*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ech-faceci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ech-faceci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 listopada 2014

Panowie uczą się rodzić

W tym tygodniu skończyliśmy trwający sześć tygodni kurs w szkole rodzenia. Będzie mi brakowało tych spotkań. Podobało mi się, kiedy jeździliśmy razem z Frankiem na te zajęcia i kiedy później omawialiśmy to, co tam usłyszeliśmy. W ogóle od samego początku wiedzieliśmy, że na takie zajęcia się zapiszemy i nie zawiodły one naszych oczekiwań. Pewnie jeszcze napiszę o naszych wrażeniach ogólnych albo po prostu o refleksjach, które przyszły nam na myśl po omówieniu jakiegoś tematu, ale dzisiaj trochę o czymś innym - o facetach :)

Na pierwszych zajęciach położna prowadząca powiedziała coś, co bardzo mnie zaskoczyło - że wie, że panowie przyszli tutaj zaciągnięci na siłę przez swoje partnerki i pewnie będą się nudzić jak mopsy, ale jednak zachęcała ich, aby nie traktowali tego kursu jako zła koniecznego, skupili się na tematach, postarali się wsłuchać, zaangażować i na pewno zobaczą, że to nie jest tak zupełnie tematyka im obca... Byłam zdumiona, bo ja Franka nawet nie musiałam na uczestnictwo w szkole rodzenia namawiać, a co dopiero zaciągać go na siłę. Właściwie dla niego to było naturalne, że się na takie zajęcia zapiszemy, bo kiedy tylko wspomniałam coś na ten temat po raz pierwszy, od razu powiedział, że też o tym myślał.Nie traktował tych cotygodniowych spotkań jako przykrego obowiązku, ale jechał na nie tak jak ja - z przyjemnością i z ciekawością. Nawet kiedy był mocno zmęczony po pracy. Słuchał bardzo uważnie, był zaangażowany i później omawiał ze mną w domu to, co usłyszeliśmy.

Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej! Jeśli Franek jeździłby na takie zajęcia niechętnie, to wolałabym, żeby nie jeździł wcale. A samej pewnie też by mi się za bardzo nie chciało, bo źle bym się czuła sama pośród par. Ale przede wszystkim byłoby mi cholernie przykro! Nie uważam, że ciąża i dziecko to tylko moja sprawa. Sądzę, że oboje powinniśmy się angażować w równym stopniu w to wszystko, co się z tym tematem wiąże i nawet jeśli ze względu na fizjologię, oczywistym jest, że pewne rzeczy Franka bezpośrednio nie dotyczą, to i tak powinien o nich nie tylko wiedzieć, ale podchodzić do nich tak, jakby było inaczej.

Kiedy patrzyłam na innych facetów w naszej grupie, wydawało mi się, że właściwie większość z nich podchodzi do zajęć tak samo jak Franek. Byli zaangażowani nawet bardziej, niż kobiety. Zadawali więcej pytań, rwali się do ćwiczeń praktycznych, aktywnie uczestniczyli w spotkaniach i widać było, że sprawiają im one przyjemność. Zwróciłam uwagę na to, że kiedy mieliśmy ćwiczenia z lalkami, to właśnie mężczyźni w większości trzymali je w objęciach :)

Ale okazało się, że to chyba jakieś wyjątkowe egzemplarze :P Ze względu na nasz urlop, nie mogliśmy brać udziału we wszystkich zajęciach w naszej grupie, ale mieliśmy możliwość odrobienia dwóch spotkań z inną grupą w Warszawie. Pojechaliśmy więc i tam właśnie zobaczyłam tych facetów, o których wspominała położna na wstępie!
Byłam w szoku, kiedy patrzyłam na te znudzone miny albo kiedy usłyszałam od dwóch dziewczyn, że ich mężowie nie przyjechali, bo wieczorem jest mecz w telewizji i oni nie mogą się na niego spóźnić! Franek też jest kibicem i też zależało mu, żeby ten mecz obejrzeć, ale do głowy mu nie przyszło, żeby wobec tego powiedzieć, że mam jechać sama. Dwóch kolesi rozsiadło się (a właściwie rozłożyło) na workach sako, po czym całkowicie zatopili się w wirtualnej rzeczywistości. Nie wiem co robił ten siedzący na przeciwko mnie, ale facet obok sprawdzał pocztę na swoim smartfonie a potem przez całe zajęcia grał w jakąś głupią gierkę. Nie dość, że zupełnie nie był zainteresowany tym, co się dzieje na kursie, to jeszcze po prostu pokazywał położnej prowadzącej zajęcia, że ma ją gdzieś. W pewnym momencie ona nawet zwróciła mu delikatnie uwagę, ale nie zrozumiał aluzji :/ Żenada. Autentycznie wstydziłabym się za takiego faceta.

Wiem, że mężczyźni są różni. Związki też są różne. Ludzie dobierają się w pary w taki sposób, jaki im odpowiada i mnie nic do tego. Ale słowo daję, cieszę się, że Franek jest inny! Tak, jak już wspomniałam, byłoby mi bardzo przykro, gdybym widziała, że nie obchodzi go to wszystko, co dzieje się podczas tych dziewięciu miesięcy oczekiwania na dziecko. Byłabym też pewnie wkurzona. Prawdę mówiąc, to nie wiem, czy byłaby to rzecz, którą potrafiłabym zaakceptować, wydaje mi się, że nie. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być z tym wszystkim sama - bo tak właśnie bym się czuła. Odnosiłabym wrażenie, że mój mąż uważa, że te wszystkie ciążowe sprawy go nie dotyczą, nie mogłabym z nim o tym porozmawiać i zwyczajnie nie czułabym, że mam w nim jakiekolwiek oparcie.
Nie twierdzę, że tamci faceci będą złymi ojcami, bo tego wcale nie wiem i nie mam podstaw, żeby tak sądzić. Ale nie jestem pewna, czy są dobrymi partnerami. Dla mnie na pewno by nie byli...

Wolę jednak Franka, który do mojej ciąży podchodzi nawet bardziej emocjonalnie niż ja - który w przeciwieństwie do mnie gada z moim brzuchem i któremu zdecydowanie lepiej poszło zmienianie pieluchy lalce :) Jeździ ze mną na większość badań, rozmawia ze mną na tematy związane z ciążą, porodem i dzieckiem. Który od samego początku - od tego momentu, kiedy wszedł do łazienki i zobaczył mnie zapłakaną nad testem ciążowym - jest dla mnie wsparciem, pomimo wszystkich gorszych dni i pomimo tego, że nie skacze usłużnie wokół mnie.
I  nie chodzi mi o to, że absolutnie wszystko musimy robić razem i być jak papużki nierozłączki. Wręcz przeciwnie - uważam, że to niezwykle ważne, aby każde z nas zachowało autonomię. Ale są pewne sprawy, które według mnie można przeżywać tylko we dwoje i które należy traktować po prostu jako wspólne.

