*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne miejsca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2014

Skurczona Polska, czyli rzut beretem :)

Za każdym razem, gdy przyjeżdżamy do Poznania, zaskakuje nas, jakie to małe miasto :P Wiem, to brzmi absurdalnie, ale naprawdę mamy takie odczucia.
Pamiętam, kiedy tu przyjechałam. Nie byłam co prawda całkowicie przytłoczona ogromem tego miasta, bo byłam już dość oswojona z Wrocławiem, do którego jeździłam dość regularnie - ale jednak mieszkanie na tak dużej powierzchni to była dla mnie nowość :)
Wszędzie było daleko! Nigdzie nie chciało mi się chodzić, a nawet jeśli próbowałam, to zajmowało to bardzo dużo czasu i energii. Ale oczywiście później się do tego przyzwyczaiłam.

Perspektywa jednak zmieniła się dopiero, gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy. Już wcześniej, kiedy jeździłam na delegację, od razu wiedziałam, że Warszawa jest miastem dużo większym. Oczywiście wiem, że Ameryki nie odkryłam :) Ale chodzi mi o to, że widać to było na pierwszy rzut oka - nie kiedy trzeba było gdzieś pójść albo podjechać, ale od razu, gdy wychodziło się z Dworca Centralnego wprost na budynki Warsaw Trade Towers i Pałac Kultury i Nauki człowiek uświadamiał sobie, że Poznań to Pikuś ;) Takie samo wrażenie miała zawsze Dorota i Franek, który wręcz stwierdził, że pochodzi z wioski :P
Odległości w Warszawie są naprawdę wkurzające, wspominałam Wam o tym już wiele razy. Ale dzisiaj chciałam się raczej skupić na tym magicznym skurczeniu się Poznania :)
Zauważyliśmy z Frankiem, że od kilku miesięcy wolimy po Poznaniu chodzić niż na przykład czekać na tramwaj albo pojechać samochodem (kiedyś to było nie do pomyślenia) Na początku to była kwestia tego, że nie mieliśmy już bezpłatnych biletów, a szkoda było je kupować żeby przejechać dwa przystanki. (No właśnie, w stolicy dwa przystanki to zwykle minimum 30 minut piechotą, w Poznaniu jakieś 10-15) Ale potem stwierdziliśmy, że lepiej się przejść, bo to po prostu niedaleko :) Spacer nad Maltą polegał kiedyś na tym, że wsiadaliśmy w tramwaj, wysiadaliśmy przy Baraniaka i chodziliśmy dookoła jeziora. Teraz idziemy tam na piechotę. A potem nie mamy żadnego problemu z tym, żeby przejść się do Starego Browaru. Kiedyś to naprawdę były hektary do pokonania, a teraz wszystko się jakby do siebie zbliżyło.
 Wczoraj przyjechaliśmy do Poznania o 22. Znowu jechaliśmy Polskim Busem, wysiedliśmy więc na (nowym wypasionym - ale co najważniejsze KOLOROWYM :P) zintegrowanym centrum komunikacyjnym, czyli po prostu na dworcu PKS :) Nie mieliśmy biletów, więc stwierdziliśmy, że najlepiej będzie pójść na piechotę. Zajęło nam to pół godziny, ale tylko dziesięć minut mniej zajmuje mi dotarcie piechotą do pracy ("zimą" chodziłam tak przez dwa tygodnie), więc cóż to dla nas teraz? :P W dodatku okazało się, że tramwaj przyjechał tylko pięć minut szybciej (minął nas po drodze) - to też fakt, że w Warszawie jednak komunikacja wieczorno-nocna pozytywnie zaskakuje swoją częstotliwością.

