć z pracy, pojechać do domu, spotkać się w połowie drogi z Frankiem i przekazać mu badania. Bo on podjechał kawałek samochodem, zostawił go na parkingu i wsiadł w autobus miejski, więc trochę to trwało zanim wrócił. Ja w tym czasie wsiadłam na rower, pojechałam do domu, zgarnęłam badania i pojechałam do Warszawy, na stację, na której Franek zaparkował. Wyczucie czasu było niemal idealne :)
Swoją drogą, w przeszłości nigdy nie przypuszczałam, ze mogłabym na rowerze mijać tabliczkę z napisem "Warszawa" i to czasami kilka razy w miesiącu ;)

Grunt, że wszystko się Frankowi udało załatwić. A ja się do tego przyczyniłam ;)
A teraz jeszcze o tej mojej winie... Bo rano zachciało mi się bułeczki ze sklepu i poprosiłam Franusia, żeby skoczył. Zgodził się, ale powiedział, żebym mu spakowała wszystko do teczki. No to spakowałam skierowanie, rozpiskę z godzinami badań. Przygotowałam bilet i mapę. Zadzwoniłam jeszcze do przychodni, żeby o coś dopytać. Przeszło mi przez myśl, żeby zapytać Franka o wczorajsze wyniki, ale jakoś słabo mi to przechodziło, bo bez głębszej refleksji... Franek chwycił teczkę myśląc, że wszystko w niej ma. 
A powinien sprawdzić - zresztą zazwyczaj to robi i to on jest z naszej dwójki tym bardziej upierdliwym, sprawdzającym po sto razy, czy drzwi są zamknięte, czy dokumenty ma w kieszeni i takie tam. No więc tym razem nie sprawdził, ale nawet gdyby, to na niewiele by się zdało, bo sierotek z niego, skoro jakoś nie pomyślał o tym, że to badanie przecież musi pokazać lekarce. Potem nawet się tłumaczył, że przecież mu tego nie powiedzieli :P
Ze mnie sierotka, bo chociaż to było dla mnie oczywiste, to niewiedzieć czemu. nie wpakowałam tych badań i nawet się nad tym nie zastanowiłam :P Nawet trudno powiedzieć, że kompletnie zapomniałam, bo mam wrażenie, że to coś więcej ;))

Ale przynajmniej zrobiłam sobie rundkę rowerem do Wawy i z powrotem, przy pięknej pogodzie i jeszcze Franusiowi przysługę wyświadczyłam. (Co prawda ilość przysług wyświadczonych przez niego mnie jest dużo większa, ale cóż ja poradzę, że on mi okazji nie daje?)
A korzyść mam z tego taką, że Franek potem przyjechał do mnie do pracy, wsiadł na mój rower i zostawił samochód. Więc o te siedem minut będę szybciej w domu, a to bardzo istotne, bo zaraz po pracy jedziemy na weekend do Poznania! Każda minuta jest więc ważna, bo oczywiście chcemy być tam jak najszybciej.

Miałam w planie napisać jeszcze jedenastą notkę w tym miesiącu i tym samym wreszcie ustanowić rekord w tym roku (zwłaszcza, że zaczęłam pisać dopiero piętnastego ;)) - nadmieniając przy okazji, że chyba wróciłam na dobre? Ale może mi się to nie udać, bo zdaje się, że teściowie siedzą na swojej działce i zabrali ze sobą internet ;)

sobota, 17 sierpnia 2013

Ciało obce


Przyjechał mąż. Postawił swoją walizkę i zastawił mi nią szafę z ubraniami :P I oczywiście zajął połowę łóżka! Ale przyznać muszę, że i tak spało mi się całkiem dobrze :D Na pewno lepiej niż przedwczoraj, kiedy to przez pół nocy przewracałam się z boku na bok, nie wiedzieć czemu. 
Do tego stwierdził, że lodówka należy do niego! W takim sensie, że to on zawsze układa jedzenie w lodówce jak wracamy z zakupów. No i oczywiście już mi wszystko poprzestawiał :)
Będzie się trzeba przyzwyczaić do ciała obcego w domu :P Czuję się, jakbyśmy dopiero teraz zamieszkali ze sobą po ślubie :D