Na koniec jeszcze taka anegdotka z kursu - na jednych zajęciach położna mówiła o tym, że kobiecie podczas porodu nie można nic jeść, więc, aby pamiętała, żeby posilić się wcześniej. Poza tym poród, to czas, kiedy ma się ona skupić tylko na sobie i kiedy to ona jest najważniejsza, a osoba towarzysząca (w większości przypadków mąż) ma być jej podporą. Opowiadała właśnie historię z morałem - rodząca kobieta w przerwie między jednym a drugim skurczem chodziła na paluszkach obok szpitalnego łóżka, na którym chrapał jej zmęczony po nocce facet - kiedy jeden z chłopaków podniósł rękę i nieśmiało zapytał:
- Bo pani mówiła, że kobieta nie może jeść podczas porodu... Ale czy w szpitalu jest jakaś stołówka, żebym mógł sobie coś kupić? Bo przecież ja będę głodny...
Biedactwo powiedział to w taki sposób, że wszyscy wybuchnęliśmy szczerym śmiechem :))

czwartek, 9 grudnia 2010

Łoś!

A ten znowu ma focha :/ Normalnie jeszcze trochę i naprawdę uwierzę, że on ma jakiś zespół napięcia przedmiesiączkowego, tyle, że co dwa miesiące. Bo średnio w takich odstępach czasu muszę znosić Frankowe humory.

Zaczęło się wczoraj rano. Tak mi zepsuł nastrój tym swoim obrażalstwem i nerwowością, że postanowiłam, że się do niego nie odezwę dopóki nie przeprosi. Ale, kurka wodna, nie potrafię nie odbierać telefonu. A skoro odebrałam, to i odezwać się musiałam. Pytał tylko co robimy na obiad, więc udzieliłam mu tej informacji wielce urzędowym tonem.A kiedy wróciłam do domu, trudno było mi się obrażać dalej, bo obiad pachniał już, a w moim kapciu znalazłam paczkę żelków. No więc na chwilę mi przeszło. Ale naprawdę na chwilę, bo zaraz po obiedzie Franek poszedł sobie do drugiego pokoju spać. Wstał na chwilę dopiero po ósmej, trochę na mnie powarczał i położył się z powrotem. Przez całą noc nawet mnie nie dotknął (a budziłam się kilka razy, podświadomie chyba czekając na jakieś przytulenie). Raz tak jakby dotknął moich włosów, przez minimalną chwilę zdawało mi się, że może mnie chce pogłaskać, ale to chyba był tylko „przezsenny odruch bezwarunkowy”. A jak wstawał, to nawet nie dał mi buziaka.

Jak mnie wkurza ten łoś! Najgorsze jest to, że nie potrafię tego tak sobie olać. Owszem, nauczyłam się już teraz, że mam do niego nie podchodzić w ogóle, nawet z kijem, jak się tak zachowuje. Siedzę sobie w drugim pokoju, robię swoje, wychodzę na aerobik, potem oglądam „Na wspólnej”… Niby zajmuję się sobą, a jednak nie potrafię się od tego odciąć. Emocjonalnie, gdzieś w środku przeżywam to bardzo, a nawet popłakuję sobie chwilami. Dobra, on się będzie tłumaczył, że zmęczony jest (kolejna prawidłowość – te fochy ma zawsze w okresie, kiedy przez kilka dni ma do pracy na bardzo-bardzo rano i potem odsypia). Ale ja dziękuję bardzo za coś takiego. To niech się prześpi dwie godzinki i niech będzie normalny a nie się wyżywa. Bo nawet jeśli świadomie tego nie robi, to jego foczenie ma wpływ również na mój nastrój. Niestety, nic mi się nie chce robić i niespecjalnie cieszą mnie różne rzeczy, które w innych okolicznościach na pewno sprawiłyby mi radość.

Jutro ma wolne. I coś czuję, że dzisiaj nastąpi cudowne ozdrowienie (bo zapomniałam wspomnieć, że oprócz tego, że zmęczony, to jeszcze przeziębiony) i nagle będzie już bardzo wypoczęty. Przynajmniej na tyle, żeby wypić czteropak piwa. Najlepiej z kumplami :/ Co za łoś! Chciałoby się go olać, ale jakoś nie potrafię :/

piątek, 4 czerwca 2010

Kto ma rację?

Jakieś osiem lat temu pojechałam gdzieś na cały dzień i wróciłam dopiero wieczorem (za pozwoleniem rodziców). Mamy akurat nie było. Na drugi dzień spytała się mnie, czy tata do mnie dzwonił. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, ze nie. Po chwili między moimi rodzicami miała miejsce taka o to rozmowa:
M: Margolki wczoraj nie było cały dzień w domu…
T: No nie...
M: Dzwoniłeś do niej?
T: Nie…
M: Jak to? Cały dzień jej nie było a Ty się nie zainteresowałeś?
T: No przecież wiedziałem gdzie jest i co robi.
M: A jakby coś się stało, to nawet nic byś nie wiedział?
T: Jak nie dzwoniła, to znaczy, że się nic nie stało. Gdyby coś było nie tak, to na pewno by zadzwoniła.

***
Druga rozmowa miała miejsce wczoraj między mną i Frankiem. Wyszliśmy do kościoła.Nagle zaczęłam gorączkowo przeszukiwać torebkę:
M: Kurka wodna! Chusteczek higienicznych nie wzięłam!
Podczas gdy ja się denerwuję i złorzeczę na swoją sklerozę – bo przecież byłam w łazience po chusteczki, jak to się stało, ze ich nie wzięłam? – Franek przeszukuje swoje kieszenie. Po chwili wyciąga w moją stronę paczkę chusteczek.
M: Ale po co mi to dajesz? Ja nie chcę chusteczki.
F: No jak to, przecież mówiłaś, że ich nie wzięłaś…
M: Nie wzięłam, ale teraz nie potrzebuję.
F: To po co już teraz się denerwujesz, że nie wzięłaś chusteczek? Może wcale nie będą ci potrzebne??

***
Ja wiem, że my jesteśmy z innych planet. Mars, Wenus i te sprawy. Ale cały czas mnie to zdumiewa :) Takich rozmówek pewnie mogłabym przytoczyć jeszcze mnóstwo – każda z Was przypuszczalnie również. Jak to jest, że my tak zupełnie inaczej patrzymy na te same sprawy? :)
Dla mojej mamy normalne było dzwonić do mnie, żeby kontrolować sytuację – tak na wszelki wypadek. Nawet teraz, gdy zbyt długo nie dzwonię, mama już się boi, że może coś się stało. Tata z kolei twierdzi, że skoro nie dzwonię, to znaczy, że nic złego się nie dzieje.

Ja się zdenerwowałam samym faktem, że nie wzięłam chusteczek – bo a nuż będą mi potrzebne. (Notabene nie były :)) Franek zdziwił się, że w ogóle sprawdzam, czy mam chusteczki, skoro ich nie potrzebowałam w danym momencie :))


No i kto ma rację? :) W zasadzie przecież obydwa podejścia – i to babskie i męskie mają sens.

niedziela, 14 lutego 2010

Przebimbane

Otóż ten weekend mam wycięty z życiorysu :)) W sensie takim, że nie zrobiłam nic pożytecznego. No może oprócz zdania pracy do dziekanatu w sobotę o 9. Potem to już tylko sobie bimbałam. Nic mi się nie chciało. Nawet na bloga jakoś nie zajrzałam, choć to mi się rzadko zdarza.

