*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 września 2016

Niechlubny rekord.

I to podwójny. Jeszcze nigdy nie miałam przerwy w pisaniu trwającej ponad miesiąc. I nigdy nie opublikowałam tylko jednej notki w całym miesiącu.
Źle się dzieje na blogu margolkowym. Oj, źle... 
Nie tłumaczę się, bo nawet nie mam na to żadnego wytłumaczenia. Żyję ostatnimi czasy bardzo intensywnie i chyba po prostu zabrakło na razie miejsca na tę wirtualną rzeczywistość. A jednak szkoda mi jej cały czas i ciągle jeszcze mam nadzieję (a może już się tylko łudzę?), że to jednak nie koniec :)

Dużo się u mnie dzieje ostatnio, choć przełomów żadnych nie ma, poza jednym, o czym za chwilę. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wyostrzyły mi się zmysły, więcej widzę i czuję, jestem bardziej świadoma siebie i swojego życia. Trudno to opisać... Ale dobrze mi z tym. Chociaż nadal nie umiem dojść do ładu z niektórymi swoimi emocjami, ciągle mi mało, czasami mam ochotę na jakieś szaleństwo. Nie wiem, gdzie się podziała ta stateczna margolka :P
Mam za sobą urodziny, o których nie wspomniałam tu chyba w końcu ani słowem, spędziłam cudowny czas na urlopie w górach, a za moment będziemy z Frankiem świętować kolejną rocznicę ślubu... 
A co do wspomnianego przełomu - nie dotyczy mnie bezpośrednio, bo to nie moje życie przewróci się za moment do góry nogami, ale na pewno ma to dla mnie ogromne znaczenie. Bo wiecie co się stało?? :) Godzinę temu otrzymałam informację, że Dorota postanowiła przyjąć ofertę pracy, którą dostała wczoraj i przeprowadza się do Warszawy!!! Przyjeżdża w niedzielę i na początek będzie przez chwilę mieszkała z nami. Później dostanie prawdopodobnie mieszkanie służbowe. Wygląda więc na to, że ziszczą się nasze wizje snute od dobrych paru lat przy kubku kawy, herbaty, gorącej czekolady albo po prostu przy kieliszku wina ;) Ja wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ten dzień w końcu nastąpi :D 

Ps. Widzę, że jeszcze trochę Was tu zagląda, miło mi bardzo, że jednak o mnie pamiętacie. Ja o Was również, zaglądam do Was, chociaż widzę, że nie ja jedna milczę...

piątek, 17 czerwca 2016

Miła teraźniejszość.

Nie da rady, po prostu nie da rady przy tym tempie życia :) Bo jak ja mam pisać, skoro ani się obejrzę, a mija kolejny tydzień? A ja nawet nie wiem, kiedy to się zdążyło wydarzyć? :)

Niemniej jednak muszę przyznać, że wcale nie jest mi z tym źle. Dzień mija za dniem, ale w większości są to bardzo dobre dni. Żyję bardzo intensywnie - to nie jest pierwszy raz, kiedy tak to odczuwam, ale dawno już nie czułam się tak, jak w ostatnim czasie. Chyba najlepiej mogłabym określić to jako poczucie, że żyję pełnią życia. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że przeżywam teraz bardzo dobry czas. Właściwie to nie jestem pewna, dlaczego tak jest. Miewam oczywiście gorsze dni, bywają nawet takie naprawdę paskudne. Ale przede wszystkim bardzo dużo się śmieję, dobrze czuję się w swojej skórze i jestem pozytywnie nastawiona do wszystkiego. Bardzo mi to pomaga, bo mimo wszystko czas nie jest wcale taki dobry. Ale chyba ostatnie lata pomogły mi nabrać ogromnego dystansu do problemów, trudów codzienności i gorszych chwil.
Czuję się szczęśliwa, chociaż oczywiście mam dni, kiedy o tym zapominam, bo jest też jedna sprawa, która niczym to ziarnko grochu mnie uwiera i w niektóre dni jest to bardziej odczuwalne, niż w inne. Ale ogólnie rzecz biorąc jest dobrze :) Spełniam się po prostu we wszystkich dziedzinach mojego życia, a wtedy zawsze czuję się komfortowo. 

To, że czas mi ucieka nie boli mnie. Jasne, że chciałabym mieć go więcej na różne swoje sprawy, ale prawda jest taka, że na deficyt wolnego czasu cierpiałam zawsze :) Winę za to ponosi po prostu zbyt duża ilość pomysłów, które mam :P Ale nie przeszkadza mi nawet szczególnie to, że dni mijają czasami niezauważone i że nie nadążam za mijającymi miesiącami oraz zmieniającymi się porami roku. Prawdę mówiąc, to jest właśnie dla mnie znak, że dobrze mi się żyje. Upływ czasu nie wpływa na mnie negatywnie, nie martwię się nawet tym, że się starzeję :D Zresztą ostatnio mój kolega z pracy bardzo poprawił mi nastrój - najpierw tym, że "wycenił" mnie na jakieś 4-5 lat młodszą niż jestem, a później tym, że zobaczywszy moje zdjęcie z dokumentów sprzed prawie 15 lat stwierdził, że tak naprawdę niewiele się zmieniłam i bez problemu by mnie rozpoznał. Opowiedziałam to potem w domu Frankowi i mąż jeszcze bardziej podniósł moją samoocenę mówiąc: "niee, no nieprawda, zmieniłaś się, wyglądasz dzisiaj zupełnie inaczej..." I potem tak najzupełniej serio powiedział, że im jestem starsza, tym jestem ładniejsza :D 

I tym optymistycznym akcentem kończę tę notkę, która niechcący stała się czymś w rodzaju hymnu pochwalnego mojego obecnego życia. Ale, jako że jestem świadoma tego, iż fortuna kołem się toczy, nie tracę czujności i liczę się z tym, że za chwilę mogą nadejść gorsze dni. Jednak to głównie dlatego, żeby nie dać się znokautować przez zaskoczenie, bo przede wszystkim mam nadzieję na to, że będzie dobrze :)

poniedziałek, 8 lutego 2016

W innym życiu.

Miewam czasami takie chwile, kiedy atakują mnie przebłyski. Na przykład teraz - siedzę w pokoju przy lampce, jednym okiem spoglądam na telewizor i słucham "Na Wspólnej" a na kolanach mam laptopa i piszę. Na fotelu obok siedzi Franek. I nagle przypomina mi się jakiś inny wieczór w bliżej niesprecyzowanej przeszłości. Też siedzę, oglądając "Na Wspólnej" z laptopem na kolanach i próbuję zebrać myśli, a potem przelać je na ekran komputera. Za chwilę mam zamiar się położyć i zasnąć, żeby około pierwszej przebudzić się na chwilę i odnotować powrót Franka z pracy...
Kiedy to było? Dwa lata temu? To właściwie nie tak dawno. A ja mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie pamiętam już, jak to było, kiedy Franek pracował na dwie zmiany, a przecież to było naszą rutyną. Nie pamiętam, jak to było, że siedziałam zupełnie sama w domu, kiedy kładłam się do łóżka obok którego nie stało łóżeczko ze śpiącym Wikingiem.
Ostatnio w pracy usłyszałam, jak jedna dziewczyna (chyba jedyna bezdzietna singielka w naszym dziale - przynajmniej ona sama się tak określa :)) mówiła, że na weekend pojechała do rodziców i miała totalną labę, bo leżała cały dzień na kanapie przed telewizorem i nic nie musiała robić. Kiedy ja jadę do rodziców, też mam labę, bo mogę wejść na godzinę do łazienki i poleżeć w wannie, mogę zamknąć się na chwilę w pokoju i posiedzieć przy komputerze, podczas gdy ktoś inny zajmie się Wikingiem. Ale żeby tak cały dzień przeleżeć? Że nie chce mi się nic robić, to nie robię? To tak można? Serio? No tak, kiedyś tak miewałam... Świadczą o tym nawet moje wpisy na blogu. Tyle, że zupełnie tego nie pamiętam.
Czasami słyszę, że ktoś idzie do kina na 21:00. Albo na imprezę, a na drugi dzień ma wolne i może dłużej pospać. Albo nawet, że po prostu wraca po pracy do domu i spędza wieczór z książką. Zawsze wtedy - to nawet dziwne, że jeszcze mi to nie przeszło, że jeszcze się nie przyzwyczaiłam :) - zawsze przez ułamek sekundy myślę sobie - jak to możliwe? Przecież o tej porze nie można wychodzić, bo co z dzieckiem? Dłużej pospać się nie da, bo dzieciak i tak zrobi pobudkę najpóźniej o 7:50... Trzy godziny z książką tak po prostu, nieprzerwanie, z kubkiem ciepłej herbaty na stoliku obok to w ogóle jakaś abstrakcja. Tyle zdążę pomyśleć przez ten ułamek sekundy, zanim nie uświadomię sobie, że dookoła mnie są ludzie, którzy nie są rodzicami ;) Lub są rodzicami starszych dzieci. A potem uświadomię sobie, że ja też tak miałam! Też mogłam sobie wrócić z pracy, usiąść na kanapie i pogrążyć w lekturze. Albo odpalić komputer i pogapić się bezmyślnie w monitor. Mogłam też raz się poświęcić i wyjść późnym wieczorem (choć nie lubiłam tego, kiedy następnego dnia szłam do pracy) ryzykując niewyspanie się - ale wiedziałam, że w takim razie  prześpię się popołudniu albo następnej nocy.
Tak było. Ale właściwie to nie pamiętam. To było w innym życiu. I stwierdzam, że w zasadzie nie pamiętam mojego dawnego życia! :) Coś tam mi się mgliście przypomina czasami, ale i tak mam wrażenie, że to nie ja jestem bohaterką tych wspomnień. Takie to nierealne. Pojawienie się dziecka naprawdę zmienia życie, choć mam wrażenie, że w zupełnie inny sposób niż sobie to kiedyś wyobrażałam.