To nie ma być notka o wyższości większych miast nad mniejszymi lub na odwrót. Chodzi mi tylko o to, że mimo wszystko, gdy się nad tym zastanawiam, to zaskakuje mnie, jak bardzo i jak szybko może się zmienić perspektywa :) W ogóle ze mną to jest dość zabawnie, bo najpierw mieszkałam w Miasteczku (do 10 tys mieszkańców), potem mieszkałam z dziadkiem w większym mieście (40tys) a pod koniec liceum kilka razy w tygodniu bywałam w Opolu, które znałam już prawie jak własną kieszeń. Potem zamieszkałam w Poznaniu a teraz w Warszawie. Strach pomyśleć co będzie dalej :P ale wolę się o tym nie przekonywać ;)) Można więc powiedzieć, że wraz z tym, jak rosłam ja, rosło także moje otoczenie :)

Ale paradoksalnie - świat, a w szczególności Polska się skurczyły :) Kiedyś podróż do mojej babci to była prawdziwa wyprawa! 120 kilometrów, 1,5 godziny samochodem (podróży dwoma autobusami, pociągiem, a potem jeszcze 2 km na piechotę w czasach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu już nawet nie wspomnę, chociaż pomimo tego, że miałam wtedy 6 lat, do dzisiaj pamiętam prawie wszystkie stacje kolejowe pomiędzy Opolem a Nysą:P)! Cóż to teraz dla mnie :)
Teraz normą są cztery godziny w samochodzie na trasie Warszawa-Miasteczko :) Wcale nie wydaje mi się to dużo. W ciągu jednego nieco tylko wydłużonego weekendu potrafimy z Frankiem pokonać prawie 1000 km (Warszawa-Miasteczko-Poznań-Warszawa) i wydaje nam się to zupełnie naturalne. Ani nas to nie męczy ani nie nudzi.
Niedawno przyjechał do nas w odwiedziny mój wujek, który jest nauczycielem, więc miał ferie. Któregoś wieczoru spacerowaliśmy sobie po stolicy, a wujek mówi: "i pomyśleć, że ledwo przedwczoraj stałem na Gubałówce". Bo wujek najpierw z Miasteczka pojechał do mojej siostry do Krakowa. Stamtąd wyskoczyli sobie do Zakopanego. Później przyjechał jeszcze do nas. Różne strony Polski - cóż to za problem dzisiaj wyskoczyć jednego dnia do Krakowa, a następnego do Warszawy? :P
Można też o to pytać Doroty, która ostatnio miała w pociągu do wypełnienia ankietę na temat podróży PKP. Kiedy na nią później spojrzała z dystansem, zdziwiła się, że miała miesiąc kiedy jeździła pociągiem do Poznania, Szczecina, Miasteczka, Warszawy, Opola, Wrocławia i Katowic :)
Co tu dużo mówić, kurczy nam się ta nasza ojczyzna, ale bardzo mnie to cieszy, bo dzięki temu, to naprawdę żaden problem wyskoczyć sobie w weekend na zachodni lub południowy koniec Polski :)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

1000 kilometrów

Niemal co do jednego - tyle pokonałam podczas minionego właśnie długiego weekendu. Taki już mój los :) Taki chyba los mojej rodziny :)
Tak sobie czasami myślę, że może pokolenia temu, ktoś rzucił na nas klątwę i od tamtej pory wszyscy się muszą "tułać" :) Moja rodzina, zwłaszcza od strony taty jest rozproszona dosłownie po całej Polsce. Jeśli chodzi o krewnych po kądzieli, niby mieszkają bliżej siebie, ale część z nich pochodzi z ziem wschodnich, skąd zostali przesiedleni w czasach wojny.
Dlatego dla mnie od zawsze naturalne było, że z kuzynostwem widuję się tylko na wakacjach u babci, a czasami mijało kilka lat między jednym a drugim takim spotkaniem. Nie miałam bliskiej rodziny na miejscu. Wyjątkiem byli rodzice i brat mojej mamy - mieszkający 15 km od Miasteczka, choć kiedy moi rodzice przenosili się właśnie do Miasteczka, ten dystans wydawał im się ogromny. Wszak kiedyś ani telefonów, ani samochodów... Co nie przeszkadzało im w każdy piątek pakować siebie oraz swoje cztero- i dwuletnie dziecko do pociągu, żeby spędzić weekend (wtedy jeszcze "sobotę i niedzielę" ;)) u rodziców.
Jak widać, to wszystko naprawdę u nas rodzinne, tyle, że dystans się zwiększył. I to sporo. 

Rodzina frankowa za to, od pokoleń żyje na kupie w Poznaniu :) Zawsze razem, zawsze blisko. A jednak Franek się wyłamał. No cóż - jak się wżenił w taką "zaklętą" rodzinę jak moja, to już chyba nie miał wyjścia :P Niemniej jednak, podjęcie decyzji o tym, że zostawi Poznań przyszło mu chyba łatwiej niż mnie - choć jak na razie jeszcze go nie zostawił. 