Z uczelni poszłam z dziewczynami z grupy na śniadanie, herbatę i takie tam. W ten sposób rozpoczęłam odmóżdżanie. I to niemal dosłowne, bo jak potem wracałam do domu, wsiadłam w tramwaj i zapomniałam z niego wysiąść :) W końcu jednak do domu trafiłam i myślałam o tym jak bardzo nie chce mi się robić obiadu :) Uratowała mnie mama Franka, która zadzwoniła, że mam przyjść do nich na obiad. Posiedziałam tam do wieczora, bo jego rodzice organizowali sobie ostatki  i zostałam na tej imprezce nawet dłużej niż sam Franek, który musiał iść do pracy na nockę. Potem byłam umówiona z Juzką. Piwkowałyśmy i prowadziłyśmy poważne i mniej poważne rozmowy a po północy stwierdziłyśmy, że warto by się gdzieś zabawić. Wyruszyłyśmy na podbój klubów.

Postanowiłyśmy, że pójdziemy wreszcie gdzieś indziej niż zwykle, ale albo trzeba było płacić za wstęp albo nie czułyśmy się trochę staro, bo średnia wieku wynosiła 16 lat :) I ostatecznie wylądowałyśmy tam, gdzie zawsze. Trafiłam na kliku fajnych tancerzy, więc wreszcie się wyżyłam jeśli o to chodzi. Niestety sporo facetów było dość nachalnych i niemal musiałam jednego na drugiego napuszczać :) Przyznać muszę, że takie wypady bywają bardzo dowartościowujące. A wczoraj już w ogóle miałam w sobie jakąś moc przyciągania, bo się dosłownie nie mogłam opędzić od adoratorów. Juzka zresztą też, zresztą w pewnym momencie musieli ją siłą na parkiet ciągnąć, bo jakoś nie rozumieli, że ona naprawdę na chwilę obecną ma dość :/ W każdym razie było bardzo miło, sympatycznie, nasłuchałam się komplementów, ale byłyśmy tam chyba tylko godzinę, bo to się zrobiło naprawdę męczące.

Dlaczego kolesie nie potrafią się po prostu bawić tylko od razu się biorą za podryw? Po trzeciej ewakuowałyśmy się stamtąd prosto do miejsca pracy Franusia, od razu się poczułam bezpieczniej, jak już nie musiałam niczego nikomu tłumaczyć, tylko wszyscy na własne oczy widzieli, że Franek jest mój a ja jego :) Kiedy idę na imprezę potańczyć, to naprawdę nie widzę nic złego w tym, żeby ewentualnie potańczyć z innym facetem. Zwłaszcza gdy tańczy dobrze. Ale jak już zaczyna mnie obejmować albo robi podchody, żeby mnie pocałować w policzek, to niestety, ale coś się koledze pomyliło i nie wiem dlaczego oni myślą, że jak tańczę, to jest to jakiś rodzaj gry wstępnej.
Ale grunt, że było fajnie :) A nad ranem mogłam się wtulić we Franka i zasnąć.

Niestety już po trzech godzinach się obudziłam i cały dzień się snułam :) Niespecjalnie przytomna, dodam :) Franek też się snuł, bo jednak po nocce był, ale spędziliśmy kilka godzin razem jak na Walentynki przystało :)
Taa, bardzo produktywny weekend, nie da się zaprzeczyć ;)

środa, 10 lutego 2010

Wredne babsko...

...to ja :) Przynajmniej według niejakiego „adr”. W zasadzie nie wiem jaki cel miał ten internauta komentując w ten sposób notkę. Czyżby chciał mi zrobić przykrość? No ale, Czytelniczki Drogie, czy ja kiedykolwiek napisałam, że wredna nie jestem? Ba!, często nawet otwarcie się do tego przyznaję. Trochę mi tutaj „babsko” co prawda nie pasuje, bo to słowo raczej kojarzy mi się z kobietą o wymiarach 180 wzdłuż i 180 wszerz, no ale niech będzie i babsko :)
Andrzej natomiast stwierdził, że jestem typową babą niewiedzącą czego chce. Chociaż nie do końca zrozumiałam jego wywód, bo dalej napisał, że ”chciałabym to, chciałabym tamto” – no to skoro chciałabym, to chyba jednak wiem, czego chcę? Jak myślicie? :) Aha, i zwrócił mi jeszcze uwagę na to, że w ogóle nie piszę o tym co bym dała. Owszem nie pisałam, ale notka była o czymś innym. Zaproponowałam nawet Andrzejowi, żeby dał namiary na siebie, to go powiadomię, jak powstanie notka o tym co mogę z siebie dać, ale jakoś się nie odezwał.
Był też pewien „mężczyzna sporo starszy ode mnie”, który komentował w sposób kulturalny i, nie powiem, dość merytoryczny, ale niestety szybko dało się zauważyć, że wybiórczo komentuje notkę i w taki sam sposób odpowiada na moje komentarze – założył sobie jakąś tezę a na resztę miał klapki na oczach. Koniecznie chciał mi udzielić kilku dobrych rad. Rad chętnie słucham, ale tych zaserwowanych w odrobinę inny sposób :) Poza tym uważam, że najlepiej to się jednak człowiek na swoich błędach nauczy, nie na cudzych :) Przyjęłam więc tylko szczere życzenia rozsądku i podziękowałam.
Mowa oczywiście o panach udzielających się pod, jak się od Was dowiedziałam, poleconą ostatnio notką „O rozkładzie sił w związku”. Polecenia przez Onet są różnie odbierane przez blogowiczów. Niektórzy na nie czekają, inni ich nie znoszą. Ja mam stosunek neutralny - zawsze jest to szansa na poznanie nowych osób, no i jakieś wyróżnienie, ale z drugiej strony nigdy nie wiem który kawałek mojego życia zostanie przedstawiony szerszej publiczności :) Inna sprawa, że zdecydowanie wolę polecenia na stronie „Onet blog”, ponieważ jednak wtedy odwiedzający zwykle sami prowadzą bloga i szansa na merytoryczną dyskusję jest dużo większa niż w wypadku polecenia na stronie głównej kiedy to mnożą się komentarze od niejakich „jshdaia”, „bzzuau”, „ja” i „xxxxx”, którzy trafili na dany blog raz, nabrudzili i więcej nie wrócą :)
Przyznać jednak muszę, że dotychczas prawdziwego zmasowanego ataku trolli udało mi się uniknąć a pojedynczymi niepochlebnymi komentarzami niespecjalnie się przejmuję.
Wracając jednak do notki o Margolce – wrednym babsku, ciekawostką jest, że tylko tych dwóch panów (bo ten starszy nie był jakoś szczególnie zbulwersowany) tak się oburzyło na moją notkę. Natomiast kobiety – co do jednej przyklaskiwały i nawet dostrzegały w niej siebie. Nie jestem znawcą psychiki ludzkiej, więc nie wiem co w tych panach siedzi, że aż musieli dać upust swojej złości na kobiety takie jak ja, powiem tylko tyle, że jeśli nie wyobrażają sobie związku z kobietą z silnym charakterem, o przepraszam!, z wrednym babskiem niewiedzącym, czego chce, to niech się cieszą, że nie mają ze mną do czynienia :) Nie przeżyliby tego. Mięczaki :) A ja również dziękuję losowi, ze mnie takimi nie pokarał.

czwartek, 29 października 2009

Ładnie dziś wyglądasz.