piątek, 7 czerwca 2013

Najwspanialsza żona

No i znowu mamy piątek.  A to oznacza, że Franuś już jest w Podwarszawie :D O osiemnastej wysiadł z pociagu w Warszawie Zachodniej. Tak naprawdę bardzo szybko mijają te dni, ani się obejrzeliśmy i znowu jesteśmy razem. 
Od razu pojechaliśmy na zakupy, bo kiedy jestem sama, to  niemal o suchym chlebie i wodzie żyję ;) Chodziliśmy tak sobie po tym Tesco, Franek mnie przytula i mówi: "zobacz, jak sobie chodzimy fajnie razem po sklepie. Jak prawdziwe małżeństwo" :P
A potem nadal mnie tuli i przy marchewkach całuje w czoło. Więc się pytam, czemu taki milutki jest. Odpowiada, że tak się cieszy, że jesteśmy razem i że jestem jego najukochańszą żoną. Kontynuuje swój wywód: "wiesz, tak sobie myślę, jaka jesteś kochana... tyle żon już miałem, ale jednak ty jesteś tą najwspanialszą"

No to mamy weekend :P

wtorek, 4 czerwca 2013

Żałoba

Mój ulubiony.


Nie ma i nie będzie :(
Miałam jeszcze nadzieję... Chodziłam po sklepach, rozglądałam się... Mój niepokój rósł, ale się nie poddawałam. Aż dostałam ostateczne potwierdzenie z najpewniejszego źródła "zniknięcie jest definitywne" "względy biznesowe". Bla, bla, bla. Zła jestem!

Chyba się upiję z żalu.
Tylko czym? :D

niedziela, 10 marca 2013

Przemyślałam sprawę i już wiem

dlaczego napisałam, że nie do końca się utożsamiam z tym tekstem? :)

1.Nie czytam żadnych instrukcji. Wciskam guziki, aż zadziała.
Zupełnie na odwrót! :) Zanim ruszę jakikolwiek nowy sprzęt, studiuję instrukcję :) Nie zawsze, ale zazwyczaj. Zdarza się, że nie czytam całej instrukcji a tylko część najbardziej mnie interesującą, ale nie lubię na sprzętach działać intuicyjnie :)

2. Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu. I bez alkoholu daję radę.

Trudno mi to skomentować :) Nie wiem, czy się z tym zgadzam, czy nie :) W ogóle staram się nie robić sobie obciachu! A jeśli już mi się to zdarza... To nie mam pojęcia, czy jest to na trzeźwo, czy nie. Chociaż... kiedy się napiję to jest mi bardziej wszystko jedno, więc może i prawda..

3. Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!

Uważam, że bywam rozkapryszona, tudzież "emocjonalnie elastyczna" z równą częstotliwością, co Franek :) To się może zdarzyć każdemu, niezależnie od płci. Być może rzeczywiście kobiety mają ku temu większe skłonności, ale ja rzadko nie wiem, czego chcę i rzadko miewam huśtawki nastrojów, a jeśli już, to zazwyczaj coś za tym stoi - i nie chodzi mi o hormony, a raczej sytuację zewnętrzną.

4. Najpiękniejsze słowa świata: "Idę na zakupy"

Oj nie, jest dużo więcej najpiękniejszych słów świata :) 

5. Nie mam żadnych dziwactw! To są "special effects"!

Oczywiście, że mam dziwactwa! A któż ich nie ma? :)


6. Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie - wytapetowane kości!