O dziwo, wcale nie żałuję, że moje życie zmieniło się w taki sposób. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie odżałuję tych chwil tylko dla siebie albo momentów we dwoje z Frankiem. Myślałam, że nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że nie jestem panią swojego czasu, bo muszę się w pewnym sensie dostosować do małego człowieczka. Ale okazuje się, że nie tylko do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale w dodatku zapomnieć, jak było kiedyś, a przede wszystkim stwierdzić, że teraz też jest fajnie :)

Inaczej, to prawda, ale jednak też fajnie. Gdyby nie Wiking, być może nadal cieszyłabym się swobodą i ogromną ilością wolnego czasu. Byłoby mi dobrze z tym, że jestem niezależna i mogę robić w większości to, na co mam ochotę. Pewnie by tak było. Ale z drugiej strony wiem, że swoje już przeżyłam - nie czuję niedosytu, nie myślę sobie, że się nie wyszalałam albo, że nie korzystałam z życia wtedy, kiedy jeszcze mogłam. Myślę, że dotychczas moje życie układało się tak, że mogę mówić o tym, że wszystko miało swój czas i miejsce. Poza tym wiem, że jeszcze wiele dobrych chwil przede mną. Na pewno nie żałuję tego, co już minęło i cieszę się tym, co jest teraz. Ale przyznaję, że dziwne jest dla mnie to poczucie oderwania od swojej własnej przeszłości :) Przepaść między tym, jak było kiedyś, a jak jest teraz, jest ogromna. A najdziwniejsze jest to, że nawet nie chodzi o jakieś poważne sprawy, tylko właśnie o takie drobiazgi jak sposób spędzania wolnego czasu albo takie oczywistości jak jedzenie, czy spanie :) Bo nawet to się zmieniło.
Wiedziałam, że dziecko wszystko zmieni w naszym życiu, ale prawdę mówiąc, myślałam, że będą to inne rzeczy :) Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że ta rewolucja w mojej głowie była ogromna, ale dotyczyła zupełnie innych spraw niż to się okazało w rzeczywistości. Ale ostatecznie okazało się, że i tak sobie radzę z tym, co jest teraz. Mało tego - potrafię się tym cieszyć. To chyba dobrze wróży na przyszłość, bo daje nadzieję na to, że jakiekolwiek jeszcze zmiany by nas nie czekały i tak się do nich będziemy umieli dostosować.

niedziela, 10 stycznia 2016

Zamykamy ten rozdział :(

I nadszedł ten dzień. Koniec mojego urlopu macierzyńskiego, nie tylko formalny, ale i praktyczny. Jutro idę do pracy. Dziwne to uczucie, kiedy dzisiaj wszystko robię z myślą o tym, że przed ósmą będę musiała wyjść z domu i razem z całą masą innych ludzi pracujących pojechać do centrum Warszawy, gdzie spędzę osiem godzin. Nie jestem pewna jak to zniosę...

O dziwo nie stresuję się aż tak bardzo - nie wiem, czy na razie, czy po prostu stres mnie nie dopadnie. Odkąd dostałam pracę, tylko raz śniło mi się nowe miejsce, a to też chyba o czymś świadczy. Jak się z tym wszystkim czuję? Różnie powiedziałabym.
Najłatwiej chyba napisać jest o tych najbardziej oczywistych i wytłumaczalnych odczuciach. Cieszę się, że udało mi się tak szybko znaleźć pracę i że nie miałam wcale okresu przejściowego między dniem, kiedy urlop macierzyński mi się kończy a tym, kiedy rozpocznę nową pracę, czyli, że ominęło mnie takie prawdziwe bezrobocie. Wiem, że nawet gdybym pocieszała się, że zyskałam kilka dodatkowych dni/tygodni z Wikingiem, to bardzo stresowałabym się i przede wszystkim dołowała faktem, że nie mam pracy. Przyznaję, że moje myślenie bardzo się zmieniło i w myśl wspomnianego kiedyś tu punktu drugiego mojego dekalogu, że tylko krowa nie zmienia poglądów, stwierdzam, że zmieniłam też zdanie na temat tego, czy mogłabym nie pracować. Otóż na tę chwilę (bo kto wie, czy za jakiś czas znowu mi się nie odmieni) zdecydowanie mogłabym, gdybyśmy tylko mogli sobie na to pozwolić i gdybym nie musiała za bardzo latać ze szmatą po domu (choć to z kolei byłoby nie w porządku wobec Franka w moim odczuciu). Ale to jest chyba temat na osobną notkę, więc pozostanę tylko przy tym, że cieszę się, że urlop macierzyński został wydłużony (aczkolwiek nie mam pojęcia, co zrobiłabym, gdybym nadal miała poprzednią pracę i  czy nie wróciłabym do niej po pół roku, na szczęście ominął mnie ten dylemat).
Dobrze się więc stało i stwierdzam, że poukładało się to wszystko wręcz idealnie.

Niemniej jednak, bardzo żal mi tego czasu, który dobiega końca. Owszem, początki były trudne i miałam wrażenie, że każdy dzień jest bezsensowny, w dodatku wydawało mi się, że to się nigdy nie zmieni i nigdy już nie będę miała do czego dążyć. Ale dziś zrzucam to na karb mojej słabszej kondycji psychicznej. Tak naprawdę w tej chwili nie boję się powiedzieć, że pod wieloma względami ostatnie miesiące były jednymi z najpiękniejszych i najszczęśliwszych w moim życiu. 
Teraz już nabrałam trochę dystansu, myślę, że to dlatego, że jeszcze nie do końca umiem wyobrazić sobie, jak to będzie w praktyce. Ale obawiam się, że najbliższe tygodnie będą dla mnie bardzo trudne i męczące. Będę musiała się przyzwyczaić do nowych porządków w życiu i do tego, że nie będę już spędzać niemal całego mojego czasu z Wikingiem. Tego się boję najbardziej, bo przecież dotychczas byliśmy razem niemal non stop - z przerwami jedynie na jakieś moje wyjścia, które zwykle nie trwały dłużej niż 4 godziny. Najtrudniej było dzień po tym, jak otrzymałam telefon, że zostałam przyjęta do pracy. Co chwilę płakałam patrząc na Wikusia, który bawił się jak zwykle. Miałam wrażenie, jakby właśnie ktoś mi powiedział, że mój czas się kończy. Mało tego, wtedy wydawało mi się wręcz, że ktoś mi Wikinga zabierze i teraz już go nie będę miała. 
Taki dzień emocjonalnego rozchwiania był na szczęście tylko jeden i teraz patrzę na to bardziej racjonalnie. Ale i tak bardzo mi szkoda tych wszystkich chwil, które już nie będą naszymi wspólnymi. Pomimo wszystkich gorszych momentów, bardzo wielu rzeczy będzie mi brakowało. Na przykład spacerów w okolicach południa, przesiadywania na ławeczce w parku, chodzenia po supermarkecie z Wikusiem w wózku w dni powszednie - słowem, bycia osobą niepracującą, która może sobie pozwolić na wychodzenie z domu, kiedy jej się podoba :) Idąc dalej - będzie mi brakowało zajęć, na które razem jeździliśmy, wizyt u Agnieszki i Adasia, wspólnych zabaw w ciągu dnia, a nawet oglądania powtórkowych odcinków M jak miłość o siódmej rano i później zerkania jednym okiem na telewizor, kiedy telewizja śniadaniowa prezentowała jakiś interesujący mnie temat. Oj, mnóstwo tego jest :( Prawdę mówiąc, jak o tym piszę, coraz bardziej dociera do mnie, że to już naprawdę koniec i znowu żal mnie ściska za gardło... 
Będę tęsknić za Wikingiem, na pewno. W tygodniu nie będziemy mieli niestety dla siebie zbyt dużo czasu. Wiem, że taka jest kolej rzeczy i musiało się tak stać. Ale przez to żal wcale nie jest mniejszy. Mam tylko nadzieję, że chociaż weekendy mi to wynagrodzą i wszystko sobie odbijemy. 
W sumie to kończę już temat czego i jak bardzo będzie mi brakowało, bo stwierdzam, że i tak nie potrafię tego opisać :( 

Dodam jeszcze, że boję się, jak to wszystko będzie wyglądało. Mam wrażenie, że teraz już kompletnie na nic nie będę miała czasu, że wszystko będzie leżało odłogiem. Że nie będzie czasu na gotowanie, jedzenie, może nawet spanie? Niee, spanie to u mnie zawsze był priorytet, osiem godzin musiało być, więc i teraz będę się kładła o 22 i wstawała o 6. To akurat nie bardzo się zmieni, bo właściwie tego się trzymałam przez cały czas. Chociaż dość często bywało, że Wikuś dosypiał sobie jeszcze do siódmej (nawet ósmej, ale to już rzadko) - a ja razem z nim. Mam nadzieję, że Wiking nadal będzie spał w nocy, tak jak śpi teraz, bo chociaż zwykle zaliczamy jedną pobudkę, to nie jest ona szczególnie dokuczliwa, zwykle się nie wybudzam i od razu zasypiam ponownie. Ale nie ukrywam, że mam trochę obaw, czy teraz nie będę bardziej zmęczona.

Wiem, że wszystko się poukłada... Tego rodzaju lęki towarzyszyły mi przy każdej życiowej zmianie a ostatecznie wszystko udawało się dobrze zorganizować. Ale jednak i tak się boję i zastanawiam, jak to będzie. 
A tymczasem - zamykam pewien rozdział w moim życiu. Blogowo chyba też, bo obawiam się, że tym postem właśnie kończę okres niemal codziennego pisania. Chciałabym nadal pisać często i dużo, ale nie łudzę się - będę miała na to czas jedynie przez jakieś dwie godziny wieczorem (chyba, że w przyszłości okaże się, że ta praca też będzie taka fajna, że od czasu do czasu będę mogła sobie pozwolić na napisanie notki w czasie przestoju:)), a przecież to nie będzie jedyne, co będę chciała robić. Ale mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej być w miarę na bieżąco. 

A więc jutro znowu mam do przeżycia pierwszy dzień reszty mojego życia... Pojęcia nie mam, jak to zniosę. Ani jak zniesie to Wiking, bo chociaż na razie wszystko wskazuje na to, że jemu nie zrobi to większej różnicy, to kto wie, co będzie.