Każda babka lubi słyszeć, ze ładnie wygląda nie? :) Ale z drugiej strony nie powinna może tego słyszeć codziennie, bo jak spowszednieje, to traci swoją moc. Mam takiego kolegę w pracy (tego od kwiatów i od budki telefonicznej), który codziennie przychodzi do pracy i pierwsze co robi, to kieruje swoje kroki do biura, żeby się ze mną przywitać i powiedzieć mi, że ładnie wyglądam.
No pewnie, że to miłe, ale trochę przestałam na to reagować, bo jak tu wierzyć, skoro słyszę to codziennie, bez względu na to jak jestem uczesana i w co jestem ubrana.? :) W pewnym momencie zamiast „dziękuję, miło mi”, zaczęłam odpowiadać z uśmiechem „dzisiaj też?” :) Chociaż jedno mu trzeba oddać, jak pewnego razu miałam zmartwienie i zaliczyłam nieprzespaną i przepłakaną noc, to zapukał swoim zwyczajem do biura, powiedział: „Cześć Margolka ład…” i się zawiesił, po czym dokończył „coś blada dzisiaj jesteś, dobrze się czujesz? Jakoś źle wyglądasz..” Więc może jednak jest szczery i naprawdę uczciwie mówi, że mam ładny płaszczyk na przykład :)
Także w liceum miałam kolegę, który raz jeden powiedział mi, że ładnie wyglądam, a ponieważ bardzo miło mi się wtedy zrobiło i dziękowałam mu wylewnie za komplement, chyba uznał za punkt honoru codzienne poprawianie mi nastroju miłym słowem. Od tamtej pory każdego dnia przychodził do szkoły ze słowami „Cześć Gosia, ładnie dzisiaj wyglądasz” :)
Miło jest słyszeć coś takiego codziennie, ale jeszcze przyjemniej, kiedy się usłyszy coś takiego niespodziewanie i od osoby, która komplementami nie szafuje. Pamiętam jak ładnych parę lat temu spotkałam się z moim ówczesnym najlepszym kolegą i on nagle spojrzał na mnie i powiedział „jakoś ładnie dzisiaj wyglądasz”. Miałam wtedy podły nastrój, ubrana byłam bardzo zwyczajnie (do dziś to pamiętam :) i nawet się nie pomalowałam, bo była sobota. Ależ mi się przyjemnie zrobiło.
A jeszcze przyjemniej zrobiło mi się wczoraj. Franek nie należy do tych facetów, którzy nie mają swojego zdania jeśli chodzi o babskie ciuszki czy fryzury. Potrafi spojrzeć na mnie krytycznym okiem i powiedzieć, że sweterek troszkę babciny albo, że coś dziwnego mam z włosami (na szczęście często tego nie słyszę, więc chyba nie jest tak źle :)). Ale jednocześnie od samego początku ujął mnie tym (bo był pierwszym moim chłopakiem, który zwracał uwagę na to, jak wyglądam), że słyszałam od niego dość często: „O, ładnie Ci w tym”, albo „Jakoś Ci to pasuje”, albo „O co zrobiłaś z włosami, jakoś tak ładnie…”. Codziennie może tego nie słyszę, ale cieszę się, bo lubię się czasami odpicować i otworzyć mu drzwi umalowana, przebrana i zobaczyć w jego oczach prawdziwy podziw i zachwyt. Kiedy mu się tak oczy zaświecą, wiem, że jest szczery. Jakbym słyszała to za często, komplementy by mi spowszedniały.
Wczoraj rano normalnie ubrałam się do pracy. Włożyłam nowy golf z sobotnich zakupów, a że oczy miałam trochę podkrążone do makijażu, oprócz codziennego tuszu do rzęs, użyłam również cienia pod kolor i kredki. Franuś się przebudził, spojrzał na mnie i nagle szeroko otworzył oczy i powiedział „Ale ślicznie wyglądasz!!” Uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam on dalej siedział i patrzył na mnie powtarzając „Normalnie, ale ładnie ta moja Kluska dzisiaj wygląda…” No i wiadomo, że wyszłam z domu od razu w lepszym nastroju. Potem poprawił mi go jeszcze R. spojrzał na mnie i rzekł „O coś nowego widzę, jakoś inaczej… no ładnie, ładnie…” No proszę, najpierw Facet Osobisty, potem Szef :) Ja wcale jakoś szczególnie nie wyglądałam, ot zwykły golfik za 40 złotych. Ale widocznie ładnie mi w czerwonym :) A poza tym warto się jednak codziennie nie malować, to jak już człowiek się pacnie takim bordowym maziajem, to nie dość, ze wszyscy zauważą to jeszcze pochwalą :)
A co do Kolegi z pracy, właśnie przed chwilą mnie nawiedził w biurze i usłyszałam „Cześć kochanie, ależ ładnie wyglądasz, no pięknie! Długo dzisiaj jesteś? Aaa, normalnie.. No, dobre i to”
No to wracam do roboty, bo zaraz się okaże, że nie będzie normalnie, a ja dziś na Hiszpański się spieszę ;)

czwartek, 15 października 2009

Cholerna awaria.

No tak, miało być o Marcinie. Nawet zaczęłam wczoraj pisać na ten temat zanim sen mnie zmorzył. Ale dzisiaj nie mam głowy do wspomnień. Po przejściach z dzisiejszej nocy jestem wściekła i zmęczona :/

Położyłam się już o 22. Koło północy miałam pobudkę. Franek był u kumpla, oglądał mecz i pił piwo za piwem. A potem postanowił, że mnie bardzo kocha i musi przyjść spać do mnie. Zła byłam na niego, że taki podpity, a jemu się jeszcze na przymilanki zebrało. Ale w końcu go zbyłam i mogłam spokojnie zasnąć. Nie na długo :/

O 2:30 usłyszałam straszny szum. U nas w mieszkaniu bardzo słychać wodę w rurach, kiedy ktoś się na przykład kąpie. Ostatnia kąpała się Ela, więc pierwsza moja myśl była taka, że kiedy się myła, była jakaś awaria i przestała jej lecieć woda a ona zamiast zakręcić kurek, odkręciła go na maksa (można się u nas pomylić, bo się obracają w odwrotną stronę). Poleciałam szybko do łazienki a przed oczami miałam wizję szalejącego prysznica zalewającego wszystko wokół. No, ale czegoś takiego to się na pewno nie spodziewałam… Kiedy zapaliłam światło, zobaczyłam, że prysznic spokojnie wisi tam, gdzie miał wisieć. Za to woda lała się z sufitu. Na podłodze zbierała się w ogromną kałużę. Nie dość, że byłam wybudzona z głębokiego snu, to jeszcze przeżyłam szok wywołany zapalonym światłem, więc zlokalizowanie miejsca skąd leci woda zabrało mi kilka sekund (w pierwszej chwili myślałam, że na dworze jest taka ulewa, choć logicznie nie potrafiłam sobie wytłumaczyć jak to możliwe, żeby na pierwszym piętrze tak lało się z sufitu!). Po chwili dopiero zobaczyłam, że wszystko przez pieprzony wężyk doprowadzający wodę do spłuczki, który pękł i woda leciała niczym fontanna pod ogromnym ciśnieniem, dużym strumieniem na sufit i odbijała się od niego – stąd wrażenie, że padało z sufitu. Szybko zakręciłam dopływ wody i poleciałam obudzić Elę.
W środku nocy, przez godzinę suszyłyśmy łazienkę. I tak dobrze, że akurat Ela wczoraj przyjechała, więc nie musiałam się sama z tym użerać, co prawda mogłam zawołać Franka (który zresztą się przebudził, ale jakoś pewnie zamroczony alkoholem nie wpadł na pomysł, żeby sprawdzić co się dzieje), ale nie sądziłam, żeby mógł na wiele się przydać. Ok, muszę oddać mu sprawiedliwość, że potem wykazał się niezwykłą jak na swój stan trzeźwością umysłu, kiedy ze mną rozmawiał i mówił, że niepotrzebnie budziłam Elę, tylko mogłam jego zawołać, ale i tak jestem na niego wściekła.
Po takim nocnym sprzątaniu naprawdę ciężko było mi zwlec się z łózka przed szóstą. A na dodatek jeszcze akurat Franka zaczął męczyć kac, i zamiast zająć się sobą musiałam biegać koło niego z napojami i tabletkami. Wcale nie było mi go żal. Za to do tej pory jestem zła.
A jak sobie pomyślę, że to się mogło stać, po moim wyjściu do pracy, albo co gorsza w weekend, kiedy nie byłoby nikogo w domu, oblewają mnie zimne poty. Boję się myśleć, jakie byłyby straty nie tylko u nas w mieszkaniu, ale także u zalanych sąsiadów – od momentu kiedy pękł wężyk do momentu zakręcenia wody upłynęły jakieś dwie minuty, może nawet nie, a wody i tak zebrałyśmy ponad pół wiadra :( Masakra. I jeszcze dzisiaj muszę dzwonić do właścicieli mieszkania, niech coś z tym zrobią…
Nie dziwicie się chyba, że moje zauroczenie sprzed dwunastu lat zeszło dzisiaj na dalszy plan?