Tu się zgadzam! Owszem, podobają mi się - bez podtekstu seksualnego! - raczej drobne dziewczyny (chociaż tu głównie chodzi o wzrost), ale zdecydowanie nie uważam, że szkieletorki są ładne :)

7. Przebaczyć i zapomnieć? Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!

Hmm, hmmm, hmmm.... Jezusem może i bywam, ale Alzheimera nie mam na pewno! :) Pamiętliwa jestem, to fakt. Nie żebym się mściła - absolutnie, ale jeśli ktoś mi raz podpadnie, to długo potem o tym pamiętam. I tylko naprawdę bliskie mi osoby mogą liczyć na to, że taka wpadka nie będzie miała większego wpływu na nasze relacje :)

8. My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła, lecimy dalej - na miotle!

Wszystko jedno jak, ważne, żeby dolecieć jak najszybciej :)

9. To nie jest żaden tłuszcz! To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!

No nie, tak to się nigdy nie tłumaczę :) Mam miejsce gdzie tłuszczyk mi się odkłada, ale jeśli tylko jest go nieco więcej, niż jestem w stanie zaakceptować, walczę!

10. Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał, że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu....a potem uczynił ziemię okrągłą ?

No tak, ale nie wiemy, co Bóg obiecał facetom ;) Myślę, że też mogą się czuć rozczarowani, więc jesteśmy kwita :P

11. Na moim nagrobku niech będzie napis: "Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"

:D Tego chyba nie muszę komentować :)

12. Tak tak...my kobiety jesteśmy jedyne w swoim rodzaju! 

Oczywiście, że jesteśmy! :) Ktoś ma jakieś wątpliwości? :P
 ***
Można więc powiedzieć, że tekst pasuje do mnie tak w 50% :) Niemniej jednak, uważam, że jako ten pisany z przymrużeniem oka jest świetny i że są kobitki, które utożsamiają się z nim bardziej. Co jest fajne, bo nie są to cechy, które uważałabym za jakieś szczególnie uciążliwe dla otoczenia :)
 

piątek, 8 marca 2013

A dzisiaj święto dziewczynek

JA, KOBIETA:
Nie czytam żadnych instrukcji. Wciskam guziki, aż zadziała.
Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu. I bez alkoholu daję radę.
Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!
Najpiękniejsze słowa świata: "Idę na zakupy"
Nie mam żadnych dziwactw! To są "special effects"!
Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie - wytapetowane kości!
Przebaczyć i zapomnieć? Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!
My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła, lecimy dalej - na miotle!
To nie jest żaden tłuszcz! To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!
Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał, że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu....a potem uczynił ziemię okrągłą ?
Na moim nagrobku niech będzie napis: "Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"
Tak tak...my kobiety jesteśmy jedyne w swoim rodzaju! 

***

Co prawda nie podpisuję się pod każdym z tych stwierdzeń, ale tekścik sympatyczny:) Postanowiłam się nim z Wami podzielić. Wszystkiego najlepszego kobitki!:)

niedziela, 10 lutego 2013

Przechlapane

Wpadli do nas wczoraj wieczorem znajomi i oglądaliśmy film z wesela. Wspominałam Wam, że podczas oczepin  mieliśmy "test zgodności małżeńskiej", czyli zabawę, podczas której wodzirej zadawał nam pytania, a my nie widząc siebie, odpowiadaliśmy podnosząc buty do góry. 
Kiedy wczoraj oglądaliśmy film i padło pytanie: "kto pierwszy nawiązał znajomość" (ja odpowiedziałam, ze Franek, Franek, że oboje jednocześnie) Mietek krzyknął: "to ja powinienem swojego buta podnieść, to wszystko moja zasługa!"

Opowiadałam Wam kiedyś, jak się z Frankiem poznaliśmy i rzeczywiście, to Mietek zrobił ten pierwszy krok :) Wczoraj przypominaliśmy sobie tamten dzień, a później chłopaki cofnęli się jeszcze trochę w czasie i wspominali dawne (czyt. nieżonate) czasy:
Mietek: Się chodziło na imprezy. Ciągle coś się działo
Franek: No fakt, jak z Tobą gdzieś wyszedłem, to nudno nigdy nie było. Ale najczęściej potem miałem przechlapane.
Margolka: Rzeczywiście, gdyby nie Mietek, to byłbyś dzisiaj wolny jak ptak, bo ostatnia impreza, na którą poszliście razem skończyła się dla Ciebie poznaniem przyszłej żony... Przechlapane na amen! :P