Ps. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej sytuacji, która pokazuje, jak nagle zmieniło się moje myślenie.
3 grudnia, czyli tego samego dnia, kiedy wysłałam aplikację do firmy, w której jutro rozpoczynam pracę, umawiałam się na spotkanie 17 grudnia ze współpracownikami z mojej poprzedniej pracy. Cieszyłam się na to wyjście, myślałam o tym, jak fajnie będzie się wyrwać. 14 grudnia dowiedziałam się, że zostałam przyjęta do pracy i kiedy trzy dni później jechałam na spotkanie, miałam już zupełnie inne nastawienie. Owszem, cieszyłam się, że spotkam się ze znajomymi, ale z drugiej strony żal mi było tego czasu - myślałam sobie, że w pewnym sensie tracę czas z Wikingiem. Nawet kiedy wsiadałam do metra, odczuwałam żal, że nie mam ze sobą wózka z Wikusiem...

niedziela, 27 grudnia 2015

W grudniu po południu.

Teraz to już naprawdę się po świętach zrobiło i zostało jeszcze tych kilka intrygujących dni przed ostatnim dniem starego i pierwszym nowego roku. Dla mnie są one właśnie takie intrygujące, bo zawsze się wtedy dziwnie czuję :) Różne myśli przechodzą mi przez głowę, nad różnymi kwestiami się zastanawiam, sporo wspominam i analizuję. To są takie dni, które sprawiają, że się człowiek jeszcze jakoś po świętach trzyma, bo ma wrażenie, że to nie koniec świętowania ;) Zazwyczaj dopiero po szóstym stycznia poziom energii powoli spada.

Jakiś czas temu myślałam sobie o tym, że czasami, kiedy mówi się o czymś, na co długo się czeka albo o czym nie wiadomo, kiedy (i czy) się wydarzy, to się mówi "w grudniu po południu!" Przyznam się Wam, że cały ten miesiąc mam w głowie tę frazę! Bo jest grudzień, często popołudniowa pora i ciągle się nic nie dzieje :P Nie wiem dlaczego akurat w tym roku włączył mi się taki tryb rozmyślań o tym, jaka chciałabym być i co chciałabym mieć w przyszłości.
Dotychczas wydawało mi się, że marzenia to coś dla dzieci. Tak, ja wiem, że dorośli mają marzenia, ale ja ich nigdy nie miałam. W dodatku Franek też nie. Mieliśmy plany, oczekiwania, cele. Ale nie marzenia. Marzenia wydawały mi się jakieś takie mało realne, mało konkretne i mało racjonalne. To do mnie nie pasowało. Stwierdziłam więc, że z marzeń się chyba po prostu wyrasta. Nie było mi z tym źle, ani trochę. Ale w tym roku stwierdziłam, że być może do marzeń można potem z powrotem dojrzeć (wiem, że to paradoks, ale taki właśnie miałam tok rozumowania i się nim tutaj dzielę na forum:)) I zaczęłam myśleć, o czym marzę.

Przez tyle lat marzenia nie były mi do niczego potrzebne, więc nie bardzo wiem, skąd mi się wzięły akurat teraz. Może to dlatego, że zaczęłam się trochę obawiać, że to co kiedyś było dla mnie celami i planami jest tak bardzo nierealne, że można to już tylko do sfery marzeń zaliczyć? :) Poza tym często też kiedy miałam jakieś oczekiwania co do swojej przyszłości, to raczej niechętnie o tym mówiłam i nie lubiłam się tym dzielić. Nawet nie na zasadzie zapeszania, po prostu nie chciałam, żeby ktoś za wcześnie mi się w tę moją przyszłość mieszał :) Tym razem mam ochotę się trochę otworzyć. Nie wiem dlaczego, ale idę za głosem serca, skoro ono tak czuje, postanowiłam podzielić się na blogu tym, o czym od pewnego czasu myślę "marzenie".

Są to sprawy, które trudno mi w ogóle umiejscowić w przyszłości - nie wiem, czy jest ona bliższa, czy dalsza, nie wiem kiedy i czy w ogóle. Ale opowiem Wam, czego bym chciała... Chciałabym móc urządzać swoje własne mieszkanie. To znaczy nasze - moje i Franka. Chciałabym, aby było nas na nie stać - na trzypokojowe mieszkanie na jakimś sympatycznym osiedlu nie znajdującym się w Wygwizdowie Małym, ale też nie w Centralnym Centrum. Wystarczyłoby mi jakieś Centralne Ubocze ;) Chciałabym, żeby mieszkanie miało duży balkon i okna przynajmniej na dwie strony świata. Jeszcze nie zdecydowałam, czy miałby to być wschód i zachód, czy może wschód i południe. Marzy mi się, że urządzamy sobie to mieszkanko ze względnym spokojem, a później sielsko sobie w niem mieszkamy :) My, czyli rodzina Frankowskich. Ja, Franek, Wiking. Myślę sobie o jeszcze jakimś jednym potomku (płci obojętnej - naprawdę, już teraz jest mi obojętne, wcale nie musiałaby być dziewczynka) i o psie. Płci raczej męskiej i rasie... hmmm, chyba jednak cocker spaniel, ale nie wiem, czy upieralibyśmy się tylko przy tej opcji.
Marzy mi się, że oboje z Frankiem pracujemy i czujemy się tą pracą usatysfakcjonowani. Lubimy to, co robimy, zarabiamy godnie - czyli bez fajerwerków, ale tak, że można coś odłożyć przy naszym niezbyt hedonistycznym trybie życia, ale jednocześnie nie wypruwamy sobie żył - chcemy przecież mieć jeszcze wystarczająco dużo sił i energii, żeby cieszyć się tym wszystkim co mamy i żeby spędzać czas w towarzystwie rodziny. Po prostu towarzyszy nam umiarkowane zmęczenie - tak jak to bywało dotychczas, raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie do zniesienia. 
Chciałabym, abyśmy tworzyli szczęśliwą i wesołą rodzinę, w której panuje wzajemny szacunek, zrozumienie i miłość. To jest dla mnie najistotniejsze. Abym każdego dnia mogła być wdzięczna za to co, a raczej kogo, mam. Abyśmy się dużo przytulali i jeszcze więcej ze sobą rozmawiali. Ciepło i poczucie bezpieczeństwa emanujące zza progu naszego wymarzonego wcześniej mieszkania. To mi się marzy.
Marzy mi się, że nadal otaczamy się tylko ludźmi, którzy są nam bliscy i życzliwy. Prowadzimy umiarkowanie bujne życie towarzyskie (wystarczy tak, jak teraz), goście od nas nie stronią, widujemy się regularnie z osobami, które są dla nas najważniejsze a czas, który z nimi spędzamy jest dla nas doskonałym i wystarczającym źródłem rozrywki. 
Chciałabym, abyśmy z Frankiem cały czas się kochali i potrafili pokonać razem każdą przeszkodę. Żebyśmy cały czas pamiętali o tym, co jest ważne i że mamy za sobą tyle pięknych lat, a kolejne tak samo piękne są na wyciągnięcie ręki, bo tylko od nas zależy to, jak będą wyglądały. Chciałabym, żebyśmy lubili i chcieli ze sobą rozmawiać i żebyśmy mieli czasami okazję do bycia nawet przez chwilę tylko we dwoje. Bardzo chciałabym, żebyśmy darzyli się szczerą miłością i szacunkiem.
Co jeszcze mi się marzy? Na przykład wyjazd do Hiszpanii, najlepiej na południe, ale niekoniecznie. Mogłoby być nawet całą rodziną. Bardzo marzy mi się zwiedzenie Sankt Petersburga - i to mogłoby być już nawet tylko z Frankiem, na przykład kiedy dzieci na kolonie pojadą :P Albo u dziadków będą. Marzy mi się też Australia albo chociaż Stany Zjednoczone, ale to już jest tak nierealne, że to już chyba nawet nie marzenie, tylko jakaś mrzonka :) Marzy mi się solidny samochód, nie musi być wypasiony, wystarczy, że pomieści nas wszystkich razem z gratami. Marzą mi się coroczne wyjazdy na wakacje - nawet niedaleko, może być w Polsce i częste weekendowe wypady do Miasteczka. Do Poznania też mogłoby być, byle nie zamiast :P
A przede wszystkim marzy mi się, to, co niby jest oczywiste, ale muszę o tym głośno powiedzieć, bo skoro już szczerze, to na całego - a więc marzy mi się, że wszyscy jesteśmy zdrowi i dzięki temu możemy wieść swój żywot w miarę beztrosko. W miarę, bo tak całkiem bez trosk się nie da. Ale wiem, że da się tak, że te troski nie przytłaczają, a są tylko takimi drobnymi śmieciami, które wiatr nawiewa na nasze podwórko (kiedyś o tym pisałam) - bo przecież mam za sobą lata, które takimi właśnie problemami tylko (na szczęście) się odznaczały.

Taaak, to wszystko - i może jeszcze trochę więcej, tylko teraz szczegółów nie pamiętam - mi się marzy. Chciałabym bardzo to osiągnąć. Chciałabym, aby te moje życzenia dotyczące przyszłości się spełniły i żebym w którymś grudniu po południu mogła powiedzieć - tak, spełniło się, jestem szczęśliwa. I tak już teraz się cieszę, że jeszcze trzy tygodnie temu byłam na etapie marzenia o tym, żeby nie być bezrobotną w roku 2016 i na razie się spełniło, w dodatku dość szybko, więc napawa mnie to optymizmem. Staram się cały czas trzymać tych pozytywnych przeczuć, które wtedy miałam i myśleć, że ze wszystkim sobie poradzę a praca okaże się tak samo przyjemna, jak moje dotychczasowe :)
Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby takie marzenia się spełniły, ale może wystarczy trochę zaczarować rzeczywistość i na przykład wypowiedzieć życzenie w grudniu po południu... ;)
Ech, chciałabym, chciała...

piątek, 4 grudnia 2015

Nastrojowo.

Dziwny nastrój mnie ostatnio dopadł. Taki refleksyjno-nostalgiczny z domieszką optymizmu napędzanego nadzieją. Pojęcia nie mam skąd mi się to wzięło i nie wiem, jak długo jeszcze potrwa, ale wolę to, niż zamartwianie się i dołek.