piątek, 25 września 2009

Chemia... cz.III

Fajny ten blog. Można wyrzucić wszystkie myśli z siebie, jakoś je posegregować, ubrać w słowa, popatrzeć na nie jeszcze raz… A w dodatku jeszcze ktoś to czyta i dorzuci swoje trzy grosze :) 
A tak na serio – bardzo pomogło mi to, że mogłam się tu wypisać. Pomogło mi to trochę oczyścić głowę z myśli. Ja z natury jestem analityczna, więc dobrze mi to robi, kiedy tak wszystko sobie od początku do końca i od końca do początku przemyślę.
Wszystko ucichło. Wróciłam do normalnego życia, codziennych spraw i problemów, a po zeszłotygodniowej nocy pozostało tylko miłe wspomnienie. I coś jeszcze. Dzięki temu zdarzeniu, poznałam lepiej samą siebie. I to jest chyba najlepsze co zostało.
Tak naprawdę, od kiedy związałam się z Frankiem nie interesowali mnie inni faceci. Owszem, kolegów miałam sporo, ale na nikogo nie patrzyłam jak na faceta, który mógłby mi się podobać. Taka blokada. Podobna blokada włącza mi się, kiedy poznaję zajętego faceta. Przestaje on dla mnie istnieć. Kiedyś chodziłam na imprezy, żeby kogoś poznać, łudziłam się, że może znajdę tam faceta dla siebie. I tak naprawdę nigdy się do końca nie bawiłam, zawsze zwracałam uwagę na to, żeby w miarę dobrze wyglądać i dobrze się zachowywać. Odkąd byłam z Frankiem na każdej imprezie bawiłam się świetnie, bo szłam tylko w jednym celu – dobrze się bawić. Nie interesowało mnie nic poza tym, żeby się wyszaleć. Dlatego to dziwne, że tak mnie coś do tego DJ’a przyciągnęło. To w zasadzie pozwala mi sądzić, że to było coś wyjątkowego – bo wcześniej się nie zdarzało.
Kiedy zastanawiałam się nad zdradą, lub rozmawiałam z kimś o tym, (mówiąc „zdrada” nie mam na myśli pójścia z kimś do łóżka, ale nawet pocałunek, zbytnie zaangażowanie we flirt, ukradkowe spotkania…) wydawało mi się, że chyba nie byłabym do tego zdolna. Ale tak naprawdę głowy bym sama za siebie nie dała. Nie byłam pewna. Dlatego, ze kiedy wyobrażałam sobie, że spotykam kogoś, kto robi na mnie ogromne wrażenie, wydawało mi się, że może dałabym się ponieść emocjom. Miałam okazję się o tym przekonać. Mimo, że iskry leciały, mimo, że trochę wypiłam, cały czas zachowałam trzeźwość umysłu i ani przez chwilę nie udawałam, że jestem sama i że mam ochotę na flirt.
Teraz już wiem, że rzeczywiście zdradzić bym nie mogła. Czułabym się za bardzo nie w porządku. Ktoś mi zaufał i muszę być lojalna. Nie jest to gwarancją wiecznej miłości. Ale wiem, że gdybym naprawdę zaangażowała się w jakąś znajomość, musiałabym najpierw skończyć związek. Nie mogłabym kłamać, oszukiwać… Wóz albo przewóz. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka, jak to mówią w Anglii. Przy okazji chciałam też dodać, że Franek wie o tej mojej rozmowie z DJ, powiedziałam mu, bo nie jestem w stanie niczego ukrywać. Oczywiście, był zazdrosny, ale ja twierdzę, że skoro będę mówić mu wszystko, to nie będzie miał powodów, żeby mi nie ufać, nawet kiedy zazdrość dochodzi do głosu… Powiedziałam mu większą część, pominęłam tylko fakt, że tyle o tym myślę i że zrobiło na mnie wrażenie to spotkanie, bo uważam, że byłoby mu bardzo przykro, a tego nie chcę.
Nie można się odciąć zupełnie od świata, więc możliwe, że taka fascynacja prędzej czy później każdemu się przydarzy… Ważne, żeby nie stracić wtedy głowy, zapanować nad emocjami, patrzeć nie tylko na chwilę obecną, ale również na konsekwencje każdego słowa i czynu. Trzeba umieć podjąć właściwą decyzję. Mnie się udało.
Cieszę się, że to się zdarzyło. Wiele mnie to nauczyło, a poza tym było bardzo miłe. Przez kilka dni żyłam jak we śnie, bujałam w obłokach, żeby potem spokojnie spłynąć w dół. Nie potłukłam się. I to jest najważniejsze :)
The end.
Ps. A tak między nami… Chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć… Przyjaźń z nim mogłaby być zbyt ryzykowna, ale chciałabym jeszcze mieć okazję do spotkania. Jak wiadomo „nic dwa razy się nie zdarza”, więc na pewno żadne spotkanie z nim nie byłoby już takie magiczne.