Wracając jednak do mojego tysiąca - w środę popołudniu wsiadłam w pociąg do Poznania. Planowane trzy godziny zmieniły się w trzy i czterdzieści minut, ze względu na problemy z sygnalizacją. Ale dojechałam przed 22. Pierwsze 300 km za mną. Przespaliśmy się u teściów, a o piątej samochodem wyruszyliśmy do Miasteczka, żeby zdążyć w sam raz na śniadanie, a potem mszę i procesję :) To już razem 500. Zostaliśmy do soboty. Ten czas był bardzo udany, choć niestety nie pogodowo :( Ale jakoś sobie radziliśmy. Po prostu grill był nie na ogródku a w piekarniku :P W sobotni wieczór wróciliśmy do Poznania (700 km), bo Franek niestety kończył już swój weekend i w niedzielę o 4 zaczynał pracę. Spędziliśmy jeszcze razem niedzielne popołudnie, a później, pobiwszy się wcześniej z myślami - jaki środek transportu wybrać, wsiadłam w samochód. Przestraszyły mnie tłumy w pociągu, na który nie było rezerwacji miejsc.
Po trzech godzinach bez dziesięciu minut i po trzystu kilometrach autostrady dojechałam na miejsce. 1000.
I ładny kawałek Polski zjechałam. Wygląda na to, że tak już teraz będzie - choć oczywiście nie w każdy weekend będę zaliczać i Poznań i Miasteczko. Do Poznania z Podwarszawia jest 300 km. Do Miasteczka 260 - szkoda, że w zupełnie innych kierunkach i nigdy nie będzie się niczego zrobić "po drodze".
Ostatecznie okazuje się, że nawet taki dystans można przemierzać regularnie, jeśli się chce :) Pewnie, że wolałabym mieć rodziców za jednym rogiem, a teściów za drugim. Ale cóż, znacie to - jak się nie ma, co się lubi... :) No to lubię ;)

sobota, 1 grudnia 2012

Ciepłych wspomnień początek

A więc witajcie w grudniu (nie do wiary!). Na szczęście jeszcze nie przysypało świata na biało, tak jak miało to miejsce dwa lata temu, ale to więcej niż pewne, że bez zimy w tym roku się nie obejdzie. Niestety. Ale cóż, trzeba przeżyć i to. A tymczasem, może to właśnie najlepszy moment, aby ogrzać się trochę przy wspomnieniach z wakacji... :) 

Wylot na Fuerteventurę zaplanowany był na niedzielę 21 października po godzinie 18. Obudziliśy się rano w nastroju oczekiwania. Odsłoniłam rolety i zdziwiłam się, że po takiej pięknej, słonecznej sobocie na zewnątrz jest tak ponuro i szaro. A właściwie biało, bo wszystko zasnute było mgłą. Ale nie przejęłam się tym specjalnie, jakoś nie skojarzyłam... Dopiero Franek uświadomił mi, że lepiej żeby do popołudnia mgła opadła, bo nie polecimy, czym zasiał we mnie odrobinę niepokoju. Ale był dopiero poranek i nawet mimo tego, ze mgła wydawała się wyjątkowo gęsta i nie opadała przez długi czas, wydawało się niemożliwe, że nie przejdzie do osiemnastej. I rzeczywiście, pół godziny przed naszym wyjściem z domu wyjrzało słońce. Na lotnisko jechaliśmy już uspokojeni i pewni, że wszystko będzie w porządku. Błąd. Dosłownie kilkaset metrów przed lotniskiem mgła znowu się pojawiła. I gęstniała z minuty na minutę. Odprawa odbyła się normalnie, przeszliśmy przez bramki i udaliśmy się do strefy dla VIPów  (prezent ślubny od naszego biura podróży). Na początku jeszcze wydawało nam się, że będzie dobrze, dopóki nie odwołali pierwszego lotu. Później siedziałam cała w nerwach, bo nie wiedziałam, co się dzieje w takiej sytuacji. Okazało się, że nasz lot został przekierowany. Przez megafony ogłoszono, że mamy odebrać bagaże i udać się do autobusów czekających na zewnątrz, które zawiozą nas do Warszawy. 