Z jednej strony na potęgę wspominam zeszłoroczny grudzień - ta ostatnia prosta w naszym oczekiwaniu. Co prawda Wiking trochę się pospieszył i urodził się dwa tygodnie wcześniej, ale tak sobie myślę, że ja chyba mimo wszystko byłam w jakiś sposób na to przygotowana. Wiedzieliśmy, że wyjeżdżamy na święta, staraliśmy się więc przez pierwsze trzy grudniowe tygodnie podomykać wszystkie sprawy. Kupiliśmy ostatnie elementy wyprawki, spakowaliśmy torbę do szpitala, przygotowaliśmy dokumenty - wszystko tak na wszelki wypadek. Z jednej strony nie myśleliśmy o tym, że już po świętach pojawi się nowy członek naszej rodziny, ale z drugiej, nie mieliśmy żadnych planów na styczeń. Nawet ja nie myślałam za bardzo o tym, co będę robić po powrocie do Podwarszawia ze świątecznych wojaży :) Owszem, miałam jakieś tam plany, ale mało konkretne - więc kto wie, może podświadomie jednak liczyłam się dość mocno z tym, że zostaną one pokrzyżowane i Wiking postanowi się z nami przywitać wcześniej? :)
W każdym razie z nostalgią myślę o tym czasie w ubiegłym roku, kiedy przez ostatnie dni cieszyliśmy się tym, że jesteśmy z Frankiem tylko we dwoje.

Z drugiej strony - o dziwo, bo nie mam ku temu absolutnie żadnych przesłanek - mam dość pozytywne nastawienie jeśli chodzi o przyszłość. Nie wiem jak to się stało, ale przez ten ostatni rok chyba naprawdę trochę się nauczyłam mniej przejmować sprawami, na które i tak nie mam żadnego wpływu. Przez większość czasu mam podejście "pomartwię się tym później". Oczywiście przychodzą dni, kiedy zaczynam się bardziej stresować i zastanawiać "co będzie jeśli...", ale na razie sobie jakoś z tym radzę.
Tak jak wspomniałam w ostatniej notce, kiedy przyszłam wczoraj na spotkanie, Kangurzyca na mój widok powiedziała, że jestem taka pozytywnie odmieniona, że promienieję i że chyba musiało się coś dobrego wydarzyć. Odpowiedziałam jej na to, że rzeczywiście czuję się dobrze i jestem w dobrym nastroju, ale jest to dla mnie dziwne, bo w gruncie rzeczy nie mam ku temu żadnych konkretnych powodów, a nawet wręcz przeciwnie, znalazłoby się parę spraw, które mogą niepokoić.

Nie mam więc pojęcia, co stoi za tym moim dobrym samopoczuciem. Chciałabym bardzo, żeby to była moja podświadomość, przepowiadająca dobrą przyszłość dla naszej rodziny. Na ten moment naprawdę delektuję się chwilą i dobrym nastrojem. Wiem, że ma on to do siebie, ze potrafi prysnąć w najmniej spodziewanym momencie :) Dlatego też wyciskam go jak cytrynę.

Ps. I nie zdążyłam zrobić prasowania dzisiaj, ale o dziwo nie popsuło mi to wcale humoru :)

wtorek, 10 listopada 2015

O Miasteczku rozważań ciąg dalszy.

Dzisiaj jeszcze o Miasteczku będzie, bo chciałabym dokończyć moje rozważania sprzed paru dni, kiedy pisałam o wyjeździe stamtąd, o moich odczuciach w związku z tym i wniosku, że jest mi tam tak dobrze głównie dlatego, że jestem na wakacjach. 

Prawda jest taka, że pomimo tych wszystkich radosnych chwil, które przeżywałam jako dziecko i nastolatka, zawsze się w Miasteczku trochę dusiłam. Atmosfera tu panująca nigdy do mnie nie przemawiała - do moich rodziców zresztą też nie i wspominałam, że nie polubili nigdy tego miejsca, choć oczywiście się do niego przyzwyczaili. Przymiasteczko jest już dwa razy większe (pod względem liczby ludności cztery razy) i chyba już tam czulibyśmy się bardziej komfortowo. 
Ale później wyjechałam do Poznania i choć początkowo czułam się przytłoczona jego ogromem, to dość szybko stwierdziłam, że to jest miasto w sam raz dla mnie, jeśli chodzi o wielkość. Kiedy tak sobie pomyślałam, to trafiłam do Warszawy :) Czyli miasta, o którym Franek, Poznaniak od urodzenia, powiedział, że Poznań przy nim to wiocha! I okazało się, że nawet do takiej wielkości można się przyzwyczaić, chociaż jednak odległości tu są trochę za duże, Poznań jednak lepszy. Trochę odbiegam od tematu, chociaż właściwie nie do końca...

Bo czy osoba, która tak jak ja, od ponad dziesięciu lat mieszka w miastach o liczbie ludności przekraczającej pół miliona, mogłaby bez żalu wrócić do Miasteczka, w której tych ludzi jest prawie sto razy mniej? :) W których większość sklepów zamyka się o 17:00 (no, teraz już jest lepiej, bo są markety, ale jeszcze za moich czasów osiedlowy sklepik czynny do 19 to był luksus), nie mówiąc już o tym, jaki jest w nich asortyment, nie ma gdzie iść na fitness, nie ma kina a w bibliotece nie wiedzą czym jest ochrona danych osobowych? :) No raczej nie...

Franek bardzo lubi jeździć do Miasteczka. Podoba mu się, że jest cicho, spokojnie, że niedaleko jest duży las, do którego można iść na spacer. Lubi leniwe tempo życia i samo Miasteczko, które po prostu mu się podoba. Nie raz mówi, że mógłby się tam przeprowadzić i zamieszkać na stałe.
Jest to jakiś sposób na życie i odrzucając moje obiekcje związane z wielkością miejsca zamieszkania zostałby tylko jeden powód, dla którego ta opcja jest raczej niemożliwa. Ale za to bardzo poważny powód - po prostu brak perspektyw, głównie jeśli chodzi o pracę. Pewnie, jakieś tam szanse na jej znalezienie są, ale jednak niewielkie. Pewnie mogłabym pracować w jakiejś firmie, choć raczej nie w Miasteczku, aczkolwiek przypuszczam, że praca nie spełniałaby do końca moich oczekiwań. Jeśli chodzi o Franka to w zasadzie szanse na zatrudnienie byłyby co najwyżej w Opolu. 

To oczywiście też byłoby jakieś rozwiązanie - przeprowadzić się do Opola, które jest 40 km od Miasteczka. Mielibyśmy rodziców bardzo blisko. Ale w zasadzie co by nam to dało poza tym? Opole to nie jest miasto naszych marzeń, więc skoro są inne możliwości, to po co w ogóle brać pod uwagę przeprowadzkę właśnie tam, gdzie i tak nikogo nie znamy a samo miasto zdecydowanie nie ma aż takich możliwości jak Poznań, czy Warszawa. Ja do Opola nic nie mam, nie mam żadnych negatywnych skojarzeń z nim, ale wśród większośc moich znajomych pokutuje opinia, że wylądowanie tam to swego rodzaju porażka - że ktoś się chciał wyrwać z Miasteczka lub Przymiasteczka, ale okazało się, że nie stać go na więcej. Kilkoro moich znajomych z liceum trafiło tam przez przypadek na studiach, czuli się bardzo pokrzywdzeni i chcieli się jak najszybciej wyrwać, co im się udało. 
Z kolei inni się tam przeprowadzili już po studiach, więc to kwestia oczekiwań a także tego jak się komu życie układa pewnie...  W każdym razie ja raczej nie patrzyłabym na to z perspektywy jakiejś porażki (zresztą myślę, że teraz też się inaczej myśli niż w czasach liceum) i gdyby nagle przede mną stanęła jakaś dobra wróżka i powiedziała, że oto daje mi i Frankowi w Opolu dobrze płatną pracę, w której będziemy się czuli spełnieni, tylko muszę się zdecydować w ciągu 10 minut, to chyba bym się zdecydowała (a na Gdańsk na przykład niekoniecznie w tych okolicznościach :)) 
No ale dobrej wróżki jak nie było, tak nie ma, a Franek mówi o tym, że chciałby zamieszkać w Miasteczku a nie w Opolu, więc ta opcja odpada.
A w Miasteczku z kolei raczej szans na pracę by nie miał - ani jako kierowca komunikacji miejskiej, ani jako kucharz :)
Inna sprawa, że jestem przekonana, że Miasteczko tak bardzo mu się podoba głównie dlatego, że tak jak mnie, kojarzy się z weekedami, urlopem i błogim lenistwem :) Inaczej byłoby, gdyby tam żył na co dzień. Frustrowałby się, że niczego nie można załatwić po południu, że nie ma za bardzo gdzie chodzić i że wszyscy ludzie go znają, choć inni jego nie :) Franek często mówi, że ta specyficzna miasteczkowa mentalność mu nie przeszkadza - rozumiem go, bo mnie też nie przeszkadza aż tak bardzo. Ale tylko dlatego, że potrafię się od tego odciąć - nie przejmuję się tym, że na pewno są osoby, które o nas gadają (bo że gadają to pewne, takie mają hobby! :)), tym, że jakaś obca baba potrafi zaczepić nas i powiedzieć, że ładne mamy firanki w oknach (!), że sporo ludzi jest zwyczajnie zawistnych i fałszywych. Naprawdę można się tym nie przejmować i nie żyć problemami innych ludzi, moja rodzina nigdy nie angażowała się w te wszystkie układy i układziki, plotki i konflikty, niemniej jednak zdecydowanie wolę anonimowość, jaką daje większe miasto - nawet takie jak Podwarszawie. Czuję się po prostu bardziej swobodnie. Myślę, że Franek tak się czuje w Miasteczku, bo nie łączą go z nim żadne wspomnienia, nie zna ludzi, tym bardziej więc nie interesuje go, co sobie gadają :)

Czasami popuszczam wodze fantazji i zastanawiam się, jakby to było, gdybyśmy tam zamieszkali. Zdecydowanym plusem jest bliskość mojej rodziny a także fakt, że bez problemu moglibyśmy tam kupić mieszkanie, nawet bez kredytu. Ale na tym chyba plusy się kończą :) Owszem, jest mi ta bardzo dobrze, sielsko i tęsknię za tym miejscem, ale wiem, że to dlatego, że bywam tam tylko w warunkach urlopowych, które rządzą się zupełnie innymi prawami :) Mam świadomość, że męczyłabym się tam na dłuższą metę. Kiedy jadę tam sama na wakacje, nie przeszkadza mi, że siedzę w domu z Wikingiem i prawie nigdzie nie wychodzę. Ale przecież zwariowałabym, gdyby nagle okazało się, że tak wygląda moja rzeczywistość - bez pracy, bez faceta (gdyby z jakiegoś powodu Franka z nami nie było), ciągle na garnuszku rodziców... Prowadziłabym takie samo życie, które przez ostatnie trzy tygodnie mnie zachwycało i relaksowało, a w tym wypadku stałoby się moim jarzmem. 
A nawet gdybyśmy mieli tam zamieszkać we trójkę - myślę, że za bardzo już przywykłam do myśli, że duże miasto daje po prostu ogrom możliwości, zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i o rozrywkę i formę spędzania czasu wolnego.