środa, 23 września 2009

Chemia...cz.II

Tak się złożyło, że nie miałam wczoraj okazji niczego napisać. Ale może to dobrze, bo miałam kolejny dzień na to, żeby trochę się zdystansować do tego, co się wydarzyło. Miałam też okazję przeczytać wiele Waszych komentarzy, dzięki którym spojrzałam na całą historię z różnych punktów widzenia… W głowie jeszcze nadal  myśli się kłębią, ale to już nie taki mętlik jaki miałam w weekend i w poniedziałek. Wtedy nie myślałam w zasadzie o niczym innym…
Ciągu dalszego historii nie było. Zakończyło się tak, jak to opisałam. Natomiast sam fakt, że tyle o tym myślę, świadczy o tym, że to jeszcze nie koniec. Czuję, że jest jeszcze wiele w tym temacie do powiedzenia.
Myślę, że wiele z Was miało rację, że chodziło o tę fascynację, jakiej nie będzie już między mną a Frankiem. Ta miłość, która przychodzi po czasie, która pojawia się dopiero, kiedy już znamy tak dobrze potrafi być piękna, ale czasami powoduje, że tęsknimy za czymś nowym, za motylami w brzuchu. Niektóre z Was wiedzą o tym doskonale :) Nie oszukujmy się, motyle w brzuchu już nie wrócą, niewiele nowego dowiemy się o partnerze ani my jego niczym nie zaskoczymy. Tu kusiła możliwość flirtu i nowych doświadczeń. Poza tym każdy jest trochę próżny. Ja też. Widziałam, że podobam się DJowi i że patrzy na mnie jak na kogoś niezwykłego. Podobało mi się, że imponowałam mu trochę. Podziwiał mnie za moją niezależność, otwartość, pozytywne podejście. Chciałam go uświadomić, że jestem zołzą i beksą, ale nie uwierzył. Wyidealizował sobie mnie i to było fajne. Fajne było też to, że to ja panowałam nad sytuacją. To ja postawiłam warunki. Ja zdecydowałam o tym, czy i jak długo będziemy rozmawiać. Ja zdecydowałam o tym, gdzie postawię granicę.
Pytacie czy będę mogła o nim zapomnieć.  To chyba łatwiejsze, niż zapomnieć o ponad trzech latach spędzonych z Frankiem. Nie mogłabym zrewolucjonizować swojego życia i rzucić kochanej osoby tylko dlatego, że przez przypadek kogoś poznałam, nawet jeśli to spotkanie wydaje się magiczne. Ale przecież między mną i Frankiem też kiedyś zaiskrzyło, też nie znaliśmy się wcześniej… To też była kwestia chwili. A tym razem… Nie zapominajmy, że poza tą chemią nie wiem, czy cokolwiek by nas łączyło. Rozmawialiśmy, ale takich rozmów w życiu wiele przeprowadziłam. Franek był pierwszy i to on ma do mnie większe prawa – jakkolwiek to nie zabrzmi. A już na pewno ma prawo wymagać ode mnie lojalności i odpowiedzialności za nasz związek. Uważam, że z tego się wywiązałam. Nie bardzo mogłam odpowiadać za to co poczułam, ani za wszystkie myśli, które kłębiły mi się pod kopułą, bo to było trochę mimowolne. Natomiast mogłam odpowiadać za to, co z tym zrobię…
Nie wymieniliśmy się numerem telefonu, nie umówiliśmy się, niczego sobie nie obiecywaliśmy. Kiedy odchodziłam, powiedziałam, że nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy… Ten wieczór był pełen magii. Z każdym kolejnym dniem dystansuję się do tego coraz bardziej i wszystko wydaje mi się snem. I zastanawiam się, czemu to miało służyć? Nie umiem wytłumaczyć tego, co tam zaszło. Nagle poczuliśmy, że jesteśmy z tej samej bajki. Oboje czuliśmy, że gdybyśmy się spotkali w innym czasie, mogłoby być inaczej. Nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego. Być może świat się pomylił. A może Bóg miał po prostu taki plan. To była taka iskra. Czasami wystarczy iskra, by rozpalić wielki płomień… Czasami …. psst… iskierka gaśnie. Nie wykluczam, że to była tylko kwestia magii tej jednej nocy, że ta iskierka już zgasła i nigdy więcej przy spotkaniu z nim nie rozpaliłaby się na nowo. Pewnie nigdy się tego  nie dowiem.
I to nadal jeszcze nie koniec… W końcu skoro było już rozpoznanie sytuacji i jej analiza, czas na wnioski :)
c.d.n…

poniedziałek, 21 września 2009

Chemia... cz.I

Próbuję ubrać w słowa całą tę magię, której doświadczyłam w piątkowy wieczór… Ale trudno to zrobić. Słów wychodzi za dużo lub brzmią nie tak, jak powinny… ale muszę dla samej siebie spróbować to opisać… Na razie tylko fakty. Analiza i interpretacja będzie później…
W piątek w ogóle nie planowałyśmy iść do tego samego klubu, w którym byłam dwa miesiące temu z Frankiem i Dorotą. Czysty przypadek sprawił, że ostatecznie tam wylądowałyśmy. Tańczyłyśmy a kiedy Juzka, z którą byłam, zaczęła gadać z jakimś kolesiem, który się napatoczył, rozejrzałam się po sali. Zauważyłam, że gra ten sam DJ, co ostatnio… Niewiele  myśląc, podeszłam do niego i spytałam, czy mnie pamięta. Strasznie się ucieszył i powiedział, że tak, bo… wniosłam ze sobą taką pozytywną energię…  To mogło się wydawać dziwne, bo ostatnio z nim nawet nie rozmawiałam, prosiłam co najwyżej o kilka piosenek, a w końcu on każdego wieczora poznaje mnóstwo ludzi, dlaczego miałby zapamiętać właśnie mnie? A jednak… nie zdziwiło mnie to… Czułam, że mnie pamięta.
Zawołał mnie do siebie na to podwyższenie, rozmowa nie wychodziła, bo było za głośno, więc tylko siedziałam i obserwowałam jego pracę. Widziałam, że wkłada w to całe serce i że to naprawdę jego pasja… Zafascynowało mnie to i zastanawiałam się, jak on się czuje i co myśli, kiedy tak naprawdę w jego rękach jest powodzenie imprezy – w zależności od tego, czy trafi w gust, ludzie będą się bawili lub nie… Chciałam z nim o tym pogadać, ale ze względu na hałas i to, że jednak był w pracy, rozmowa nie wychodziła. Mnie znudziło się już obserwowanie i powiedziałam, że będę się gdzieś kręcić a jak skończy, możemy pogadać. Sama nie wiem dlaczego, zależało mi na tej rozmowie, ale zależało mi również, żeby nie pomyślał, że go podrywam. Od razu zapowiedziałam, że mam faceta i nie szukam nowego, a on odpowiedział, że pamięta… Nie chciałam upominać się o tę rozmowę i pomyślałam, że jak będzie chciał, to podejdzie. Tak też się stało. Kiedy już miałyśmy wychodzić, on zszedł z „posterunku”, znalazł mnie i usiedliśmy gdzieś z boczku.
Rozmowa była niesamowita. Na początku, spytałam go o to, jak on patrzy na tych wszystkich ludzi… czy jest to dla niego tylko jakaś masa twarzy, czy jednak obserwuje ich, zastanawia się co tu robią i czy dobrze się bawią… Nie jestem pewna, co mi odpowiedział, bo teraz pamiętam tylko, że powiedział, że czasami zdarza się, że przyjdzie ktoś niezwykły – tak jak ja…, że od początku chciał ze mną porozmawiać, że coś takiego poczuł, że… -  i zaczął plątać się w zeznaniach. Podpowiedziałam mu: „taka chemia co?” „Skąd wiesz, że o to mi chodzi?” spytał… Wiedziałam, bo czułam to samo. I powiedziałam mu o tym. Jednocześnie powtórzyłam, że mam chłopaka, którego kocham i z którym jest mi dobrze… Przyjął to do wiadomości. Rozmawialiśmy dwie godziny. Nie mogliśmy się nadziwić temu, że w ogóle się nie znamy, a rozmawiamy o tym, że moglibyśmy być razem… Bez żadnego skrępowania, bez głupich flirtów, bez owijania w bawełnę. I bez nadziei na to, że skończy się to inaczej, niż się skończyło.
A skończyło się zwyczajnie. Nie było pocałunku, nie było obietnic. Nic się nie wydarzyło, poza tym, że wstaliśmy i uścisnęliśmy się na pożegnanie, a on powiedział: „…i jeszcze pachniesz tak, jak nikt nigdy nie pachniał…” Odpowiedziałam: „Wiem, ale był ktoś przed Tobą…” I poszliśmy każde w swoją stronę.
Uff… Dużo  mnie to kosztowało, więc na razie muszę przerwać… Odetchnąć. Jakkolwiek to zinterpretowałyście, proszę tylko o nieocenianie mnie zbyt pochopnie, bo to jeszcze nie ostatnie słowo…
Ciąg dalszy nastąpi…