Podróż trwała dość długo, bo warunki nie były najlepsze. Cały czas wydawało nam się, że polecimy, bo nikt nie udzielił nam innej informacji, chociaż wydawało nam się to bardzo dziwne - zwłaszcza, gdy słyszeliśmy wiadomości radiowe i gdy moja mama zadzwoniła z wiadomością, że w telewizji podają, że wszystkie lotniska są pozamykane. Jednak autokar zawiózł nas od razu do hotelu. Tam zjedliśmy kolację, zameldowaliśmy się i usłyszeliśmy, że mamy się dowiadywać, co dalej. W okolicach północy trafiliśmy do pokoju hotelowego i położyliśmy się, ale tylko na chwilę, bo po pierwszej zadzwoniłam na recepcję i dowiedziałam się, że od drugiej będą podstawiane autobusy, które zawiozą nas na lotnisko. Zdrzemnęliśmy się jeszcze chwilę a przed trzecią wyszliśmy do autobusu. I znowu odprawa, czekanie i wejście na pokład samolotu. O 4:35 wysłałam smsa, że za chwilę startujemy, ale moment później kapitan powiedział, że są jakieś problemy techniczne i muszą wszystko posprawdzać... Jak pech to pech. Ostatecznie wylecieliśmy o 5:50. A i tak mieliśmy szczęście, bo z tego, co później słyszałam, to był jedyny lot jaki wypuścili przez długi czas...

Na miejsce dolecieliśmy po około pięciu godzinach. I jakby nie było, z dwunastogodzinnym opóźnieniem. Jak widzicie podróż mieliśmy z mega przygodami. Byliśmy zmęczeni i nieco zawiedzieni, że tak wyszło, ale nie źli - bo przecież takie rzeczy po prostu się zdarzają. Na szczęście później było już tylko lepiej :) Zameldowaliśmy się, pojechaliśmy windą na ostatnie piętro naszego hotelu, do pokoju 730 i rozpoczęliśmy jedne z najwspanialszych wakacji w życiu! 

To nasz hotel


 i widok z niego:

 


 

środa, 8 sierpnia 2012

Ukochane miejsce.

Od tygodnia mieszkamy z Frankiem u jego rodziców, którzy wyjechali na wakacje i opiekujemy się psem. A to oznacza, że chwilowo wróciłam na stare śmieci - moje niegdyś ukochane ratajskie osiedle :)
Nadal uważam, że to najlepsze miejsce w Poznaniu - nie dość, że jest tu po prostu ładnie, to mam z tą okolicą związanych mnóstwo wspomnień. Ale przyznaję, że już nie wiążę z tym miejscem swojej przyszłości. Głównie dlatego, że nie byłoby to praktyczne. Jeśli mielibyśmy szukać mieszkania dla siebie -to raczej w innej części miasta. Po raz pierwszy nie mieszkałabym w centrum (teraz też wynajmujemy mieszkanie w centrum, ale niestety w brzydkiej okolicy) - ale zauważyłam, że coraz mniej mi to centrum jest potrzebne. Kiedyś jeździłam na uczelnię, do pracy.. Teraz bywam tam raz na kilka miesięcy.
W każdym razie piszę tutaj o przyszłości, która jak na razie jest bardzo mglista, więc to wszystko jest w sferze rozważań czysto teoretycznych, ot takie gdybanie, bo do konkretów nawet się nie przymierzamy.

I w ogóle nie o tym miałam, tylko o tym, że Rataje zawsze będę darzyć ogromnym sentymentem, bo to tutaj wszystko się zaczęło - i wcale nie mam na myśli tylko mojego związku z Frankiem. Pisząc "wszystko" dokładnie "wszystko" mam na myśli :)
Piękne to były czasy. Kocham ten park nad Wartą, kocham te nasze bloki. Uwielbiałam moje mieszkanie, na które teraz spoglądam - wystarczy bowiem, że siedząc przy biurku w dawnym pokoju Franka przechylę głowę lekko w prawo i widzę okna mojego dawnego pokoju... Zaglądam tam, kiedy jest otwarte okno. Widzę, że tapeta w kuchni się nie zmieniła i firanki cały czas te same... :) A kiedy znajoma, która teraz tam mieszka wrzuciła do internetu jakieś zdjęcia rozpoznałam także parkiet i wykładzinę...