Fajnie jest sobie pogdybać i powyobrażać sobie, jakby to było zamieszkać znowu w Miasteczku ze swoją rodziną. Ale jednak te przemyślenia nigdy nie wychodzą poza sferę gdybania właśnie :) Nigdy nie braliśmy tego na serio pod uwagę, więc i Wy nie bierzcie tej notki na serio :) Lubię się czasami nad tym pozastanawiać, a ostatnio myślałam o tym szczególnie często. Ale właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że urok Miasteczka tkwi właśnie w tym, że tylko tam bywam i się relaksuję. Jasne, że człowiek się może przyzwyczaić do życia wszędzie (coś o tym wiem ;)), ale skoro nie ma takiej potrzeby, to po co mamy sobie zabierać nasze sielskie miejsce relaksu? :)

Na koniec dodam, że syndromu może już nie mam, ale tęsknię jeszcze bardzo za tym co było jeszcze parę dni temu, wspomnienie tamtej codzienności jeszcze są świeże. Wiem, że zbledną i zapomnę, ale na razie tej sielanki mi brak :)

wtorek, 25 sierpnia 2015

Brak tematu przewodniego.

Mamy za sobą bardzo przyjemny długi weekend - Franek ma bardzo fajny grafik w drugiej połowie sierpnia, bo ma dużo dni wolnych. Miał wolny wtorek i środę, potem sobotę, niedzielę i poniedziałek a teraz pracuje dziś i jutro, a w czwartek i piątek ma znowu wolne. Niestety to wiąże się z tym, że ma mało tzw. "krótkich dni" i zazwyczaj pracuje 8-10 godzin. W dodatku chodzi na późniejsze godziny, czyli tak między 5 a 7, a to oznacza, że wraca dopiero między 15 a 16 do domu. Ma to swoje dobre i złe strony - wieczorami mamy trochę więcej czasu dla siebie, bo chodzimy spać o 22 a nie godzinę wcześniej. Ale za to Franek wraca bardzo zmęczony, no i czasami jeszcze musi się chwilę zdrzemnąć, co oznacza, że duchem jest obecny dopiero późnym popołudniem, krótko przed tym, jak kładziemy Wikinga spać. No, ale nie chcę narzekać za bardzo, bo nie jest aż tak źle. W końcu dzięki temu właśnie tyle dni ma wolnych. Ciekawa jestem, jaki będzie grafik wrześniowy, choć na pewno nie tak przyjemny, bo etat jest większy o 16 godzin niż w sierpniu...

No dobra, nie o tym miałam. Trochę o weekendzie miało być, a konkretnie o tym, że mieliśmy gości. Był u nas kuzyn Franka z żoną. To inny kuzyn, niż ten, o którym już parę razy tu wspominałam :) Chyba łatwiej będzie, jeśli posłużę się imionami. A więc tamten kuzyn to Wojtek z żoną Anetą i dziećmi Kubą i Gabrysią, a ten to brat Wojtka - Maciej z żoną Asią. Wkrótce będę pisać z żoną Asią i córeczką Hanią, ale to dopiero od połowy listopada :) 
W każdym razie rewelacyjnie spędziliśmy te trzy dni! Byliśmy trochę pełni obaw, bo z Wojtkiem i Anetą już od dawna świetnie się dogadujemy, a z Maćkiem i Asią po prostu mieliśmy raczej ograniczony kontakt i dość rzadko się widywaliśmy. Ale mamy teraz nadzieję, że to się zmieni, bo okazuje się, że zdecydowanie odbieramy na tych samych falach. A fajnie byłoby, żeby dzieciaki miały ze sobą dobry kontakt, w końcu będą z tego samego rocznika, choć przez pierwsze lata będzie ich dzieliła bardzo duża różnica wieku, bo aż dziesięć miesięcy.

Nie pisałam więc, bo byłam bardzo zajęta miłym spędzaniem czasu - chodzeniem po Warszawie, długimi rozmowami, graniem w Pędzące żółwie i śmianiem się tak bardzo, że o mało się nie posikałam :P Na szczęście moje mięśnie dna miednicy chyba aż tak się nie rozjechały po porodzie, bo trzymałam się dzielnie :D

Teraz mi trochę łyso, że znowu jest w domu tak pusto i cicho. Chociaż... z tym cicho to nie do końca, bo Wiking taki całkiem cichy to nie jest. Ale w ramach ćwiczenia pisania krótko zwięźle i na temat (choć zbliżam się ku końcowi tej notki i jeszcze nie wiem, jaki jest jej temat ;), rozwinięcie tego zagadnienia pozostawię na inny czas :) 

W dodatku dzisiaj nastąpiła mała katastrofa. Wiem doskonale, że Wikinga łapki są szybsze niż moje, więc staram się przewidywać, co może go zainteresować, za co chwycić, pociagnąć i szarpnąć. Nie wiedziałam jednak, że ma taką podzielność uwagi, że pijąc mleko z mojej piersi może jednocześnie chcieć napić się mojej herbaty z mojego kubka. Jak nie wystrzelił tą swoją małą łapką w jego kierunku... Kubek pełen nie był co prawda, ale i tak część jego zawartości wylała się wprost na klawiaturę naszego całkiem nowego (bo przecież kupionego we wrześniu 2014, więc w naszej świadomości ciągle nowego!) laptopa :( I teraz się boję co z tego wyniknie. Na razie odpaliłam stary komputer, choć to bardzo uciążliwe... A co będzie dalej, to zobaczymy.
Kiedyś sobie wylałam na laptopa kieliszek białego wina. Tylko touchpad się zepsuł, a byłam taka cwana, że miałam jeszcze gwarancję i udawałam, ze nie wiem co się stało, że się zepsuł... Licząc się oczywiście z tym, że powiedzą, że zalania gwarancja nie obejmuje - a ja wtedy powiem: "ojej, jak to zalania? to on był zalany??? to na pewno moja współlokatorka!" (biedna Ela :P) Ale naprawili... 
Niechże teraz nawet i ten touchpad nie działa - i tak go nie używam - ale byleby klawiatura i wszystkie podzespoły działały jak trzeba! Trzymajcie kciuki.

A tak w ogóle to mi trochę żal, bo dostałam dzisiaj okres. Pierwszy po prawie półtorarocznej przerwie. Wiem, że to normalne i że i tak długo bez niego pociągnęłam, bo Wiking ma już od jakiegoś czasu dietę rozszerzoną.  Ale nadal karmię go dwa razy w nocy i kilka razy w dzień (choć fakt, ostatnio przerwy się wydłużyły). Miesiączka nigdy mi szczególnie nie dokuczała, więc to nie o to chodzi, tylko o to, że mi żal, że kolejny etap za nami... :)


czwartek, 11 czerwca 2015

2015 rokiem urodzaju

Jakiś czas temu pisałam o wysypie ciężarówek i o tym, że cieszę się z tego, że jestem pierwsza "w kolejce" do rozpakowania. Tak się rzeczywiście stało - urodziłam pierwsza, w dodatku na początku roku, co mnie naprawdę bardzo cieszy, bo to jeszcze dodatkowy symbol początku. Żal mi tylko Wikinga, bo wszystkie prezenty dostanie na w ciągu dwóch-trzech miesięcy (bo imieniny chyba wypadają mu w lutym) :P
W każdym razie, jakieś dwa tygodnie po mnie, też przed terminem, urodziła siostra mojego szwagra. Następnie, 11 lutego (trochę ponad tydzień po terminie) urodził się synek mojego kuzyna, a Karola urodziła 18 lutego - cztery dni później, niż miała.

Różnica czasowa niewielka, bo to raptem półtora miesiąca od narodzin Wikinga, ale jednak czułam się bardzo zadowolona z faktu, że byłam pierwsza :) Cieszyłam się, że poród mam już za sobą, a później cieszyło mnie to, że ze wszystkim jesteśmy trochę do przodu. Poza tym miło było uchodzić za tą bardziej doświadczoną :P
Okazało się jednak, że ten prawdziwy wysyp to ma dopiero nastąpić!