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Nauka nie poszła w las

Mam za sobą bardzo, bardzo milutki weekend. A to wszystko za sprawą Franusia. W sobotę wieczorem poszliśmy sobie do pubu, tylko we dwójkę i posiedzieliśmy przy piwku parę godzin. A wczoraj zabrał mnie na kolację. Zawsze się dziwię przy takich okazjach, że widzimy się codziennie, rozmawiamy przez telefon przynajmniej pół godziny dziennie a jak wyjdziemy gdzieś na mieście posiedzieć to… i tak mamy o czym gadać :)
Ale właściwie to chciałam się pochwalić moim sukcesem pedagogicznym. Otóż, część z Was pewnie już wie, że ja też należę do tych wyzwolonych, niedobrych (według niektórych) kobiet, które uważają, że faceta trzeba sobie wychować. Może i nie wszystko się da zmienić, ale na pewno dużo. Miałam z Frankiem już miliony kłótni o to, że się spóźniał, a jeszcze więcej o to, że mówił, że wychodzi na godzinę a potem nie wracał, nie wracał i nie wracał. I na dodatek oczywiście nie odbierał ode mnie telefonów, bo przecież przy kolegach to niekulturalnie… Przeważnie rzecz działa się wieczorami i z nerwów tak mi się ciśnienie podnosiło, że o spokojnym śnie mogłam zapomnieć. A w sobotę wróciliśmy z miasta około 22 i Franek poszedł spotkać się jeszcze z kolegą, który miał poważnego dołka. Powiedział, że będzie najpóźniej o 23.
O 22:45 (15 minut przed czasem!) zadzwonił, że będzie później. No, to ja rozumiem :) Mało tego, dzwoniłam do niego dwa razy i za każdym razem odebrał. Tym sposobem, mogłam się spokojnie położyć, bo nie denerwowałam się, że nie odbiera i nie wiem gdzie jest. Oczywiście obudziłam się, jak przyszedł, bo się musiał poprzytulać i poprzymilać, ale to ewentualnie mogę mu wybaczyć ;)  Rano byłam w dobrym nastroju i bez focha na Franusia. I nawet pozwoliłam mu pospać do dziewiątej. Mam nadzieję, że Franek w końcu zrozumiał, że moim zamiarem nie jest kontrolowanie go i zabranianie mu czegokolwiek. Kiedy wiem gdzie jest, kiedy wróci i że jest pod telefonem, jestem po prostu spokojniejsza. A teraz idę odpukać, bo za bardzo go tu pochwaliłam ;)
A tak w ogóle, to chyba jeszcze o tym nie pisałam, ale kocham tego mojego Franka ;)

wtorek, 26 maja 2009

Pokrzyżowane plany

No gupi Franek pokrzyżował mi plany. Od rana plan miałam taki, żeby się na niego obrazić. Oj naładowana byłam dzisiaj energią bardzo niepozytywną. Wczoraj co prawda przymilał się do mnie, ale wkurzył mnie wieczorem. Strsznie się nagle zaczął spieszyć. Miał posiedzieć u mnie, ale nagle jakby na mrowisku usiadł. Nie mogłam go zatrzymać. Pytałam o co chodzi, a bo zmęczony, a bo coś tam zostawił u siebie, a bo to, a bo tamto. I w ogóle nic mu się nie chce. Wstał i poszedł. Zawsze odprowadzam go do drzwi, buzi buzi na pożegnanie i takie tam. A wczoraj nawet się nie odwróciłam: „chodź na chwilę” „Nie chce mi się” – taka byłam. 
No ale po jakimś czasie sobie myślę, że nie będę taka, nie będę się obrażać o pierdoły. Dzwonię. I co słyszę? Że w domu to on bynajmniej nie jest! Taki zmęczony był no! „Później ci wytłumaczę…” Ha niedoczekanie Twoje… Nic nie dam tłumaczyć. Poszłam spać. Rano się obudziłam z taką wścieklizną w żyłach, że mało chałupy nie rozniosłam. A i tak się starałam kontrolować, bo dziewczyny spały. Cały ranek prowadziłam w głowie zacięty dialog z Frankiem. Uhhh, jaka ja byłam wściekła! Dlaczego on mi nigdy nie może po prostu powiedzieć, że się umówił z kumplem??? Najchętniej to bym do niego zadzwoniła i mu wszystko wygarnęła, ale wiedziałam, że o tej porze i tak nic do niego nie dotrze. No i siedziałam w robocie taka naładowana a tu nagle bladym świtem (dla niego, bo dla mnie to już prawie południe ;) dostaję smsa: „A ja Ci powiem, że Cię kocham, bo Ty jesteś moją śliczną Margolką z mojego świata kredek. Buziaki idę dalej spać. Ale i tak Cie kocham i lubię i całuje” Chyba przez sen to pisał, ale cóż… Nie mogłam się oprzeć. Że tak to określę, stopił serca mego lód. A w planie miałam obrazić się na amen! I jeszcze miała być notka o Batmanie. A tak musicie poczekać ;)

Aktualizacja:
Franek mnie nie okłamał. Nie dałam mu wytłumaczyć wieczorem jak to było. A było tak, że on rzeczywiście poszedł do domu. Po czym zadzwonił do niego kolega, z którym swata swoją koleżankę z pracy. Poprosił o radę, Franek doradził (dobrze zresztą, bo zdaje się, że romans kwitnie;) a pech chciał, że akurat wtedy zadzwoniłam… Nie był umówiony. Mogę się czepić o to, że wyszedł z domu i mi o tym nie napisał, ale to tępi we mnie Dorota i mi powtarza, że jakby od niej facet wymagał, żeby go informowała o każdym kroku, to by zwariowała.

środa, 20 maja 2009

Żeby było sprawiedliwie

Jak pamiętacie parę dni temu miałam przypływ myśli feministycznej:) Rozwinięcia tematu dzisiaj jeszcze nie będzie, ale za to zaprezentuję, jak się Franek błyskotliwie odciął na jeden z moich komentarzy:) Siedzimy sobie i oglądamy „Na dobre i na złe”:
Ja: Faceci też powinni rodzić dzieci!
Franek: A kobiety służyć w wojsku.
Ktoś to może załatwić? :P

czwartek, 14 maja 2009

Teza

Jakąś zatwardziałą, nawiedzoną feministką to ja nie jestem. Jednak pozwolę sobie wygłosić tezę, że faceci bez nas nie daliby sobie rady. Albo zamieniliby świat w totalny bałagan. Natomiast gdyby nie było facetów, my, babki,całkiem nieźle umiałybyśmy sobie radzić, nawet pokuszę się o stwierdzenie, że może byłoby nam i łatwiej i przyjemniej. Niestety, jako że teraz faceci istnieją, nie umiemy sobie wyobrazić bez nich życia…
Być może kiedyś nastąpi rozwinięcie tezy :P

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Teoria zakręconego słoika...