Bardzo trudno było mi się rozstać z tym mieszkaniem, zapewne pamiętacie. Ale na co dzień w ogóle o tym nie myślę. Pisałam zresztą kiedyś notkę o tym, jak odwiedziłam to mieszkanie i dotarło do mnie, że to już koniec tamtego etapu, że symbolicznie się z nim pożegnałam... Kiedy czytam ją teraz, czuję się dokładnie tak samo... Ale najciekawsze jest to, że to tylko tutaj nawiedzają mnie te wszystkie wspomnienia i sentymenty. Albo nawet nie o to chodzi, że tutaj, ale, że w tych okolicznościach - kiedy jestem tu dłużej. Kiedy chwilowo tu mieszkam. Wszystko do mnie wraca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio myślałam o moim dawnym mieszkaniu, w zasadzie wcale tego nie robię. Nigdy mi się nie śni. A odkąd jesteśmy tu, śniłam o tamtym mieszkaniu już cztery razy! Zastanawiam się, co to właściwie oznacza :) Zawsze śni mi się, że przychodzę tam w odwiedziny, nie że tam mieszkam... Pokój nie śni mi się w tej samej formie, w jakiej był "za moich czasów", ale śni mi się jako pokój koleżanki. Jednak dopiero po tych wszystkich przemyśleniach i po tych snach uświadamiam sobie, jak bardzo jestem z tamtym miejscem związana emocjonalnie.
Nie wiem, czy jest jeszcze jedno takie miejsce.. Pewnie mój dom rodzinny, ale mimo wszystko uczucia towarzyszące mi, gdy o nim myślę są zupełnie inne.
Nie sądziłam, że można aż takie uczucia żywić do czterech ścian. Do paru metrów kwadratowych :)


I chociaż życie toczy się dalej i bardzo lubię je w tej właśnie formie, to zawsze będę tęsknić do tamtego miejsca i do tamtych czasów :)

wtorek, 27 stycznia 2009

Dlaczego do Londynu?

Bo muszę gdzieś wyjechać. Potrzebuję malutkich wakacji. Oderwania się od rzeczywistości. Muszę mieć na co czekać… I muszę jechać po buty hi hi. Mam zamiar lecieć tylko na parę dni. A właściwie mamy zamiar, bo Franek powiedział, że mnie samej nie puści.
Nawiązując do jednego z komentarzy, ja również nie wyobrażam sobie wyjechać na dłużej. A właściwie nie muszę sobie wyobrażać, bo wiem jak to jest. Ponad dwa lata temu byłam w Hiszpanii. Dostałam stypendium i wyjechałam tam na studia, mieszkałam w Cordobie przez pół roku. Może kiedyś przyjdzie czas i napiszę trochę więcej o tamtym okresie. Ale tak w skrócie – to było niesamowite doświadczenie. Bardzo dużo mi to dało. Nauczyłam się bardzo dużo. O języku nawet nie wspominam, ale nauczyłam się życia. I dowiedziałam się dużo o sobie. I, nawiasem mówiąc, dowiedziałamsię dużo o koleżance, z którą wyjechałam, ale niestety to nie były miłe odkrycia. Przeżyłam tam wiele pięknych chwil, ale te najpiękniejsze były wtedy,kiedy Franek przyleciał do mnie na święta i Sylwestra. Bo tak naprawdę ten okres to był czas ogromnej tęsknoty za domem, rodziną, Frankiem, Polską…Niestety czułam się tam samotna i mimo, że miałam znajomych, nie potrafiłam się do końca odnaleźć w zagranicznej rzeczywistości. Odkryłam, że jestem Polką.Polką w domu, nie na emigracji. Mieszkanie za granicą jest nie dla mnie. Ale nie żałuję, ze wyjechałam, bo pod pewnymi względami tamten okres był również piękny. Jeden z najlepszych w moim życiu.
W każdym razie podróżować lubię bardzo. I krótkotrwałe wyjazdy za granicę jak najbardziej mnie pociągają. W zeszłym roku pod koniec lutego zrobiliśmy sobie z Frankiem małe tournee po Hiszpanii. Dziesięć dni zwiedzania. Zaczęliśmy od Madrytu, przez Toledo, popołudnie Hiszpanii – odwiedzenie starych kątów w Cordobie, Sevilla, Cadiz… Było wspaniale. Tak naprawdę w zeszłym roku po świętach żyliśmy tylko tym wyjazdem…I w tym roku brakowało mi czegoś… Chciałam na coś czekać. Marzy nam się jeszcze zwiedzenie Salamanki i Barcelony, ale niestety na razie nie stać nas na taki wyjazd jak w zeszłym roku. Ale wtedy przypomniałam sobie, że koleżanka zapraszała mnie do siebie do Londynu, gdzie studiuje. Londyn jest bliżej,łatwiej się tam dostać… Pomyślałam, że to dobry pomysł wyskoczyć na weekend. A z tymi butami też nie żartuję :) Byłam w Anglii dwa razy – jak miałam 16 i 18 lat. Mieszkałam tam w Hastings i Brighton, ale mieliśmy też wycieczkę do Londynu. I za każdym razem kupiłam sobie tam parę oryginalnych Martensów. Najwygodniejsze buty świata :) Moje granatowe Martensiki mają już prawie sześć lat, więc czas je wymienić :P A tak przy okazji, z Hiszpanii zawsze przywożę sobie papcie :D
Wczoraj dostałam od koleżanki z Londynu potwierdzenie,napisała, że na nas czeka. Pozostaje mi tylko bukować bilety. Dzisiaj pogadamyz Frankiem i zastanowimy się, czy zrobimy to przez Internet, czy przejedziemy się na Ławicę…