Kiedy mój tata pochwalił się, że został dziadkiem, dostał smsa zwrotnego z informacją, że inna moja kuzynka jest w ciąży z trzecim dzieckiem i będzie rodzić w maju.
Gdy byłam w ciąży, moje koleżanki bardzo mi kibicowały. A najbardziej oczywiście Dorota oraz Ala. Obie były na bieżąco zarówno przed, jak i po porodzie. Ala dzwoniła do mnie regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie. Zadzwoniła dwa dni po porodzie, później gdy Wiking był już jakiś czas z nami w domu, a potem, gdy skończył miesiąc. Rozmawiałyśmy wtedy prawie godzinę. Wypytywała mnie o wszystko ze szczegółami a pod koniec rozmowy powiedziała, że jest w ciąży i termin ma na koniec września.
Koleżankami, które również bardzo interesowały się Wikingiem były hiszpańska Ania i Karolina. Z tą pierwszą widziałam się w Poznaniu pod koniec grudnia - jakiś tydzień przed porodem. Później pisała do mnie maile, co słychać, ale nie mogłam się zebrać, żeby porządnie odpisać i poza zdawkowymi informacjami i zdjęciami, przez dłuższy czas nie doczekała się ode mnie wielu konkretów. I wreszcie w maju (dopiero! ale tylko siebie mogę za to winić, bo pewnie, gdybym odpowiedziała jej wcześniej, wcześniej bym się dowiedziała :)) napisała mi, że przeprowadzka do Madrytu, o której rozmawiałyśmy w grudniu hipotetycznie stała się faktem, bo tam właśnie mieszka tata jej córeczki, która urodzi się w połowie sierpnia!
Jakby tego było mało, w Miasteczku spotkałam się z moją koleżanką z podstawówki. Również zaskoczyła mnie swoją ciążą - termin na październik.
A na domiar tego wszystkiego okazało się, że Wiking za długo się nie będzie cieszył pozycją najmłodszego w rodzinie, bo w listopadzie ma się urodzić pierwsze dziecko Franka kuzyna!

Ten rok 2015 naprawdę będzie urodzajny jeśli chodzi o "nowe" dzieci. Bardzo się cieszę, że Wiking będzie miał tyle rówieśników. Choć o dziwo, głównie są to rówieśniczki - gdyby nie to, że jak wiecie, już nie tęsknię za córeczką - czułabym się bardzo rozczarowana, ale teraz tym bardziej sobie myślę, że skoro wokół tyle dziewczynek, to chyba był w tym jakiś cel, żebym akurat ja urodziła chłopca. 

 Przede wszystkim cieszę się, że będą to dzieci moich bliskich koleżanek - dzięki temu będziemy mogły się wymieniać doświadczeniami. A jednocześnie czuję lekki żal, że raczej nie będą nam dane wspólne spacery i domowe przedszkola... Najbardziej mi szkoda, że nie mam możliwości spotykać się częściej z Karolą, Alą i Asią (żoną kuzyna). Ale tak sobie myślę, że hiszpańska Ania jest w jeszcze gorszej sytuacji (chociaż oczywiście ona tak tego nie postrzega, gdyby tak było, to dawno wróciłaby do Polski:)). bo nie dość, że nie będzie miała blisko swojej rodziny, to jeszcze teraz, właśnie ze względu na ciążę opuści Sevillę, w której mieszkała od ośmiu lat, więc nie dość, że samo dziecko będzie rewolucją, to jeszcze nowe miasto... Ale cieszymy się bardzo, że Wiking będzie miał koleżankę w Hiszpanii - a martwiliśmy się, że teraz nie będziemy mogli za bardzo odwiedzać dziewczyn, bo przecież nie będziemy im Wikinga na głowę sprowadzać. Myślę, że teraz problem będzie mniejszy, zwłaszcza jeśli Wikuś będzie mógł się z Emmą zintegrować :P

Ale przy tym wszystkim naprawdę fajnie się czuję jako pionierka :D Zawsze już będę pierwsza w odniesieniu do tych koleżanek (a tak się złożyło, że wcześniej żadna z tych bliskich mi nie rodziła) i o ten mały krok do przodu. Nie chodzi oczywiście o żadną rywalizację, bo z moimi koleżankami nie rywalizuję, tylko o to, że będę miała za sobą to, co je dopiero będzie czekało, że będę mogła odpowiedzieć im na pytania (których już mają mnóstwo), że będę mogła służyć swoim doświadczeniem i dobrą radą - jeśli będą jej potrzebowały. Chociaż oczywiście mam też momenty, kiedy myślę sobie, że fajnie mają, że są dopiero w ciąży i wszystko jeszcze przed nimi :))
Oczywiście nie chodzi o to, że się czuję lepsza w jakikolwiek sposób :) Jedynie towarzyszy mi takie przyjemne uczucie, że już wiem z czym to się je i że w jakimś sensie jestem ważna. Paradoksalnie czuję się taka... doświadczona :P Cieszę się, że za chwilę ktoś będzie przeżywał to samo, co ja a jednocześnie odczuwam ulgę, że mam za sobą już ten trudny czas docierania się. Chyba rzecz w tym, że nigdy wcześniej nie byłam na takiej pozycji. A że jestem zbzikowana na punkcie symbolicznych początków, fakt, ze Wikuś urodził się na początku roku tylko dodaje temu wszystkiemu smaczku :)

Cóż, wygląda na to, że rok 2015 będzie należał do dzieci - a przynajmniej do dzieci bliskich mi osób :) Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i wkrótce dzieci doczekają się te osoby, które tak długo na nie czekają. Bardzo bym tego życzyła wszystkim oczekującym, szczególnie tym, które z ciężkim sercem czytają takie notki jak ta.

środa, 29 kwietnia 2015

Różnie się w życiu plecie...

Podczas chrztu skupiona byłam na mszy. Na tyle, na ile było to możliwe, bo niestety odkąd chodzimy z Wikusiem do kościoła, moje skupienie już nie jest maksymalne, mimo, że to Franek trzyma pieczę nad wózkiem, ja cały czas zerkam w tamtą stronę, ale ksiądz (ten sam, który chrzcił zresztą) przy ostatniej spowiedzi powiedział, że na pewno jest mi to wybaczone :)) W każdym razie, skupiona byłam na mszy oraz na zachowaniu Wikinga, więc na inne refleksje już mi nie pozostało za wiele czasu. Ale nieco później przypomniałam sobie, co się działo równo rok temu...

Otóż w ostatnią kwietniową niedzielę roku 2014, czyli  27 kwietnia byliśmy w Poznaniu i prawie o tej samej godzinie uczestniczyliśmy we mszy, na której chrzczona była kuzynka Wikinga - ta, która urodziła się 7 stycznia 2014, siostra frankowej chrześnicy. 
Pamiętam dokładnie tamten dzień i tamtą mszę, bo dopadł mnie wtedy jakiś dziwaczny nastrój. Złapałam coś w rodzaju doła, kiedy patrzyłam na brata oraz kuzyna Franka, którzy mają już pełną rodzinę z dwójką dzieci (nie wiedzieć czemu, zawsze model 2+2+pies wydawał mi się najbardziej idealny; chociaż to pewnie dlatego, ze sama się w takiej rodzinie wychowałam), własne mieszkania oraz mniejsze i większe problemy (z pracą wcale nie było u nich całkiem kolorowo) i myślałam sobie, że chyba nigdy w życiu do takiego momentu nie dobrniemy. Nie pocieszało mnie nawet to, że jeszcze mamy czas (bratowa Franka jest starsza ode mnie o 11 lat, żona kuzyna o 10).
Uczestniczyłam w tej mszy aktywnie, ale myśli moje krążyły wciąż wokół tematu pracy, mieszkania i życia w ogóle. Franek zatrudniony na umowę zlecenie - z perspektywą zatrudnienia w Nie-Zielonej firmie, ale gwarancji nie było. Stresowaliśmy się kolejnymi testami i rozmowami, na które miał się stawiać. U mnie w firmie cały czas niepewność, każdy kolejny dzień mógł być tym, gdy się okaże, co z nami będzie. Z jednej strony chciałam wiedzieć, z drugiej myślałam sobie, że im dłużej to trwa, tym dłużej mam gwarancję zatrudnienia... Te kwestie powodowały, że nie mogliśmy myśleć o własnym kącie, który w pewnym sensie był dla mnie gwarancją jakiejś stałości. Z dala od rodziny, znajomych, trochę samotni, byliśmy skazani tylko na siebie. Piszę w czasie przeszłym, bo odnoszę się do tego, o czym myślałam wtedy, ale to wszystko przecież jest jak najbardziej aktualne dziś. Nie mamy mieszkania, nie wiemy, co z nami będzie, gdzie ostatecznie wylądujemy, bo choć teraz mieszkamy w Podwarszawie, to nie wiadomo przecież co będzie za pół roku. Szans na stabilizację i własny kąt nadal nie mamy żadnych. Tylko jedno się zmieniło (poza tym, że teraz nie boję się już o to że stracę pracę, a o to, że jej nie znajdę)... No właśnie...

To była jedna z naprawdę nielicznych chwil (z pewnością mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki i może nawet wszystkich bym nie wykorzystała :)), kiedy przeszło mi przez myśl sobie tak na serio, że w zasadzie tego dziecka to nam trochę brakuje i że gdyby nie nasza sytuacja, to pewnie już byśmy je mieli... Myślałam o tym, że w tych okolicznościach nigdy nie będziemy się mogli na nie zdecydować i że wobec tego pewnie nigdy nie będziemy mieć tej wymarzonej rodziny, nie mówiąc już o tym, że przecież wcale nie wiemy, czy w ogóle możemy mieć dzieci. Naprawdę nie wiem, co mnie naszło, żeby tak nagle o tym myśleć, ale pamiętam wyraźnie ten smutek i żal do życia, że tak się toczy, że nie mam wpływu na tyle rzeczy, że nie możemy realizować swoich pragnień i potrzeb, bo hamuje nas niepokój o jutro.

Nigdy się nie dowiem, czy już wtedy byłam w ciąży, czy dopiero kilka dni później pojawiło się we mnie to nowe życie. Faktem jednak dla mnie jest to, że wymodliłam sobie to, co jest dzisiaj. Bo modliłam się po prostu o to, żeby jakoś się to poukładało. "Jakoś", bo sama nie wiem, co byłoby dla mnie najlepsze. Pisałam już o tym, więc wiecie, że mimo, iż Franek już wcześniej mówił o powiększeniu rodziny, ja cały czas byłam na etapie "chciałabym, a boję się" i nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji w tej kwestii. Wydaje mi się, że czasami były wręcz momenty, gdy podświadomie uciekałam od tego (tuż po tym, kiedy zgodziłam się z Frankiem, że może warto po prostu wyłączyć myślenie, mój cykl totalnie zwariował).
Z perspektywy tego wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu minionego roku, trudno mi nie dostrzec, że moje modlitwy zostały jednak wysłuchane, bo mimo wszystko "jakoś" się to poukładało. Nie mam pracy, to fakt. I wiecie doskonale, jak bardzo to przeżyłam (i przeżywam w dalszym ciągu, choć wiedząc, że niczemu dobremu teraz to nie służy, odsunęłam myśli na ten temat na dalszy plan). Jednak jestem przekonana, że Wiking pojawił się w najlepszym momencie. Nie czułam się na to gotowa, ale miesiąc, dwa później i dziś bylibyśmy z dzieckiem, za to bez środków do życia, bo nie przysługiwałby mi zasiłek... Z kolei gdyby to było jeszcze później, to Wikinga nie byłoby dzisiaj w ogóle i nie wiadomo, przez ile miesięcy a pewnie nawet lat, by się nie pojawił... Tak bardzo się cieszę, że jednak jest z nami, że już go mamy, niezależnie od tego, co się wydarzy w bliższej lub dalszej przyszłości.