Rozmawiałam sobie wczoraj z Frankiem. Opowiedziałam mu o takiej jednej teorii (absolutnie nie potwierdzonej naukowo:)), o której przeczytałam kiedyś w jakiejś babskiej książce. Teoria zakręconego słoika.
 
W skrócie – facet jest jak słoik. Zakręcony słoik. Próbujesz go odkręcić ze wszystkich sił, a on nie puszcza. Przekazujesz słoik koleżance a ona otwiera go bez trudu. Dlaczego? Bo już go trochę naruszyłaś, poluzowałaś, sprawiłaś, że nie jest taki uparty. Z facetami (podobno :)) jest tak samo – wiążesz się z takim delikwentem i masz nadzieję, że wkrótce on się oświadczy i będzie to wyczekiwane „długo i szczęśliwie”. Ale jakoś on się nie kwapi do klękania… W końcu znudzona czekaniem, zostawiasz go po kilku latach. Za chwilę on pociesza się w ramionach innej i po pół roku się jej oświadcza? Dlaczego? Bo już go trochę „naruszyłaś” :P A Ty tymczasem szukasz sobie innego faceta „naruszonego” przez inną :P Skończyłam wykład a Franek patrzy na mnie i mówi:
„Oj Małgosiu, ale ty bzdury opowiadasz, to tak jak bym ja ci teraz powiedział, że kobieta jest jak… otwarte pudełko.”

Teoria otwartego pudełka według Franka:
Facet widzi zamknięte pudełko (czytaj kobietę, czytaj dziewicę :)), które strasznie go intryguje. Mało tego, intryguje również innych samców. Próbują się jakoś dostać do tego pudełka, zajrzeć tam, otworzyć je. W końcu jednemu szczęśliwcowi się to udaje. Dla samego pudełka otwieranie nie jest ani specjalnie przyjemne ani romantyczne. Ale jak już jest otwarte, dostrzega potencjał jaki drzemie w nim samym. Chciałoby teraz być częściej otwierane. A tu delikwenta, który się pokusił dokonać pierwszego otwarcia ani widu ani słychu. I reszty amatorów też jakoś nie ma, bo otwarte pudełko przestało intrygować. A niektóre z pudełek zaczynają żałować, że nie pozostały zamknięte.

Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony :P Ja bynajmniej, uśmiałam się za to na całego. Nie sądziłam, że z mojego Franka taki filozof.

piątek, 21 listopada 2008

Stream of consciousness

Trochę mnie ostatnio  nie było. Ale to właściwie świadoma decyzja była. Nie chodziło o to, że nie miałam czasu, ani nie miałam o czym pisać. Po prostu nie chciało mi się. Bywałam u Was, chociaż nie komentowałam. Ale u mnie nie chciało mi się nic napisać. A akurat jak już się miałam za to zabrać, to coś mi akurat przerywało. I tym sposobem minął cały tydzień roboczy. 

Dziwny to był tydzień dla mnie. W dziwnym nastroju jestem ostatnio. Jakoś tak mi wszystko zobojętniało. A może świadomie wmawiam sobie, że jest mi obojętne, żeby żadnej awantury nie wywołać. Nawet nie byłam specjalnie zajęta w tym tygodniu. Przychodziłam z pracy, brałam się za jakieś tłumaczenia, za przeczytanie jakichś artykułów pod prezentację i tak mijał mi dzień. Z Frankiem znowu się mało widuję, bo jak on to powiedział „taka praca”. Tyle tylko, że u niego problem polega na tym, że on albo jest w pracy, albo śpi po pracy, bo jest zmęczony, albo śpi przed pracą, bo jak się nie wyśpi to będzie zmęczony. Kiedyś to przynajmniej przychodził do mnie, kładł się, ja robiłam swoje a on spał. Ostatnio nawet nie chce mu się przychodzić. Żeby nie było, że się nie widujemy tak zupełnie, bo przecież on uważa, ze ja pieprzę głupoty, to we wtorek przyjechał po mnie do pracy i całe półtorej godziny byliśmy razem na mieście. Wczoraj z kolei przyszedł do mnie wieczorem i posiedział godzinę. Ale szlag mnie ku..wa trafia na tą jego pożal się Boże punktualność!!! Wczoraj umawiał się ze mną na 21. Za chwilę zmienił zdanie i powiedział, że będzie po 21. Już wiedziałam, ze dla niego po 21, to będzie najwcześniej 21:48. Odpowiedział, że na pewno nie później niż 21:15. O której przyszedł? 22:15. Dzisiaj tak samo. Miał mi pomóc przenieść torby do samochodu rano. Powtarzałam mu parę razy, ze chcę o 7:45 być już w drodze do pracy. On mi powtarzał parę razy, ze o 7:30 będzie u mnie. Przyszedł 7:40. Musiałam iść jeszcze do sklepu, w efekcie wyjechałam później. Jestem wściekła na niego. W ogóle ostatnio działa mi strasznie na nerwy. I oczywiście nic nie można mu powiedzieć, bo jest wielka obraza majestatu. Z jednej strony mam dość tego biegania na paluszkach koło niego i tego, że nie mogę tupnąć nogą i powiedzieć mu, co o tym wszystkim myślę. A z drugiej boję się, że za daleko pójdę w tym wszystkim. Zła jestem na siebie, że tak mi zależy. To facetowi ma zależeć bardziej. A ja się po prostu boję, że zostanę sama. Gdybym miała teraz opcję, żeby wyjechać z Poznania na dłużej, zrobiłabym to. Może jakby się stęsknił, to trochę doceniłby to, co ma. Kiedy mieszkałam w Hiszpanii, nasz związek był słodziutki. Z jego powodu. Tęsknił, dużo ze mną rozmawiał, ciągle miał czas. Widziałam, ze mu zależało. Teraz ma mnie na co dzień, więc spotyka się ze mną tylko jak jest super wypoczęty i jak akurat nie ma nic innego do roboty.

Przepraszam, nie miało być o Franku. Nie miało być o mojej frustracji. Jakoś tak samo wyszło. Ale już nie mogę po prostu tego znieść. Olałabym go, ale coś mnie powstrzymuje. Tchórzem jestem i tyle. I za bardzo się przywiązałam. I za daleko to wszystko zaszło.
Dzisiaj wychodzę wcześniej z pracy i jadę do domu. Już mi się nie chce z niego wracać w niedzielę… Przyjadę i pewnie pierwsze co, to wkurzę się na Franka.

No i wyszedł mi taki stream of consciousness :) Czyli strumień świadomości – czyli spontaniczne  odbicie moich myśli, chaotyczne, niepoukładane, ale takie są przeważnie nasze myśli. Koniec na dzisiaj. Na razie sama w robocie jestem. Niedługo zjadą się kierownicy sali i szefowie kuchni. Trzymajcie kciuki, żebym nikogo nie pogryzła.