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Nic się nie dzieje...

Nie mam weny ostatnio chyba. A zresztą nawet nie o wenę chodzi prawdopodobnie, tylko po prostu mało się u mnie ostatnio dzieje :) Dni podobne do siebie i nic specjalnego się nie wydarzyło. Ale wbrew pozorom się nie nudzę. Nawet nie wiem jak to się stało, że znów minął cały tydzień… A najbardziej to chyba zasługa książek. Przychodzę z pracy do domu i jak zacznę czytać o 17 to tak mi zejdzie przynajmniej do 20 – o ile coś ciekawego w telewizji leci, bo jak nie, to jeszcze dłużej. W weekend przyjechał do Poznania mój wujek i zabrał mnie i Franka na wycieczkę w miejsca związane z początkiem Państwa Polskiego – Gniezno, Ostrów Lednicki. Niby to on przyjeżdża do nas i to my powinniśmy go oprowadzać, ale jest na odwrót. A to dlatego, że mój wujek jest historykiem, więc wie co i jak należy pokazać :) Wycieczka bardzo przyjemna. A w niedzielę to już naprawdę głównie czytałam. Parę razy spojrzałam w ekran jak tam sobie nasi na olimpiadzie radzą, a o 14 zadzwoniła mama Franka, żebym przyszła do nich na obiad. Na obiedzie był również brat Franka z narzeczoną i jechali potem razem z rodzicami rozejrzeć się za salą, bo za rok wesele robią. Miałam jechać z nimi, ale Franek do pracy szedł, więc stwierdziłam, ze wrócę do moich książek. I tym sposobem kolejne wesele mi się szykuje. We wrześniu jeszcze dwa, a w przyszłym roku już następne dwa zaklepane… Całe moje i Franka kuzynostwo wchodzi właśnie w taki wiek, że się teraz wszyscy będą żenić. I skąd ja tyle kreacji wezmę?? :) Dobrze, że chociaż mam rozmiar ten sam co moja mama i siostra :) No więc sami widzicie, że się nic nie dzieje :) Nawet dzisiaj w pracy spokojnie i wygląda na to, że będzie luz. A to mój ostatni tydzień przed kolejnym urlopem :) W tym roku dwa tygodnie wolnego rozłożyłam sobie na dwa razy po jednym tygodniu. I tym sposobem w piątek zaczynam labę. Tylko nie wiem jeszcze za bardzo co będę robić. Czy się gdzieś wybierzemy, czy nie. Krucho z kasą… No i pogoda – szkoda gadać…