Dlatego cieszę się, że rok temu pozwoliłam sobie na tę chwilę słabości. Poza tym tak sobie myślę, że przecież wtedy wydawało mi się, że dziecko to ostatnia rzecz, która może i powinna się nam "przytrafić". Dzisiaj własne mieszkanie, poczucie stabilizacji i przynależności do miejsca, dobra praca... - to są rzeczy, które wydają mi się nieosiągalne. Może więc i tu powinnam po prostu poczekać i zobaczyć, co się wydarzy, bo okazuje się, że w życiu naprawdę różnie może być. Poczyniłam zresztą ku temu jakieś kroki, bo przestałam wreszcie myśleć tak dużo o tym co będzie. Nie zmieniło to niczego a już na pewno nie zmniejszyło mojego niepokoju, ale przynajmniej w teraźniejszości żyje mi się spokojniej...

Wiem, że wiele z Was ta notka zaboli - z różnych, dobrze Wam znanych przyczyn. Mam jednak nadzieję, że to tytułowe "różnie" co się w życiu plecie, okaże się dla nas wszystkich bardzo pomyślne i że doświadczymy tego nie raz.

poniedziałek, 29 września 2014

Przecież jutra nie ma...

Tak sobie pomyślałam w ubiegłym tygodniu siedząc ostatni dzień przy moim biurku w pracy... Przedostatni tydzień był bardzo intensywny, wyprzedawaliśmy towar, trzeba było pozamykać wszystkie sprawy - przez cały tydzień siedziałam miałam co robić, siedziałam nawet chwilę po godzinach. Na początku ubiegłego tygodnia jeszcze było parę kwestii, ale właśnie we wtorek miałam do zrobienia jedną niepilną rzecz i pomyślałam sobie, że zostawię ją do jutra. I wtedy właśnie przyszła ta refleksja, ze jutra nie ma... Bo jutro już nie będzie mojego biurka... I rzeczywiście wyjechało jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem...

W środę siedziałam przy jakimś prowizorycznym biurku skleconym z resztek mebli. Kolega usadowił się na kartonach. W czwartek resztek mebli też już prawie nie było a ja miałam do zamknięcia kilka ostatnich spraw. W piątek nie miałam już po co jechać do pracy - nie było mebli, nie było monitora, drukarki, modemu... Siedziałam więc w domu pod mailem i telefonem - ale niewiele się działo. W zasadzie tylko jedną sprawę musieliśmy załatwić.
Dzisiaj już praktycznie miałam namiastkę tego, co mnie czeka w ciągu najbliższych kilku miesięcy... Wstałam rano i w zasadzie nie wiedziałam do końca co ze sobą zrobić. Owszem, pod maila się podłączyłam, ale nie działo się już kompletnie nic. W końcu koło południa wyszłam z domu i spacerkiem przeszłam się do miejsca pracy. Pusto. Zostało parę kartonów, artykułów biurowych, środków czystości... Zabrałam swojego laptopa (którego zresztą jutro już oddaję, fajnie, że telefon mogłam sobie za złotówkę odkupić), kilka rzeczy, które kupiłam okazyjnie, kiedy firma wyprzedawała sprzęt (np. mikrofalówkę za 26 zł albo niszczarkę za 16). Zrobiłam obchód. Zamknęłam i wyszłam.
Jutro jadę tam po raz ostatni. Rano jestem umówiona z firmą sprzątającą. A koło południa mamy spotkanie z szefową. Zdajemy lokal właścicielowi. Odbieramy świadectwa pracy. I tyle :(

Przykro patrzeć jak kończy się coś, co stworzyliśmy od samego początku. Przecież pamiętam te puste półki, biurka i ściany... - tak jak teraz. Tyle, ze wtedy to był dopiero początek. Wszystko się zaczęło i szło do przodu. Ale już pisałam, że nie jesteśmy w stanie pojąć niektórych decyzji biznesowych. 

Ostatnio niewiele miałam czasu na myślenie o tym wszystkim. Przyznam też, że trochę oswoiłam się z tą sytuacją, ale prawda jest taka, że chyba jeszcze to wszystko do końca do mnie nie dotarło. Pewnie dopiero za moment zobaczę jak to jest...
Póki co staram się myśleć o tym, że przecież to w gruncie rzeczy nie jest takie najgorsze siedzieć w domu, odpoczywać i jeszcze dostawać za to taką kasę (z czystym sumieniem mogę napisać to nasze państwo nie jest wcale takie najgorsze, na pewno nie zawsze), na którą na przykład Franek musi pracować przez dwa miesiące. Mogło być gorzej, to fakt i staram się tego trzymać. Ale i tak się boję.

poniedziałek, 1 września 2014

Piątek

W piątek wszyscy - z szefową na czele - dostaliśmy wypowiedzenia :( A więc stało się. Od dzisiaj pracuję już w trybie wypowiedzenia trzymiesięcznego, który został skrócony do jednego miesiąca. Za pozostałe dwa miesiące dostanę odprawę, a poza tym odszkodowanie i ekwiwalent za niewykorzystane 38 dni urlopu.
Wszyscy jesteśmy rozżaleni, bo gdyby to jeszcze było tak, że interes szedł kiepsko albo, że coś było nie tak. A tymczasem było bardzo dobrze - zwłaszcza, że od ponad roku pracowaliśmy w trybie awaryjnym, bez możliwości pozyskiwania nowych klientów i nadal mieliśmy duże zyski. Inwestorzy byli pod wrażeniem i jeszcze miesiąc temu wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze. A potem właściciel wycofał się ze sprzedaży i postanowił oddział w Polsce zlikwidować. Nie wiemy o co chodzi, wiemy tylko, że na pewno nie o pieniądze, bo w tej sprawie wszyscy się dogadali. 
Żal nam wszystkim, bo nasz zespół był naprawdę wyjątkowo zgrany. Wszystko chodziło jak w zegarku, dzięki temu, że każdy miał swoje obowiązki, z których się świetnie wywiązywał. Wyprowadziliśmy firmę na prostą po gorszym okresie, kiedy to "źli ludzie" (jak w żartach nazywamy sobie czasami poprzedniego podwykonawcę) się w niej rozpanoszyli.
To już koniec. 
Wiedziałam, po co jadę do biura, więc jakoś to przeżyłam. Chyba przez tydzień zdążyłam w sobie wykształcić coś w rodzaju pancerzyka, który spowodował, że jakoś to przełknęłam. Ale to wcale nie znaczy, że nadal tego nie przeżywam :(
W ten piątek wspominałam piątek 13 czerwca, kiedy to nawet napisałam notkę o tym, jak mi wreszcie ulżyło. To był dzień, w którym powiedziałam mojej szefowej o ciąży, a ona przyjęła to jeszcze lepiej niż się spodziewałam (bo wiedziałam, że jest prorodzinna, więc wiedziałam, że będzie dobrze, ale taki entuzjazm mnie zaskoczył). Bardzo się ucieszyła, powiedziała, że według niej nie ma lepiej zorganizowanych pracowników niż matki, a ponieważ mnie zna, to wie, że wszystko będzie w najlepszym porządku i ze wszystkim sobie świetnie poradzę. Dodała jeszcze kilka anegdotek z życia swojej rodziny i nastawiła mnie pozytywnie na kolejne tygodnie.
Tak, tamtego dnia naprawdę po raz pierwszy od dłuższego czasu pozbyłam się lęków, które ciągle mi towarzyszyły od kilku miesięcy. Nie tyle przestałam się obawiać tego, co się stanie z firmą, co poczułam się spokojniejsza, że "w razie czego" będę pod ochroną. 
Ale jak wiadomo, teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką i kiedy to "w razie czego" stało się czymś rzeczywistym, to mnie wcale nie urządza :( Mimo wszystko miałam nadzieję wtedy w czerwcu, że do tego po prostu nie dojdzie. Cóż, przynajmniej zyskałam parę tygodni spokoju, bo niepokój powrócił w sierpniu dopiero... Ale nie sposób było nie porównywać tych dwóch piątków ze sobą i tych różnych emocji, które mi towarzyszyły.
Może o tym nie piszę, może nawet zachowuję się, jakby nigdy nic. Może wypłakałam już wszystkie łzy "w tej sprawie" po prostu. Ale cały czas nie mogę się pogodzić z tym, że tak wyszło. 
Na razie może nie mam czasu się nawet za bardzo na tym skupiać. W pracy paradoksalnie teraz jest bardzo intensywnie. A kiedy nie pracuję, wiszę na telefonach (w końcu trzeba wygadać te tysiące minut na służbowym telefonie, żeby się nie zmarnowały) dzwoniąc do różnych instytucji i dowiadując się ze szczegółami o wszystkim, co może być mi potrzebne. Tak, żeby nic mi nie umknęło i żebym przez jakieś głupie niedopatrzenie nie straciła. Jeszcze trochę i stanę się ekspertem w dziedzinie prawa pracy i ustawy zasiłkowej :P Podobnie jak w sprawie ubezpieczeń na życie oraz OC :) Tak się złożyło, że musieliśmy się ostatnio w kilku zagadnieniach dość dobrze zorientować, więc dzwoniłam gdzie się dało i szukałam informacji wszędzie, porównując je później. I jeszcze mamy do uregulowania sprawy spadkowe po babci Franka, więc po notariuszach i prawnikach też wydzwaniam :) Ale będę mądra :)

wtorek, 1 lipca 2014

Mamy lipiec - można więc zacząć się dzielić*

Kiedy ktoś pytał mnie/nas, czy planujemy mieć dzieci odpowiadałam, że nie. Ale od razu musiałam sprostować, że to wcale nie oznacza, że ich nie chcemy. Bo dla mnie planowanie a chcenie to jednak różne sprawy i nigdy nie miałam żadnych konkretnych planów dotyczących dzieci. Owszem, zakładałam, że będę je miała, bo tak właśnie wyobrażałam sobie moją rodzinę. Ale to nigdy nie było wyobrażenie konkretne - nie myślałam o tym ile, kiedy ani jak to będzie konkretnie wyglądało.
To, że będziemy mieli z Frankiem dzieci było dla nas dość oczywiste i przejawiało się w naszych rzucanych luźno tekstach - czasami żartobliwych, a czasami całkiem na serio - "nasze dzieci to..." albo "a jak będziemy mieli dzieci to...". Na początku tego rodzaju rozmowy, czy też przemyślenia nie wzbudzały we mnie głębszych emocji. Podobnie, jak nie podchodziłam emocjonalnie do dzieci, które były w moim otoczeniu.
Później, kiedy byłam już po studiach, z planami ślubnymi a potem nawet z obrączką na palcu, takie myśli mnie przerażały, bo uświadamiałam sobie, jak bardzo nie jestem gotowa na dzieci! Chciałam ich, ale w jakiejś zupełnie nieokreślonej przyszłości - cały czas czułam, że to nie jest ten czas i że na pewno nie jestem na to gotowa. Tymczasem coraz więcej naszych znajomych i krewnych zaczęło się rozmnażać. Nadal nie obudziło to we mnie tak zwanego instynktu macierzyńskiego - owszem, zauważyłam, że wbrew temu, co myślałam, jednak potrafię się dziećmi zająć i o dziwo, one chyba nawet mnie lubią (moja teściowa oraz kilka innych osób w rodzinie Franka, które najczęściej miały okazję obserwować mnie w akcji, wręcz twierdzą, że do mnie lgną), ale nie zaczęłam się rozpływać nad każdym dzieckiem i nie rozmyślałam o tym, jak to będzie, kiedy będę miała swoje.

Niemal dokładnie rok temu - tak w połowie czerwca - pamiętam to dokładnie - siedziałyśmy sobie z Dorotą, która przyjechała odwiedzić mnie na weekend i popijając piwko rozmawiałyśmy o życiu. Wtedy powiedziałam jej, że po raz pierwszy stwierdzam, że w zasadzie teraz, to ja nawet na to dziecko miałabym czas :) Oczywiście to było gadanie czysto teoretyczne, bo przecież ja byłam tu, a Franek nadal w Poznaniu. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej i staliśmy na bardzo niepewnym gruncie. Ale faktem jest, że właśnie po tej przeprowadzce z Poznania pojawiły się u mnie myśli, że być może właśnie teraz, kiedy nie mam tylu spraw na głowie, kiedy żyję nieco wolniej (choć nie spokojniej) zaczynam się czuć gotowa na macierzyństwo (co nie było wcale jednoznaczne z tym, że nagle zapragnęłam dziecka).
Dwa miesiące później przyjechał Franek i zaczęliśmy sobie układać jakoś życie, co, jak zapewne pamiętacie, bo to przecież całkiem świeża sprawa, łatwe wcale nie było i los ciągle rzucał nam kłody pod nogi. Rozmawialiśmy oczywiście o możliwości założenia rodziny i stwierdziliśmy, że w zasadzie mentalnie czujemy się na to gotowi, ale zawirowania w naszym życiu nie sprzyjały stabilizacji. I tak naprawdę wcale nie wiem, czy teraz już sprzyjają. W każdym razem zostało postanowione - dzieci będziemy mieć. Nie wiadomo jak i kiedy, ale będziemy je mieć i nie będziemy za wiele o tym myśleć. 
Instynkt rodzicielski nadal nam się nie włączył :) To nie chodzi o to, że dzieci nie lubimy, ani, że mamy coś przeciwko nim. Po prostu na ich widok nie odczuwaliśmy żadnej tęsknoty, nie rozmyślaliśmy o tym, że może już najwyższy czas. Myślę, że gdybyśmy zaczęli za wiele rozmyślać, to stwierdzilibyśmy, że nie ma szans na dziecko jeszcze przez jakieś kolejne 10 lat. A tymczasem, na ile to było możliwe, wyłączyliśmy myślenie i cóż, wygląda na to, że będziemy musieli popracować nad włączeniem tego instynktu rodzicielskiego (tylko na czym on do jasnej anielki polega?:)), bo tak się składa, że może nam się za jakiś czas przydać.

Pisałam Wam, że czekam na lipiec prawda? Lipiec to mój miesiąc - w lipcu się urodziłam, w tym miesiącu poznałam Franka i w tym miesiącu mi się oświadczył. W tym miesiącu zawsze spotykało mnie bardzo dużo dobrych rzeczy. W tym roku czekałam na lipiec, ponieważ według jednego z kalendarzy, z których korzystałam na początku, właśnie 1 lipca, a więc dziś, mija największe ryzyko utraty ciąży. W tym czasie doczytałam trochę dokładniej i wiem, że to ryzyko mija przede wszystkim wraz z końcem I trymestru, ale ta pierwsza data jakoś w głowie mi została.
Jutro zaczynam dwunasty tydzień ciąży.
Powodów, dla których dopiero dziś o tym tutaj piszę jest naprawdę wiele, ale jednym z tych najistotniejszych jest to, że dotychczas o tym, że spodziewamy się dziecka wiedziała tylko garstka osób w realu - moi rodzice, siostra i Dorota. Później musiałam powiedzieć jeszcze w pracy. Dopiero w ostatnich dniach poczuliśmy, że chcemy i możemy się tą nowiną podzielić także z innymi i dowiedziały się inne bliskie nam osoby. Nadal nie wiedzą jeszcze teściowie, bo Franek chce im powiedzieć osobiście, ale ja poczułam, że nadszedł czas, kiedy czuję się gotowa, aby tą wiadomością podzielić się także tutaj z Wami.

Mamy więc lipiec. Wiem, że tak naprawdę ten rodzaj niepokoju pewnie będzie towarzyszył mi już zawsze, ale tak długo czekałam na ten dwunasty tydzień, że mimo wszystko mam wrażenie, że przekraczam jakąś ważną granicę.

*dobrą nowiną rzecz jasna :P

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Odczarowany piątek trzynastego.

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na datę - nawet jeśli chodzi o tę "pechową" :) Nigdy nie sprawdzam z wyprzedzeniem, kiedy w danym roku, trzynastego wypada w piątek i zwykle orientuję się, że oto mamy właśnie ten pechowy dzień tylko dlatego, że w radio trąbią o tym od samego rana :)

Tym razem było trochę inaczej, bo dwa dni wcześniej, na piątek swój przyjazd zapowiedziała szefowa. Spojrzałam wtedy w kalendarz i nie powiem, zrobiło mi się nieswojo, bo po pierwsze zastanawiałam się, z czym ta wizyta może się wiązać, a po drugie miałam do przeprowadzenia z szefową pewną ważną dla mnie, ale też kłopotliwą rozmowę. Data nie wróżyła dobrze :)

Zła byłam na siebie, że tak nietypowo ulegam głupim zabobonom. Cały czwartek i całą noc z czwartku na piątek się stresowałam i nie pomagało tłumaczenie Franka, że na pewno wszystko będzie dobrze, bo mam fajną szefową. W piątek rano stwierdziłam, że najlepsze, co mogę zrobić to pójść do kościoła i pomodlić się o to, żeby Pan Bóg wybił mi z głowy, że data może mieć jakikolwiek wpływ na rezultat rozmowy i w ogóle na to, czy wiadomości są dobre, czy złe. Pomogło :) W dodatku trafiłam na misje i przeżyłam bardzo fajne doświadczenie duchowe, choć musiałam wyjść przed końcem, bo spóźniłabym się do pracy. Ale dotarłam do niej już pełna spokoju, choć oczywiście stres nadal pozostał, tylko nieco zmienił postać.

Ostatecznie jednak  ten piątek trzynastego okazał się jednym z najszczęśliwszych dla mnie dni w ostatnim czasie. Okazało się, że szefowej coś wypadło i do nas nie dotarła, ale rozmowę i tak ze mną przeprowadziła a jej skutki przeszly moje najśmielsze oczekiwania. Mam naprawdę wspaniałą szefową - ze świetnym podejściem do pracownika i obowiązków służbowych.
Niczego nowego sie nie dowiedziałam, ani nie wyjaśniły się jeszcze żadne z naszych spraw firmowych. Ale ta rozmowa sprawiła, że na wiele rzeczy spojrzałam nieco inaczej. 

Wróciłam do domu i stwierdziłam, że po raz pierwszy od kilku miesięcy - nawet nie pamiętam od kiedy tak naprawdę - czuję ogromną ulgę i zaczynam wierzyć, że jakoś się wszystko poukłada. Nie zniknęły nasze problemy ani nic się w jakiś cudowny sposób nie rozwiązało, ale nareszcie poczułam, że jakiś ciężar spadł mi z serca - przynajmniej na razie. Na pewno pojawią się jeszcze niepokoje, ale na razie cieszę się tą chwilową lekkością i tym poczuciem, że jakoś to będzie.
W piątek popołudniu po prostu padłam. Leżałam na kanapie obok Franka i w zasadzie nie miałam siły ruszyć ręką ani nogą. Bardzo często mam tak właśnie w piątki, ale tym razem nastąpiła jakaś kumulacja, pewnie też dlatego, że spadło ze mnie napięcie. Jednak ta fizyczna niemoc nie przeszkadzała mi w delektowaniu się tym spokojem ducha - może jeszcze nie idealnie niezmąconym, ale jak się nie ma co się lubi, to wiadomo... :) I w takim właśnie nastroju weszłam w weekend, który naprawdę nam się udał!